Jan Mela: niepełnosprawność jest tylko w głowie

Jasiek Mela: - Ludzie potrzebują nadziei i zwykłych, ludzkich bohaterów, w których historii mogliby się odnaleźć. Nie celebrytów znanych z tego, że są znani, bogatych i wiecznie uśmiechniętych, ale bohaterów - z problemami, trudnościami - którzy nie boją się o tym mówić.

Kraków. Dziesiąta rano. Biuro Fundacji Jaśka Meli ?Poza horyzonty? już tętni życiem. Telefony, rozmowy, gwar. Wydaje się, że bardziej pobudzić ludzi do działania już nie można. Błąd. Gdy do biura wpada Jasiek - właśnie tak, nie wchodzi, a wpada - nagle wszystko staje się jeszcze bardziej intensywne. Zupełnie jakby ten 25-letni facet wstrzyknął wszystkim dodatkową dawkę energii.

W mocnym uścisku lewej dłoni dosłownie miażdży moją prawicę. Krótkie włosy, bródka, bystre spojrzenie. Za chwilę dowiem się, że w bezpośredniej rozmowie jest niesamowicie otwarty. Wylewa z siebie potok słów, ale nie są to słowa puste. Żadne gadanie, żeby pogadać. Robi to z prędkością kałasznikowa. Jak na swój młody wiek wypowiada zaskakująco dojrzałe sądy. Większość z nich dotyczy niepełnosprawności i celu, któremu oddaje się od kilku lat - niesieniu pomocy innym.

Paweł Wiejas: Tytuł ?Mój biegun?. Bohater Jasiek Mela. Pierwsza myśl - ckliwa historia o dzielnym niepełnosprawnym chłopaku, który dokonał niezwykłego wyczynu. Obejrzałem film* i wprasowało mnie w fotel. Zobaczyłem piekło.

Jasiek Mela: - I bardzo dobrze, bo przecież w tragedii nie ma nic sielankowego. Właśnie dlatego, kiedy kilka lat temu padła propozycja zrealizowania tego filmu, byliśmy w pierwszym odruchu zdecydowanie na ?nie?. Ja, bo spodziewałem się, że scenarzyści przygotują jakąś cholerną, mdlącą od lukru laurkę Jaśka-zdobywcy. Rodzice, bo obawiali się spłaszczenia najboleśniejszych okresów z naszego życia.

Wspólnie postanowiliśmy: ?A co tam. Usiądziemy ze scenarzystami i pogadamy. Najwyżej skończy się na kilku herbatach bądź kawach?. To było dobre rozwiązanie. Film uzyskał naszą akceptację, bo choć historia, którą ludzie zobaczą w kinach, jest nieco uproszczona, to w miarę wierna. Nie?znajdzie się w niej ckliwości, tylko samo życie, a ono bywa przecież okrutne.

Film mógł powstać według ciebie wcześniej?

- Zdecydowanie nie, bo mimo że to film fabularny, to przecież pierwowzorami bohaterów jesteśmy my, nasze uczucia i sposób, w jaki próbowaliśmy radzić sobie ze światem po wszystkich naszych tragediach. Żeby pokazać to innym, musiało upłynąć nieco czasu.

Wypadek, kłótnie rodziców, ojciec tyran, twoje załamania. Każda minuta filmu naładowana jest ogromną dawką emocji. Naprawdę po raz pierwszy to od ojca usłyszałeś, że kalectwo jest w twojej głowie, nie w ciele, że to nie stan fizyczny, a mentalny?

- Nasze życie wywróciło się do góry nogami. W czasach po wypadku moje relacje z tatą były kosmicznie trudne. Nienawidziłem tego, jak wjeżdża mi na ambicję, żebym ćwiczył. To bolało bardziej niż same ćwiczenia. Ale ja byłem strasznie zakompleksiony, miałem żal do całego świata, łatwo się poddawałem. Mógł mówić, że wszystko będzie dobrze, że medycyna czyni cuda i inne różne bzdury. Lecz on nie cackał się ze mną. W sytuacji ekstremalnej każdy działa w sposób, który uważa za najlepszy. On wybrał taki, a nie inny.

Potrzebowałem wiele czasu, żeby zrozumieć jego motywację, ale wreszcie ją pojąłem. Teraz mam w tacie prawdziwego kumpla. W filmie tego nie zobaczycie, lecz niedawno, gdy moi rodzice mieli 25. rocznicę ślubu, tata powiedział mi, że jest zakochany w mamie. Nie powiedział, że ją kocha, tylko że jest zakochany, tak jakby ich związek dopiero się rozpoczynał. Życie nie jest czarno-białe. Czasem to, co wydaje się złe, takie nie jest. Potrzeba wspólnych doświadczeń, by odkryć, że stoimy po tej samej stronie barykady.

Nie zobaczymy też samej wyprawy na biegun.

- Zestawienie wątków mojej rehabilitacji i wyprawy trąciłoby już operą mydlaną. Jeśli spodziewasz się, że zdawałem sobie sprawę, jakim energetycznym kopem, jakim drogowskazem dla niepełnosprawnych może być moje dojście na bieguny, to rozczarujesz się. Miałem trzynaście lat i uczyłem się żyć od nowa.

Marek Kamiński powtarzał mi, że to wielka rzecz pokazać innym, że można pokonać każdą przeszkodę, a ta wyprawa ma dać ludziom nadzieję. Przyznaję, że na początku myślałem, że to mocno naciągane. Nawet wtedy, gdy doszliśmy na biegun, nie docierało do mnie, że naprawdę dokonaliśmy czegoś ważnego. Byłem przekonany, że po powrocie przywita nas paru znajomych, kilku dziennikarzy, a po tygodniu nikt o mnie nie będzie pamiętał. Dopiero po wyjściu z samolotu, gdy zobaczyłem setki ludzi, dziesiątki dziennikarzy, zrozumiałem, że to Marek miał od początku rację.

W tym samym momencie przestałeś być anonimowym, niepełnosprawnym nastolatkiem. Jako dziecko, bo przecież wtedy nim byłeś, dorastałeś na oczach wszystkich. Zaczęło się: Jasiek zrobił to, tamto i owamto.

- Jeśli powiem, że początkowo mi się to nie podobało, będę kłamcą. Grzecznie odpowiadałem na pytania ?jak się sika na biegunie?, i zaraz na następne ?a wierzysz w Boga??. Nawet list zaadresowany ?Jasiek Mela, zdobywca biegunów, Malbork? docierał do mnie bez problemów. Ta rzeka wywiadów była jednak sprzężona z moim dorastaniem. Widziałem, że ludzie faktycznie potrzebują nadziei i takich zwykłych, ludzkich bohaterów, w których historii mogliby się odnaleźć. Nie celebrytów znanych z tego, że są znani, bogatych i wiecznie uśmiechniętych, ale bohaterów z problemami, trudnościami, którzy nie boją się o tym mówić.

Właśnie w tym momencie poczułeś, że stanąłeś twardo na obu nogach?

- O, w stosunku do mnie to fajna metafora. Istotnie wiele razy myślałem, że wszystko jest OK, że stąpam twardo po ziemi, ale tak nie jest i nie należy tego wiązać w żaden sposób z niepełnosprawnością. Ludziom na ogół tylko się wydaje, że stoją twardo na obu nogach. Łączą to najczęściej z powodzeniem finansowym, ale zapominają o innych swoich ułomnościach. Dla jednych to rzeczywiście brak ręki lub nogi, ale inni mogą mieć problem z zaakceptowaniem samego siebie, jeszcze innym brakuje najzwyczajniej odwagi i wiary w swoje możliwości. Kogoś może ograniczać lenistwo, lęki społeczne. Mógłbym mnożyć to w nieskończoność.

Dlatego nie jestem na tyle zuchwały, żeby powiedzieć, że kroczę twardo przez życie, bo nie wiem, z czym będę musiał się kiedyś zmierzyć. Obawy zawsze są. Już ci mówiłem, że jestem z tych łatwo poddających się.

Jan Mela: w tragedii nie ma nic sielankowego, logo z klasąfot. Jacek Poremba

Zdobyłeś bieguny, Kilimandżaro. Wszedłeś na Elburs, El Capitana. Twoja fundacja ?Poza horyzonty? pomaga niepełnosprawnym. Wymieniłem tylko jakiś ułamek. Rzeczywiście wyjątkowo łatwo się poddajesz.

- Robiłem to i robię, ale tym razem w pełni świadomie nie dla siebie, a dla innych. To właśnie to ?coś?, dla czego warto żyć. Pomagam ludziom, tak jak potrafię najlepiej, właśnie poprzez fundację. Pokazuję im, tak jak mnie kiedyś pokazano, że niepełnosprawność jest tylko w głowie. To zajebista praca. Gdzie indziej sukces liczą w ilości zarobionej kasy, a ja go przeliczam na liczbę protez, które uda się przekazać potrzebującym lub na liczbę imprez integracyjnych, na których widać, że nieporadny niepełnosprawny to mit.

Choć nie, od tematu kasy jednak nie uda się nam uciec. Jestem naprawdę wściekły, gdy widzę, jak jest w Polsce marnotrawiona. Państwo daje niepełnosprawnemu jakąś głodową rentę - za dużo, żeby umrzeć, za mało żeby żyć. W znikomy sposób niepełnosprawni są aktywizowani. W naszej fundacji zawsze zaczynamy od pytania: ?Do czego potrzebujesz protezy??. Człowiek, który się do nas zwróci, musi mieć wizję tego, co będzie robił. Samo stwierdzenie, że ?do chodzenia?, to za mało. Bo jak już będziesz chodził, to musisz pracować, musisz być aktywny. Nie możesz dalej siedzieć w domu i wmawiać sobie, że dla ciebie wszystko się skończyło. Skończy się, gdy uwierzysz w takie bzdurne gadanie.

Wiem, że dla kogoś to zabrzmi twardo, może nawet nieludzko, ale nie stać nas na hodowanie leni. Dlatego jestem wkurzony, gdy widzę, że państwo, które woli dawać renty, obciąża fundacje, które są skuteczne w pomaganiu niepełnosprawnym, podatkiem od każdej darowizny. Na starcie ogranicza nam w ten sposób krąg osób, do którego możemy dotrzeć z pomocą. Chcemy podjąć próbę zmiany przepisów. Pieniędzy nie jest za mało. Polska jest na tyle bogatym krajem, że pozwala sobie marnować pieniądze wspierając stagnację, zamiast aktywizować.

Jeszcze kilka lat temu udzieliłbyś jakiejś grzecznej odpowiedzi. Gdzie ten układny Jasiek?

- Wiem, że przyzwyczaiłem wszystkich do wizerunku wiecznie uśmiechniętego chłopaka, który nikogo nie chce urazić. Taka wersja soft zawsze jest łatwa do zaakceptowania bez względu na to, o kogo chodzi.

Przeprowadziłem nawet pewien eksperyment, jak ludzie zareagują u mnie na zmiany zewnętrzne. Przestałem zakładać kolorowe ciuchy, kupiłem sobie skórę, a siostra zrobiła mi irokeza, którego końcówki pomalowaliśmy na czerwono. Dodaliśmy do tego dziewięć gwoździ w uchu. I zaczęło się. Policjanci zaczęli kontrolować mnie na ulicy. Ludzie schodzili z drogi. Kiedyś spytałem jakąś starszą panią, jak trafić do kościoła, a ona spojrzała, jakbym miał z niego zwinąć skarbonkę. Z kolei na konferencjach prasowych dziennikarzy nie interesowała sama impreza, którą organizuję, tylko dlaczego zmieniłem fryzurę. Nikt nie komentował tego, co mówiłem, ale to, że zmieniłem wygląd.

Ameryki nie odkryję, mówiąc, że oceniamy ludzi po wyglądzie, ale oceniamy ich zbyt łatwo, po pozorach i nie zastanawiamy się, jacy naprawdę są.

Swoje wyprawy zacząłeś od wysokiego ?C?. Nie czujesz presji, by ciągle realizować równie trudne przedsięwzięcia?

- Oczywiście, że czuję. Choćby na różnego rodzaju festiwalach podróżników pytają, gdzie pójdę, co zdobędę. I mam problem z odpowiedzią. Bo ważniejsze od tego, ?gdzie? i ?co?, jest teraz dla mnie, ?po co? i ?dla kogo? to zrobię. Na pewno nie po to, żeby pochwalić się tym przed innymi. Nauczyłem się, że w życiu trzeba wszystko robić z pasją, bo inaczej to po prostu nie działa. Tylko wtedy będzie to naturalne i wartościowe.

Jesienią wyjadę na kilkumiesięczną podróż autostopem po Azji. Uwielbiam jeździć w ten sposób. Nieśpiesznie, poznawać ludzi, zatrzymywać się na dłużej w miejscach, które mnie zaintrygują. A gdy wrócę? Nie wiem, czy do końca odbieram to we właściwy sposób, ale chyba zamknę etap dalekich podróży w swoim życiu. Na wszystko jest w życiu odpowiedni czas.

Jasiek Mela przestaje podróżować? Trudno to sobie wyobrazić.

- Rzucało mną po całym świecie i Polsce. Mieszkałem w Malborku, Gdyni, Gdańsku, Warszawie, Łodzi, Wrocławiu. Nie wiem nawet, czy wymieniłem wszystkie. Teraz mieszkam w Krakowie i tu mi się podoba. Chyba trudniej znaleźć szczęście w jednym, swoim miejscu i je potem pielęgnować, niż szukać go gdzieś na końcu globu. Japońskie przysłowie mówi, że w dniu, w którym zaniechasz podróży, dotrzesz do celu.

Wiesz, na widok dzieci na ulicy gęba uśmiecha mi się od ucha do ucha. Jaś Mela dorasta. Nie chcę w przyszłości być ojcem z pocztówki, którego świat podziwia, ale żona widzi na święta, a syn nazywa wujkiem. Myślę, że trzeba naprawdę mieć jaja, żeby zmierzyć się z samym sobą i być odpowiedzialnym nie za swój plecak, a za rodzinę i dom. Bielony domek z ogrodem poza miastem, pełen biegających dzieci. To dopiero podróż!

Mówisz, jakbyś był nieco rozczarowany tym, co robisz teraz. Naprawdę tak właśnie się czujesz?

- Czerpię dużą satysfakcję z pomagania innym, ale człowiek jest jak gąbka. Nasiąka wszystkim, z czym się styka, a ja na co dzień stykam się z ogromem nieszczęść, więc potem muszę jakoś odreagować. Może dlatego staję się trudny we współżyciu. Od swojej dziewczyny usłyszałem, że dla innych mam zawsze uśmiech i dobre słowo, a dla niej już niekoniecznie. Jakbym dostał młotkiem w głowę. Kocham muzykę, uwielbiam chodzić na koncerty. Czasem nawet myślę, że wolałbym stracić jeszcze jedną rękę, niż gdybym kiedykolwiek miał stracić słuch. Słyszałeś kiedyś piosenkę ?Wilki dwa? Luxtorpedy?

?A we mnie samym wilki dwa

oblicze dobra, oblicze zła

walczą ze sobą nieustannie

wygrywa ten, którego karmię?

Myślę, że nie tylko ze mną, ale z każdym człowiekiem jest właśnie tak, że w jego diecie musi być więcej miłości niż żalu, nawet tego spływającego od innych, jeśli chce być naprawdę wartościowy i dawać z siebie dobro.

logo z klasą, Jan Mela: w tragedii nie ma nic sielankowegofot. Jacek Poremba

Wróćmy do tego domku z ogrodem z twoich marzeń.

- Gdy dorastamy, wszystko nam się zmienia. Kiedyś myślałem, że kto jak kto, ale ja nigdy nie usiądę w miejscu, zjadę cały świat siedem razy, poznam tryliard ludzi, będę obywatelem świata. Teraz czuję, że być obywatelem świata znaczy nie mieć domu. Być wszędzie, znaczy być nigdzie. Tak jak wędrując na biegun wędruje się w istocie w głąb siebie, tak będąc w jednym miejscu można cały czas doświadczać podróży.

Moja młodsza siostra niedawno urodziła dziecko i teraz wszyscy w domu widzimy, że każdy tydzień jest czymś nowym. Podróż przez dorastanie dziecka - to coś, o czym marzę najbardziej na świecie. A gdy masz przy sobie prawdziwie fascynującą osobę - możecie się odkrywać przez całe życie, bo najlepszym kobiecym kosmetykiem jest pasja. I to nie są moje młodzieńcze przypuszczenia, tylko słowa ludzi, którzy mają brodę dziesięciokrotnie dłuższą od mojej.

Piękna wizja, ale nie znudziłbyś się?

- Na wyciągnięcie ręki, wcale nie tysiące kilometrów od nas, jest wiele ekscytujących rzeczy, które można robić. Wiele adrenaliny dostarcza mi choćby odwiedzanie pustostanów. Takie miejsca, choć opuszczone, mają dusze. Czuć w nich dawnych mieszkańców. Jeśli to możliwe, próbuję z listów, rysunków, rachunków, po prostu ze skrawków, które pozostały, odtworzyć historię tych ludzi. Czasami jest smutna, czasami intrygująca.

Kiedyś znalazłem z kuzynem zapiski pewnego właściciela kantoru. Gdyby swego czasu wpadły w ręce skarbówki, ta piałaby z zachwytu. W jednych zestawieniach było wszystko po bożemu, ale w drugich, tych mówiących o rzeczywistych obrotach, czarno na białym było zapisane, ile udało mu się ukryć. Innym razem poszukiwałem chłopca, który zostawił swoje rysunki. Pomyślałem, że chciałby je odzyskać po 20 latach. Szukałem go przez internet, ale niestety się nie udało.

Są też domy okaleczone rękami poszukiwaczy skarbów. Pruli ściany, myśląc, że wiekowe kamienice skrywają jakieś kosztowności. Ciekawe, czy kiedyś udało się im coś znaleźć.

Dopuszczasz w ogóle możliwość, że kiedykolwiek przestaniesz pomagać innym, a skoncentrujesz się wyłącznie na poszukiwaniu własnego szczęścia?

- Mam nadzieję, że mimo swoich marzeń jeszcze przez wiele lat będę pomagał innym. Zresztą zawsze komuś pomagasz. Sąsiadowi, znajomym, dzieciom. Pomocą jest nawet kupowanie od bab, które przyjeżdżają z jajkami z podkrakowskich wsi. Mógłbyś zrobić zakupy w markecie, a robisz u nich.

A wracając do pomagania poprzez fundację. Każdy człowiek jest egoistą. Ale można być takim krótkowzrocznym, nastawionym wyłącznie na siebie, a można i takim, z którego egoizmu czerpią inni. Czuję, że wskazując innym ścieżkę, którą sam przeszedłem, i widząc, że zaczynają nią podążać, mam ogromną satysfakcję. Za swoją pracę dostaję od ludzi zbyt wiele wdzięczności, by nagle powiedzieć dość.

Potrzeba było sporo czasu, żebym to dostrzegł. To nie moja myśl, ale zgadzam się, że z każdym jest jak z dzieckiem. Żeby zobaczyło cały wzór na dywanie, musi się podnieść z podłogi. Im jest większe, tym wyżej się podnosi, tym więcej ogarnia. Myślę, że spoglądam na ten wzór już z całkiem dużej wysokości, choć nadal często brakuje mi pokory.

Jan Mela: w tragedii nie ma nic sielankowego, logo z klasąfot. Jacek Poremba

Jan Mela

Urodził się 30 grudnia 1988 r. w Gdańsku. W 2002 r., w wieku 13 lat, w wyniku wypadku stracił podudzie lewej nogi i prawe przedramię. W 2004 r. razem z Markiem Kamińskim zdobył oba bieguny polarne - najpierw północny, następnie południowy. Tym samym został najmłodszą (i jedyną niepełnosprawną) osobą, która tego dokonała. W 2008 r. powstała Fundacja Jaśka Meli ?Poza horyzonty?, która pomaga osobom niepełnosprawnym.

 

*?Mój biegun?

Film w reżyserii Marcina Głowackiego, opowiadający historię Jaśka i jego rodziny, wszedł na ekrany kin 25 października. W rolach głównych występują Maciej Musiał, Bartłomiej Topa i Magdalena Walach.

Więcej o:
Komentarze (52)
Jan Mela: niepełnosprawność jest tylko w głowie
Zaloguj się lub komentuj jako gość
  • Gość: 2pyralginy

    Oceniono 94 razy 92

    Pytanie do gazety - czy przypadkiem nie przesadziliście z photoshopem, rzucając panu Meli na usta szminkę w kolorze fuksji?

  • Gość: joki

    Oceniono 70 razy 60

    wow. Jaś już jest Janem. Jak ten czas leci...

  • Gość: josh

    Oceniono 31 razy 23

    dlaczego on ma usta pomalowane?

  • Gość: fakcior

    Oceniono 29 razy 23

    Jego twarz jest niemal identyczna jak słynna maska Guya Fawkesa! A cytat z piosenki „Wilki dwa” Luxtorpedy to pewnie nawiązanie do "Fausta" Goethego: "Dwie dusze mam, w rozprzęgu wiecznym i zamęcie,jedna się pazurami w ziemię prze zacięcie,druga z oparów ziemskich unosi się w niebo, stęskniona zaświatów wieczystą potrzebą."

  • Gość: slash_me

    Oceniono 32 razy 22

    Czytając powyższe, w którymś momencie zacząłem żałować, że mam dwie nogi i dwie ręce. Bez ironii. Wiem, że to straszne, ale owa straszność ma dwa oblicza: strasznej tragedii i strasznej wielkości człowieka, który przez to przeszedł i dotarł, w wieku zaledwie 25 lat, do miejsca, w którym Jan się obecnie znajduje. Podoba mi się jego myślenie. Szacunek

  • Gość: mimi9930

    Oceniono 32 razy 20

    koszmarne zdjęcia, chłopak niby miły, ale to zdjęcie z purpurowymi ustami po prostu straszy

  • Gość: nie kradnij

    Oceniono 60 razy 20

    "W 2002 r., w wieku 13 lat, w wyniku wypadku stracił podudzie lewej nogi i prawe przedramię. "
    ten "wypadek" miał bardzo specyficzne podłoże...

  • Gość: pdl

    Oceniono 24 razy 14

    Szczerze mówiąc mam mieszane uczucia po przeczytaniu tego artykułu. O ile chylę czoła przed dokonaniami p. Jana w życiu osobistym, tak miło by było jakby zdał sobie sprawę z pewnej, bardzo prostej rzeczy - Jego rodzice mieli pieniądze. Sam jego wypadek zresztą był medialny. Ale jest wielu niepełnosprawnych, którym fundacja nie pomoże. Są ludzie starsi, niektórzy choćby żyły sobie wypruli na żaden- przysłowiowy- biegun nigdy nie pojadą. A p. Jan by im jeszcze zabrał renty, bo mu się wydaje, że byłby im w stanie pomóc lepiej. A co jeśli fundacja kiedyś padnie, albo - odpukać - stan zdrowia nie pozwoli na dalsze jej prowadzenie, wtedy wszystkich zostawić na lodzie? Poza tym u nas takich ludzi używa się w dziwacznym kontekście typu "Jaś Mela zdobył biegun, Ty też możesz, nie ma żadnych ograniczeń!". Tymczasem dla wielu ograniczeniem jest brak podjazdu dla wózków w bloku, że o tak prozaicznej rzeczy jak brak pracy nie wspomnę.

  • wyeksponowani

    Oceniono 12 razy 8

    Jasiu (Janie),
    Nie pytam jako hejter ale jako ciekawski. Powiedz proszę jaka najlepsza rzecz przytrafiła Ci się w życiu? Co było katalizatorem Twoich marzeń i ambicji? Wspaniałe (nie mówię tego złośliwie) jest to, że wielkie dramaty obracają się czasem w nasze błogosławieństwo, prawda?
    Pozdrawiam,
    Michał Borkowski

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX