Superteoria superwszystkiego: Graj i dziel

Nie dajcie sobie wmówić, że piłka nożna jest bez sensu. Futbol sensów ma wiele, a najgłębszym z nich, najbardziej pierwotnym i najbliższym futbolowemu duchowi jest dzielenie.

Zdałem sobie z tego sprawę na jednym z licznych przygnębiających meczów minionego sezonu na stadionie przy Łazienkowskiej 3. Czy na Legię przyjechał tego dnia Widzew, Polonia Bytom, czy Lechia - nie pamiętam. Mordowałem się, próbując skupić uwagę na boiskowej kopaninie, ale piłkarskie święto mnie nie wciągnęło, atmosfera na trybunach nie porwała, a nowy stadion - bardzo ładny, choć bez parkingu dla rowerów - już spowszedniał.

I nagle - trach! Jak grom z jasnego nieba, uderzyła świadomość, że na całych, wypełnionych może w trzech czwartych, może w dwóch trzecich trybunach nie ma ani jednej osoby, z którą w tym momencie czułbym związek - choćby najpłytszy. W mecz zaangażowanych zawodowo było kilkudziesięciu kompletnie obcych mi ludzi - piłkarzy, trenerów, masażystów, działaczy, członków zarządu, kierowniczek do spraw marketingu i rzeczników prasowych.

futbol,kibic

Kolejnych kilkanaście tysięcy angażowało się hobbystycznie, na trybunach to wznosząc okrzyki, to milcząc w skupieniu, to gwiżdżąc, to śpiewając, to jęcząc na zmianę z zawodu i z radości (częściej z zawodu). Z żadnym z nich nie miałem w tym momencie nic wspólnego. Nawet z dziennikarzami, upchniętymi jak sardynki na prowizorycznej trybunie prasowej, się ani nie solidaryzowałem, ani nie odczuwałem żadnej wspólnoty - interesów, czy czegoś tam.

Tego dnia piłka nożna podzieliła świat - na mnie samego i całą resztę. Poczułem boleśnie, że przeżycie zbiorowe, jakim winien być mecz, od zawsze i prawdopodobnie na zawsze dla mnie pozostaje niedostępne. Indywidualnie w czasie meczu tańczę z radości lub cierpię katusze. Zbiorowo - za nic. Nie potrafię.

To tylko marginalna kwestia na Wielkiej Mapie Podziałów, jaką kreślą piłkarscy bogowie. Roboty mają ogrom. Najprostszym i najtrywialniejszym z podziałów istotnych jest oczywiście ten na Nas i Ich. Nasi to Polska, Legia, Barcelona, Manchester United, Boca Juniors, Sęp Żelechów. Oni to Niemcy, Polonia, Real, Chelsea, River Plate, Wilga Garwolin. Czasem My Ich nie lubimy, czasem się z Nich śmiejemy, czasem Nimi gardzimy, czasem Ich nienawidzimy. Wszystko zależy. Zawsze wiemy, kim Oni są. Ale to dopiero początek.

Gdy tylko policja z ochroną schowaną za własnymi plecami wchodzi na trybuny, ba! gdy tylko pojawia się w ich pobliżu, znikają waśnie między kibicami, nieważne kto z Polonii, a kto z Legii, nowe ustalają się granice, nowe grupy jednoczą się pod nowymi sztandarami, są już tylko opresjonowani i opresjonujący, kibolski lud i mundurowi ciemiężyciele, dwa żywioły, między którymi nigdy nie będzie zgody.

futbol,kibic, policja

I dalej:

W trójkącie media-trybuny-włodarze każdy z sojuszy jest możliwy. Zależy, z której strony wieje i przed czym. Czasem kibic idzie pod ramię z działaczem przeciwko dziennikarzowi, czasem dziennikarz z działaczem przeciwko kibicowi, czasem - rzadko - dziennikarz z kibicem przeciw właścicielowi. A ileż razy kibic przeciwko kibicowi! Ultras z racą kontra piknik z kiełbasą i bułką, chyba że razem przeciwko - to dość świeża etykieta - januszowi z trąbką. Ale gdy ten patałach po raz kolejny nie trafi do pustej bramki (moja babcia by to strzeliła! krzesło z Ikei by strzeliło!) - już znajdują wspólnego przeciwnika. Nie chodzi tu wcale o przemoc fizyczną, ani nawet pasywną agresję (a w każdym razie nie zawsze) ile o podział w głowach. Komu z kim po drodze, kto z kim na jednej wartości jedzie. Gdzie kto znajduje przyjaciół, znajomych, albo chociaż wspólny temat do rozmowy.

futbol,kibic

Piłka nożna oddziela ekspertów od laików, mężczyzn od kobiet (mężczyzna nieinteresujący się, czy kobieta interesująca się - dziwadło, poza kategoriami), zwolenników Euro od przeciwników. W oparciu o piłkę nożną każdy może zbudować własną tożsamość, jeśli tylko znajdzie kogoś, od kogo będzie mógł się różnić. Najlepiej znacznie.

A każdy chce futbol zgarnąć dla siebie. Bo piłka nożna to niby rzecz wspólna, ale tylko pod warunkiem, że nasza. Moja. Twoja tylko na tyle, na ile ja się nią podzielę.

Dziwnie czasem biegną te podziały. Spotykam grupę nastolatków z Glasgow. - A ty jesteś za Rangersami czy za Celtami? - pytam pierwszego z brzegu.

- Za Celtami, oczywiście - odpowiada, prężąc się dumnie.

- Ja też! - wykrzykuje następny.

- I ja! - dołącza jeszcze jeden.

- Ja za Rangersami! - krzyczy najmłodszy z nich.

Ten, którego zapytałem, kwaśnieje.

- A to, niestety, jest mój brat - tłumaczy.

To tylko wybiórczy obraz tego, co piłka nożna potrafi zrobić z ludźmi. Wybiórczy, bo niewrażliwy na wszystkie odcienie futbolowej gorączki, niuanse w tak powszechnym zjawisku naturalnie obecne. Poszukajcie ich na własną rękę. Koleżanka ostatnio znalazła.

futbol,kibicZ pracy do domu koleżanka jeździ rowerem - koło stadionu. Na futbolu nie zna się za grosz, na meczu była raz, ale nic nie widziała, bo po pierwsze piłka latała za szybko, a po drugie nawet jakby latała wolniej, to robienie meksykańskiej fali było zbyt zajmujące, żeby interesować się sportem.

I wraca ta koleżanka do domu z pracy, czasem w trakcie meczu, czasem tuż po. Nie lubi, bo nie czuje się bezpiecznie. Tłumaczę, że nie ma się czego bać. Że ludzie tam zgromadzeni, choć głośni i wyraziści, są w znakomitej większości niegroźni.

Ale się boi i już. Któregoś dnia pyta: - A wczoraj to był jakiś mecz, prawda?

Był.

- Jakiś inny?

No inny. Grała reprezentacja, nie klub. Skąd wiesz?

- Bo gęby po drodze jakieś przyjemniejsze.

 

Bohdan Pękacki

Zdjęcia: Kuba Atys, Jakub Orzechowski, Krzysztof Szatkowski / AG (montaż)

 

Zobacz Inne felietony Bohdana Pękackiego

Więcej o: