Saramonowicz: w pewnym wieku samobójstwem jest się nie zabić

...niczego wówczas nie pragnęliśmy bardziej, niż zmienić się w wilka stepowego. Być jak Harry Haller. Pewnie dlatego w osiemnaste urodziny K. obiecaliśmy sobie, że jeśli los nie okaże się łaskawy wcześniej, skończymy ze sobą najpóźniej do pięćdziesiątki.

To prawda, że świat wtedy śmierdział butwiejącą mazią. Ale nam życie pachniało kusząco. Każdy dzień był odkrywaniem nowego kosmosu, jeszcze bardziej niezwykłego niż poznany wczoraj. Po ulicach jeździły czołgi, my jednak mieliśmy to w dupie. Wszak nasze eksplodujące życie było głośniejsze od chrzęstu gąsienic. Poza tym od dwustu lat kolejne pokolenia rozgniatał w tym kraju walec historii, więc było jasne, że i my idziemy na zmarnowanie. W ogóle nam to nie przeszkadzało.

Bez przerwy się śmialiśmy. I bez przerwy rozmawialiśmy o samobójstwie. Bo i ja, i mój najlepszy przyjaciel K., niczego wówczas nie pragnęliśmy bardziej, niż zmienić się w wilka stepowego. Być jak Harry Haller. Pewnie dlatego w osiemnaste urodziny K. obiecaliśmy sobie, że jeśli los nie okaże się łaskawy wcześniej, skończymy ze sobą najpóźniej do pięćdziesiątki.

Nie chodziliśmy już wtedy do jednej klasy. K. został wyrzucony ze szkoły kilka miesięcy wcześniej. Przez Azorka, cholernego łacinnika. Nasi głupi rodzice go uwielbiali, bo w ich mniemaniu uosabiał przedwojennego belfra - pomarszczony niczym zwoje "Eneidy", nosił się z angielska: kraciasta marynarka, wystająca z kieszonki poszetka i buty oksfordy z zamkniętą przyszwą. Cholerna gra pozorów. Dla nas, którzy musieliśmy go cierpieć dwa razy w tygodniu, było jasne, że to socjopata, który kocha nas upokarzać. Kiedy stawiał nam dwóje, śmiał się i wykrzykiwał: "zdechł Azorek, podskakując!". Istny psychol. Odpytywał nas, każąc stać na środku sali. Wcześniej sprawdzał podręcznik, czy aby nie nadpisaliśmy nad oryginałem polskiego tłumaczenia. Na szczęście wymyśliliśmy system obronny: tłumaczenia nadal wpisywaliśmy ołówkiem, ale nad tekstami umieszczonymi dwadzieścia stron dalej. Niestety, pewnego dnia K. przeskoczył przez roztargnienie nie o dwadzieścia, ale o dwadzieścia jeden stron i przyporządkował do oryginału "O wojnie galijskiej" Juliusza Cezara tłumaczenie listu Pliniusza Młodszego do Tacyta. Azorek oszalał z wściekłości i mój najlepszy przyjaciel musiał wylecieć.

Ale osiemnaste urodziny K. pamiętam, jakby były wczoraj. Siedzieliśmy w mieszkaniu jego babci, ćmiąc ukradzione jej klubowe king size (za nasze niepełnoletnie kartki mogliśmy dostać w stanie wojennym co najwyżej podróbki czekolady, a palić się chciało), i obiecaliśmy sobie, że jeśli któryś z nas umrze wcześniej, drugi raz w roku zapali mu na grobie sto świec.

Po maturze życie przyspieszyło. Wkrótce zapomnieliśmy i o świecach, i o Azorku. Dwudziestych ósmych urodzin K. nie pamiętam zupełnie, choć trwały tydzień. Jego babcia już nie żyła. Nie ukradliśmy jej tylu klubowych, by uchronić ją przed obturacyjnym zapaleniem płuc. Zapisała mu mieszkanie. Kiedy ocknąłem się piątego dnia imprezy, okazało się, że nie znam nikogo z gości i nikt nie może mi powiedzieć, gdzie K. się podziewa. Wrócił po dwóch tygodniach, bardziej pijany niż wtedy, gdy znikał. Tłumaczył, że chciał pokazać pewnej damie swój grób, ale nie mógł go odnaleźć. Nie kłamał, naprawdę miał już grób. Dostał go od babci. W pakiecie z mieszkaniem.

Dekadę później świętowaliśmy jego urodziny w mniejszym gronie: znowu we dwóch. Obaj byliśmy już po rozwodach. K. od trzech lat chodził na terapię, od dwóch zajmował się też tłumaczeniami. Mówił, że łacina pozwala mu nie myśleć o chlaniu. Byłem zdumiony, jak perfekcyjne się jej nauczył. Codziennie kupował "Wyborczą", tłumaczył na język Owidiusza i Katullusa pierwszą stronę, a kiedy uznawał, że przekład jest wystarczająco dobry, palił go w zlewie. Tego dnia, kiedy z okazji trzydziestych ósmych urodzin piliśmy herbatę z cytryną, zobaczyłem na jego biurku wycięty z gazety nekrolog z odręcznym dopiskiem: Mortuus est Azorulus saltando. Co za absurd, pomyślałem. Jak to powiedział Horacy: non omnis moriar? Najwyraźniej Azorulus - który jak wynikało z wycinka, umarł kilka dni wcześniej - nie wszystek umrze wyłącznie w człowieku, którego wyrzucił ze szkoły. Tego dnia mój przyjaciel po raz pierwszy spytał, czy chcę zobaczyć jego grób. Nie chciałem. Jednak po dziesięciu latach już sam poprosiłem, by mnie tam zabrał. "Po co?" - dziwił się. "Próba generalna" - próbowałem się uśmiechnąć, ale mi nie wyszło.

Nigdy nie przypuszczałem, że zapalenie stu świeczek zajmuje tyle czasu. Kiedy się w końcu wyprostowałem, K. ziewał, czym chyba się zawstydził. Potem spacerowaliśmy w milczeniu, a ja - nie wiedzieć po co - starałem się zapamiętać nazwiska wszystkich zmarłych. W końcu się odezwałem. "Za dwa lata będziemy w wieku Harry'ego Hallera. Nadal myślisz, że powinniśmy popełnić samobójstwo?". Spojrzał na mnie i wzruszył ramionami. "W naszym wieku samobójstwem jest się nie zabić". Ruszył w stronę bramy, a butwiejąca maź chlupnęła mu pod stopami.

Więcej o: