Mołdawia - flaszka dla Gagarina

Po powrocie z wakacji wciąż nie byłam pewna, jak się nazywa kraj, w którym byłam. Wiedziałam za to, że jego kawałek nie istnieje. Ale nikt mi nie uwierzył - zwalili to na wino, które dają tam na każdym kroku.

Granica ukraińsko-mołdawska jest najbardziej wyluzowaną granicą, jaką kiedykolwiek przekraczałam. Pogranicznik zbiera paszporty pasażerów autobusu, którym jadę, i podnosi szlaban, żeby przepuścić pojazd. Rozwieszone wokół tabliczki zakazują z niego wysiadać. Ale jest upiornie gorąco, a mój międzynarodowy autobus to taka trochę większa furgonetka, w której mieści się raptem kilkanaście osób. Teraz siedzimy w niej jak w rozgrzanej metalowej puszce. Ktoś w końcu nie wytrzymuje, a po chwili już wszyscy stoimy w cieniu busika. Każą nam natychmiast wracać, ale na argument o upale odpuszczają, mówiąc: - Nie schodźcie tylko ze swojego chodnika, żebyście się nie pomieszali.

mołdowa, mołdawiaNa sąsiednim pasie odprawiany jest identyczny autobus, a jego pasażerowie też zaczęli wysiadać. Porządek panuje przez minutę. Potem ktoś postanawia zajrzeć w okno jakiejś budki, inny idzie do kantoru, a matka z dzieckiem biegnie do sławojki, która wyraźnie stoi już po mołdawskiej stronie. Kilka osób pali papierosy dokładnie pod znakiem z zakazem palenia, a kilka innych przysiadło na krawężniku i raczy się suszoną rybą. Robi się jak na swojskiej imprezie i w ciągu kwadransa poznaję niemal każdego ze współpasażerów. Wszyscy podróżują od albo do rodzin, z którymi rozdzieliły ich granice powstałe po upadku ZSRR. I wszyscy z niedowierzaniem pytają: - Naprawdę jedziesz na wakacje? Na wakacje do M o ł d a w i i?

mołdowa, mołdawiaTaka reakcja będzie mi towarzyszyć w czasie całej podróży. Mołdawianie nie rozumieli, że ktoś chce zobaczyć ich kraj, bo - według nich - nic w nim do zobaczenia nie ma. I było to zdziwienie szczere: jakbym nie pytała o fajne miejsca, ale poważnie próbowała się dowiedzieć, jaka jest najkrótsza droga na Księżyc.

 

Kto kupił wioskę na kredyt

Kiedy w końcu ruszamy przez granicę, busik podskakuje na wyboju i zauważam tablicę z napisem "Moldova". Napis jest po mołdawsku (czyli rumuńsku), w związku z czym nie ma z nim problemu: w tym języku występuje tylko jedno słowo na określenie zarówno kraju, do którego przed chwilą wjechałam, jak i historycznej krainy w granicach Rumunii. W innych tak łatwo już nie ma: po angielsku "Moldova" to kraj, a "Moldavia" - kawałek Rumunii. Kiedy wstukuję w polskie Google hasło "Mołdowa", odpowiadają mi zapytaniem: "Czy chodziło ci o: Mołdawia?". Co mnie w ogóle nie dziwi, bo właśnie tej nazwy używa się w mowie potocznej, widzi się ją w gazetach. Jednak w oficjalnych stosunkach dyplomatycznych kraj nazywany jest "Mołdową" (Republiką Mołdowy), to samo słowo pojawia się w tytułach przewodników. Sytuacji nie ułatwia fakt, że wiele osób i tak nie wie, o jaki kawałek świata chodzi: mnie przed wyjazdem przynajmniej kilkoro znajomych przekonywało, że Mołdawia i Mołdowa to dwa różne państwa położone na dwóch końcach Europy, a ktoś inny twierdził, że przynajmniej jedno z nich ma coś wspólnego z Macedonią.

W Mołdawii jest spora i prężna Polonia i to właśnie u niej postanowiłam zatrzymać się na początku, żeby zasięgnąć języka na temat dalszej drogi. Pech chciał, że Polonia z miasta Bielce wyjechała na wakacje do Polski. Kiedy nie mając pomysłu, co ze sobą zrobić, włóczyłam się między pomnikiem Stefana III Wielkiego (rum. Stefan cel Mare - najpotężniejszy hospodar mołdawski, którego imieniem nazwana jest główna ulica w każdym mieście), a tablicą z sierpem i młotem oraz fontanną, którą mieli uruchomić na zbliżające się święto niepodległości, ktoś mnie zaczepił pytaniem, czy może pomóc. Nie było w nim krzty nachalności ani chęci zarobku, co bywa zmorą w wielu turystycznych miejscach. Mężczyzna sprawnie pokierował mnie do polskiej wioski Styrcza. Kiedy wysiadłam z marszrutki przy głównej drodze (do samej wioski nic nie dojeżdża), oniemiałam: przede mną ciągnęły się pola słonecznikowe, a piaszczysty dukt prowadził w dół wśród pagórków. Gdzieś u jego krańca majaczył kościół. Minęłam kilka drewnianych chałup na uboczu, wokół których grzebały stada indyków, gęsi i kaczek. Tumany kurzu wskazywały na spędzane z pól krowy.

mołdowa, mołdawia

Miasto Bielce

Na rozwidleniu drogi znalazłam się wśród kolorowych domów: były pomalowane na niebiesko, zielono, żółto, a od ich ścian odbijały białe rzeźbione okiennice. Płoty gęsto obrastała winorośl, a na poboczach stały studnie - przykryte daszkami, z ławeczkami, wiadrem i metalowym kubkiem, z którego mógł skorzystać każdy spragniony. Wokół panowała niesamowita cisza. Pomyślałam, że ktoś mnie właśnie przeniósł na plan filmu "Nad Niemnem".

mołdowa, mołdawia

Wsie na północy kraju

Wioskę kupiło na kredyt 37 polskich rodzin, w czasach, kiedy te ziemie były miejscem zsyłek. Polacy długo żenili się tylko między sobą i dopiero kiedy o chłopców upomniała się Armia Czerwona, co niektórzy zaczęli wracać ze służby z narzeczonymi z zewnątrz. Wielu mieszkańców nadal nosi swojsko brzmiące nazwiska, a o swojej miejscowości mawiają "mała Warszawa". W jednym z domów znajduje się muzeum z przedmiotami z początków wsi - mnie najbardziej urzekła historia bryczki. Kiedy nowo powstała władza sowiecka zaczęła konfiskować własność, Polacy rozebrali ją na części i schowali w różnych miejscach. Jednego resoru szukają do dzisiaj.

Co ma Mołdawia do Mołdowy

Targane wojnami i na przemian zależne od władców tureckich, polskich i rosyjskich Hospodarstwo Mołdawskie z czasem utraciło część swoich ziem (Besarabię) na rzecz caratu. Te, które zostały, zjednoczyły się z Księstwem Wołoskim, dając początek Rumunii. Te odebrane, na wschodzie, już po rewolucji komuniści dołączyli do części Ukrainy, tworząc sowiecką republikę mołdawską. Po rozpadzie ZSRR republikę zastąpiło niepodległe państwo Mołdawia (czyli oficjalnie: Mołdowa, Republika Mołdowy). Składa się ono z: Besarabii, zamieszkanego przez rosyjską i ukraińską większość Naddniestrza oraz tureckojęzycznej Gagauzji.

Językiem urzędowym jest mołdawski - zazwyczaj utożsamiany z rumuńskim. Na ulicach jednak tak samo często słychać rosyjski, którym można się porozumieć z każdym. Podróżowanie po Mołdawii bez jego znajomości jest dużym wyczynem.

Co się chowa w mamałydze

Mołdawia jest jednym z najmniejszych krajów Europy, z powierzchnią dziesięć razy mniejszą od Polski i granicami, które dzieli około 150 km wszerz i 350 km wzdłuż. Co nie oznacza, że którąkolwiek z tych odległości na pewno pokona się w jeden dzień - do niektórych miejsc marszrutka przyjeżdża co dwa dni, inne są zupełnie odcięte od świata. A ja dziś mam w planach taki właśnie zapomniany, położony na północnym zachodzie, kawałek kraju. Kierowca jedynej odjeżdżającej w tym kierunku marszrutki (niestety nasze drogi rozejdą się już po kilku kilometrach) prawie zabija mnie śmiechem, kiedy mówię mu, dokąd chcę się dostać. - W jeden dzień to niemożliwe - powtarza. Ale ja chcę koniecznie, żeby zobaczyć rafę koralową. Nigdy wcześniej nie widziałam jej w kraju, który nie ma dostępu do morza. Wbrew zapowiedziom idzie mi bardzo sprawnie i dość szybko w monotonnym krajobrazie falistego stepu pojawia się dziwaczna góra, z której wyrastają poszarpane skałki. Wspinam się na nią wąską ścieżką wśród gęsi: ze szczytu roztacza się widok na wąwóz Butesti i podobne skałki. Formacje są pozostałością po Morzu Sarmackim, które rozlewało się na tych terenach kilka milionów lat temu. W górze woda wyrzeźbiła też sporą jaskinię, ale wejście do niej zamknięto, bo do środka ciągle wchodziły owce.

mołdowa, mołdawia,Butesti

Wąwóz Butesti, upstrzony skałkami, które okazują się pozostałością rafy koralowej.

Jeszcze dziwniejszy twór pozostały po morzu ciągnie się przy granicy z Rumunią - Sto Kopców to symetryczne górki wyrastające z płaskiego jak deska terenu. Naukowcy wciąż się głowią nad ich fenomenem. Ostatni kawałek ocienionej drzewami orzechowców drogi do Stu Kopców pokonuję wozem konnym z rolnikiem Paszą, który przyjechał nazbierać gałęzi na opał. Podrzuca mnie pod najwyższą górkę i błyskając złotymi zębami, mówi: - Stefan cel Mare wypatrywał z niej wroga.

Kiedy wchodzę na szczyt, odzywa się sygnał SMS-a: "Witamy w Unii Europejskiej".

mołdowa, mołdawia

Twierdza w Sorokach, pozostałość systemu stworzonego, oczywiście, przez Stefana III Wielkiego. Ta w Sorokach jest dla Mołdawian tak ważna, że mają ją nawet wyrysowaną w dowodach osobistych.

Jedna z systemu potężnych twierdz obronnych zbudowanych przez hospodara Stefana cel Mare stoi w położonych na wschodnich rubieżach Sorokach. Jest też jedyną na terenie dzisiejszej Mołdawii - pozostałe znajdują się w Rumunii, na Ukrainie (słynne Chocim i Akerman) oraz spornym Naddniestrzu. Dla Mołdawian twierdza jest tak ważna, że jej wizerunek umieścili nawet na odwrotach dowodów osobistych.

mołdowa, mołdawia

Typowe widoki mołdawskiej wsi.

Ja jednak nie mogę wyjść z podziwu nad czymś zupełnie innym - rozciągającą się na wzgórzu dzielnicą cygańską. To nie są bogate i wystawne domy - to są prawdziwe pałace i gdyby je tylko trochę postarzyć, z powodzeniem mogłyby udawać Wenecję. A może dawną Rosję, bo styl tu panuje mieszany: standardowy dom ma dwie albo trzy kondygnacje, wysokie okna zwieńczone łukami, krużganki wzdłuż całego frontu, rzeźbione kolumny i cebulaste kopuły na srebrnym albo złotym dachu. Według dowcipu krążącego w dolnej części miasta wiele budynków jest ciągle w budowie, bo każdy właściciel wziął sobie za punkt honoru, żeby jego dom był większy od postawionego przez sąsiada. Ale nie największy w dzielnicy, bo ten - za ogrodzeniem z czerwonej cegły z kutą żelazną bramą - należy do cygańskiego króla.

Wschodnia Mołdawia słynie też z wykutych w pionowych skałach klasztorów. Najbardziej rozpoznawalny jest Orchej Stary (Orheiul Vecchi) z kompleksem jaskiń i cel w ścianie głębokiego i malowniczego kanionu rzeczki Raut. Do dawnej klasztornej cerkwi siedem lat temu wrócił jeden mnich, który za dnia sprzedaje święte obrazki i świeczki, a noce spędza w wyżłobionej w ścianie jamie wielkości łóżka, która służy mu za całe mieszkanie. Dzisiaj przynajmniej łatwo mu się tu dostać - tunelem wykopanym ze szczytu kanionu; kiedyś mnichów i ich gości do klasztoru wciągano na linach od strony rzeki. Sława Orcheju Starego - oprócz klasztoru są tu też ruiny twierdzy i tatarskiej bani - jest tak wielka, że wokół wyrosło kilkanaście guesthouse'ów i małych hotelików. To rzecz w Mołdawii niespotykana: normalnie turysta ma do wyboru poradzieckie turbazy - gigantyczne budowle z plątaniną ciemnych korytarzy, w których ciągle się gubię, albo eleganckie hotele, których ceny w porównaniu z warszawskimi wydają się szokujące.

mołdowa, mołdawia

Wykute w skale cele mnichów w Orcheju Starym to pozostałość dawnego klasztoru i obowiązkowy punkt wycieczki do Mołdawii.

 

mołdowa, mołdawia

Orchej Stary, największa atrakcja turystyczna Mołdawii.

 

mołdowa, mołdawia

Mamałyga to najbardziej mołdawskie z mołdawskich dań jest gęstą masą, ugotowaną w specjalnym garnku z mąki kukurydzianej i wody.

A tu proszę: trafiam do domu z różanym ogrodem, widokiem na rzekę oraz gospodynią przygotowującą mamałygę. Podała ją pokrojone nitką na kawałki, a teraz uczy mnie, jak rękoma ugnieść z nich placki, nałożyć na nie jajecznicę, bryndzę albo skwarki (może też być wszystko razem) i zrobić kulkę, którą przed zjedzeniem trzeba jeszcze zamoczyć w śmietanie. W praktyce jest to dość skomplikowane i wychodzi mi chyba tylko dlatego, że do zapicia mamy szampana. Przywiozłam go z fabryki wina: nówka sztuka, dopiero co zdjęty z taśmy, nawet etykiety nie przykleili.

 

Gdzie tak naprawdę odleciał Gagarin

Wino to chyba pierwsze słowo, jakie kojarzy się przeciętnemu człowiekowi z Mołdawią. Maleńki kraj jest w pierwszej dziesiątce światowych producentów tego trunku, a jego sprzedaż stanowi ponad połowę całego eksportu Mołdawii. To tu znajdują się najdłuższe na świecie, 200-kilometrowe, podziemne korytarze, w których leżakuje wino, i jego największa światowa kolekcja, licząca ponad 1,5 mln butelek. Kiedy w połowie lat 80. Gorbaczow - upatrując słabości Sojuza w rozpitych obywatelach - zarządził słynną kampanię antyalkoholową, w Mołdawii dochodziło do prawdziwych tragedii. Ludziom, którzy całe życie zajmowali się hodowlą winorośli, wręczono siekiery i kazano je wyrąbać - sprzeciw oznaczał kilkanaście lat więzienia. Zdarzały się przypadki zawałów i samobójstw. Zanim kampania upadła, tylko w tej republice z 210 tys. ha winnic wycięto 80 tys. ha.

Dzisiaj produkcja wina znowu ma się dobrze, a wycieczki do winiarni połączone z degustacją są żelaznym punktem w programie każdego, kto odwiedza Mołdawię. Ja zaczynam od mało znanej fabryczki w Branešte, do której wiedzie rzadko uczęszczana kręta droga przez las. Niepozorna brama u jej końca i kilka budynków widocznych za nią nie zwiastują tego, co się kryje pod ziemią: 60 km korytarzy ciągnących się pod powierzchnią o wielkości 67 ha. Kiedy do nich wchodzę, czuję, że w ciągu chwili temperatura spada o kilkanaście stopni - z południowego upału na zewnątrz, do 12-14 st. C., jakie utrzymują się cały czas pod ziemią. To właśnie one połączone z wysoką wilgotnością tworzą idealne warunki do produkcji, a przede wszystkim leżakowania wina. Trunek fermentuje w gigantycznych 50-tonowych cysternach i po trzykrotnej filtracji trafia na linię rozlewu, ludzkie ręce potrzebne są tylko do zapakowania go w kartony. Wysokim na prawie 8 m korytarzem dochodzimy właśnie do takiej pakowni - ubrane w sterylne fartuchy kobiety dzisiaj mają na taśmie szampana, a mnie od samej liczby wypełnionych żółtym płynem butelek zaczyna się kręcić w głowie.

mołdowa, mołdawia

Tak sprzedaje się wino w firmowych sklepach winiarni w Kiszyniowie.

Zaraz zakręci mi się jeszcze bardziej: w bocznej niszy, na kilku specjalnie skonstruowanych stojakach, leżakuje szampan kolekcjonerski. Co dwa tygodnie przychodzi tu pracownik, by wyjąć każdą butelkę i pokręcić nią, żeby pod korkiem zebrał się osad. I tak przez trzy lata, po upływie tego czasu korek z osadem szybko się wyrzuca, wymieniając go na nowy. Niestety, tego cennego trunku nie można kupić - produkują go tylko dla podtrzymania tradycji i rozdają w prezencie znamienitym osobistościom. Kupuję więc szampana z linii, który leżakował tylko dwa miesiące, a do degustacji dostaję kolekcjonerskie wino Kagar, ciężkie, słodkie i niesamowicie aromatyczne.

mołdowa, mołdawia,wino

Wyrób wina to filar mołdawskiej gospodarki, jego sprzedaż stanowi połowę eksportu krajowego.

Wejście do winiarni w Cricovej jest imponujące - przez iście pałacową wieżę. Pod ziemią kryje się miasteczko w korytarzach pozostałych po wydobyciu wapienia: mają ponad 100 km długości i tworzą prawdziwy labirynt ulic, alej, placów i skrzyżowań. Sięgająca 98 proc. wilgotność stwarza wyśmienite warunki zwłaszcza dla win musujących - to tu produkowano słynne Sowietskoje Igristoje. Wtedy piwnice dla śmiertelników były zamknięte, bywali w nich (i bywają do dziś) miejscowi i zagraniczni notable: Władimir Putin świętował 50. urodziny, a Jurij Gagarin przyjechał tuż po powrocie z kosmosu i nie wychodził na powierzchnię przez dwa dni. Według wersji oficjalnej zgubił się w korytarzach (w księdze gości napisał potem: "Łatwiej oderwać się od ziemi, niż wyjść z cricovskich piwnic"), nieoficjalnej - zabalował w salach degustacyjnych, po wyjściu rozbił auto, wrócił więc zalać robaka z winiarzami.

mołdowa, mołdawia

Typowe widoki mołdawskiej wsi.

Na koniec zostawiłam sobie Mileštii Mici - to prawdziwy gigant złożony z 200 km sztolni, do których można wjechać tylko w konwoju samochodów. U wejścia dwie fontanny w kształcie beczek i ogromnych butelek tryskają czerwonym i żółtawym napojem do równie wielkich kielichów. Już wyciągam rękę w ich kierunku, kiedy jeden z pracowników rozwiewa moje nadzieje: - Nazywamy go farbowańcem.

Historia cennego wina

Największa kolekcja win na świecie - ponad 1,5 mln butelek - znajduje się w sztolniach Mileštii Mici. Są to tylko wina miejscowe.

Podziemia Cricovej skrywają wina z całego świata - razem 1,2 mln butelek 640 gatunków. Zaczątkiem zbioru była kolekcja marszałka Göringa, wielkiego miłośnika bordo, w którego piwnicy znaleziono 10 tys. butelek najlepszych europejskich win z pierwszej połowy ubiegłego wieku. Czerwonoarmiści wywieźli je do ZSRR jako trofeum wojenne. Według jednej wersji wszystkie trafiły do Mołdawii jako odszkodowanie za zniszczenia, według drugiej - najpierw przechowywano je w Moskwie, by potem podzielić między winiarzy z Mołdawii (dostali więcej) i Krymu.

Największym rarytasem zbioru jest czerwone deserowe wino paschalne wyprodukowane w 1902 r. przez społeczność izraelską w Palestynie. Z tego samego roku pochodzi butelka becherovki. Według kierownictwa fabryki dając kolekcję w zastaw można zaciągnąć każdy kredyt świata.

Napój jest zwyczajną, zabarwioną wodą. Za to pod ziemią - prawdziwa uczta dla oczu i zmysłów. Szerokimi tunelami zjeżdżamy za przewodnikiem coraz niżej i niżej, by dostać się na głębokość 80 m, gdzie zgromadzono najwięcej na świecie butelek wina. Leżą, jak okiem sięgnąć, w zbudowanych po sufit boksach, po 600, 700, 900 sztuk w każdym. Zakurzone, oplecione pajęczyną, niektóre nawet omszałe - minimum leżakowania wynosi tu od dwóch do czterech lat. W sali degustacyjnej czeka na nas kilka solidnych dzbanów, a na samej górze - sklep firmowy, w którym butelki leżą w boksach podobnych do tych pod ziemią, ale już elegancko zapakowane. Najdroższa - Bukiet Mołdawii z 1973 r. - kosztuje 30 tys. lei (ok. 7,5 tys. zł). Ale już porządne chardonnay z 1992 r. - tylko 36 lei. Podobny sklep jest w centrum Kiszyniowa: sprzedają w nim też wino z kija, rozlewane do plastikowych butelek, w cenie 15 lei za litr.

 

Czy może istnieć kraj, którego nie ma

Nie wierzę, po prostu nie wierzę w to, co zobaczyłam, kiedy dojechałam do Kiszyniowa. Skoro Mołdawia jest najbiedniejszym krajem Europy, to jakim cudem to miasto jest tak ładne? Zielone, zadbane, czyste, z kamienicami jak w Petersburgu i szerokimi alejami, wzdłuż których pełno gwarnych klubów, małych kafejek i modnych sklepów. Choć to dzień powszedni, mieszkanki stolicy wyglądają jak z żurnala - strojem obowiązkowym są sukienki i pantofelki. O tym, gdzie jestem, przypomina mi tylko monumentalny pomnik i kwas chlebowy w plastikowych kubeczkach, rozlewany niemal na każdym rogu.

Z Kiszyniowa ruszam do Tyraspola - stolicy przedziwnego państwa, które nie istnieje. To 200-kilometrowy, wąski pas ziemi położony po lewej stronie Dniestru, zamieszkany głównie przez Rosjan i Ukraińców, który w 1990 r. ogłosił się niepodległą Naddniestrzańską Republiką Mołdawską. Choć to marionetkowe państwo dla świata jest częścią Mołdawii, dzięki wsparciu Rosji funkcjonuje jak każde inne: ma prezydenta, rząd, wojsko, policję, walutę i nawet tablice rejestracyjne wydaje.

mołdowa, mołdawia

Obrazki z Naddniestrza, przedziwnego, nieistniejącego państwa, które tylko Rosjanie traktują poważnie, a oficjalnie uznały je trzy inne, podobne mu twory: Abchazja, Osetia Płd. i Górski Karabach.

mołdowa, mołdawia

Straszyli mnie tym Naddniestrzem jak złym wilkiem. Ponieważ Mołdawia nie ma w nim żadnej władzy, nie ma jej także nasza ambasada i gdyby coś mi się przytrafiło, nie będzie mogła mi pomóc. Pogranicznicy na pewno będą stwarzać problemy, co się skończy wymuszeniem łapówki albo skonfiskowaniem moich rzeczy. Rzeczywiście: po sprawnym przejechaniu kontroli mołdawskiej - co jest dość absurdalne, bo według Mołdawii żadnej granicy przecież w tym miejscu nie ma - widzę wyrastające na drodze groźnie się prezentujące zasieki, solidną bramę i budkę, nad którą łomoce flaga z sierpem i młotem. Na poboczach zauważam kilka wozów opancerzonych i grupki żołnierzy - od czasu krwawej wojny domowej w 1992 r. oprócz sił mołdawskich i naddniestrzańskich stacjonują tu także wojska rosyjskie. Pogranicznik bez zbędnych pytań i emocji oddaje mi paszport i kartę imigracyjną, na której napisał, że muszę opuścić Naddniestrze do godz. 20 - cudzoziemcom bez dodatkowych formalności pozwalają wjechać tylko na 10 godzin. No to wjeżdżam - szeroką i gładką jak lustro drogą, którą porusza się ledwie kilka aut.

mołdowa, mołdawia

Taką wódkę dosyć popularną, można kupić w sklepach albo wprost z chłodziarek wystawionych na festynach itp.

Puste ulice to coś, co rzuca się w oczy także w Tyraspolu: z pobielonymi krawężnikami, obrośnięte drzewami, pod którymi od czasu do czasu przemknie jakiś obywatel. Ze zdjęć i plakatów spoglądają na mnie zasłużeni mieszkańcy i towarzysz Putin, a kolejne hasła na budynkach głoszą: "Nasza siła w jedności z Rosją", "Razem zwyciężymy" i "Wszystkiego najlepszego z okazji 20-lecia republiki". Chodzę szerokimi, prostymi jak strzała bulwarami i czytam ich nazwy: Lenina, Zwycięstwa, Marksa, Róży Luksemburg, oczywiście wszystkie cyrylicą. Jedynym napisem w alfabecie łacińskim jest "Kvint" - to nazwa kultowej, najstarszej fabryki koniaków na terenie byłego ZSRR, w której ten trunek wyrabiany jest tradycyjnymi francuskimi metodami: w dębowych beczkach i bez żadnych dodatków. W sklepach firmowych butelkę można kupić za ok. 2 euro, płacąc oczywiście w rublach naddniestrzańskich, bo innej waluty w tym kraju nie przyjmują. Ciszę na głównym bulwarze przerywa ryk klaksonów: to młode pary jadą w kierunku cmentarza wojskowego złożyć kwiaty przed wiecznym ogniem. Jest ich tyle, że zrobił się zator: jedna para podchodzi właśnie do znicza, druga fotografuje się na tle czołgu z napisem "Za ojczyznę", trzecia słucha wytycznych kamerzysty, dwie kolejne czekają w kolejce i wciąż zajeżdżają następne. Sznur aut kończy się dopiero pod pomnikiem Lenina.

Przed powrotem zahaczam jeszcze o Gagauzję - autonomiczną republikę na południu Mołdawii, zamieszkaną przez schrystianizowanych Turków. Gdy wjeżdżałam z Polski na Ukrainę, pomstowałam na tamtejsze drogi. Kiedy teraz wracam na Ukrainę z Gagauzji właśnie - nie mogę wyjść z podziwu, jak świetne są szosy ukraińskie. Ale wizyty w gościnnej i nieskomercjalizowanej Mołdawii nie żałuję ani trochę. To ostatni taki kraj w Europie. Prawdziwa biała plama na mapie.

 

mołdowa, mołdawia, flagaJak i za ile?

Jak dojechać: połączeń lotniczych do Kiszyniowa nie ma wiele, ceny - od 1000-1200 zł (Lufthansa, Austrian, Malev, Aerosvit). Można podróżować lądem (do Lwowa, stamtąd pociągiem do Czerniowców i dalej autobusem na północ Mołdawii), a po przejechaniu kraju wrócić samolotem, np. z Odessy albo Rumunii.

Naddniestrze najłatwiej odwiedzić, wjeżdżając na 10 godzin z Mołdawii (można wjechać kilka razy). Przy dłuższym pobycie konieczna jest rejestracja: do jednej doby - możliwa na na granicy (urzędnicy czasem pytają o zaproszenie), powyżej - w Naddniestrzu. Żeby uniknąć kłopotów, lepiej nie jechać przez Naddniestrze z Ukrainy do Mołdawii albo na odwrót.

mołdowa, mołdawiaWaluta: lej mołdawski (MDL) - 1 PLN = ok. 4 MDL. W Naddniestrzu funkcjonuje rubel naddniestrzański, słabszy od leja. Ceny: 1,5-2 leje za marszrutki i trolejbusy miejskie, duża butelka wody - 4-5 lei, obiad w barze - od 40 lei, piwo w restauracji - od 10-15 lei.

Wycieczki do winiarni: najpopularniejsze są Mileštii Mici i Cricova, ale w całym kraju swoje podwoje otwierają też mniejsze fabryczki. Najlepiej umówić się telefonicznie. Wejście do Branešte - 100 lei, Mileštii Mici i Cricovej - ok. 350-600 lei w zależności od dnia tygodnia oraz tego, czy zamawiamy posiłek w restauracji pod ziemią. Degustacja miejscowych win jest zawsze wliczona w cenę.

 

Tekst: Marzena Filipczak

Zdjęcia: Marzena Filipczak,  Damian Kramski, Agata Jakubowska,  Ambasada Mołdawii w Warszawie, Shutterstock (montaż)

Infografika: Mikołaj Kirschke

 

Zobacz też na Logo24:

Rachunek wędrownego pijaka

Sto wiorst nie droga, sto rubli nie pieniądz, sto gram nie wódka.

Wakacje na barce

Wyprawa barką to urlop w stylu slow. Niespieszna włóczęga po kanałach przecinających całą Europę. Bez żadnych uprawnień szansa na zostanie kapitanem. Cieszenie się życiem i widokami za burtą. Problemy ograniczają się do nawigacji, godzin zamknięcia śluz i tego, jakie wino kupić na wieczór.

Uzbekistan z workami pieniędzy

Nie umiesz liczyć po uzbecku? Może chociaż po persku? - dopytywała sprzedawczyni arbuzów. Na azjatyckim pustkowiu polskie fakultety są kompletnie nieprzydatne.

Albania - w krainie bunkrów

Albania to kraj dla wyczynowców. Ale nie z powodu mafii, min i przemytników, tylko szalonych kierowców, dziur w chodnikach i rakii, którą gościnni miejscowi poją od rana do nocy.
Więcej o:
Komentarze (3)
Mołdawia - flaszka dla Gagarina
Zaloguj się lub komentuj jako gość
  • buazej

    Oceniono 2 razy 2

    Pani Marzeno gratuluję fajnego tekstu, z ciekawością i uwagą go czytałem, ponieważ żona ma jest Mołdowianką. Wielokrotnie już w Mołdowie bywałem i zawsze jest to dla mnie wielkie przeżycie. Bałem się, iż tekst jak większość, znowu pobłażliwie potraktuję specyfikę tego miejsca, ale nic z tych rzeczy, naprawdę trudno się czegoś przyczepić (wydaje mi się iż to wino nazywało się Kagor, ale nawet moja żona rzekła, że różnie z tymi tłumaczeniami może być). Ona również ucieszyła się, iż w końcu nieco sympatyczniejszy tekst pojawił się na temat Jej ojczyzny.

    Dla chętnych dodam, iż jak jeszcze sam jeździłem publicznym transportem do MD to był swego czasu bezpośredni autobus Lwów - Kiszyniów, chyba najbardziej efektywne rozwiązanie. Są też z Bukaresztu bezpośrednie połącznenia jeśli ktoś podróżuje z innych krajów.

    Pozdrawiam, Błażej

  • apocalypse_rider

    Oceniono 1 raz 1

    Bardzo ciekawy tekst. Zachęca do odwiedzenia Mołdowy. Niech tylko dziecię podrośnie, to skoczymy z żoną na wino ;)

  • Gość: Andrzej

    0

    Nie do końca zgadzam się że w Naddniestrzu jest tak przyjaźnie i bezpiecznie, widocznie Autorka trafiła na lepszy dzień celników. Osobiście odradzam podróż w tamte rejony, byliśmy zmuszeni do zapłacenia około 80$ za osobę łapówki przy trzech osobach, w przeciwnym wypadku - wysadzenie z autobusu i postój w "Republice Naddniestrza" a jechaliśmy tam tylko tranzytem...

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX