Się piło

Dla pani gamza albo cotnari. Dla pana bałtyk albo żytko, bezwarunkowo w literatkach.

Jeśli w lokalu, to np. z meduzą. Bo w bramie to raczej patyk i z gwinta.

To jakiś szyfr?

Nie, to tylko wspomnienie naszych najważniejszych alkoholi i alkoholowych obyczajów z ostatnich lat. Powiedzmy, że około czterdziestu...

 

 

Jeszczeprzed wojną w "Tangu andrusowskim" Andrzej Włast napisał:

 

"Chodź panna na Kamienne Schodki,

Dzisiaj jest wielki bal u ciotki,

Jest trochę czystej, trochę słodkiej

I zagrycha prima sort".

 

Coś się zmieniło po wojnie? A skąd: czysta, słodka i zakąska. Dla pani i pana. I starczy.

Bo co tu dużo gadać: piło się u nas dużo, często, a w Peerelu byle co i byle jak. Że dużo i często, to nic dziwnego. A niby co było robić? Poza tym alkohol był na wyciągnięcie ręki: w filmie "Nie ma róży bez ognia" mowa jest o pierwszych dwóch sklepach na nowym osiedlu mieszkaniowym. Jakich? Pamiątkarskim i monopolowym. Sklepów z wódką było zatrzęsienie. Nie było natomiast lokali, w których tanio i bez obaw można było wypić setkę, wino albo piwo. Żeby wypić jak człowiek, trzeba było pójść do drogiej knajpy, a do wódki koniecznie zamówić tzw. konsumpcję, np. przesławne nóżki w galarecie zwane meduzą. Drugie rozwiązanie: zaryzykować zdrowie i życie i skoczyć do baru piwnego, nie bez powodu zwanego mordownią. Gdzie się więc piło? W domu, na budowie, w akademikach, w pracy. W najgorszym wariancie na podwórku, czyli jedynym po fajrancie miejscu spotkań.

 

 

Epoka markowych alkoholi zaczęła się w latach 70., w dekadzie gierkowskiej. To wtedy się pojawiły na półkach sklepów i restauracji nowe wódki, także zagraniczne, i przede wszystkim importowane wina. Z Ameryki, od pracujących tam Polaków, zaczęły płynąć dolary, a władza szybko wpadła na pomysł, jak można te dolary odzyskać. I rozwinęła sieć Peweksów (wcześniej kiosków PKO) z markowymi towarami z Zachodu, w tym także polskimi i zagranicznymi alkoholami. Powolutku można było zacząć wybierać, choć jeszcze nie tak jak w latach 90.

 

 

Wódka

 

Bez wątpienia najważniejszy alkohol Peerelu (ale też III, IV i zapewne kolejnych RP). Przeważnie ciepła, pita przy każdej okazji. A tych przez kolejne lata nie brakowało: wypłata, imieniny w zakładzie pracy, imieniny w domu, święta, pojawienie się nowego pracownika itp. Czyste wódki preferowali mężczyźni. W latach 70. wybór był niewielki, ale dostateczny. Legendy tamtych czasów są bez wątpienia dwie: Żytnia i Wyborowa. Uchodziły za wódki nieco lepsze niż np. popularne i tanie Czysta i Stołowa. Tę ostatnią pamiętam jeszcze bez zakrętki, z prymitywnym kapslem, który można było zerwać palcami. Wcześniej wódki były zatykane korkiem i lakowane, stąd tzw. odbijanie butelki było dość powszechnym zwyczajem stosowanym nawet po wprowadzeniu zakrętek. Żytko i Wyborowa gościły w restauracjach i w domowych barkach, które stanowiły obowiązkowe wyposażenia każdej meblościanki. Pod koniec tej dekady obie marki, razem z Krakusem, trwale przeniosły się do Peweksów. Żytnia kosztowała wtedy dolara, wyborowa była o 5 centów droższa. W tym samym czasie pojawiła się także pierwsza wódka premium, czyli Polonaise: wyłącznie za dolary i w dwóch odmianach: 40- i 45-procentowej. Polonaise przysłużył się odnowieniu znajomości literatury romantycznej, bo otwarcie butelki witano słowami wieszcza: "Poloneza czas zacząć".

 

 

 

Panie wolały wódki kolorowe, czy - jak mawiano wówczas - gatunkowe: Soplicę, Jarzębiak, jabłkową Calvados - Złotą Jesień. Były łagodniejsze od czystych i z pewnością szlachetniej prezentowały się w kieliszkach. Była oczywiście wówczas i żubrówka, choć 30-40 lat temu nie cieszyła się taką sławą jak dziś.

"Trzynasta wybiła, wstaje nowy dzień" - śpiewał w latach 80. Shakin Dudi. W 1982 r., czyli w stanie wojennym, władza wprowadziła w Polsce zakaz sprzedaży alkoholu przed godz. 13. Stąd i sławny dowcip: - Panie majstrze, która godzina? - A wiesz, ja też bym się napił.

 

 

Na budowach, w akademikach, na podwórkach życie zaczynało się o 13. To był moment, gdy denaturat, zwany pieszczotliwie "jagodzianką na kościach", został oficjalnie uznany przez władzę za środek spożywczy. Niby był do kupienia, m.in. w sklepach chemicznych, ale tylko po 13. Kolejnym absurdem epoki było funkcjonowanie sklepów monopolowych. Sklepy były czynne od rana, ale nie mogły niczego sprzedawać, no bo zakaz.

 

 

Kartki na alkohol pojawiły się 1981 r. i obowiązywały przez dwa lata. Każdy dorosły miał prawo do zakupu jednej półlitrowej butelki wódki. Niektórzy twierdzą, że nigdy nie mieli w domu takich zapasów wódki, jak podczas reglamentacji. Półlitrówka stała się regularnym środkiem płatniczym. Na flaszki przeliczano wszystkie usługi tzw. fachowców: hydraulików, malarzy, ślusarzy. Co się kupowało? Na kartki najczęściej Baltic Vodkę, czyli najgorszą wódkę ostatniego czterdziestolecia. Śmierdzącą, czasem kwaśną, zawsze piekącą, pachnącą naftą. Pojawiła się także nie lepsza Vistula i Żytnia Mazowiecka. W serialu "Alternatywy 4" w sklepie monopolowym stoi bałtyk, żytnia i cytrynówka. Ja żytka z czasów kartkowych nie pamiętam. Ratunkiem był oczywiście Pewex i pędzony pokątnie bimber. Nawet inteligenckie mieszkania śmierdziały w tych czasach zacierem, a ulicę Ząbkowską (najwięcej melin na metr kwadratowy) w Warszawie nazywano Bimberstrasse. Marzeniem każdego był, oczywiście, 95-procentowy spirytus rektyfikowany. Odważni pili czysty, ale większość jednak mieszała z wodą, czasem z dodatkami smakowymi. Wódka wychodziła z tego doskonała. 

Choć zakaz sprzedaży przed godz. 13 zniknął 20 lat temu, magia trwa nadal. Zgadnijcie, o której najczęściej biznesmeni umawiają się na lunch?

 

 

Wino

 

Lata 60. i 70. to epoka alpagi. Było to prawdopodobnie jedyne wino na świecie z wybitym terminem przydatności do spożycia. Im starsze, tym gorsze. Jabol, alpaga, bełt, siara - tanie wina nie miały dobrego wizerunku. I nic dziwnego: trzeba było sporego samozaparcia, żeby je przełknąć. Łatwiej było zimą, bo alpaga nadawała się do podgrzewania. Dodatek goździków i cynamonu potrafił zdziałać cuda. Legendarne było wino marki Wino, od niego wzięła się nazwa całej rodziny tanich trunków, często określanych też mianem "patykiem pisanych". Produkowane były przez rozmaite zakłady przetwórstwa owocowo-warzywnego, w skandalicznych warunkach. Patyk nie trzymał standardu, co widać na metkach: producenci nie byli w stanie precyzyjnie podać zawartości alkoholu, więc przedział 8-15 proc. nikogo nie dziwił. Kac po alpadze był murowany. I to ciężki.

Co na kaca? Woda sodowa z domowego syfonu (naboje kupowało się w warzywniaku) albo na każdym skrzyżowaniu woda z saturatora. Napoje chłodzące tamtych czasów to odrębna opowieść. Wszyscy znają zapewne polo coctę, ale czy ktoś pamięta jeszcze złotą rosę albo oranżadę bez bąbelków sprzedawaną w plastikowych torebkach?

 

 

Ponieważ wino owocowe ze sklepu było obrzydliwe, wiele osób próbowało robić wino samodzielnie, w domu. Były w sklepach balony, były drożdże, więc nic nie stało na przeszkodzie. Może z wyjątkiem wiedzy, bo jak opowiadał mi kolega, jego ojciec próbował zrobić wino z rajskich jabłuszek, ale chyba za mocno zakorkował 20-litrowy gąsior, butla eksplodowała i potem żona zabroniła mu już eksperymentować.

 

 

Egri Bikaver z charakterystycznym byczym łbem na etykiecie to najbardziej rozpoznawalna marka wina Peerelu. W odróżnieniu od krajowych win owocowych te importowane nazywano gronowymi. Bycza krew z węgierskiego Egeru to marka bardzo stara, ale w socjalizmie całkiem zepsuta. Wino, które powinno być kupażem dwóch (od niedawna trzech) lokalnych odmian winorośli, leżakowane w dębowych beczkach i kierowane do sprzedaży nie wcześniej niż po 18 miesiącach od zbioru, nie trzymało chyba żadnego z tych parametrów.

  Znacjonalizowane zakłady produkowały za dużo i byle jak, ale i tak Egri Bikaver był u nas popularny. Dziś winiarze z Egeru walczą o przywrócenie jakości i czci swoim wyrobom, a my trzymamy za nich kciuki. W Peerelu były jeszcze inne niedobre wytrawne wina: tunezyjska (!) Gellala, bułgarska Gamza, obecna i dziś w sklepach Sofia, kwaśny niemiecki riesling Rosenthal. Jakość tych trunków była tak zła, że pijących podejrzewano wyłącznie o szpan. A szpanowali zamożniejsi, artyści, elity i jak zwykle studenci. Na wino można było pójść do nielicznych wówczas winiarni. W Warszawie najsłynniejszy był Hopfer. Znajomy wspominał, jak bawił tam w połowie lat 80. z kumplami studentami, gdy około godz. 17 podeszła kelnerka i powiedziała: - Panowie, mam ostatnie dwie butelki wina, czy podać? Co było robić - zmęczyli jeszcze te dwie.

Rumuński Ciociosan i jugosłowiańska Istra to były popularne wermuty. Wina raczej mocne, ziołowe, słodkie lub bardzo słodkie. W wersji bez dodatków tylko dla odważnych. Ale m.in. dzięki wermutom Polacy zaczęli robić drinki, no bo jak skonsumować butelkę tak słodkiego trunku. Znajoma opowiadała mi, że ciociosan łączono z pomarańczowym sokiem Dodoni i wódką myśliwską, czyli naszym ginem. Uchodziło to za wyższy szczebel alkoholowego wtajemniczenia. Bo tego rodzaju kompozycja to już był koktajl, a nie czyściocha przepijana ptysiem (gazowany napój owocowy z Tarczyna). Ponoć najstarszym drinkiem wśród studentów była nielubiana Krwawa Mary, bo sok pomidorowy pojawił się u nas dość dawno. W sprawie drinków jeszcze szczegół: lód podawany był wyjątkowo rzadko, bo ówczesne zamrażalniki nie były w stanie zmrozić wody do odpowiednio niskiej temperatury.

 

Cotnari i Murfatlar to z kolei rumuńskie wina w wersji półsłodkiej, w ładnych, smukłych butelkach. Były często wybierane przez kobiety, bo mężczyznom słodkie wina, tak jak i słodkie wódki, jakoś nie pasowały.

 

 

 

 

Alkohole luksusowe krajowe

 

Winiak luksusowy to było coś. Z każdego powodu: inna butelka (kwadratowa), nazwa (luksus) i wreszcie smak. Niby 40?proc. alkoholu - jak w wódce, a jednak smakowało inaczej. Może trochę jak brandy. Pamiętam winiak w małym bistro Muza, niedaleko mojej podstawówki. Nauczyciel chemii, facet z klasą (i kasą, bo zarabiał na obozach i koloniach), był najpewniej alkoholikiem, bo dość często widywałem go, jak między lekcjami wpadał do Muzy na jednego. Winiak podawano w mniejszych kieliszkach, czyli 50 ml. Ale on i tak wypijał to na raz. Nigdy w Polsce Ludowej nie piło się inaczej. Zawsze na raz. Kto pił inaczej, ten baba. Winiak był także Klubowy, dostępny w latach 70. zdaje się wyłącznie w delikatesach, w ozdobnych koszyczkach z wikliny. Winiaczek pijało się nie tylko w knajpkach - jako trunek z wyższej półki często gościł w barkach kierowników, szefów urzędów, na wypadek gdyby ktoś wpadł z niezapowiedzianą, roboczą wizytą. Panie lubiły natomiast słodsze trunki, choćby takie jak wiśniówka, niezwykle popularny likier jajeczny Advocaat, Ratafia, Cherry Cordial czy najbardziej znany ziołowo-miodowy likier Krupnik. Dla ekscentryków Polmos miał rum Senorita, a wkrótce także krajowy gin i whisky. Bóle żołądka leczono orzechówką.

 

 

 

Alkohole importowane

 

Były też alkohole luksusowe z importu. Znasz taką definicję koniaku? Pochodzi prawdopodobnie jeszcze z lat 50., ale była prawdziwa do końca lat 80.: Koniak to wysokiej jakości napój alkoholowy, który klasa robotnicza pije ustami swoich przedstawicieli. Koniaczek, trunek elit politycznych, obowiązkowy był także w każdym ekskluzywnym barku. Do kompletu należało mieć kryształowe kieliszeczki. Przywożony z wczasów w Bułgarii albo z pracy na kontrakcie za granicą. Bywał też z rzadka w delikatesach. Najczęściej właśnie bułgarski (Pliska i Słoneczny Brzeg), radziecki (Ararat, Biełyj Aist) i węgierski Budafok. Wszystkie te trunki to, oczywiście, brandy, ale my w tamtych czasach takiego terminu jeszcze nie znaliśmy. Koniakiem była w Peerelu każda brandy, a oczywiście największym poważaniem cieszyły się te z Peweksów, z napisem Napoleon. O tym, że zazwyczaj były to najgorsze francuskie brandy, świadczy fakt, że kosztowały około 2-2,50 dol., podczas gdy markowy Stock był blisko dwukrotnie droższy. Napoleony sprzedawały się dobrze, bo były doskonałym prezentem dla lekarzy i ważniejszych urzędników, koniaczek ustawiał więc na całkiem niezłej pozycji startowej. Słoneczny brzeg, pliskę, budafok wciąż można u nas kupić. Spróbowałem i nie polecam. Ale ararat to już jest coś, ale i cena wyższa.

 

 

 

 

Piwo

 

 

 

Jedyną ogólnopolską marką piwa był od najdawniejszych czasów Żywiec. Ponieważ niełatwo było go kupić, miał doskonały wizerunek. Wzmocniony dodatkowo przez wprowadzenie Żywca do sprzedaży w Peweksie.

A na co dzień piło się za Gierka piwo "no name", bo właściwie każdy browar w Polsce produkował twór o nazwie Piwo Jasne Pełne. Zazwyczaj było marne, wodniste, rzadko tworzyło pianę (zupełnie jak szampony w kolejnej dekadzie). Ale chętnych, szczególnie wśród robotników, nie brakowało. Ratunkiem dla kiepskiego smaku było dodawanie soku albo wersja "grzana z korzeniami". Były też pijalnie piwa, ale strach było tam wchodzić. Z doniesień pisarzy, rejestrujących tamte czasy, wynika, że w pijalniach brakowało nie tylko piwa, ale też kufli, więc trzeba było niekiedy czekać, aż ktoś inny skończy i odda naczynie. Piwo zaczęło też wkraczać do otwieranych w latach 70. barów szybkiej obsługi. Wkraczać tak skutecznie, że po jakimś czasie mało kto przychodził tam na obiad.

 

Piwa zagraniczne, w szczególności w nieznanych u nas puszkach, to był rarytas. Może dlatego tak wielu młodych ludzi oddało się zbieractwu puszek. Oczywiście pustych. Zdobiły najwyższe półki meblościanek w wielu pokojach. Podobnie jak opakowania po zagranicznych papierosach przypinane do słomianek, papierki po czekoladkach, historyjki z gum balonowych Donald.

 

 

W latach 80. piwo było fatalne. Gdy już się pojawiło, trzeba było stać w kolejkach i kupić tyle, na ile zgadzał się sklep (czyli maksimum skrzynkę). Charakterystyczny był sposób wybierania piwa w warszawskim Uniwersamie: każdą butelkę klient obracał do góry dnem i patrzył pod światło. Osad? Osad to pryszcz - chodziło o... myszy. Szczęśliwy nabywca piwa bez dodatków tachał skrzynkę do domu, do akademika albo na budowę.

 

  Pełna rehabilitacja piwa nastąpiła w latach 90. Dotychczas niedobre, niedostępne i bez nazwy stało się smaczne, obecne w każdym sklepie i markowe. Lech, Okocim (z rewelacyjną piosenką Kota Przybory: "Mariola ma oczy piwne, Mariola o kocim spojrzeniu"), Warka i oczywiście wreszcie dostępny Żywiec podbijały polskie gardła. Sprzyjały temu także: zmiana wizerunku piwa jako napoju już nie tylko dla robotników i studentów oraz przemiany obyczajowe, w szczególności zwyczaj grillowania. Dwie najważniejsze marki tego okresu to "młodzieżowe" piwo 10,5 oraz najsławniejsze EB ("Czas na EB"). W reklamach tego ostatniego wystąpił sławny Leon Zawodowiec, czyli Jean Reno. Co było fenomenalnego w EB? To był to porządny lager, dostępny nawet na głuchej wsi i miał genialny marketing. Wszystko pachniało tu Zachodem (puszka, nazwa, reklamy). Ale równie szybko, jak zdobyło rynek, po połączeniu z Grupą Żywiec, z rynku zniknęło. A 10,5? Najkrócej: sikacz, o bardzo młodzieżowym wizerunku ukształtowanym przez świetny marketing. Wciąż jeszcze w sieci można posłuchać niecodziennych, długich spotów reklamowych tego piwa. 10,5 było także przedmiotem jednej z pierwszych w Polsce reklam piwa bezalkoholowego. I 10,5 też już nie ma, choć chyba nie żałujemy.

 

Ikoną lat 90. jest z pewnością wino Cin & Cin. Marka zaczynała od wermutów, ale sławę zawdzięcza winom musującym. Lekkim, słodkim, niedrogim, smacznym, dostępnym w każdym sklepie. W wielu domach zastąpiło alpagi i uczyło Polaków pić wino. A końcówka tej dekady należy do łódki Bols, czyli wódki wypromowanej w telewizji w czasach zakazu reklamy alkoholu. Absurd? Taki sam jak wzrost spożycia alkoholu w czasach reglamentacji. U nas takie absurdy to po prostu normalka.          

 

 

Za pomoc w zilustrowaniu materiału dziękujemy panu Łukaszowi Czajce www.czajkus.friko.pl, serwisowi www.winka.net oraz Sławkowi Jędrzejewskiemu.

Tekst: Jarosław Matuszewski

Zdjęcia: Tadeusz Rolke, PAP/Wojciech Kryński, PAP/Witold Rozmysłowicz, miłosz brendel, www.czajkus.friko.pl, www.winka.net, archiwum redakcji (montaż)

 

 

Czytaj też na Logo24:

 

 

Jest rzeczą niepojętą, jak wielka jest inwencja ludzka w wymyślaniu napojów alkoholowych. Wódka z końskiego mleka, z robaków lub jaszczurek, z przeżutej przez stare kobiety kukurydzy? Wszystko, o czym marzysz - a raczej wszystko, co tylko koszmarnego może ci się przyśnić.

To nie będzie tekst namawiający do picia piwa, bo miałoby to taki sam sens, jak pisanie tekstu namawiającego do oddychania. To będzie tekst o ośmiu z najciekawszych piw świata. A także o powodach, dla których właśnie z nich warto uczynić swoje piwne Święte Graale i przy nadarzającej się okazji spróbować ich za każdą, czasem wyjątkowo wygórowaną, cenę.

Jeśli mamy czas, zagrajmy w warcaby. Jeśli nie mamy, bo to tylko krótka przerwa w głosowaniu - w zbijankę (kto pierwszy straci wszystkie pionki).

Nasz test alkomatów udowodnił kilka rzeczy. Duży może więcej. Rozmowy przy wódce skutkują nad ranem kacem. Nie tylko fizycznym. Osoby chore na grypę nie powinny dmuchać, bo zarażają. Niektóre sprzęty są super, a inne - do niczego.

Więcej o:
Komentarze (10)
Się piło
Zaloguj się lub komentuj jako gość
  • te_rence

    Oceniono 5 razy 3

    Piwo kiedyś miało osad bo było piwem, teraz to jest przemysłowa produkcja napoju piwopodobnego! czasem koncerny chmielu nawet nie dodają tylko granulat chmielowy ! smaczniejsze teraz? ale smakuje tak samo! a kiedyś można było trafić na bardzo dobre piwa ( w zalęznosci jak browarowi lokalnemu wyszło)

  • Jacek S Gregorczyk

    Oceniono 1 raz 1

    Ciociosan jest bułgarski, a nie rumuński jak napisano w artykule.

    miejscaideepodroze.bloog.pl

  • Gość: LEŻAŃSK FULL

    0

    ŻYWIEC NIGDY NIE KRÓLOWAŁ W POLSCE BO BYŁ W PEWEXACH !!! KTO GO QŹWA PIŁ ?
    W POLSCE TYLKO KRÓLOWAŁ LEŻAŃSK I OKOCIM !!! ŻYWIEC MOŻNA BYŁO W TYŁEK WSADZIĆ !!! NIGDY NIE POBIŁ TYCH DWÓCH " NAPOJÓW BOGÓW " !!!

  • Gość: Zbynek

    0

    Piwo dawniej bylo lepsze, smaczniejsze bo Szef Uwazanego Browaru szczal do kazdej nowej partii
    piwa !!!!!

  • Gość: Tryj

    0

    Rumuński vermouth to Zarea

  • witop

    0

    bardzo rzetelnie napisany artykuł. Doskonale pamiętam tamte czasy. Ale w pewnym momencie wódka w peweksie kosztowała 70 centów!

  • Gość: zed

    0

    Szanowny autor może wytłumaczyć czym się różni Brandy od Koniaku ? Bo odnoszę wrażenie iż dysponuje nieco słabą wiedzą w tym zakresie - " Wszystkie te trunki to, oczywiście, brandy, ale my w tamtych czasach takiego terminu jeszcze nie znaliśmy. Koniakiem była w Peerelu każda brandy, a oczywiście największym poważaniem cieszyły się te z Peweksów, z napisem Napoleon. "

  • dsdfan

    0

    > W odróżnieniu od krajowych win owocowych te importowane nazywano gronowymi.

    Nie chodzi o rozróżnienie krajowe-importowane. Wino gronowe to po prostu wino z winogron (czyli jedyne prawdziwe). Wino owocowe - z czego innego. Za PRL nie produkowano w Polsce prawdziwego wina, dlatego gronowe były tylko importowane.

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX