Dorwać mistrza! Rozmawiamy z Władimirem Kliczko [WYWIAD]

Hayden, przestań! Dlaczego wszyscy zawsze chcą mnie bić? - Władimir Kliczko śmieje się i ucieka przed filigranową narzeczoną, która w żartach stara się wyprowadzić "nokautujący" cios. Rejterada Mistrza - o tym od lat śnią kolejne pokolenia bokserów, ale wydaje się, że to marzenia ściętej głowy.

Dlaczego chcą go bić? Dobre sobie. Bo jest bokserem, bo na bokserskim topie znajduje się od wielu lat, bo ma sławę i pieniądze, bo jest wykształciuchem, a to ciało obce wśród bokserskiej braci, bo pożądają go piękne kobiety. Wreszcie dlatego, że kto teraz pokonałby Władimira Kliczkę, mistrza świata wagi ciężkiej organizacji IB, WBO, IBO i WBA, ten od razu sam przeszedłby do historii.

Listę powodów, dla których każdy bokser chciałby dołożyć w ringu Ukraińcowi, można by wydłużać praktycznie w nieskończoność. Jednak najprawdopodobniej pokonać jest go w stanie tylko czas. Ot, któregoś dnia ogłosi, że kończy karierę, i reszcie pięściarzy pozostanie walka o tytuły wakujące po ustąpieniu mistrza (tak postąpił niedawno jego starszy brat Witalij).

Kiedy to nastąpi? 38-letni Kliczko zapewnia, że może jeszcze walczyć przez kilka lat, ale co rusz pojawiają się pogłoski, że może się to stać zdecydowanie szybciej i to za sprawą nie jednej, ale aż dwóch kobiet. Pierwsza to jego narzeczona, amerykańska aktorka i piosenkarka Hayden Panettiere. Druga to ich córeczka, która ma się urodzić za kilkanaście tygodni. To po jej narodzinach "Doktor Stalowy Młot" (Kliczko ma doktorat z metodyki treningu) miałby poświęcić się całkowicie rodzinie.

A rodzinę i to, co jest z nią związane, Władimir traktuje śmiertelnie poważnie. Przywykł do tego, że przed każdą z blisko 70 zawodowych walk, jakie stoczył, przeciwnicy starają się wyprowadzić go z równowagi. Na ogół wybaczał im to, traktując pyskówki jako nieodzowny rytuał. Jednak gdy robili wycieczki w kierunku jego brata Witalija (mimo że czasami relacje między braćmi nie były najlepsze), we Władimira wstępował diabeł. Nie ukrywał, za co konkretnie ukarze przeciwnika.

Doświadczył tego m.in. David "Żniwiarz" Haye.

- Okazał brak szacunku dla mojej rodziny i przyjaciół. Sprawię, że to będą dla niego bardzo długie i mało przyjemne chwile - zapowiedział "Doktor". I choć nie znokautował Brytyjczyka, to nie było wątpliwości, że bólu w tej walce zadał mu wyjątkowo wiele.

A mocy Kliczko ma więcej niż dużo.

Pokazały to badania siły jego ciosu, które przeprowadzono przed walką z Włochem Franceskiem Pianetą. Licznik urządzenia umieszczonego w specjalnym manekinie zatrzymał się na 700 kg. Nie powstydziłby się tego słusznych rozmiarów byk.


Czy Władimir ma w ogóle jakieś słabe strony?

Wielu fachowców zarzuca mu, że w ringu jest... nudny.

Tak uważa choćby słynny Mike Tyson, ale nawet on zaraz dodaje, że Ukrainiec jest równocześnie niebywale skuteczny. Inni wskazują, że Władimir ma "szklaną szczękę".

No i co z tego, skoro większość bokserów praktycznie nie ma możliwości tego sprawdzić - zanim się do niego dobiorą, już leżą na deskach.

To dlatego, że jak na blisko 2-metrowego faceta (dokładnie 198 cm) Kliczko porusza się zadziwiająco lekko, a kiedy wyprowadzi morderczy prawy i kiedy dosięgnie on celu, można odnieść wrażenie, że głowa jego rywala zaraz oderwie się od korpusu. Niewiele słabiej uderza lewym sierpowym i lewym prostym. Najbliższy prawdy o Kliczce był pewnie legendarny, zmarły przed dwoma laty, trener bokserskich championów (m.in. Lennoxa Lewisa) Emanuel Steward.

- On jest najcelniejszym, mającym najmocniejszy cios puncherem, jakiego kiedykolwiek w życiu widziałem. Jest w stanie znokautować każdego rywala jednym ciosem - mówił Steward. - Jego lewy prosty jest znacznie mocniejszy od tego, który zadawał Muhammad Ali. Jest po prostu wstrząsający i przeszywa rywala od stóp do głów. To najlepszy lewy, jaki znam. Za nim umieściłbym Larry'ego (Holmesa), a potem Lennoxa - podsumował.

Talent poparty gigantyczną pracą pozwolił Władimirowi i jego starszemu bratu Witalijowi odnieść również sukces finansowy (majątek każdego z nich liczony jest w dziesiątkach milionów euro). Od kilku lat są swoimi własnymi promotorami, działając w ramach K2 Promotions, firmy wyspecjalizowanej w marketingu sportowym.

Aż trudno uwierzyć, że droga obu do sportowego panteonu wiodła przez przepocone, słabo oświetlone kluby bokserskie Ukrainy, do których zaprowadziły ich marzenia o zostaniu Rockym Balboa.

A co mają zrobić zdesperowani rywale Władimira Kliczki? Podpowiada im Hayden Panettiere: - Cały czas proszę, żeby nauczył mnie boksować. Poradził mi, abym nigdy nie wyprowadzała ciosu zamkniętą pięścią, bo zrobię sobie krzywdę. Lekko go uderzam, a on ucieka i mówi: "Przestań mnie bić! Dlaczego wszyscy zawsze chcą mnie bić!?".

Panowie pretendenci, macie gotową receptę na Kliczkę. Naprzód. Powodzenia.

WŁADIMIR KLICZKO: JESTEM SPOKOJNY O PRZYSZŁOŚĆ WAGI CIĘŻKIEJ. NIEKTÓRZY WIDZĄ JĄ W CZARNYCH BARWACH. ALE NIE JA

Kuba Frołow: Jak pan ocenia sytuację w wadze ciężkiej boksu zawodowego? Z zewnątrz wygląda to tak, że do niedawna byli tylko bracia Kliczko, a teraz pozostał już tylko pan (Witalij ogłosił w kwietniu, że już nigdy nie wejdzie do ringu). Dlatego można usłyszeć opinie, że już nie ma tak emocjonujących pojedynków, jakie kiedyś toczyli Tyson, Holyfield czy choćby nasz Andrzej Gołota.

Władimir Kliczko: Bodaj w 2009 r. jeden z polskich kibiców powiedział mi, że w wadze ciężkiej panuje kryzys, któremu na imię Kliczko. Z jednej strony zasmuciła mnie ta opinia, z drugiej ucieszyła. Uznałem, że jeżeli tak jest istotnie, niech ten kryzys trwa jak najdłużej. A patrząc historycznie. Wszyscy wiemy, że Joe Louis wcale nie należał do zawodników, którzy wywołują ogromne emocje, wręcz przeciwnie. Podobnie było z przeciwnikami Mike'a Tysona, którzy nie robili większego wrażenia, a ich walki z nim były przecież emocjonujące. Zobaczymy, jak za ileś lat będzie oceniana dzisiejsza sytuacja, jak będą oceniani bracia Kliczko. Nie wystawiałbym tak surowej oceny obecnej konkurencji w wadze ciężkiej - wprost przeciwnie. Może wygląda to tak z zewnątrz.

Czyli bierze pan pod uwagę możliwość pojawienia się w najbliższym czasie realnej konkurencji?

- Przyszłość wagi ciężkiej nie rysuje się czarno. Na scenę wchodzi nowe pokolenie, nowe nazwiska. Mam na myśli takich zawodników, jak Deontay Wilder czy Anthony Joshua. Tak naprawdę wcale nie wiadomo, co nagle może się wydarzyć. W każdej chwili może pojawić się człowiek znikąd. Tak było choćby z Mikiem Tysonem. Z dnia na dzień wyskoczył jak diabeł z pudełka i w wieku 20 lat zdobył tytuł mistrza świata. A przecież wcześniej nikt o nim nie słyszał!

Których rywali wspomina pan szczególnie? Nie tylko z racji wyniku czysto sportowej rywalizacji w ringu, ale także wpływu na pańską karierę. Czy był to Corrie Sanders, czy może Lamon Brewster?

- Moim najtrudniejszym przeciwnikiem jestem ja sam. Proszę mi wierzyć, że pokonanie takiego rywala jest niewiarygodnie trudne. Natomiast spośród dwóch wymienionych nazwisk wskazałbym na Corrie'go Sandersa. W walce przeciwko niemu przegrałem dosyć jednoznacznie. Jeżeli natomiast chodzi o Brewstera, przez pierwsze cztery rundy dominowałem, dopiero w piątej zostałem pokonany.

Sport zawodowy to wielkie przedsięwzięcie organizacyjne - sportowiec jest wspierany nie tylko przez trenera, ale także fizjoterapeutę, dietetyka, masażystę, również psychologa, zwłaszcza kiedy trzeba walczyć także z samym sobą.

- Jestem profesjonalistą. Wymaga to ode mnie troszczenia się o wszelkie detale związane z zawodem, który wykonuję, także te dotyczące strony mentalnej. Wiele osób uważa, że kiedy korzystamy z psychologa, jest to oznaką naszej słabości. Nic bardziej mylnego. Trening mentalny jest równie ważny, jak trening naszego ciała. Niećwiczone ciało traci kondycję, z psychiką jest podobnie. Wsparcia mentalnego udziela mi trener. Odwoływanie się do jego pomocy w tym zakresie, czy psychologa w ogóle, postrzegam bardziej jako przejaw siły, nie słabości.

Przyjechał pan do Polski na zaproszenie sieci klubów fitness McFIT, których jest pan twarzą. Zarówno pan, jak i pański brat jesteście od lat już nie tylko bokserami, ale także biznesmenami i gwiazdami popkultury. Jak udaje się zachować w tym wszystkim równowagę?

- To wszystko jest wyłącznie kwestią ustawienia właściwych priorytetów. Oczywiście jest to tym trudniejsze, im więcej spraw trzeba pogodzić. Kluczowe tu jest tu zarządzanie czasem. Dlatego należy dążyć do otaczania się właściwymi ludźmi, tworzącymi doskonale zorganizowany zespół. Bez tych ludzi z pewnością nie doszedłbym do miejsca, w którym obecnie się znajduję. Jesteśmy od siebie zależni w pozytywnym znaczeniu, darzymy się zaufaniem.

Jak obecnie określiłby pan relacje z bratem Witalijem? Nie jest tajemnicą, że różnie między Wami bywało.

- Nasze relacje cały czas definiowane są na nowo [Witalij miał m.in. pretensje, że według niego młodszy brat zlekceważył Corrie Sandersa i przegrał walkę w obronie tytułu - red]. Mamy silną podstawę w postaci związku rodzinnego oraz wartości, w jakich zostaliśmy wychowani. Musimy się wspierać i na tej podstawie budować przyszłość. Mówi się, że jeżeli w wieku lat 50 ma się te same poglądy, co w wieku lat 20, to straciło się 30 lat. Zmienialiśmy się pod wpływem różnych doświadczeń, które budowały w nas zmieniający się stosunek do samych siebie.

. . .

Kariera sportowa

Największym sukcesem Władimira Kliczki w boksie amatorskim był złoty medal w wadze superciężkiej zdobyty na Igrzyskach Olimpijskich w Atlancie w 1996 r. Był też pięciokrotnym mistrzem Ukrainy, wicemistrzem Europy z 1996 r. Bilans walk amatorskich to 134 wygrane i 6 porażek.

Bilans walk zawodowych: 65 walk, 62 zwycięstwa (52 KO),

3 porażki. Pokonać go udało się: Rossowi Purrity (1998 r.), Corrie Sandersowi (2003 r.) i Lamonowi Brewsterowi (2004 r.).