Bieganie na sto kilometrów

The North Face Ultra-Trail du Mont-Blanc to najbardziej prestiżowy maraton terenowy w Europie. W jego cieniu rozgrywany jest ?zaledwie? 92-kilometrowy CCC. Choć w połowie trasy kolano odmówiło mi współpracy, z zimna skurczyłem się o dwa numery i biegłem non stop przez niemal 20 godzin, udało mi się go ukończyć.

Dochodzi ósma rano. Zmordowany, na sztywnych nogach wbiegam do Chamonix, słynnego francuskiego kurortu położonego u stóp Mont Blanc. Miasto dopiero budzi się do życia, jednak wzdłuż trasy widać pojedynczych kibiców. I oni, i wolontariusze, ustawieni w kluczowych punktach, choć po nieprzespanej nocy, gromkimi brawami witają każdego nadciągającego biegacza. Mój gasnący trucht też zasługuje na ich owację. Ten niesamowity klimat towarzyszył mi niemal przez całą trasę. To oznaka szacunku tych ludzi - zarówno miejscowych, jak i turystów - dla wariatów, którzy zmagają się z jedną z najbardziej morderczych tras biegowych na naszym kontynencie. Oni wiedzą, że mam za sobą blisko 100 km biegu po masywie Mont Blanc, najwyższego szczytu Europy. Przewyższenie pozytywne sięga 5800 m, a więc to tak, jakbym wspiął się na samą górę i jeszcze kilometr wyżej. Oni się domyślają, co przeżyłem przez ostatnich dwadzieścia godzin. Bo przecież jeszcze poprzedniego poranka...

ccc, wyścig, bieganie, mont blanc, umtb

Finisher CCC

Taką niebieską kamizelkę dostaje każdy, kto przekroczył linię mety i zmieścił się w limicie czasowym. Na ulicach Chamonix wzbudza ona szacunek.

 

Komu bije pasterski dzwon

Stoję pośród wielobarwnego, rozgadanego tłumu w Courmayeur, włoskim miasteczku położonym po drugiej stronie Mont Blanc. Tu słychać francuski, tam nawołują się Włosi, ówdzie Hiszpanie robią sobie zdjęcia. Polaków jest w tym gronie niewielu i prawie wszyscy znamy się z podobnych imprez w Polsce - np. beskidzkiego Kieratu. Jest choćby Magda Ostrowska-Dołęgowska, dziennikarka współpracująca z ?Logo?, która stoi tuż obok mnie. Nasze numery startowe różnią się o dziesięć oczek, więc ruszamy z tego samego sektora. Ale szybko stracimy się z oczu, bo w tej drobnej dziewczynce drzemie niesłychana moc. Ona biegnie po jak najlepszy wynik, mnie zadowoli ukończeniu biegu w limicie czasowym.

Stoimy, gaworzymy z polskimi dziennikarzami i czekamy na rozpoczęcie. Trochę to irytujące, bo nie lubię przedłużania przedstartowej nerwówki. Niepotrzebne emocje, zwątpienia, gonitwa głupich myśli, które w takich momentach zaczynają wieść własne życie. Wolałbym już ruszyć, by uciec przed tym wszystkim. - Przy tak długich biegach najlepiej myśleć sobie, że to się nigdy nie skończy. Wbrew pozorom tak jest łatwiej - tłumaczy dziennikarzom Magda. Coś w tym jest.

ccc, wyścig, bieganie, mont blanc, umtb

Start CCC we włoskim Courmayeur. W tle - masyw Mont Blanc.

Gwar potężnieje, bo z każdą chwilą na starcie pojawiają się kolejni biegacze, przywożeni autobusami z Chamonix. Kakofonię potęguje mistrz ceremonii z mikrofonem oraz dziadunio w stroju organizatora z ogromnym pasterskim dzwonkiem. Zawodnicy się rozciągają, sprawdzają konieczny ekwipunek, niepotrzebne ciuchy ładują do ponumerowanych worków, które zostaną przewiezione na metę wyścigu - każdy będzie tam mógł odebrać swoje rzeczy. Start we Włoszech, meta we Francji, ale organizacja iście szwajcarska.

ccc, wyścig, bieganie, mont blanc, umtb

Wreszcie MC ryczy coś po francusku i wszyscy ustawiają się twarzą w kierunku startu. Podzieleni jesteśmy na trzy sektory, każdy mieści kilkaset osób (łącznie w CCC wystartowało 1905). By nie zakorkować wąskich górskich szlaków, sektory wypuszczane będą pojedynczo, w 10-minutowych odstępach. Na tym dystansie 20 minut różnicy między pierwszą a ostatnią grupą i tak nie ma znaczenia, zresztą najszybsi zwykle ustawieni są z przodu.

UTMB

The North Face Ultra Trail du Mont Blanc to jeden z najtrudniejszych maratonów terenowych w Europie. Uczestnicy muszą pokonać 166 km, a łączne przewyższenie pozytywne to 9600 m, czyli więcej niż szczyt Mount Everest od poziomu morza. Tegoroczny zwycięzca, niezawodny Katalończyk Kilian Jornet, ukończył bieg w 20 godzin i 5 minut! W dodatku na mecie nie wyglądał nawet na specjalnie zmęczonego (filmik z jego finiszem znajdziecie na naszej stronie na Facebooku). Współpracujący z ?Logo? mąż Magdy Ostrowskiej-Dołęgowskiej Krzysztof zajął rewelacyjne, 30. miejsce!

Oprócz klasycznego UTMB w tym samym czasie odbywają się jeszcze trzy inne biegi. Najważniejszy jest opisany przez nas w tym reportażu CCC - w tym roku o długości 92 km i przewyższeniu 5800 m. Zaś najdłuższy - zespołowy PTL. Tu startują 2- lub 3-osobowe zespoły i muszą w 138 godzin pokonać 300 km i około 25 tys. metrów przewyższeń.

 

Pan przodem. Nie, Pan przodem!

Wreszcie wypuszczają i nas. Widzimy się z Magdą ostatni raz - na pierwszym punkcie kontrolnym będzie miała nade mną sześć minut przewagi. Z tym pierwszym checkpointem było zresztą trochę zamieszania. Według pierwotnych planów tuż po Courmayeur mieliśmy wbiec (fajnie powiedziane, ale przy tym dystansie szybki marsz pod górę jest bardziej optymalny) na wysoki na 2584 m n.p.m. szczyt Tete de la Tronche. To oznaczałoby, ot, marne 1300 m przewyższenia na samym starcie wyścigu. Można się przestraszyć.

ccc, wyścig, bieganie, mont blanc, umtb

 

Ale przestraszyliśmy się nie my, tylko organizatorzy. W rolę defetystów wcielili się synoptycy, prorokując na wieczór prawdziwy Armagedon - deszcz, silny wicher, śnieg, grad i Bóg wie co jeszcze... Co jeszcze? Choćby niestabilne, obsuwające się stoki Tete de la Tronche. Reakcja była błyskawiczna. Start głównego wyścigu UTMB przesunięto na wieczór, zaś naszą trasę stuningowano. Z Courmayeur biegniemy od razu do schroniska Bertone, które miało być dopiero trzecim checkpointem.

ccc, wyścig, bieganie, mont blanc, umtbPogoda jest na razie piękna, ale faktycznie - cały masyw Mont Blanc schował się w chmurach. Chyba mi na złość, bo przyjechałem głównie po to, by upajać się - do nieprzytomności - alpejskimi widokami. Najwyższych szczytów nie widać, ale i tak jest pięknie. Z trudem skupiam wzrok na ścieżce, starając się zapamiętać jak najwięcej z krajobrazu. Pomaga mi w tym aparat fotograficzny, który nawet na szybkich odcinkach nie może przejść w stan spoczynku. Ta część trasy prowadzi na północny-wschód dostępną tylko dla pieszych, malowniczą doliną Ferret. Biegniemy genialną ścieżką zawieszoną gdzieś na wysokości 2000 m n.p.m., po intensywnie zielonych halach, które wyglądają, jakby były regularnie strzyżone. Na szlaku wciąż tłoczno. Jak okiem sięgnąć, z przodu i z tyłu, niekończący się ludzki łańcuch. Sytuacja mnie bawi, bo w życiu nie widziałem tylu górskich biegaczy. Jednak, jak to w tłumie, bywają też irytujące momenty: ktoś wsadza mi kijek w cholewkę buta, ktoś inny ?skrobie marchewkę? albo spazmatycznie dyszy w kark, jak przy ataku serca... Dość tego! Moje bieganie dalekie jest od ścigania, ale w takich momentach czuję silną motywację, by uciec do przodu. Emocje buzują, noga podaje, na stromych podejściach łykam kolejnych konkurentów... Hej, stary, to dopiero 20. kilometr! Do końca wycieczki jeszcze kawał drogi, zaciągnij ręczny hamulec - zdrowy rozsądek skutecznie tłumi entuzjazm. Chyba powinienem na koszulce wydrukować swoje motto: SAVE ENERGY!

ccc, wyścig, bieganie, mont blanc, umtb

Allez, allez!

Podejścia są ciężkie, ale na zbiegach wcale nie jest łatwiej, co wie każdy, kto chodzi po górach. Płuca i serce odpoczywają, to nogi dostają wycisk. Trudniej o stabilny krok, za to dużo łatwiej się poślizgnąć, potknąć czy źle postawić stopę. Stawy narażone są na większe obciążenia i kontuzje. Niestety, Chamonix położone jest 200 m niżej niż Courmayeur, więc w sumie na trasie więcej jest zbiegania niż podchodzenia. Póki co trudno mi to odczuć, bo za Arnouvą dyszący ludzki wąż wspina się na kolejny wysoki punkt na trasie, Grand Col du Ferret (2537 m n.p.m.), bezlitośnie weryfikujący nasze możliwości. Nie przeginam z tempem, ale mijam wiele osób, które dochodzą do swoich granic. Niektórzy klęczą koło ścieżki, wymiotując pomiędzy kamienie... Ufff, wygląda ostro, ale to pewnie wina obżarstwa na punkcie żywieniowym - staram się nie wpadać w panikę. W końcu osiągam przełęcz. Lekki wiaterek, według mnie ciepły, wielu skłania jednak do wciągnięcia na grzbiet kurtek czy bluz. Gadżeciarze! - myślę, i nawet nie dopinając zamka koszulki, śmigam w dół po szwajcarskiej stronie. Przez następne kilometry mijam ludzi pracowicie zdejmujących zbędne ciuchy.

Przez Arnouvę przemknąłem, chwytając tylko w locie colę i dwa kawałki sera, ale w La Fouly mam już w nogach prawie maraton, więc na punkcie żywieniowym zatrzymuję się na dłuższy popas. Muszę przyznać, że jeśli nie dysponuje się wystarczająco silną wolą lub odpowiednio mocną motywacją, to trudno opuścić gościnne progi - lista pokus jest bogata: coca-cola, napoje energetyczne, herbata, kawa, zupy, przekąski słodkie lub słone, owoce... Jeśli kiedykolwiek jeszcze wystartuję w CCC lub UTMB, to przygotuję sobie rozpiskę, co na którym punkcie mogę zjeść.

ccc, wyścig, bieganie, mont blanc, umtb

W każdej wiosce, przez którą przebiega trasa CCC, witają nas rozentuzjazmowane tłumy mieszkańców. Biją brawo, zagrzewają do wysiłku, próbują nas wspomóc swoją energią. Dzieciaki służą na ochotnika przy punktach żywieniowych i podają biegaczom wodę, banany lub batony. Ba!, czasem przy chałupach w górach gospodarze serwują uczestnikom własne frykasy i napoje! Niesamowity klimat, zupełnie odmienny od standardu maratonów w kraju: złorzeczeń polskich kierowców w miastach lub złośliwych docinków - jeśli nie kąsających po nogach psów - jakie trzeba cierpliwie znosić, przebiegając przez wsie.

ccc, wyścig, bieganie, mont blanc, umtb

 

Kolacja na bogato

W La Fouly zaczyna się psuć pogoda, a kiedy dwie godziny później dobiegam do Champex, jest już naprawdę nieciekawie - pojawia się mgła, a temperatura gwałtownie spada. Champex to mniej więcej półmetek naszej trasy (CCC oznacza ?Courmayeur-Champex-ccc, wyścig, bieganie, mont blanc, umtbChamonix?) i główny punkt żywieniowy. W środku miasteczka, tuż nad brzegiem jeziora, stoi wielki namiot, a w nim... tłum zawodników. Ogonek jest dłuższy niż do kolejki linowej u stóp Mont Blanc. Staję karnie na końcu i czekam. I czekam. I dalej czekam. Na czekaniu mija mi prawie pół godziny. Czy ktoś tu się w ogóle ściga? Wszyscy uprzejmi, uśmiechają się, nikt przed nikogo się nie wpycha, każdy grzecznie czeka na swoją kolej przy bufecie. Mam ochotę wkręcić się bokiem ?na cwaniaczka?, bo ludzie w kolejce wloką się, jakby przymuleni, ale duszę pomysł w zarodku. Przecież wszyscy w kolejce przede mną przybyli na punkt wcześniej, więc nie wypada, żebym kogokolwiek ?kiwał? przy bufecie, a nie na trasie. Pogodzony z losem, zapominam o zegarku i z czystym sumieniem zatracam się w konsumpcji. W końcu się należy, jak psu micha - za mną pracowita dniówka, a w planie równie aktywna noc. Kompletuję zestaw na bogato: pierwsze danie - rosół z makaronem, drugie danie - makaron z sosem, deser - ciasto oraz owocowy mus... Do tego trzy kubki coli i po niemal półgodzinie ledwie mam siłę przepchać się do wyjścia - później z raportów się dowiem, że w Champex spędziłem mniej więcej 50 minut. Magdzie postój tu zajął dokładnie 10 razy mniej czasu. Ruszam dalej, starając się nadgonić stracone minuty, choć prędkość ogranicza protestujący żołądek. Nigdy więcej obżarstwa na trasie!

 

Zimno, mokro, do domu daleko

Wcześniej, gdzieś na asfaltowym odcinku za La Fouly, coś niepokojąco zachrzęściło w moim lewym kolanie. Spoko - myślę - bo od czasu do czasu nóżka daje znać o sobie, ale nigdy z jej powodu nie zszedłem z trasy. Śmiganie na snowboardzie i ultradługie trasy rajdów przygodowych nie wpływają zbawiennie na moje ponaciągane wiązadła. Plan jest prosty: pod górę mogę dawać ognia, bo rozgrzane kolano nawet nie postękuje, z góry zaś... Cóż, z góry zacisniemy zęby. Niestety, za Champex cały czas jest z góry. W oryginale trasa miała się dźwignąć na prawie 2000 m, ale przez załamanie pogody wleczemy się w dolinę. I to w jaką! Ze zgrozą obserwuję wysokościomierz w zegarku: 1000, 700, 600... W Martigny wysokościomierz pokazuje niecałe 500 m n.p.m. Czyli przeciążonej nodze zafundowałem ponad 1000 m zejścia. Świetnie! Przyjdzie za to zapłacić, bo to dopiero 59. kilometr.

ccc, wyścig, bieganie, mont blanc, umtb

W górach teren jest cholernie przewidywalny - jeśli było stromo z góry, to znaczy, że za chwilę będzie równie stromo pod górę. Nie inaczej było za Martigny, gdzie czekało mnie ponadkilometrowe podejście. I chyba mało kto jest w stanie sobie wyobrazić, jak się z tego podejścia cieszyłem. Jednak wszystko, co dobre, nie trwa wiecznie. Wejście na przełęcz Folcraz to paskudne przeżycie. Przelewające się chmury, poziomo siekący deszcz i temperatura... Nawet nie wiem jak niska, ale po kilku minutach na ścieżce sprowadzającej z przełęczy do lasu trzęsę jak galareta. Jednak najgorsze jest to, że kolano przestało się ?składać?. Jeszcze przez kilkaset metrów idę na sztywnej nodze, ale w lesie zaczynają się schody. Dosłownie, bo ścieżka prowadzi zakosami, a na każdym z nich są wysokie stopnie. Staję i z przerażeniem myślę, że to chyba koniec. Trzeba zadzwonić do organizatorów, żeby mnie stąd zwieźli. Ale zaraz - nigdy jeszcze podczas zawodów nie miałem tak, żeby nie dało się czegoś wykombinować... W plecaku mam bandaż elastyczny, trzeba więc spróbować stabilizacji. Trzęsącymi się z zimna rękoma owijam bandaż wokół kolana, pod rzepką. Trochę za ciasno, ale co tam, byle tylko czucie w nodze było. No, zobaczmy, jak to działa - pierwsze kroki delikatnie, następne z większą śmiałością, w końcu normalnie schodzę! Nie zbiegam, ale i tak jestem teraz najszczęśliwszym człowiekiem. Jest szansa, że się dowlekę w limicie czasu do mety!

ccc, wyścig, bieganie, mont blanc, umtb

Wyposażenie obowiązkowe

telefon; woda/napój, min. 1 litr; kubek składany; 2 latarki plus zapasowe baterie; płachta NRC; gwizdek; bandaż elastyczny; coś do jedzenia; kurtka - nieprzewiewna i nieprzemakalna; spodnie długie lub zestaw: leginsy plus podkolanówki; spodnie nieprzewiewne i nieprzemakalne; ciepła bluza, min. 180 g; czapka - nieprzewiewna i nieprzemakalna; rękawice - nieprzewiewne i nieprzemakalne; dokument tożsamości plus 20 euro na nieprzewidziane wydatki; kijki, nóż, sznurek - zalecane.

Krótki postój potwornie mnie jednak wyziębił. Docieram do kolejnego punktu żywieniowego, wypijam dwie kawy oraz herbatę i przestaję się trząść. W wypełnionym po brzegi namiocie właściwie mało kto się nie telepie. Większość zawodników owija się w płachty NRC i dopiero na takie ?poncza? zakładają kurtki. Ja poprzestaję na tradycyjnym wdzianku, licząc na rozgrzewkę już na najbliższym podejściu. Póki co, dzwoniąc zębami, wychodzę z namiotu w ciemną, mokrą i zimną noc.

ccc, wyścig, bieganie, mont blanc, umtbccc, wyścig, bieganie, mont blanc, umtb

 

Jeszcze tylko ten las

Dalsza część biegu prowadzi już przez świerkowe lasy, więc wiatr nie wychładza aż tak bardzo, jak na przełęczy. Na długim podejściu mam czas, żeby docenić przezorność organizatorów i ich decyzję o zmianie trasy. Wieczorny deszcz wydawał się miłą odmianą po upalnym dniu, ale w środku nocy na wysokości niewiele większej niż 1500 m n.p.m. o mało nie dostałem hipotermii. Jak więc sytuacja wyglądałaby we mgle i śniegu, który padał już od wysokości 2000 m n.p.m.?

Idę, czasami biegnę, przez pozostałą część nocy. Markery rozwieszone przez organizatorów mają elementy odblaskowe - te mrugają w świetle naszych czołówek, wskazując drogę. W kluczowych miejscach wzdłuż trasy stoją też pochodnie, a na rozstajach drepczą zziębnięci, przemoczeni do suchej nitki wolontariusze, zawsze jednak gotowi skierować nas w odpowiednią stronę i dodać otuchy.

Przygotowanie kondycyjne

Jeśli chcesz przeżyć przygodę na CCC - z naciskiem na PRZEŻYĆ - to w przygotowaniu formy bardziej niż biegowe treningi przydadzą się długie, górskie wędrówki. Najlepiej kilkudniowe, z wyjściami na szczyty powyżej 2000 m n.p.m. Jednak proza życia sprawia, że w praktyce najlepszą bronią pozostaje bieganie, rower, w ostateczności chodzenie. Kiedy tylko się da, rezygnuj z samochodu lub autobusu i kilka kilometrów pokonuj na nogach. Trening biegowy zależy od celów. Jeśli zadowoli cię trzymanie się środka stawki wyścigu, to nie musisz przesadzać. Ja biegam niesystematycznie: od 0 do 60-70 km tygodniowo. Bardziej niż na aspektach treningowych zależy mi na przyjemności, dlatego biegam w terenie, często po nowych trasach, a w zależności od nastroju i pogody plany spontanicznie ulegają zmianom - np. zamiast pętli 6 km robię 20 km, bo las pachnie żywicą i nie można przestać. Oczywiście, od czasu do czasu nieocenione są starty w dłuższych zawodach biegowo--pieszych, które dostarczają doświadczeń z kilkunasto-, kilkudziesięciogodzinnej aktywności, obejmującej również noc.

Zmęczenie daje o sobie znać, ale to nie problem. Brałem już udział w wielodniowych rajdach przygodowych, podczas których śpi się średnio po pół godziny na dobę, tylko po to, żeby ?zresetować? mózg. Bo ten, zmuszony do zbyt długiego działania, potrafi płatać figle - jeśli widzisz na leśnej polanie wioskę, a z mapy wynika, że jesteś w głuszy, to znaczy że pora na 5, 10 minut drzemki. Teraz po prostu biegnę przed siebie. Wyśpię się za metą.

Każdy krok przychodzi mi jednak z coraz większym trudem. Trucht przeplatam marszem. Na kolejnych punktach żywieniowych zatrzymuję się tylko na herbatę lub kawę. Gorącego napoju nie jestem w stanie sobie odmówić. Wydaje mi się, że teraz już nie tracę zbytecznie czasu - jeden, drugi kubek i w drogę. Analizując później swoje czasy na punktach żywieniowych, przekonuję się, że tak naprawdę marnowałem po 15, nawet 20 minut. Czy jest więc sens biegać, podkręcać tempo, skoro ?przy kawce? tracę to, co z trudem wypracowałem? Pytanie to wydaje mi się jednak zbyt trudne, bo właśnie na niebie pojawia się bladość świtu, co nieodmiennie mnie przymula.

ccc, wyścig, bieganie, mont blanc, umtbNa szczęście zaczynam ?czuć? metę. Wprawdzie czuję ją od momentu, gdy udało mi się reanimować kolano, ale teraz wydaje się naprawdę na wyciągnięcie ręki. Jeszcze tylko głupie 10 kilometrów! Normalnie, po płaskim, taki dystans robi się w 45 minut. No dobra, niech będzie nawet w godzinę. Ale tu nie ma płaskiego terenu, a to, co robię, nie jest do końca normalne. Przebiegnięcie ostatnich czterech kilometrów zajmuje mi więc godzinę. Jednak gdy dopadam w końcu do miasteczka i śmigam przez senne ulice Chamonix, ledwie dotykam stopami ziemi. Kurczę, zupełnie jakbym się ścigał na 400 m. W jakimś amoku, bez sensu wyprzedzam jeszcze kilku konkurentów i w szpalerze nielicznych kibiców wpadam na metę z rewelacyjnym czasem... 21 godzin, 27 minut, 33 sekundy. Hurra! Mam doskonałe 1119. miejsce! Nie wspominając, że w swojej kategorii, wciąż aktywnych czterdziestolatków, jestem 391. No, to już wygląda lepiej. Ale najlepiej wygląda napis na kamizelce, którą dostaje każdy zawodnik przekraczający linie mety: FINISHER CCC. Dałem radę!

ccc, wyścig, bieganie, mont blanc, umtb

Francuz Emmanuel Gault wygrał CCC z czasem 10 godzin, 10 minut i 25 sekund.

 

Opowiadał: Piotr Gruszkowski

Piotr Gruszkowski ma 43 lata i jest redaktorem naczelnym magazynu ?SnowBoard MDS?. Od 10 lat startuje w rajdach przygodowych.

Notował: Mikołaj Kirschke

Zdjęcia: flash-sport, Mikołaj Kirschke, materiały prasowe (montaż)

 

Zobacz też na Logo24:

Uczestniczyliśmy w największej na świecie imprezie marszowej.

W czasie czterech dni każdy z nas zrobił ponad 250 tys. kroków, zrzucił 3,5 kg i stracił trzy paznokcie. Ale bardzo nam się podobało. Za rok startujemy w Dodentocht - organizowanym w Belgii nocnym marszu na 100 km.

Wio, pieski!

Wio, pieski!

Słońce, upał, jakiś pojazd z potężnym silnikiem? Zapomnijcie, to nuda. Prawdziwa męska przygoda wymaga mrozu, wiatru i natury.

Rowerem na Golgotę

Po raz pierwszy słynna z Tour de France góra Ventoux śniła mi się w nocy przed atakiem na szczyt. Widziałem w słońcu jej łysą czaszkę z księżycowym krajobrazem i wieżą meteo na czubku. Moja golgota.

10 razy w góry!

Najciekawsze, najlepsze albo najpopularniejsze trasy w polskich górach. Na jednodniową wycieczkę dla wytrawnego górołaza (Orla Perć) i zupełnego amatora (wejście na Turbacz). Od Bieszczadów przez Tatry po Karkonosze.

Więcej o: