Let it snow, let it snow!

Zewsząd trąbią, że najgorszą karą dla dziecka jest bawienie się na zewnątrz. Że bez komórki czy tabletu nie ma co ruszać się z domu. Moja córka co prawda jest jeszcze za młoda, by sprawnie obsługiwać elektronikę, ale już widzę, że nie będzie wzbraniała się przed zabawą na świeżym powietrzu!

Strasznie nie lubię tonu malkontenta. Wzbraniam się przed narzekaniami z serii: "A kiedyś, to było lepiej...". Ale tym razem muszę trochę ponudzić, bo - do pewnego stopnia - w czasach mojej młodości rzeczywiście było lepiej. A na pewno inaczej. Szczytem obciachu była publiczna nieznajomość jakiegoś piłkarza, a nie brak najnowocześniejszej komórki. Wystarczyło, że zakładałeś koszulkę z nazwiskiem Gabriela Batistuty albo Roberto Carlosa i od razu stawałeś się kimś, wręcz półbogiem. Czas odmierzały ci kolejne bramki strzelone podwórkowym Jerzym Dudkom, a nie minuty spędzone na przeglądaniu Facebooka.

Zimą było podobnie. Nie musiałeś mieć specjalistycznego sprzętu, by zjeżdżać lub skakać na nartach. Wystarczyło, że przed wyjściem na śnieg zjadłeś bułkę z bananem, a w trakcie sekundowego lotu otworzyłeś usta, by wzbudzić podziw wśród znajomych. Razem bawiliśmy się w Małysza i choć niektórzy z nas czasem "skakali" raczej jak Robert Mateja, byliśmy szczęśliwi.

Moja córka też kocha śnieg. Kocha sanki. Ale takie prawdziwe, kolorowe, z metalowymi płozami, a nie plastikowy badziew dostępny za psie pieniądze w supermarketach. Często zabieram ją na jednoosobowy kulig, gdzie to ja ciągnę sanie. Czasem nawet do sklepu nie mogę ruszyć się bez mojej zaprzęgowej obstawy.

Oczywiście lepimy również bałwany. Odkąd premierę miała "Kraina Lodu" i każda dziewczynka zapragnęła być niczym Anna lub Elsa, dużo łatwiej nakłonić Młodą do twórczej zabawy śniegiem. Zwykle to ja kończę jako Olaf - cały w śniegu - ale zabawa jest przednia. Trzeba korzystać, bo z białym puchem u nas ostatnie różnie bywa. Zimy nie są już takie, jakie były w czasach moich centymetrowych lotów na nartach.

Jako dziecko zupełnie nie obchodziło mnie, że biegając po zaspach mocno się pociłem, a buty dość często przemakały. W zasadzie frajda była tym większa, bo w dzieciństwie zakazany owoc miał właśnie kształt przemoczonych butów. Teraz, kiedy staram się już być odpowiedzialnym rodzicem, muszę większą uwagę zwracać na komfort mojej córki. Choć ją bawią płatki śniegu, które dostaną się jej pod szalik, we mnie budzą - w najlepszy wypadku - strach.

Happy mother and son playing and having fun together lying in the snow on a sunny winter dayiStock

W małych miejscowościach często pomagamy sobie starymi, sprawdzonymi sposobami. Herbata z miodem, z sokiem malinowym - każda zabawa na śniegu musi skończyć się takim napojem. Wspólne czytanie książki pod kołdrą - to najlepsza terapia na oznaki przeziębienia. I choć czasem muszę spełnić rolę złego rodzica, który przedwcześnie kończy aniołki formowane w zaspach, szybko się z córką godzimy. Bo zabawa na śniegu nie jest końcem, ale dopiero początkiem wspólnie spędzanego czasu.

Oczywiście nie zawsze jest go tyle, by móc być ze sobą bez przerwy. Praca, obowiązki, różne nieprzewidywalne sytuacje. Ale staram się, aby było go jak najwięcej. Bo zimą recepta na dobrego acz odpowiedzialnego ojca jest bardzo prosta - to, co zaczynasz na śniegu, kończysz już w ciepłym domu.

Dziecko zaczerpnie świeżego powietrza, a ty nie zamartwisz się na śmierć. A kto wie, może jeszcze zaszczepisz w córce miłość do zimowych sportów?

Więcej o: