Samcik: w co inwestować w trudnych czasach

Po obejrzeniu wieczornych wiadomości śniły ci się ostatnio czołgi? Skoczyło ci ciśnienie? Sprawdzałeś hurtowe ceny mąki i ziemniaków? A może kuszący stał się nagle pomysł wykopania ziemianki? Jeśli na któreś z tych pytań odpowiedziałeś twierdząco, to sygnał, że musisz przeczytać ten artykuł.

Nawet jeśli - tak jak ja - nie należysz do panikarzy ani nie uważasz, że slogan o lokatach "pewnych jak w banku" jest już przeżytkiem, to pomyśl o ulokowaniu choćby niewielkiej części oszczędności w czymś innym. W moim prywatnym portfelu zawsze - niezależnie od tego, czy czasy są dobre, czy niepewne - około 10 proc. pieniędzy leży w inwestycjach "antysystemowych", czyli takich, których głównym celem jest ochrona wartości majątku w sytuacji, gdy "papierowe" inwestycje w lokaty, akcje, obligacje lub fundusze, byłyby z jakichś przyczyn zagrożone. Nie jestem czarnowidzem, ale uważam, że dobry portfel to taki, który jest zabezpieczony na każdą okoliczność, nawet tę najbardziej nieprawdopodobną.

Są tacy, którzy lokują nadwyżki pieniędzy w obrazach młodych twórców, licząc na to, że trafią na nieoszlifowany diament. Inni jako zabezpieczenie "na wszelki wypadek" traktują ziemię lub nieruchomości w krajach uznawanych za neutralne. Dla mnie podstawą dla takich inwestycji - dostępnych nawet dla przeciętnego ciułacza - jest trio: dolary, złoto i alkohol.

Nieśmiertelny "zielony". Dolary oczywiście są "antysystemowe" tylko wtedy, gdy mają formę żywej gotówki. Znam takich, którzy trzymają kilka, kilkanaście tysięcy "zielonych" w sejfie, uważając, że to jedyna na świecie waluta, która zawsze będzie powszechnie akceptowana i wymienialna na inne dobra.

Złoto, czyli po ile ten bulion? Jeśli ktoś trzy lata temu dał się namówić na zakup złota, gdy uncja kosztowała prawie 2000 dol., teraz pewnie przeklina. Dziś kosztuje mniej niż 1300 dol., a i tak dość powszechna jest opinia, że będzie taniej. Mniej więcej połowę handlu złotem przejęli finansiści, którzy nie wymieniają się sztabkami, a kontraktami terminowymi na to, że ktoś kiedyś daną porcję złota wydobędzie i dostarczy. Taka wirtualna sztabka może zmienić właściciela kilkadziesiąt razy. A jej cena może się zmieniać niezależnie od popytu i podaży "prawdziwego" złota w sztabkach. Dlatego nie da się powiedzieć, czy złoto jest tanie, czy drogie. Ale jedno jest pewne: zawsze będzie dawało możliwość przechowywania wartości, czego o papierowym pieniądzu powiedzieć się nie da (pamiętacie hiperinflację?).

Złoto radzę kupować w czystej postaci, czyli w sztabkach (można kupić nawet jednouncjowe) lub monetach bulionowych. Czyli takich, które nie mają wybitego nominału, a ich cena wynika wyłącznie z wartości zawartego w nich kruszcu. Medale pamiątkowe, monety kolekcjonerskie czy biżuteria nie są z tego punktu widzenia dobrą inwestycją, bo ich cena - ze względu na zawarte w nich wzornictwo, pracę jubilera, wyszukany sposób bicia, rzadkość albo renomowanego emitenta - jest znacznie wyższa niż wartość kruszcu, z którego powstały.

Whisky i wino, czyli jak tu się nie napić. Trzecią popularną formą lokowania oszczędności poza systemem finansowym są alkohole. Ze złotem łączy je to, że danego alkoholu w danym roczniku wyprodukowano określoną ilość i więcej już nie będzie (a z czasem niewypitych butelek pozostanie coraz mniej, co powinno rzutować na ich wartość). Minus jest taki, że nie każdy alkohol będzie drożał (choć dobre roczniki zwykle z czasem zyskują), mody się zmieniają, a zakup i przechowywanie butelek, skrzynek lub beczek sporo kosztuje (co najmniej 5-7 proc. w skali roku). Do rozwiązania jest też kilka dylematów.

Po pierwsze: jaki alkohol kupić w celu inwestycyjnym? Wino jest szlachetniejsze i popularniejsze jako inwestycja, ale whisky jest mniej "niszowym" alkoholem, wypija się jej na świecie więcej.

Po drugie: czy postawić na alkohol kolekcjonerski (kilkudziesięcioletni), czy dopiero co umieszczony w beczce, którą pośrednik odsprzeda za kilka lat "pod" butelkowanie. Tyle że nie wiadomo, jak zostanie oceniony dany rocznik (w przypadku inwestycji w wino) lub jaką jakość będzie miał destylat (w przypadku whisky). No i cała transakcja "wisi" na wiarygodności pośrednika. Gdyby okazał się nieuczciwy, nie zobaczysz ani beczki, ani pieniędzy. W ręku masz tylko certyfikat, że twój alkohol gdzieś tam leży i musisz wierzyć na słowo, że tak jest.

Alkohol kolekcjonerski jest o tyle pewniejszy, że dostajesz butelkę do ręki i przechowujesz w domu (bądź w sejfie). Lecz tu z kolei zagadką jest wartość rynkowa twojej butelki: handluje się nimi na giełdach, ale płynność obrotu jest niewielka, różnice między poszczególnymi transakcjami bywają duże, łatwo manipulować cenami (pośrednik może "wykreować" sztucznie zawyżoną cenę), a koszty transakcji są wysokie, bo łączy się ona z fizyczną dostawą i koniecznością sprawdzenia autentyczności towaru.

Dobrze "trafiona" inwestycja w wino lub whisky może być lokatą życia. W zeszłym roku za karafkę whisky Macallan M ktoś zapłacił na aukcji... 632 tys. dol. Ale nie o rekordowe zyski tu chodzi, ale o to, by pieniądze ulokowane w butelkach trzymały wartość lepiej niż papierowe.

Ostatecznie zawsze możesz... skonsumować tę lokatę, siedząc w wykopanej pod lasem ziemiance.

Jak zarabiać, inwestować i mądrze wydawać pieniądze? Przeczytaj w książkach Macieja Samcika >>

Więcej o:
Komentarze (4)
Samcik: w co inwestować w trudnych czasach
Zaloguj się lub komentuj jako gość
  • mrmouse

    Oceniono 5 razy 5

    Tylko błagam niech ktoś 5 kawałków oszczędności (jedynych które ma) nie zainwestuje w wino.

  • student_zebrak

    Oceniono 2 razy 2

    inwestowac w wino? panie Samcik, za duzo pan pije. Od lat slysze, ceny pojda w gore....a jest odwrotnie. Chyba, ze ma pan dojscie do rynku chinskiego, gdzie 200 mln klasy sredniej sie cywilizuje.
    Dodatkowe niebiezpieczenstwo - zeby sie znac, trzeba duzo pic.
    Koszty - zakup beczki lub butelek, przechowywanie w odpowiednich warunkach, znajomosc klimatu, pogody w sezonie, gleby, szczepow, umiejetnosci winiarza........
    zostawiam panu ten zloty interes, sam wole swinki w banku ziemskim [sloje pod grusza].

  • czarny_kwadrat

    Oceniono 2 razy 2

    Samcikowi odbija. Zapomniał dodać, że aby inwestować w szlachetne trunki trzeba się na nich znać, mieć kontakty, warunki do przechowywania etc, bo może skończyć się jak z "inwestycjami" na Fx, w struktury, czy nie przymierzając, jak z kredytami w CHF:)

  • priekrasna.brunhilda

    Oceniono 3 razy 1

    Obawiam się, że żadna inwestycja w dobro materialne (może z wyjątkiem nieruchomości - ale uwaga! nie każdej, na przykład nie mieszkanie, ale grunt rolny pod uprawę, las czy ogólnie teren z dostępem do wody (również bieżącej, jako źródła energii)) nie jest bezpieczna w "niebezpiecznych czasach". Alkohol? Oj ludzie i ludziki... przyjdzie lub przyjedzie na czołgu sołdat moskalski i zażąda alkoholu pod groźbą zabicia "inwestora", i co - będziecie patrzeć, jak waszą whiskey wartą rzekomo tysiące dolarów czy euro barbarzyńca o mongolskich rysach twarzy wypije z gwinta, beknie, pierdnie a następnie rozbije wam pustą butelkę o wasz pusty łeb? Cudowna perspektywa, nie powiem... ano tak, przecież zakopiecie sobie te flaszki w piwniczce. Daremne wasze złudzenia - Moskal wykryje alkohol jak Hermann Brunner ("na kilometr", żebyście nie wiem jak go ukryli...) i złośliwie was ukatrupi za to, że nie wydaliście trunku. Inwestowanie w alkohole to idiotyzm, albo snobizm, albo wszystko to razem wzięte. Inwestować należy w takie dobra, które pozwolą na wyprodukowanie innych dóbr lub usług, które potem, w warunkach niedoboru (np. okupacja) można zamienić na to, co nam będzie potrzebne do życia, i pozwoli na pewną nadwyżkę. Dolary, euro, inne waluty - tak samo. Przykładowo po wojnie nuklearnej będą warte tyle, ile energii powstanie z ich spalenia. Albo jeśli damy je kozie do zjedzenia (zakładając, że się zwierzę nie zatruje na śmierć ;) ) to przynajmniej będziemy mieć parę pożytków z kozy.

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX