W podróży nie być walizką - pisze Mikołaj Lizut

Jeszcze wczoraj podróżowali podróżnicy, zdjęcia robili fotograficy, książki pisali pisarze. Dziś to rozrywki powszechne, masowe i tanie.

Po kilku tygodniach żeglugi Pogorią dopłynęliśmy w końcu do Dakaru. Nikt z załogi nie był jeszcze w Senegalu, więc przed zejściem na ląd byliśmy podnieceni jak dzieci przed Gwiazdką. Okazało się jednak, że nie wszyscy. Nasz kucharz oświadczył, że nigdzie nie idzie, nie ciekawi go zagranica. Facet przepłynął z Europy do Afryki Środkowej i nawet jej nie zobaczył - został pod pokładem. Kapitan tylko z pobłażaniem kiwał głową: "Podróże kształcą, ale walizka wciąż głupia jak ch...".

Ten rejs sprzed kilku lat przypomniał mi się teraz, gdyż przeczytałem, że jednym z najbardziej powszechnych naszych marzeń jest podróżowanie. Ciekawe, prawda? Przeciętny Polak deklaruje, że wygraną w Lotto wydałby m.in. na objechanie świata. To niemal tak ambitnie, jakby powiedział, że najbliższy urlop chciałby poświęcić na czytanie Marcela Prousta. No bo przecież podróżowanie to intelektualna przygoda. Przyjemna, ale jednak wymagająca. Samo zwiedzanie Florencji jest mimowolną lekcją renesansu, kultury włoskiej, toskańskiej kuchni i historii Italii. Trudno się ogląda rzeczy, nie znając ich kontekstu. To musi być nużące.

Nasz kucharz dobrze o tym wiedział. Jak każdy uczciwy Polak kochał podróże, ale obcować z inną cywilizacją już nie znosił. Nie wszyscy pewnie zdają sobie sprawę, że turystyka jest rozrywką masową od bardzo niedawna. Jeszcze po wojnie włóczenie się po świecie było dziwactwem ekscentrycznym i niebezpiecznym, kosztownym hobby.

Dla nas największym promotorem podróży okazała się PRL. Zagranica stała się fetyszem, bo komunistyczne władze niechętnie kogokolwiek wypuszczały ze swego raju, a jeśli już, to raczej tych, którym się w Polsce Ludowej podobało. Ci, którym się nie podobało, nie dostawali paszportu. Moja sąsiadka z bloku, obiekt pożądania wszystkich mężczyzn i bezsilnej zawiści kobiet, była stewardesą. Dziś to po prostu samolotowa kelnerka, gorsza od tych z restauracji, bo nie dostaje napiwków. Ale wtedy to była prawdziwa królewna, najlepsza partia w mieście, szczyt marzeń. Ona po prostu wstawała rano, wzbijała się w powietrze, przelatywała nad zasiekami z drutu kolczastego, pasami ziemi niczyjej i lądowała w Paryżu czy w Londynie. W jej pachnącym pewexem domu można było zapalić camela, wypić napoleona.

Dziś turystyka jest zajęciem stadnym. Zarówno wczasy all inclusive, jak i wyprawy z plecakiem są produktami wielkiego przemysłu wakacyjnego. Piszę o tym wszystkim, bo właśnie są wakacje, czyli żniwa. Z tej okazji gorąco polecam państwu książkę Andrzeja Mellera "Czołem, nie ma hien". Tytuł jest idiotyczny (ma to być onomatopeja języka wietnamskiego, kto mocno pomyśli, może zgadnie), ale sama rzecz strasznie fajna. Polecam ją nie tylko dlatego, że w jednym z rozdziałów autor opisał nasze wspólne, mrożące krew w żyłach przygody w Wietnamie. "Czołem..." to dla mnie taki wietnamski must have, w czasach gdy nawet słynny przewodnik dla włóczęgów "Lonely Planet" stał się komercyjnym syfem. Meller zgrabnie łączy warsztat reportera, ogromne podróżnicze doświadczenie, kowbojski temperament, barwny język z interesującym esejem historyczno-politycznym.

Wietnam to dla wagabundy ziemia obiecana. Komunistyczny kraj agresywnego, azjatyckiego kapitalizmu. Świat niemal bez reguł, oferujący rozkosze seksualne, kulinarne i wszelkie używki na wyciągnięcie ręki, za grosze. Mellera warto przeczytać choćby po to, by uświadomić sobie, że Wietnam wymaga pewnej dozy dojrzałości od jego użytkowników. Łatwo się tam stoczyć, ulec pokusom, dać pochłonąć tropikalnej czeluści i ostatecznie się wykończyć.

Do Wietnamu, zresztą nie tylko tam, warto zabrać muzykę. Mam tak, że jadąc gdzieś z nową płytą, tworzy mi się w głowie zupełnie niepowtarzalny klip, koktajl obrazów i dźwięków, które trwale się ze sobą łączą i już zawsze będą się kojarzyć. Chcę właśnie pojechać gdzieś z najnowszą płytą Radiohead "A Moon Shaped Pool". Zespół Thoma Yorke'a jest klasą samą w sobie, ich połączenie alternatywnego rocka z elektroniką stworzyło zupełnie nowy styl nie do podrobienia.

Mnie zawsze fascynowała relacja, którą członkowie Radiohead stworzyli ze swoją publicznością i przemysłem rozrywkowym. Gdy piosenka "Creep" stała się wielkim, światowym przebojem i przepustką do pierwszej ligi, Yorke usunął ją z repertuaru zespołu. Gdy świat zastanawiał się, jak powstrzymać spadki sprzedaży płyt, jak ratować rynek wykańczany przez internet, Radiohead udostępniło swoją płytę "In Rainbows" w sieci. Fani płacili za nią, ile chcieli albo nic. Zespół zarobił prawie trzy miliony dolarów. Najnowsza płyta ukazała się bez żadnych zapowiedzi ani akcji reklamowej. Była zaskoczeniem. Tak jakby biznesowa strona działalności artystycznej była dla Radiohead bez znaczenia.

Jeszcze filmy... Wakacje to niestety w kinie okres martwy. Gorące premiery wstrzymywane są do jesieni, gdy wrócimy z urlopów. Dlatego podczas podróży może warto zrobić sobie jakiś retrospekcyjny maraton. Ponieważ w tym roku mam zamiar zahaczyć o Włochy, zabrałem ze sobą kolekcję Giuseppe Tornatore, z jego niesamowitym, zabawnym i wzruszającym kinem sentymentalnym. Zapewniam, że zwiedzanie włoskich miasteczek, picie wina, kosztowanie wspaniałej kuchni oraz nocne wygłupy z włoskimi przyjaciółmi tracą co najmniej połowę ze swej wartości, jeśli się nie widziało "Cinema Paradiso", "Sprzedawcy marzeń" czy "Maleny". W podróżach niezwykle cenny jest kontekst.

Jeśli oczywiście nie chcemy być walizką.

Więcej o: