Mikołaj Lizut: Niebezpieczne związki

Snoop dogg, ikona amerykańskiego hip-hopu, ubawił niedawno świat do łez, opowiadając z entuzjazmem o serialu "gra o tron": - oglądam go z powodów historycznych. Próbuję zrozumieć, na czym opierał się świat, zanim się tutaj pojawiłem. Chciałbym się dowiedzieć, jak się tutaj znaleźliśmy i jakie są różnice między przeszłością a teraźniejszością.

Idę o zakład, że statystyczni Amerykanie śmiali się akurat najmniej. W USA niezwykle często podstawowym źródłem wiedzy o świecie są seriale, komiksy i kreskówki. Niestety lub stety, kultura europejska ciągle znajduje się pod łagodną dyktaturą amerykańskiej, dlatego nie ma co sobie robić jaj z ujaranych amerykańskich celebrytów i trzeba zacząć poważnie traktować naukę płynącą z wielkich seriali HBO.

Cersei marsz wstyduMateriały Prasowe

W zakończonym niedawno piątym sezonie "Gry o tron" łatwo się pogubić. Liczba postaci, miejsc i wątków przytłoczyła chyba samych autorów filmowej sagi. Pod tym względem wiara Snoop Dogga, że to wszystko prawdziwe historie, wydaje mi się zrozumiała. Gdy wiele lat temu czytałem "Polskę Piastów" i "Polskę Jagiellonów" Pawła Jasienicy, również gubiłem się w pokrewieństwach, małżeństwach i koligacjach panujących rodów. A marihuany paliłem zdecydowanie mniej od Snoopa.

Snoop DogMateriały Prasowe

Na nowy sezon przyjdzie nam poczekać niemal rok, więc jest trochę czasu, żeby przemyśleć płynącą z ostatniej serii naukę. Największe wrażenie zrobił na mnie wątek Cersei Lannister. Wiem, że dumna, zepsuta, okrutna i przebiegła blond piękność jest powszechnie znienawidzoną bohaterką serialu. Ja mam do niej jednak jakąś perwersyjną słabość. Szkoda mi jej szczególnie, gdy staje się ofiarą własnych paskudnych knowań. Otóż Cersei wykorzystuje do politycznych celów religijną sektę Braci Ubogich czyli Wróbli. Ci żyjący w ubóstwie mnisi głoszą potrzebę moralnej odnowy, chcą własnym przykładem zwalczać wszelki grzech i występek. Piękna Lannisterka uzbraja ich i tworzy bojówkę. Wróble już nie przykładem, ale przemocą rozprawiają się z każdym, kto ich zdaniem grzeszy. Na koniec w ręce ich inkwizycji trafia sama Cersei. Najpierw ją więżą, a później nagą, pobitą i ostrzyżoną prowadzą przez miasto. Tak kończy się zbytnie zbliżenie tronu z ołtarzem.

Nie chcę tu snuć ryzykownych analogii do naszych czasów Niemniej współcześnie już nie historia, ale kultura masowa staje się dla nas nauczycielką życia.

Hotel RitzMateriały Prasowe

*O niebezpiecznych związkach, choć innego typu, traktuje także książka Tilar J. Mazzeo "Hotel Ritz - życie, śmierć i zdrada w Paryżu". Mottem tego znakomitego reportażu historycznego są słowa Charles'a Ritza: "Luksus psuje każdego, kogo dotyka". Najsłynniejszy hotel świata działa nieprzerwanie od 1898 r. przy placu Vendeme 15 w stolicy Francji. Bywał w nim Marcel Proust, Francis Scott Fitzgerald, Ernest Hemingway, królowie i dyktatorzy. W latach 20. ubiegłego stulecia wytwornych gości obsługiwał pomocnik kelnera niejaki Ho Chi Minh, późniejszy przywódca komunistycznego Wietnamu. Książka Mazzeo opowiada przede wszystkim o najczarniejszych czasach w historii Ritza, czyli o latach 1940-44. Podczas niemieckiej okupacji te luksusowe wnętrza były świadkami francuskiej hańby. Nie tylko kolaboracji rządu Vichy, której skutkiem były deportacje i zagłada francuskich Żydów. Ale także zdrady, że tak powiem, pospolitej. To w Ritzu francuskie sławy oddawały się prominentnym nazistom w imię luksusu i doraźnej koniunktury. Trzeba przyznać, że ich późniejsze tłumaczenia były rozbrajające. Wielka aktorka Arletty, która namiętnie bzykała się m.in. z oficerem Luftwaffe, podczas przesłuchania po wyzwoleniu wyznała: "moje serce jest francuskie, ale moja dupa międzynarodowa". I dodała "nie spałabym z Niemcami, gdybyście ich nie wpuścili do Francji". Z kolei podstarzała projektantka mody Coco Chanel, której kochankiem był Hans Günther von Dincklage z niemieckiej ambasady, tłumaczyła śledczemu: "jeśli kobiecie w moim wieku trafia się kochanek, trudno wymagać, żebym mu zaglądała do paszportu". Książką "Hotel Ritz" amerykańska dziennikarka przewrotnie przypomina Francuzom epizod z ich historii, o którym bardzo chcieliby zapomnieć.

Coco ChanelLucie Noel / ASSOCIATED PRESS (AP Photo/Lucie Noel)

*Po obejrzeniu wybitnego filmu dokumentalnego "Amy" Asifa Kapadii moi znajomi w nieskończoność toczą dyskusję na temat toksycznych związków Amy Winehouse z facetami, rodzicami, przyjaciółmi, z narkotykami, alkoholem, szołbiznesem i z paparazzi. Wszystko to w tym dokumencie jest. Trudno zresztą nie pytać o przyczyny jej tragicznej śmierci w wieku zaledwie 27 lat. Mnie uderzyła wyrafinowana prostota filmowego portretu jednej z najwybitniejszych postaci światowej sceny muzycznej. Uwielbiałem Amy! Ale wyobrażałem ją sobie zupełnie inaczej - jako ekscentryczną, porąbaną artystkę, autodestrukcyjny twór z gwiezdnego pyłu, kogoś mało realnego, dziewczynę, której raczej nie spotykamy w metrze czy w fast foodzie.

AmyMateriały Prasowe

Tymczasem w filmie "Amy" widzimy fajną, normalną, inteligentną i utalentowaną nastolatkę. Niemal koleżankę z domu obok. Na naszych oczach wyrasta na wielką gwiazdę. Ale wcale nie odbija jej gwiazdorska szajba. Ona po prostu sobie nie radzi. Z mężem palantem, który wciąga ją w narkotyki, z bulimią, ze sławą, z ojcem. Końcówka filmu to zdjęcia ze słynnej kompromitacji Amy Winehause podczas koncertu w Belgradzie w 18 czerwca 2011 r. Słania się, chodzi w kółko, nie jest w stanie zaśpiewać. Publiczność gwiżdże. Media nie zostawiły na niej suchej nitki. Całą trasę odwołano. Dobrze pamiętam własną wściekłość i żal z tamtego czasu. Otóż 30 lipca Amy miała wystąpić w Bydgoszczy na organizowanym przez moje radio festiwalu. 23 lipca znaleziono ją martwą w jej londyńskim mieszkaniu.

Więcej o: