Jak to się robi w Texasie

Ten tekst miał być jak scenariusz filmu "Casino Royale". W roli głównej - ja! Przebiegły jak 007, miałem wejść do kasyna efektownie. Zlustrować sytuację, przeszyć wzrokiem przeciwników, przez wiele dni licytować ostro, żeby na koniec zagrać "all-in!" (za wszystko). I zgarnąć całą pulę.
 

 

Ale jak się nie ma, co się lubi... Zacznijmy więc - wbrew wszelkiej logice - od wniosków. Po pierwsze: z żalem, lecz mężnie, przyznaję, że żaden ze mnie Bond, James Bond. Po drugie: przychodząc do kasyna, w pokera trzeba umieć grać, a nie dopiero się uczyć. A jeśli już się jest totalnym amatorem, to - po trzecie - nie warto siadać do stołu z najlepszymi na świecie. I jeszcze usprawiedliwienie: nie było przy mnie bondowskiej piękności Vesper, której uroda mogłaby na chwilę odwrócić uwagę przeciwników.

Będzie więc to tekst o zielonym jak sukno na pokerowym stole 35-latku, który trafił na profesjonalny turniej i bronił się do upadłego. Aż poległ. I to tak wstydliwie, że kiedy zostały mu ostatnie żetony, cichaczem odszedł od stołu, nie chcąc patrzeć na swą klęskę.

 

 

Warszawski król

 

Zanim trafiłem jako wysłannik "Logo" na profesjonalny turniej Unibet Open Warsaw 2008, na który z całego świata zjechało około 300 zawodowców (niektórzy wyglądali, jakby uciekli z lekcji i zapomnieli tornistra z książkami!), wysłałem dramatyczny e-mail do organizatorów: "Proszę o szczegóły zawodów, w których mam grać, a potem opisać swój marny start. Gdzie się odbędzie, kiedy i jak ja się mogę pokera nauczyć".

"Marny start"? Napisałem to dla picu, kokieteryjnie, taka zasłona dymna. Każdy przecież wie, czym różni się full od karety, dwie pary od jednej pary, trójka od strita. - Żeby tylko szczęście mnie nie opuściło, karta szła, a będzie dobrze - myślałem naiwnie.

Organizatorzy odpowiedzieli błyskawicznie. Miejsce: hotel Hyatt w Warszawie. Termin: 4-7 grudnia. Mój nauczyciel: Grzegorz "Warsaw" Mikielewicz.

To imię i nazwisko nic mi nie mówiło (sorry, Grzesiek). Dopiero później się dowiedziałem, z jak świetnym graczem miałem zaszczyt się spotkać. "Warsaw" (lub "DaWarsaw") to jeden z najbardziej doświadczonych polskich pokerzystów, gra na największych turniejach (kasyna Las Vegas nie są mu obce). Pisze w branżowej prasie, jest kapitanem Unibet Poker Team, z którym jeździ na zawody w całej Europie. Współpracuje z portalami internetowymi i tzw. pokerroomami. Słowem - arcymistrz.

- Złote Tarasy, godz. 18, trzy godziny powinny nam wystarczyć - umówiliśmy się na korepetycje. Spotkanie zaaranżowaliśmy po bondowsku. Grzesiek miał siedzieć w jednej z kawiarni, na stole miała leżeć talia kart i kilka żetonów do gry. - Tak się rozpoznamy - powiedział.

 

Ranking układów

 Najwyższa karta

 Najwyższa karta. Brak układu u wszystkich graczy. O zwycięstwie decydują po kolei najwyższe karty.
 Jedna para 

Jedna para. Dwie takie same karty. W przypadku remisu o zwycięstwie decydują kolejne karty w układzie.

 Dwie pary Dwie pary. Dwa zestawy po dwie takie same karty. W przypadku remisu o zwycięstwie decyduje wyższa para, a jeśli obie pary są równe, to piąta karta.
 Trójka Trójka. Trzy takie same karty. W przypadku remisu o zwycięstwie decydują kolejne karty w układzie.
 Strit Strit. Pięć kart po kolei. As może być najwyższą (wyżej króla) lub najniższą (niżej dwójki) kartą w układzie. W przypadku remisu dwóch stritów o zwycięstwie decyduje najwyższa karta.
 Kolor Kolor. Pięć kart w tym samym kolorze. W przypadku spotkania dwóch kolorów o zwycięstwie decydują po kolei najwyższe karty w układzie.
 Ful Ful. Trójka i para w jednym układzie. W przypadku spotkania dwóch fuli wygrywa najpierw starszeństwo trójki w układzie, a następnie pary.
 Kareta Kareta. Cztery takie same karty.
 Poker 

Poker. Pięć kart po kolei i w tym samym kolorze. W przypadku spotkania dwóch pokerów o zwycięstwie decyduje najwyższa karta w układzie.

 Poker Królewski 

Poker Królewski. Pięć kart w tym samym kolorze od asa do dziesiątki. Najsilniejszy układ w pokerze.

 

 

Przereklamowany blef

 

Wybaczcie, ale nie opiszę wam wszystkich zasad pokera Texas Hold'em. To gra skomplikowana, a możliwości zachowań, rozgrywek i licytacji jest za dużo na amatorską głowę. Byłem przekonany, że te wszystkie opowieści o karcianych mistrzach to jakaś wielka ściema, fikcja rodem z filmu "Maverick" z Melem Gibsonem i Jodie Foster. Że tak naprawdę wszystko zależy od szczęścia.

- Szczęścia jest 30 proc. - mówi Grzesiek.

- Reszta to wiedza i umiejętności - dodaje. I chyba ma rację. Nawet Bond musiał nieźle kombinować w "Casino Royale", zanim ostatecznie rozłożył Le Chiffre'a.

To jednak oznaczało, że choćbyśmy przesiedzieli z Grześkiem nie 3, ale 333 godziny, i tak nie zrobiłby ze mnie choćby przeciętnego gracza. Mój nauczyciel zaczął więc od... filozofii. Mówił długo o tym, że najważniejsza jest świadomość gry. Trzeba wiedzieć, co się dzieje na stole, orientować się w strategiach innych graczy i obierać najlepszą dla siebie.

Słuchałem ze skupieniem, ale próbowałem wyciągnąć od niego więcej opowieści z życia profesjonalnego pokerzysty. Czy wiecie, że dzisiaj gra w pokera odbywa się głównie w internecie? "Romantyczne" czasy salonów i kasyn powoli odchodzą do lamusa. Teraz jest prościej. Zapisujesz się do tzw. pokerroomu w sieci i możesz grać z pokerzystami z całego świata.

Ile można wygrać/przegrać? Zawodowi gracze (nieważne, w sieci czy w realu) potrafią skasować nawet kilkaset tysięcy euro. I tyle samo puścić w kilka nocy.

Czy poker to hazard? Grzesiek przekonywał, że nie. Bo - jak mówił - ruletka, kości czy maszyny (zwane jednorękimi bandytami) to potyczka z kasynem. A w pokerze walczysz z przeciwnikiem. Jego wiedza i szczęście przeciw twojej wiedzy i twojemu szczęściu. Jego zmęczenie kontra twoje zmęczenie.

A jak jest z blefem? - pytałem. Działa czy nie działa? "DaWarsaw" twierdzi, że blef jest przereklamowany. Owszem, można wygrać ze słabymi kartami albo przegrać z mocnymi. Ale to przede wszystkim efekt wiedzy i doświadczenia (lub jego braku). Rzadziej "oszustwa", którym przechytrzy się przeciwnika albo którym przeciwnik przechytrzy ciebie.

Na koniec klasyfikacja graczy. Największy żółtodziób to tzw. gracz luźny/pasywny. Czyli taki, który nie orientuje się w zasadach pokera, nie zna siły własnych kart i układów. Widać po nim, że gra po raz pierwszy, nie licytuje ostro, ale za to dość często. Słowem: to ja.

Z czasem luźny/pasywny zdaje sobie sprawę, że nie warto brać udziału w każdym rozdaniu. Że warto się bić w tych rozgrywkach, w którym widzimy, że nasza ręka (dwie karty, które dostaliśmy od krupiera) może mieć dużą wartość. Taki zawodnik określany jest jako selektywny/pasywny - gra rzadziej, ale wciąż ostrożnie. Na selektywnego/pasywnego w pokerowym żargonie mówi się też "rock", czyli skała.

Kolejny etap to najpoważniejsza przemiana w pokerowym życiu. Kiedy zawodnik zdaje sobie sprawę, że wygrywa się przede wszystkim wtedy, kiedy gra się rzadko, za to ostro. Taki gracz staje się selektywny/agresywny - jeśli jest cierpliwy i zdolny, to w dłuższym czasie zawsze wygra.

Ale na tym rozwój pokerzysty się nie kończy. O nie! Zawodnik selektywny/agresywny z czasem staje się bowiem na tyle dobry, że może "poluzować" swoją grę i grać w zdecydowanie większej liczbie rozdań, nawet ze słabą ręką (kartami w ręce). A na dodatek będzie takie rozgrywki wygrywał, bo jest już niezły w te klocki. Wiedza, szczęście, blef - wszystko mu sprzyja. To gracz luźny/agresywny - najniebezpieczniejszy przeciwnik. Taki jak Grzesiek.

 

 

Sekwens reguł

 

Są ponoć amatorzy szybkiego zarobku, którzy siadają do pokera, nie znając nawet hierarchii układów (czytaj o niej w ramce). Nie wiedzą, że strit jest starszy niż trójka, a full mocniejszy od koloru. Na to nie mogłem sobie pozwolić. Ale ja z kolei na początku nie wiedziałem nawet, że Texas Hold'em to odmiana pokera siedmiokartowego, a nie pięciokartowego, w którego się grało w każdej szkole na zapałki.

W Texas Hold'em korzystamy z "krążka rozdającego" - oznaczamy nim jednego gracza, który jest tzw. rozdającym (karty tak naprawdę rozdaje krupier, a w każdej rozgrywce "rozdającymi" są kolejni gracze).

Zanim krupier rozda karty, dwóch kolejnych graczy siedzących na lewo od "rozdającego" musi wejść do gry, umieszczając w puli obowiązkowe żetony, tzw. ciemne. Pierwszy umieszcza małą ciemną (small blind - żetony o mniejszej wartości). Drugi dużą ciemną (big blind - dwa razy więcej żetonów). Nazywa się je ciemnymi, bo ci dwaj gracze muszą je wrzucić do puli przed rozdaniem kart, przed licytacją - czyli bez odrobiny pewności, czy im się to opłaci.

 

Słowniczek pokerowy

 

 

Następnie krupier rozdaje każdemu graczowi po dwie karty. Podglądasz swoje, najlepiej lekko tylko unosząc ich rogi (podnoszenie kart wysoko, przed oczy to wyraz braku profesjonalizmu). Uwaga! Te karty muszą być cały czas zakryte, za nic nie pokazuj ich innym graczom. I jeszcze jedno! Nigdy nie stukaj kartami czy palcami o stół. Stukanie jest oznaką komendy "czekam", każde stuknięcie będzie oznaczało właśnie to.

Kiedy gracze mają po dwie karty (a ciemne są na stole), zaczyna się pierwsza licytacja - zawsze od gracza siedzącego po lewej stronie od tych, co wpłacali ciemne. Prościej: od trzeciego z rzędu od "rozdającego".

Licytacja przebiega zgodnie z ruchem wskazówek zegara. Każdy gracz może: czekać (mówi "check" albo stuka w stół); podbić (woła "raise" i daje więcej żetonów niż gracz, który poprzednio polożył najwięcej); sprawdzać (krzyczy się "call" i wyrównuje, dając tyle żetonów, ile dał gracz, który do tej pory wygrywał licytację); można w końcu spasować (rzucić swoje karty, nie pokazując ich, i powiedzieć "fold").

Licytacja kończy się, gdy wszyscy zawodnicy, którzy nie spasowali (zostali w rozgrywce), sprawdzili, a więc dali do puli tyle samo żetonów. Uwaga! Gracze na ciemnych też biorą udział w licytacji (podbijają, czekają, sprawdzają, pasują).

Kiedy pierwsza licytacja się kończy, krupier wykłada na stół trzy karty, które widzą wszyscy gracze - to tzw. flop. Wtedy każdy może już szukać swego najmocniejszego układu w pięciu kartach: trzech na stole (publicznych, bo widocznych dla wszystkich) i dwóch w ręce (prywatnych, bo każdy ma swoje dwie karty, które dostał od krupiera).

Następuje kolejna licytacja, a po jej zakończeniu krupier wykłada na stół czwartą kartę - to tzw. turn. Każdy z graczy, którzy pozostali w rozgrywce, szuka swego najlepszego układu w sześciu kartach (cztery na stole i dwie w ręku). I stara się przewidzieć, co mogą mieć inni.

Kolejna licytacja i krupier odsłania ostatnią, piątą kartę na stole - tzw. river. Jeszcze ostatnia licytacja (każdy szuka ostatecznego najkorzystniejszego układu aż w siedmiu kartach). Gdy pozostali w rozgrywce gracze sprawdzają, czyli wyrównują wartość swoich żetonów w puli, następuje odsłonięcie kart w rękach. To tzw. showdown, czyli zweryfikowanie, kto ma najsilniejszy układ. Kto wygrał. Kto zabiera całą pulę.

 

 

Blotka u Magdy

 

Czwartek, 4 grudnia, początek Unibet Open Warsaw 2008. To mój dzień eliminacji, podobnie będzie w piątek. W sobotę i niedzielę grać już będą najlepsi. Raczej beze mnie.

Pierwsza wizyta w kasynie robi spore wrażenie. I budzi zdziwienie. Po pierwsze, nie widzę mężczyzn w smokingach i pań w wieczorowych sukniach. Wszyscy na luzie, jak w dobrym klubie, modnie, ale bez zbytniej elegancji. Niektórzy w obdartych T-shirtach, dziurawych dżinsach, a nawet - o zgrozo - w białych skarpetkach.

Po drugie, kasyno w hotelu Hyatt podzielone jest na dwie części. Turniej rozgrywany jest w jednej, zaś druga działa jak co noc. Widzę, jak goście zamieniają pliki setek i dwusetek na żetony, a potem tracą je (araczej przegrywają) w przeróżnych grach. Głośno jak w redakcji. Zwykłe rozmowy, śmiech, czasem kłótnia przy stołach. Ktoś za mną opowiada, jak noc wcześniej nie zauważył, że przegrał 10 tys. zł. A potem nie starczyło mu na zapłacenie na stacji za paliwo. Jakaś kobieta wyznaje innej przy stoliku do pokera, że mąż ograniczył jej wydatki na kasyno... Mógłbym tego słuchać godzinami.

 

  

 

Okazuje się, że firmy profesjonalnie zajmujące się organizacją gry w pokera (w realu i internecie) mają swoich celebrytów - czyli gwiazdy, które grają w ich turniejach. Na Unibet Open Warsaw 2008 również byli. Michał Wiśniewski (przy okazji promował kolejną płytę) i Przemysław Saleta. Grzesiek mówi, że obaj grają naprawdę dobrze.

Godz. 14. Po krótkiej rejestracji otrzymuję dokument, że uiściłem wpisowe. 5500 zł plus 550 zł opłaty tak naprawdę płacą za mnie organizatorzy turnieju. Ja za to już sam losuję sobie miejsce. Mieszam w karteczkach, jakby od tego zależała moja finansowa egzystencja. Wyciągam stół numer 15 i miejsce 6. (przy każdym zasiada 10 graczy).

Godz. 15.30. Przy mojej "piętnastce" siedzi na razie tylko dwóch mężczyzn (zajmują miejsca numer 3 i 9) oraz sympatyczna krupierka Magda. To studentka Uniwersytetu Warszawskiego, od niedawna w zawodzie, która w kasynie dorabia do studenckiego życia. Powoli schodzą się kolejni gracze do stołu, a ja nie zamierzam ukrywać, że jestem klasycznym luźnym/pasywnym i od razu przyznaję się do amatorszczyzny (Grzesiek twierdził, że i tak odkryliby to po dwóch, trzech rozgrywkach). Próbuję żartować, że "mają szczęście, bo trafili na pokerowego fajtłapę". Ale im nie do żartów (tylko Magda się uśmiecha). No tak, oni wpisowe wpłacali ze swojej kieszeni. Ja przyszedłem się zabawić, oni z gry w pokera żyją.

Umawiam się z Magdą, że będzie mi podpowiadać, co i kiedy mam robić. Bo na początku nie potrafię nawet odróżnić, czy mam wpłacić ciemną, czy już trwa licytacja i mogę spasować (częste pasowanie to według rad Grześka najlepszy sposób na najdłuższe przetrwanie). Krupierka spisuje się doskonale - wzrokiem, a czasem lekkim ruchem ręki daje mi znać, co mam robić (dla jasności - wolno jej, krupier może tak pomagać).

Zaczyna się gra. A przy okazji jedna z ciekawszych nocy mojego zawodowego życia. Jest 4 grudnia. Godz. 16.

 

 

Fura naiwniaka

 

  Każdy gracz turnieju ma żetony warte 10 tysięcy kasynowej waluty, o różnych wartościach. Ponieważ pierwszym "rozdającym" został facet na prawo ode mnie (ponoć jeden z lepszych w Polsce), Magda pokazuje mi, że od razu muszę wpłacić małą ciemną. No cóż, trzeba rozstać się z żetonem wartym 25. Kiedy dochodzi do licytacji, pasuję. Tak jak radził Grzesiek.

Kolejne rozdania. Nie wchodzę nawet do pierwszych licytacji. Cały czas pasuję, tracę więc tylko ciemne, jeśli przychodzi moja kolej je wpłacić. W tym momencie każdy profesjonalny pokerzysta już wie, że jestem luźny/pasywny.

Kiedy ja cały czas mówię "fold" (albo po prostu rzucam karty do krupierki), inni licytują się o niewielkie stawki. Staram się ich obserwować, zrozumieć pokerowy język ciała: jak patrzą na siebie, jak do siebie mówią, czy zasłaniają karty. Nic nie zauważam. Zwłaszcza, że kilku z nich ma przeciwsłoneczne okulary na nosie (to normalne u pokerzystów, nie widać oczu).

I nagle los pochyla się nade mną. Od Magdy dostaję parę siódemek. Ho, ho, ho - myślę sobie i czuję zew walki. W pierwszej licytacji wyrównuję do dużej ciemnej, czyli daję 50 i mówię "sprawdzam". Pozostali gracze robią to samo. Krupierka pokazuje flopa, odsłania trzy karty.

 

- O Boże, ale bryndza - myślę załamany. Ale staram się nie dać po sobie tego poznać. Zostawiłem w domu takie fajne przeciwsłoneczne okulary, przydałyby się.

I staje się cud. Nie wiem jak, ale wszyscy pasują - nikomu nie spasowały trzy karty od Magdy. Cała pula - żetony za jakieś 500 - trafia do mnie. Dlaczego do mnie właśnie? A skąd ja mam wiedzieć?! Ale z wyrazem zrozumienia na twarzy przygarniam "zasłużoną" wygraną.

Potem znowu wielokrotnie pasuję, aż mija pierwsza godzina gry. Bez żadnej przerwy zaczyna się druga, która tym tylko się różni, że ciemne idą w górę - mała to teraz 50, a duża to już 100.

To nie zmienia mojej luźno-pasywnej taktyki. Kiedy inni się licytują, zaczynam się nawet trochę nudzić i wysyłam SMS-y do dziewczyny z relacją o braku postępów. "Wierzę w Ciebie, Kociaku:-)" - ta odpowiedź dodaje mi skrzydeł! Odsłaniam dwie karty od krupierki. Niewiarygodne. Mam asa i króla. Nawet Grzesiek nie zlekceważyłby takiej "ręki". Zaczynam przebierać pod stołem stopami, trzeć rękoma policzki, kilka razy upewniam się, że się nie pomyliłem, i zaglądam ponownie do swoich kart... W tym samym momencie zauważam, że większość graczy przy stole patrzy na mnie. I ja już wiem, że oni wiedzą, że jestem zadowolony. A jak oni to wiedzą, to ja nie mam szans nawet z takimi kartami. Pass. Być może życiowa szansa przeszła bokiem, bo się ucieszyłem jak dziecko. Z 10 tys. w żetonach mam 7,5 tys.

Kolejna przerwa, po dwóch godzinach mamy kwadrans dla siebie. Wysyłam rozpaczliwy SMS, potrzebuję pocieszenia!

 

 

 

Fiński mariasz

 

Pokerzyści to naprawdę dziwne towarzystwo. Kiedy zamknęli mój 15. stół i rozsadzili nas do innych, gdzie poodpadali gracze, trafiłem do tego z numerem 6. A tam roiło się od oryginałów. Naprzeciwko mnie dwóch Finów. Na oko z piętnaście lat, wyglądali jak gimnazjaliści, choć z pewnością mieli więcej, bo żeby wystartować w turnieju, trzeba być pełnoletnim. Nienaturalni. Pierwszy - z fryzurą wystylizowaną na gitowca - non stop coś mruczał pod nosem. Drugi wyglądał, jakby zapomniał tornistra z podręcznikami, a na uszach miał wielkie różowe słuchawki. Robili wrażenie, jakby z internetowego pokerroomu wyrwali się na chwilę na turniej w realu.

I, jak mówił potem Grzesiek, tak mogło być, bo niektórzy nie znają umiaru i spędzają niemal całe życie, grając w pokera w sieci.

Obok Finów Włoch, stateczny 45-letni pan, który słowem się nie odezwał, za to donośny dźwięk wydawały złote bransolety na jego rękach i łańcuchy na szyi. Kolejny był Irlandczyk. Ten cały czas do kogoś zagadywał, wkurzał się, krzyczał. Kiedy zauważył, że Finowie rozmawiają ze sobą w ojczystym języku, wypalił:

- Jesteście małżeństwem?

Finowie zdębieli.

- Czy jesteście małżeństwem?

- Nie, widzisz obrączkę na mojej ręce? - odparował Fin z fryzurą gitowca, który pierwszy odzyskał mowę.

- Nie widzę, pewnie została w waszym małżeńskim apartamencie - Irlandczyk był naprawdę wkurzony.

A to dlatego, że przy stole nie wolno rozmawiać w językach, których nie rozumieją pozostali gracze. Takie osoby mogą wtedy umawiać się na określoną grę, sposób licytacji, a nawet mówić, co mają w kartach. W pokerze rozmawia się tylko po angielsku i w języku gospodarza turnieju (tu - polskim).

Inna sprawa, że Irlandczykowi nie szło, a przed Finami kupki żetonów rosły z godziny na godzinę. Niestety, także moim kosztem, choć niemal cały czas pasowałem, a straty ponosiłem tylko wtedy, kiedy musiałem wpłacać do puli ciemne. Tak czy owak gadanie po fińsku było nie fair.

 

 

Ful bije trójkę

 

Na turnieju byli Rosjanie, Amerykanie, Holendrzy, Polacy i inni. Karciana wieża Babel. Po czterech godzinach gry obiad. - Już go sczytałem i tak mnie wpuścił - ktoś nie mógł przeżyć jakiegoś rozdania, przełykając soczyste przekleństwo i resztki sałatki caprese.

Co chwila ktoś przy stole w hotelowej restauracji chwalił się, ile ma w żetonach. Największa suma, o  jakiej usłyszałem, to 35 tysięcy. Mi z 10 tys. zostało 5,5. Nieźle.

Godz. 21. Wracamy do pokera. Zmieniają się krupierzy i do mojego stołu podchodzi... Magda. - Wow! Nie wierzyłam, że pan dotrwa - mówi. Ja też nie, ale się do tego nie przyznaję. Szykuję się do gry i nie przypuszczam, że zaraz przeżyję dwa najważniejsze momenty w mojej karierze pokerzysty.

W piątej godzinie gry ciemne wynoszą już 150 (mała) i 300 (duża). Nie daję się sprowokować i generalnie pasuję. Czasami sprawdzam za 300 w pierwszej licytacji i wtedy pasuję po odkryciu przez krupierkę flopa. Wszyscy przy stole widzą, że chcę już tylko przetrwać, posiedzieć z nimi jak najdłużej.

I nagle dostaję od krupierki króla i asa. Tym razem zero oznak radości, po paru godzinach nawet już mi się nie chce cieszyć. Spokojnie sprawdzam w pierwszej licytacji (wyrównuję dużą ciemną). Podobnie kilku innych graczy przy moim stole.

  

Krupierka pokazuje flopa. W trzech kartach, które się odsłaniają, widzę swoją świetlaną przyszłość. Jest w nich para asów i jakaś marna dziewiątka. Nie wierzę własnemu szczęściu. Z moim asem w ręce mam trójkę asów i jeszcze króla. Ktoś podbija i rzuca 1500. Inni sprawdzają, a ja delikatnie podbijam do 2300. Pozostali wyrównują. Krupierka odsłania czwartą kartę - turna. Nic ważnego. Wszyscy czekamy (stukamy palcami w stół). Krupierka odsłania ostatnią, piątą kartę - rivera. Też jakaś nic nieznacząca karta. Ktoś lekko jeszcze podbija, wszyscy sprawdzamy i odsłaniamy karty. Mój triumf jest już na wyciągnięcie ręki. Kiedy wyrzucam swojego asa, pięknie układa się z asami na stole w trójkę. A jeszcze pokazuję króla. Większość rzuca karty, nie pokazując ich - czyli mają słabsze układy.

Tylko siedzący obok Holender się uśmiecha. Rzuca swoje dwie - asa i "tylko" dziewiątkę. Radość maluje się na mojej twarzy. On ma wprawdzie, tak jak ja, trójkę asów, ale moją kolejną kartą jest król, znacznie silniejszy od jego dziewiątki.

Krupierka całą pulę zbiera do kupki (było tam z sześć tysiączków) i oddaje... Holendrowi. Nic nie rozumiem. O co tu chodzi!? Szybko analizuję i po pięciu sekundach zdaję sobie sprawę z siły tej jego dziewiątki. Pamiętacie, co było we flopie?

 

Dwa asy i dziewiątka. Jego kolejny as i kolejna dziewiątka dały mu fula.

Do końca turnieju już się nie pozbierałem.

 

 

Jeden wielki pas

 

W siódmej godzinie gry na zegarach zbliżała się północ. Miałem mocne przeczucie, że to moja ostatnia faza turnieju. W żetonach jakieś 2300. Cały czas nie wchodziłem ryzykownie do gry. Może gdybym od losu (krupierki) dostał jeszcze raz jakieś bardzo mocne karty. Ale zawsze gdy zaglądałem pod dwa plastikowe kartoniki, nie było tam niestety nic ciekawego.

I tak już trochę znudzony, nie zorientowałem się, kiedy wyrównując do dużej ciemnej w pierwszej licytacji, zostałem w pewnym momencie tylko z Finem z fryzurą na gitowca. Krupierka pokazała flopa i on miał zdecydować, co robi. Spojrzał, ile mam w żetonach i postawił dokładnie tyle, ile miałem. Wyzwał mnie. Mogłem sprawdzić - czyli wyrównać, a więc wejść za wszystko, co mam (tzw. all-in). Mogłem też spasować, tracąc tylko to, co do tej pory wrzuciłem do puli. Wybrałem drugą opcję. Chciałem wytrzymać w turnieju do północy.

Kres był jednak bliski. Ciemne wynosiły już 150 i 300. Kiedy musiałem je po raz kolejny raz wpłacić, w żetonach zostało mi zaledwie 400. Za mało. Wstałem od stołu wziąć coś do picia. Kątem oka zobaczyłem kupki żetonów przy Finach i Irlandczyku, dla którego zaczęła się jakaś niezrozumiała dla mnie hossa.

Wstyd było wracać.       

 

 

Tekst: Zbigniew Pendel

 

Zdjęcia: Tomasz Wawer, Marcin Klaban

 

Zobacz też:

 

Sport.pl

 

Więcej o: