Saramonowicz i Gott mittą

Na miejscu okazało się, że moim rozmówcą był Karel Gott, który nie chce bym napisał scenariusz do filmu, ale marzy mu się kilka lekkich żartów, w sam raz do rzucenia ze sceny - pisze Andrzej Saramonowicz w najnowszym felietonie dla "Logo".

Zadzwoniła agentka, że jest do napisania scenariusz o wydźwięku międzynarodowym, więc mam się udać. Udałem się zatem, nie ukrywam, z rozbudzonymi nadziejami.

Spotkanie miało miejsce w apartamencie zlecającego, będącym estetycznym kompromisem między wystawienniczym salonem z meblami kuchennymi w centrum Warszawy a budynkiem koncernu Agora na Czerskiej. Kafkowska geometria zaklęta w ciemnym szkle, jasnym drewnie i niefilozoficznym kamieniu oraz bujne życie, ale wyłącznie w donicach z roślinami, które nie potrzebują wody. Jednym słowem - które akurat potrzebuje dwóch słów - luksusowy sierociniec.

Na miejscu okazało się, że moim rozmówcą jest Karel Gott, piosenkarz czeski, by nie powiedzieć czechosłowacki. Który - co nie ukrywam, mnie ubodło - nie chce, bym napisał scenariusz filmu fabularnego. Marzy mu się jedynie kilka lekkich żartów, by mógł je rzucić po polsku ze sceny w trakcie benefisowej trasy koncertowej po Górnym Śląsku. Zależało mu zwłaszcza na dowcipach, jak to określił, zajebiście błyskotliwych.

W trakcie rozmowy często pojawiały się Mysłowice. Po zatroskanej minie Karela (przeszliśmy na "ty") szybko się zorientowałem, że żywi on do tego miasta uczucia szczególne. Nie spytałem, dlaczego. Intuicja szeptała, że Gott ma tam nieślubnego syna, kindersztuba podpowiadała, bym się nie upewniał.

- Cenię ludzi z dobrą intuicją - mrugnął do mnie czechosłowacki gwiazdor, po czym wstał i nalał sobie szklaneczkę. - Tobie nie proponuję, bo jesteś w pracy.

Przełknąłem ślinę, a Karel ponownie się przysiadł i złapał mnie za rękę:

- Wiesz, jak to jest z nami, artystami: koncerty, trasy, płyty... Nigdy nie miałem czasu dla nygusa - jego głos trzeszczał przejmująco niczym winyl. - Więc teraz chcę mu od siebie coś osobistego dać. Powiedziano mi, że potrafisz coś takiego skrobnąć. Potrafisz?

- Mhm... - zapiszczałem i od razu w duchu się skarciłem, bo nie wyszło nadmiernie przekonująco.

- Ale chcę, żeby było nie tylko śmiesznie, ale i wzruszająco. Tak cholernie od serca, wiesz... Od ojca dla syna, wiesz...

Kiwnąłem głową, że wiem, a w oczach Karela zaszkliła się łza.

- Niech nygus wie, że jest ważny.

- A ile lat ma nygus?

- Pięćdziesiąt jeden - uśmiechnął się i pogładził mnie po ramieniu. Znów wstał i z pudełka na kredensie wyjął cygaro. - Tobie nie proponuję, bo szkodzi.

Zanim znikł w chmurze dymu, zdołałem mu się dokładniej przyjrzeć. Mimo upływu lat miał się świetnie. Ubrany w bonżurkę, która w przebijającym się przez wpółotwarte żaluzje słońcu mieniła się odcieniami od butelkowej zieleni po jej ciemnoburgundową zawartość, pod brodą nosił kwiecisty fular, jaki - mógłbym przysiąc! - kilka lat wcześniej widziałem na szyi Roberta Makłowicza.

- Aha, Andrzej jeszcze jedno - popatrzył mi głęboko w oczy - jak będziesz pisał to wzruszające wyznanie miłości ojca do syna, to staraj się unikać "ą". Te wasze cholerne samogłoski nosowe! Jeszcze z "ę" sobie jakoś radzę, ale to "ą"... Dramat! Więc jakbyś mógł je ominąć...

- Przecież nie da się ominąć "ą"!

Przysięgam, chciałem tak zakrzyknąć, ale wydobyłem z siebie jedynie:

- Masz świetne włosy, Karel.

Bo naprawdę były świetne. Fryzjer musiał być prawdziwym artystą. Wszak nie jest łatwo najpierw pokryć wszystko czarną farbą, a potem (z finezją godną Pinturicchia malującego Bibliotekę Piccolominich w katedrze w Sienie), zaznaczyć na kilkuset włosach leciutką siwiznę, by wszystko wyglądało naturalnie jak u Pana Boga samego, a nie jak na przykład u tego buca Berlusconiego. Miałem nadzieję, że tą laudacją fryzury uda mi się odsunąć uwagę Gotta od jego nierealistycznych oczekiwań w kwestii "ą". Ale na wspomnienie włosów czechosłowacki bóg się rozpłakał. I potem, wydmuchując nos w perfekcyjnie do- braną do fulara satynową chusteczkę, wychlipał, że jego idealne włosy - włosy, których stworzenia nie powstydziłby się sam Jahwe Pan w pierwszym tygodniu urzędowania, srebrzące się w promieniach słońca niczym skrzydełka Dzwoneczka lub innego elfa - są sztuczne. Że to po prostu peruka.

i wtedy przyjrzałem się Karelowi Gottowi uważnie. I łuska z oczu mi opadła. I stało się jasne, że to nie Karel Gott, a Jerzy Połomski, który się pod Gotta najbezczelniej podszył.

- Panie Jerzy! - zatrząsłem się z oburzenia - Za takie głupie żarty nic panu dla nieślubnego syna nie napiszę! Nic! Rozumie pan! Nic!

A pan Połomski tylko się zaczerwienił i rozchylił fular, który go teraz dusił. A potem wyszeptał:

- A dla córki?

Więcej o: