Orgazm, czyli mała śmierć

Znamy się już na tyle długo, że chyba najwyższy czas na szczerość. Zwracam się do was, Drodzy Czytelnicy, żebyście opowiedzieli mi o waszych dewiacjach, zboczeniach, fetyszach i perwersjach. Wiem, że taka propozycja może wydać się komuś niedojrzałością i brakiem kultury. Trudno.

Rozmowy o dupie wydają mi się dalece ciekawsze i bardziej pouczające niż dyskusje polityczne. Przekonałem się o tym po raz kolejny, oglądając australijski film "To właśnie seks" Josha Lawsona. Tytuł sugeruje jakąś trawestację światowego hitu z Wielkiej Brytanii pt. "To właśnie miłość". To jednak błędna ścieżka interpretacyjna. W oryginale film nazywa się "Mała śmierć", czyli orgazm. To poetycko-filozoficzne określenie szczytowania seksualnego, przypisywane Francuzom, jest niepokojące. Każe snuć dalsze analogie: czy orgazm jest celem i kresem naszej podróży? Czy istnieje życie po? Czy oziębłość, celibat albo brak seksualnych sukcesów prowadzą do nieśmiertelności, czy raczej na manowce? Pomyślcie o tym, pisząc do mnie świńskie listy o waszych seksualnych przekroczeniach.

Film Lawsona to kilka splecionych ze sobą nowelek, bardzo luźno połączonych fabularnie. Każda opowiada o jakimś seksualnym marzeniu, o perwersji, która - łagodnie mówiąc - komplikuje życie. Rowena żyje w szczęśliwym, pełnym miłości związku z Richardem. Od dłuższego czasu starają się o dziecko, więc bzykają się na potęgę, ze szczególnym uwzględnieniem czasu owulacji. Ona jednak nigdy nie odczuwa satysfakcji. Wszystko się zmienia, gdy Richard dowiaduje się o nagłej śmierci swego ojca. Rowena odkrywa swą dakryfilię - stymuluje ją płacz partnera. Podniecenie wywołane łzami ukochanego zaskakuje ją samą, ale nie może się opanować i zaciąga do łóżka zrozpaczonego męża. Przeżywa orgazm jak trzęsienie ziemi. Rowena pragnie seksualnego spełnienia, w końcu krew nie woda, dlatego ciągle prowokuje ukochanego do płaczu. Rozkłada w domu zdjęcia zmarłego ojca, później potajemnie uprowadza psa Richarda, którego on uwielbia. Następnie załamuje męża informacją, że jest chora na raka. Richard płacze coraz częściej, ale też nabiera podejrzeń. W końcu intrygi i kłamstwa Roweny wychodzą na jaw. Cios jest potworny, gorszy od zdrady, a związek bankrutuje.

Ciekawym dewiantem okazuje się Phil, sąsiad Roweny i Richarda. Jego żona Maureen jest gderliwa, oschła i nieprzyjemna. On zaś ma kłopoty w pracy, których źródłem jest bezsenność. Gdy Maureen przez pomyłkę wypija herbatę ze środkiem nasennym Phila, ten odkrywa, jak bardzo kręci go śpiąca kobieta. Ta perwersja nazywa się somnofilią. Jej realizacja również kończy się źle, bo żona oskarża Phila o romans. - Tak - przyznaje mąż. - Mam romans z kobietą, którą kocham, która na mnie nie wrzeszczy, nie upokarza mnie i jest łagodna. Przewrotne, prawda?

O ile kolekcja australijskich zboków z bogatego przedmieścia, choć zmierza do katastrofy, wydaje się sympatyczna, to nasi polscy psychopaci i zboczeńcy, często ubrani w szaty różnych instytucji stworzonych do walki ze złem, to obraz dość upiorny. Pokazuje to najnowsza książka Justyny Kopińskiej "Polska odwraca oczy". Jedna z najbardziej utalentowanych reporterek naszego kraju zagłębia się w mrok zwyrodnienia, okrucieństwa, zbrodni i grozy. Na "Oddziale chorych ze strachu", czyli w szpitalu psychiatrycznym w Starogardzie Gdańskim, sadystyczna ordynator Anna M. "leczyła" pacjentów za pomocą wiązania do łóżka na 1871 godzin, a niesforne dzieci karała zastrzykami z soli fizjologicznej. Pięć lat później była ordynator pracuje jako biegły sądowy w Gdańsku i psychiatra w przychodni w Malborku. Z kolei siostra Bernadetta przez kilkadziesiąt lat w Zabrzu prowadziła sierociniec, w którym "wychowywano" dzieci za pomocą gwałtów, tortur, bicia i wyzwisk. Zakonnicę skazano na dwa lata więzienia, ale trafiła za kratki dopiero po publikacji reportażu. Mało? Po więcej odsyłam do książki. Po tej lekturze nasze brzydkie myśli wydają się niewinne jak sen noworodka.

Orgazm, czyli szczytowanie, ekstaza, spełnienie albo mała śmierć to niesamowite koło zamachowe ludzkiej egzystencji i jednocześnie parafraza jej ulotności i bezsensu. Przyszło mi to do głowy, gdy słuchałem przedpremierowo znakomitej, najnowszej płyty "Błysk" zespołu Hey.

Band Kasi Nosowskiej i Pawła Krawczyka to sztuka najwyższej próby w polskim przemyśle rozrywkowym. Płyta nie jest o perwersji, a tym bardziej o orgazmach, więc oczywiście bieg moich myśli jest wysoce ryzykowny. Jednak w poezji Nosowskiej często przewija się zagadnienie nieuchwytności, chwilowości ludzkiej egzystencji. Tak też poniekąd rozumiem tytuł nowego albumu. W piosence "Prędko, prędzej" Kasia śpiewa:

"Pstryknij na raz
Potrzyj palce dwa
Tyle to trwa
Tyle życia masz
Jesteś jak sen
Drzemka, z której świat
Obudzi się
I będzie trwał...?

Nie wiem jak wam, ale mnie się kojarzy.

Czekam na listy...

Więcej o: