Saramonowicz: 'Chłopcy' [FRAGMENTY KSIĄŻKI]

Andrzej Saramonowicz
06.08.2015 15:48
A A A
Andrzej Saramonowicz 'Chłopcy'

Andrzej Saramonowicz 'Chłopcy' (Fot. Michal Mutor, materiały prasowe)

Specjalnie dla Was fragmenty debiutanckiej powieści twórcy niezapomnianego "Testosteronu". Uwaga! Tylko dla czytelników pełnoletnich i... odważnych.

Książkę "Chłopcy" Andrzeja Saramonowicza w formie ebooka znajdziesz tutaj >>

Seks? Tak naprawdę ciągle nie mam pojęcia, czym jest seks, ale chętnie się uczę. Szkoda tylko, że tak późno zacząłem, bo z każdym dniem widzę, jak wiele jest jeszcze do nadrobienia.

Mam czterdzieści lat i jestem wreszcie szczęśliwy. Wiem, że faceci boją się czterdziestki jak ognia. Niepotrzebnie. To piękny wiek. Kiedy jesteś młody, miliard rzeczy przeszkadza ci, by dobrze się poczuć. Młodość mężczyzny tylko pozornie wygląda na czas luzu. Tak naprawdę facet dławi się wówczas od nieustannej niepewności, czy jest wystarczająco atrakcyjny dla świata. Bo zawsze coś jest nie tak. Długość penisa albo durni rodzice. Ksiądz straszący piekłem albo syfy na plecach. Brak kasy albo nadmiar oczekiwań. Kłopotliwe nieoczytanie albo przedwczesny wytrysk. Albo - tak bywa najczęściej - wszystko naraz.

Młody facet zawsze ma pod górę. Zawsze. Kiedy idziesz do liceum - pełen wiary w życie, ufny w swoją gwiazdę i pokładający nadzieje w nieprzerwanej erekcji - błyskawicznie dostajesz młotkiem w łeb, bo najfajniejsze laski wolą to robić ze studentami, a tobie zostaje drugi sort. Idziesz więc na studia, a tam to samo, tyle że dziewczyny, zamiast z tobą, pieprzą się z absolwentami. Nie poddajesz się, zaciskasz zęby, kończysz studia z przyzwoitą średnią, załapujesz się do wymarzonej pracy i co? Gówno. Praca to królestwo niebieskie szefa. Co z tego, że jest wredny i ma żonę? Tyłki najlepszych dup polerują mu biurko częściej, niż ty możesz zwalić konia w kiblu na końcu korytarza przy jego gabinecie. A możesz naprawdę często, bo przecież jesteś, kurwa, młody.

Tak, czterdziestka to idealny moment dla mężczyzny. I żeby się poczuć naprawdę szczęśliwym w tym wieku, potrzebne są właściwie tylko dwa warunki. Po pierwsze

- Dobrze ci?

Przestała się ruszać. Otwieram oczy. Przenika mnie wzrokiem, najwyraźniej zaniepokojona. Chociaż właściwie nie. To nie zaniepokojenie. Nie wiem, czy kiedykolwiek widziałem ją zaniepokojoną. To złość.

Siedzi na mnie naga, z nieodłącznym kieliszkiem w ręku, naprawdę piękna jak na swoje trzydzieści pięć lat i hektolitry białego wina, które od lat w siebie wlewa.

- Dobrze ci? - pyta ponownie.

- Dobrze - odpowiadam pospiesznie i nieco na wyrost, bo prawdę mówiąc, nie wiem, jak mi było przed chwilą.

Zamyśliłem się. Tak czasami mam, że się zamyślam. Ale z pewnością było mi dobrze. Z Niną zawsze jest dobrze.

- Tylko dobrze?

Jej niebieskie oczy gwałtownie ciemnieją. Nadciąga burza.

- Bardzo dobrze - postanawiam zawczasu rozpędzić chmury.

Uśmiecham się.

Milczy. Odwraca głowę, patrzy w stronę okna, pociąga potężny łyk. Kiedy unosi kieliszek, jej prawa pierś napręża się jak u nastolatki. Magiczna. Ale i lewa nie wygląda źle. Tak, Nina to naprawdę atrakcyjna kobieta, a ja jestem w niej. To zaiste poważny powód, by się dobrze czuć.

- Przecież wiesz, że z tobą zawsze jest mi bardzo dobrze. - Aksamit w moim głosie jest naprawdę najlepszego gatunku.

- No widzisz? A jemu nie było.

Jemu? W jednej chwili dociera do mnie, że to nie na mnie jest zła. Czuję ulgę, ale i ukłucie. Nawet więcej niż ukłucie. Wkurwienie.

Obejmuję ją w talii, przyciskam do siebie.

- Czy musimy znowu rozmawiać o twoim mężu?

- Nie musimy. W dupie go mam.

- W tym momencie wolałbym nie - przesuwam ręce na jej pośladki.

Ponownie spogląda na mnie. Widzę, jak usilnie próbuje zachować powagę. I wiem, że nie jest w stanie. Unoszę gwałtownie biodra i zdecydowanym ruchem dociskam jej pośladki do siebie. Wybucha głośnym śmiechem.

- W tym momencie ja właściwie też!

Wypija kieliszek do dna i niemal natychmiast ponownie zaczyna poruszać biodrami. Zdążam jeszcze zauważyć, że błyskawicznie wpada w trans, a potem zamykam oczy.

Mam czterdzieści lat i jestem wreszcie szczęśliwy. Żeby poczuć się naprawdę szczęśliwym w tym wieku, potrzebne są właściwie tylko dwa warunki: udanie się ożenić, a potem równie udanie rozwieść.

*

Wziąłem głęboki oddech i ruszyłem do szpitala. Ale ledwie odjechałem spod szkoły, okazało się, że mój kochany synek tak jakoś dziwacznie pierdolnął tymi drzwiami, że się - nie mam pojęcia jakim cudem - nie domknęły. No i, oczywiście, zapaliła się kontrolka.

Przysiągłem sobie nie zwracać na nią uwagi.

Świat mnie dziś nie złamie, postanowiłem, stojąc w skurwysyńskim korku. Ale łatwo nie było. W kieszeni nieustannie brzęczała mi komórka. Od samego rana wszyscy się uwzięli, żeby wysyłać esemesy. Nie czytam ich, obiecałem sobie, w dupie to mam. I od razu jakoś mi ulżyło. Zacząłem się zastanawiać, co zrobię, kiedy już ten cholerny dzień się skończy. Pierwsza myśl była oczywista: wrócę do domu, wyłączę telefon i się wyśpię! Ale potem pomyślałem, że lepiej może uczynić coś bardziej pożytecznego. Książkę poczytać może? Albo uporządkować wreszcie w komputerze ten burdel z plikami muzycznymi? Albo...

No do chuja! Ile można tak migać i migać!

Pierdolona kontrolka!

Uznałem, że jednak muszę domknąć te kurewskie drzwi.

Niestety, od środka nie było to możliwe. Nie zawsze, oczywiście, tylko od kilku tygodni, od kiedy totalnie nawalona Nina ułamała klamkę, tłukąc w nią butelką szampana. Musiałem się więc gdzieś zatrzymać. Próbowałem zjechać na chodnik, ale okazało się to zupełnie niewykonalne, wszędzie powpieprzali metalowe słupki, normalnie nie ma się gdzie wcisnąć. W końcu wyskoczyłem na jakimś skrzyżowaniu i domknąłem. Ale że się światła od razu złośliwie zmieniły, to ci debile za mną natychmiast zaczęli trąbić i trąbić, jakby sekundy nie mogli poczekać. To jest kraj jakichś psychopatów pojebanych! Chwila! Przecież żeby odjechać, muszę wsiąść, czy to tak trudno pojąć, wy półmózgi?! Najwyraźniej trudno, bo mimo moich wyjaśniających gestów oni dalej popierdalali po klaksonach! No to w końcu nie zdzierżyłem, wyskoczyłem znowu z auta i nabluzgałem jakiemuś pierwszemu z brzegu pedałowi z wąsem, w białej skodzie. I przysięgam, gdyby nie to, że się spieszyłem na operację przewodniczącego Episkopatu Polski, to jak nic bym mu przypierdolił.

Kiedy dotarłem do szpitala, miałem nadzieję, że dzienny limit wkurwień się już wyczerpał. Błąd. Kryzys przyszedł za dwie godziny. Akurat wtedy, kiedy trzymałem palce w otwartej czaszce arcybiskupa Henryka Lacha.

Boże, gdyby on wiedział, gdzie ja je jeszcze trzymałem...

Ale po kolei.

Musieliśmy znaleźć najlepszą drogę, żeby się dostać do guza, nie zamieniając przy tym arcybiskupa Lacha w roślinę. Metoda operacyjna w takich przypadkach wymaga ścisłego kontaktu werbalnego z pacjentem, który przez cały czas musi być przytomny i świadomy. Niestety, w momencie kiedy otworzyłem głowę arcybiskupa, glątwa uderzyła mnie z taką mocą, że odechciało mi się jakichkolwiek konwersacji. Tak już mam, niestety. Kiedy jestem na kacu, mogę bez problemu operować, bo choćby nie wiem jak mocno łeb mi pękał, to nigdy nie drżą mi ręce. Ale odzywać się nienawidzę.

Na szczęście jest Bielska. Bądź błogosławiony, nieistniejący Boże, że ją stworzyłeś! Uśmiechnąłem się do niej, cokolwiek krzywo, ale wiedziałem, że rozumie. Rzuciła mi wściekłe spojrzenie. Tak, wiem, jestem gówniarz, to już ostatni raz, a ty masz wszystkiego po dziurki w nosie! Wiem wszystko, ale błagam, nie pierdol teraz, tylko pomóż!

Odwróciła głowę i pochyliła się nad arcybiskupem, który z dziurą w czaszce, na tyle okazałą, bym mógł w niej zmieścić mikroskop, sondę, skalpel i pozostałe utensylia, siedział tyłem do nas. W głosie Bielskiej zabrzmiał aksamit, o który jej nie podejrzewałem.

- Musimy się dostać do guza przez te części mózgu księdza arcybiskupa, które są odpowiedzialne za mowę i ruch. Nie wolno nam ich uszkodzić, dlatego teraz doktor Solański będzie dotykał niektórych miejsc taką malutką sondą, przez którą przepuścimy niewielki prąd, dobrze?

Kocham ją. Inaczej niż mój ojciec, ale ją kocham.

- Będzie bolało? - wyszeptał niepewnie arcybiskup. W jego głosie nie usłyszałem już tej pewności, z którą zazwyczaj pouczał z telewizora miliony swoich rodaków, jak powinni żyć.

- Dusza boli, mózg nie - burknąłem. - Dobry Bóg nie umieścił w nim receptorów bólowych.

Przysięgam, nie wiem, dlaczego się odezwałem. Może chciałem dać do zrozumienia, że nie jesteśmy w klubie dyskusyjnym.

Arcybiskup drgnął. Bielska patrzyła na mnie z dezaprobatą. Czy bardziej dlatego, że poczuła się oszukana - a więc skacowany szczyl może mielić jęzorem, jak zechce! - czy też dlatego, że wolałaby, żebym już konsekwentnie trzymał mordę na kłódkę? Cholera wie.

Ponownie zwróciła się do arcybiskupa:

- Proszę robić wszystko, co powiem, dobrze? Niech Jego Ekscelencja zaciśnie palce lewej dłoni.

Lewa dłoń arcybiskupa posłusznie się zacisnęła. Bielska spojrzała na ekran tuż przy mikroskopie, a potem na mnie. Pochyliłem się nad mikroskopem. Mózg człowieka, który od lat utrzymywał, że ma bardzo bliskie i osobiste relacje ze stwórcą wszechrzeczy, nie różnił się od innych mózgów, na które patrzyłem przez ostatnie kilkanaście lat. Budyń. Różowy budyń. A wewnątrz rak. Trzy do sześciu miesięcy życia według planów Tego-Który-Jest-Miłością. Dwa lub trzy lata - jeśli zdołam je pokrzyżować i wprowadzić własne.

Psucie planów bożych. Z tego właśnie żyję.

Dotknąłem sondą mózgu. Przez palce arcybiskupa przeszedł gwałtowny skurcz. Kto wie, może właśnie nakłułem miejsce, gdzie kryje się jego wiara w Jahwe? Albo obrzydzenie do pozamałżeńskiego seksu? Ponownie sonda. Palce arcybiskupa po raz kolejny się wyprostowały. Jak nogi martwej żaby w eksperymentach ze szkoły podstawowej, kiedy się przystawiało elektrody w rytm stadionowych porykiwań: Ce...! Ce...! Ce...! Wu...! Ka...! Ce...! Wu...! Ka...! Es...! Le!... Gia...!

Poczułem kopnięcie pod stołem.

- Odbiło ci?! - wyszeptała Bielska. Odsunąłem się od okularu.

- Pani doktor, nie wiem, o co pani chodzi, ja tylko sprawdzam aktywność płata w zakresie pozareligijnych form muzycznych - mrugnąłem do niej.

Widziałem, że próbuje być wściekła, ale nie potrafi. Maska niedoskonale skrywała uśmiech. Żeby się uspokoić, szybko pochyliła się nad arcybiskupem.

- Wszystko poszło bardzo ładnie, Jego Ekscelencjo. A teraz druga ręka.

Wetknąłem sondę w mózg, zerkając kątem oka na prawą dłoń, tę od błogosławieństw. Całkowity bezruch.

- Tędy się nie da. Musimy spróbować jeszcze inną drogą.

Kiwnęła głową. Odeszła od stołu i stanęła naprzeciw arcybiskupa. Najwyraźniej chciała, żeby zobaczył jej oczy. Ludzie, którzy się boją, uspokajają się na widok łagodnych oczu. A Bielska ma łagodne oczy jak nikt inny.

- Chciałabym, żeby Jego Ekscelencja powiedział wiersz.

Nagłe szarpnięcie. Czyżby bał się bardziej, niż sądziłem?

- Po co? - głos mu drżał.

- Proszę się nie denerwować. Przypominam, co doktor Solański mówił przed operacją: mózg wykorzystuje tylko niewielką swoją część, by uaktywniać naszą mowę i pamięć.

Musimy te aktywne przestrzenie ominąć i ciąć w miejscach niewykorzystywanych. U każdego człowieka są to nieco inne miejsca. I dlatego, żeby je lepiej zdiagnozować, byłoby dobrze, by ksiądz arcybiskup z nami teraz ściśle współpracował.

Aksamitny, spokojny głos. Jest naprawdę dobra. Powinna nawracać.

- Będę współpracował. Oczywiście, że będę współpracował.

- Doskonale. Proszę zatem powiedzieć wiersz.

- Ale jaki wiersz?

- Jakikolwiek.

- Ja nie znam wierszy, proszę pani.

Głos arcybiskupa brzmiał zdumiewająco dziecięco. Jakbyśmy byli w przedszkolu. Ale my nie byliśmy w przedszkolu. Z pewnością nie.

- To może daty urodzenia dzieci! - rzuciłem.

Skurcz lewej dłoni arcybiskupa. Ale już bez udziału mojej sondy. Bielska spojrzała na mnie wściekle. Tym razem była naprawdę wkurwiona.

- Doktor Solański oczywiście żartował - uśmiechnęła się do arcybiskupa. - Ale skoro nie wiersz, to może Jego Ekscelencja nam coś zaśpiewa.

- Jak to zaśpiewa?

- No, normalnie.

- Teraz?

- Teraz.

- Ale ja nie wiem...

Zamilkł.

- Czego Jego Ekscelencja nie wie?

- Właściwie to wiem - zmieszał się. - Tylko...

Ponownie zamilkł.

- Tylko co? - Głaskała go głosem.

- Ale pani żartuje, tak? Wiem, że pani żartuje. Teraz mam śpiewać? - arcybiskup roześmiał się tak głośno, że aż zadrżał wetknięty mu w czaszkę mikroskop.

Odniosłem wrażenie, że przestał się bać, za to zaczął się mizdrzyć.

- A co to za problem? - powiedziałem. - W końcu śpiewacie, że się tak wyrażę, zawodowo.

- No, owszem - spoważniał. - Ale teraz jakoś nic nie mogę sobie przypomnieć. Mam pustkę w głowie.

- Nie pustkę, tylko mnie! Teraz ja tam jestem!

- Mój Boże...! - wyrwało mu się.

- Lepiej tego nie można ująć - rzuciłem sucho.

Bielska patrzyła na mnie chłodno, ale postanowiłem to zignorować.

- Zna pan "Anielski orszak"?

- No, znam.

Nawet się nie zdziwił, że mówię do niego "pan". To dobry znak. Jest szansa, że zacznie w końcu współpracować.

- To proszę śpiewać ze mną! - powiedziałem, po czym, nie czekając na jego reakcję, zaintonowałem: - Przybądźcie z nieeeba na głos naszych moooodlitw, mieszkańcy chwaaały, wszyscy Święci Booooży...!

Nie widziałem twarzy siedzącego do mnie plecami arcybiskupa, ale myślę, że w tym momencie zbaraniał. Kątem oka obserwowałem za to Bielską. Była naprawdę wkurwiona. Gdyby mogła, kopnęłaby mnie po raz kolejny, tym razem na serio. Ale miałem to już w dupie. Ból głowy wreszcie odszedł i teraz chciało mi się już tylko śpiewać. Jak skurwysyn.

- Z obłoków jasnych zejdźcie, aniołoooowie...! - rozdarłem się, ile sił w płucach. - Z rzeszą zbawionych spieszcie na spotkaaaanie...!

- Anieeeelski orszak nieeeech twą duszę przyjmieeeee, unieeeesie z zieeemi ku wyżynom nieeeeba - dołączył do mnie arcybiskup Lach. - A pieeeśń zbawionych nieeeech ją zaprowaaaadzi, aż przed obliiicze Boga Najwyższeeeego...!

- Świetnie! Niech pan nie przestaje! - krzyknąłem w uniesieniu i pochyliłem się nad mikroskopem, żeby znaleźć najlepszy sposób na odzyskanie tych kilkunastu miesięcy życia, które Bóg postanowił ukraść swojemu wiernemu słudze. Mapowałem kolejne partie mózgu arcybiskupa, a jego głos - z początku cichy, lecz narastający z każdym słowem - unosił się nad salą operacyjną, a kto wie, może nawet dotarł do samych wyżyn nieba.

Zdjęcie Chłopcy
Chłopcy
    w okazje.info

    Zobacz więcej na temat:

    Zobacz także

    ZOBACZ WIDEO

    Komentarze (9)
    Zaloguj się lub komentuj jako gość
    • avatar

      heresy

      Oceniono 15 razy 15

      To jest naprawdę tak straszne, jak okładka.

    • avatar

      aniakicia

      Oceniono 33 razy 11

      heheh dobre z tym arcybiskupem

    • avatar

      remigrantka

      Oceniono 34 razy 4

      Jaka szmira... Co ta GW reklamuje.

    • avatar

      wolfspider

      Oceniono 3 razy 3

      Opinie są jakie są , raczej się nie skusze.

    • avatar

      cromio

      Oceniono 9 razy 1

      "Testosteron" był do doopy.
      Wygląd Pana Autora też jest do doopy, tak modny i światowy. Wszystko modne: włosy, broda, okulary, marynarka, podkoszulek pod nią, ... Zero oryginalności. I w pisaniu i w wyglądzie.

    • Iwona Wójcicka

      Oceniono 4 razy -2

      bardzo fajna, lekka lektura. Można się pośmiać, ale i pomyśleć - bo daje do myślenia i każdy coś z niej sobie weźmie.

    • avatar

      daniellina

      Oceniono 3 razy -3

      w zyciu kazdego mezczyzny przychodzi czas na zmiany. czesto te zmianny dotycza kobiec, szczegolnie mlodszych ;) blog.sugardaters.pl/2015/02/z-pamietnika-sugar-daddy-ten-pierwszy-raz/

    • avatar

      aaron.goldstein

      Oceniono 46 razy -4

      Prawdziwy facet to ten, który czerpie przyjemność z penetracji swojego odbytu przez innego faceta.
      Facet, który kopuluje z kobietą to nieudacznik i prymityw umysłowy.

    Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX

    Polecamy