Wojciech Smarzowski: "Życiem i filmem rządzi przypadek"

Gdy uwiera go jakiś problem - robi o tym film. Z tego uwierania powstało "Wesele", "Dom zły", "Róża" i "Drogówka". Wojciech Smarzowski: reżyser, kolekcjoner kapsli od piwa, miłośnik piłki nożnej (w?telewizji) i tenisa stołowego (aktywnie).

Festiwal Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni. Wszyscy oglądają po kilka tytułów dziennie, a potem do rana dyskutują i bawią się w legendarnym klubie Piekiełko w hotelu Gdynia. A ja mam spotkać się z Wojciechem Smarzowskim o godz. 10 rano w hotelowym barze.

Szansa na to, że reżyser - znany z nazwijmy to wstrzemięźliwego stosunku do prasy - będzie w kiepskim nastroju, są spore. Rafał, nasz fotograf, pociesza mnie, że nie taki diabeł straszny, jak go malują. Diabeł przychodzi punktualnie i faktycznie wygląda normalnie. Dżinsy, koszula, marynarka i nieodłączna bejsbolówka.

Ale ten luzacki strój to tylko pozór. Wojciech Smarzowski bardzo poważnie podchodzi do swojej pracy i filmów. Nienawidzi głupich pytań. Piekielnie inteligentny, bywa złośliwy. Gdy zapytałem go o znaczenie wątku wiejskiego w jego dziełach, odpowiedział, że taki wątek jest bardzo dobry w „Drogówce” - której akcja w całości rozgrywa się przecież w Warszawie. Docisnąłem o „Różę”. Na to on, że ze względu na skromny budżet nie było go stać na zrobienie filmu o Mazurach w mieście. I bądź tu mądry.

W pewnym momencie powiedział mi: „Ja się tutaj strasznie męczę, jak z panem rozmawiam. Ja jestem po to, by robić filmy, a nie by udzielać wywiadów. Tak się realizuję. Od wywiadu nie zależy, czy zrobię lepszy czy gorszy film”.

Na próby interpretacji swoich obrazów najczęściej odpowiada, że każdy ma prawo do własnej. I dodaje: „Życiem i filmem rządzi przypadek, bez dwóch zdań.” Pozostawiam więc analizę twórczości „Smarzola” (tak mówią o nim koledzy i fani) krytykom i widzom.

fot. Rafał Malko / Agencja Gazetafot. Rafał Malko / Agencja Gazeta

 

Cezary Jęksa: - Pana młodość przypadła na ostatnie lata komuny, kiedy popularne było hasło „strzelaj albo emigruj”. A co Pan myślał o tamtej rzeczywistości?

Wojciech Smarzowski: - Nie miałem jasnej wizji swojej przyszłości. Na przykład, że skończę studia, dostanę fajną pracę i będę wiedział, jak żyć. Ale nie miałem też takiej wizji, żeby wyjechać i żyć poza Polską. Myślałem może, żeby wyjechać i zarobić pieniądze, ale zawsze głową byłem tutaj.

Ja byłem w paru różnych szkołach, których nie kończyłem, bo przedłużałem studia z jednego powodu: żeby nie pójść do wojska. To była kwestia ideologii. Wtedy brali do wojska chyba do 27. roku życia. Kiedy skończyłem liceum, to zaplanowałem sobie, że będę się uczył do tego wieku. To była chyba moja jedyna motywacja. Ale pewnie miałem jednak otwartą głowę i dlatego pojawił i ułożył mi się w niej film.

Nie miał Pan ochoty na tę „prawdziwą męską przygodę”?

- Odpowiem po żołniersku: nie.

To skąd pomysł, żeby zrobić serial o jednostce Grom?

- W tym projekcie, do którego realizacji w końcu nie doszło, najbardziej podobało mi się, że akcja miała się rozgrywać na całym świecie, że to jest o nas, o Polakach, i że oni, żołnierze Gromu, są najlepsi. Moja podstawowa motywacja do pisania tego scenariusza była taka, że gdyby coś się stało mnie albo mojej rodzinie, to chciałbym, żeby mnie ratował ten oddział. Ale nigdy nie chciałem być tym, który ratuje, strzela i tak dalej.

Właśnie robi Pan film na podstawie powieści Jerzego Pilcha o drugiej po wojsku naszej narodowej pasji, czyli o piciu.

- Jestem jednym z bardzo wielu ekspertów w tym kraju w temacie picia alkoholu, ale ten film zrobiłem absolutnie na trzeźwo. Tak sobie założyłem. Nie piłem nawet piwa przez te trzy długie okresy zdjęciowe. I być może to będzie mój ostatni film, w którym tak dużo będzie o alkoholu.

Będziemy mieli kaca po tym filmie?

- Mam nadzieję. Każdy będzie musiał poradzić sobie z nim sam.

Skoro mowa o alkoholu, to jaki Pan pija?

- Ja prywatnie, kiedy nie kręcę „Anioła”, to lubię whisky.

Blended czy single malt?

- Zdecydowanie malty. Lubię też czerwone wino. Kiedyś piłem dużo piwa, ale teraz przestałem. Mam za to dosyć dużą kolekcje kapsli od piwa.

Czy to jeszcze z czasów PRL-u, kiedy zbierało się puszki po piwie czy pudełka po papierosach?

- Może tak, zbierałem kiedyś bardzo różne rzeczy. Okazało się, że jak się ma pieniądze, to można mieć nawet denara Mieszka I, choć ocalało ich tylko 52.

I postanowiłem sobie, że będę zbierał... śmieci. To były kapsle od piwa, ponieważ wtedy, w czasach liceum, piłem piwo. Kiedy moja kolekcja przekroczyła pierwszy tysiąc, dostałem list z USA z pytaniem, czy bym jej nie sprzedał. Od tego momentu sam kupiłem trzy kolekcje. Za konkretne pieniądze. Nadal mam swoje zbiory, ale nie mam czasu ich rozwijać. Segreguję je z opóźnieniem, ale mam do nich bardzo emocjonalny stosunek. Nie zamierzam ich sprzedawać. Może kiedyś je komuś oddam.

 

Miał Pan też futbolowy kawałek życiorysu...

- Grałem w drużynie Nafta Jedlicze. Jako boczny pomocnik i boczny obrońca. Za faul uznawano tylko otwarte złamanie, a w moim klubie grał chłopak, który robił nakładki głową. To był dla mnie bardzo fajny czas. Ale byłem za mało ambitny, za mało zdolny.

A nadal pasjonuje się Pan futbolem?

- Tak, rzeczywiście jest coś takiego, że potrzebuję takich emocji.

Ale takich emocji jak w złotych czasach naszej piłki już Pan nie przeżywa?

- Nie zdawałem sobie sprawy, że żyłem w czasach ultramistrzowskich. Polska była trzecią drużyną świata. Dla mnie to było normalne, że trzeba po prostu nastukać Hiszpanom. Teraz jak przegramy 0-6, to należałoby robić bankiet, że nie było gorzej (śmiech).

Ale nadal naszym kibicuję. Wolę oglądać mecze w telewizji, a nie na żywo. Wynika to pewnie z tego, że lubię mieć pełny ogląd sytuacji: tempo, powtórki. A jak jestem na meczu i widzę, że gość leży na trawie i nie wiadomo, czy coś mu jest naprawdę, czy symuluje, czas leci, nie ma akcji, to się nudzę.

Są jeszcze oczywiście emocje tłumu, ale mówiąc językiem Świetlickiego: „Jestem nieprzysiadalny”. Wyrzucili mnie nawet z harcerstwa, bo nie chodziłem na zbiórki.

Nie żal było, że nie dostanie Pan czerwonej chusty i plastikowego sygnetu z lilijką do jej spinania?

- Ja cały strój dostałem od razu. Ale nie chciało mi się chodzić na zbiórki. Generalnie mam problem z funkcjonowaniem w grupie. Wyjątkiem jest film. Kiedy robię filmy, to ta grupa ludzi, z którą je kręcę, jest dla mnie bardzo ważna.

Dzisiaj sport dla Pana to futbol na ekranie i tenis stołowy z ulubionym aktorem Arkiem Jakubikiem.

- Zgadza się.

Kto wygrywa?

- On. Arek zaczął się ruszać, a ja zacząłem tyć.

Nie kusi Pana, by być coraz młodszym i piękniejszym? To dzisiaj bardzo modne, a sport to jedna z dróg do osiągnięcia tego celu.

- Kusi, kusi (śmiech), ale ja mam tylko trzy zakresy ruchu. Pierwszy to stukanie w klawiaturę komputera, drugi to ruch okrężny kierownicą, a trzeci to jest taki ruch jak na przykład... picie herbaty (tu Wojciech Smarzowski wykonuje ruch, jakby wznosił kieliszek).

A nie sądzi Pan, że mężczyzna po czterdziestce nie ma wyboru i musi być w formie? Dla rodziny, żeby kręcić filmy...

Tak, trzeba żyć, trzeba żyć (śmiech, ale raczej niewesoły).

 

FILMY WOJCIECHA SMARZOWSKIEGO:

Smarzowski

„Drogówka”, 2013 r. Drastyczny obraz naszej skorumpowanej współczesności. Policja, która ma nas strzec ode złego, jest siedliskiem wszystkich występków. Funkcjonariusz, który spróbuje walczyć o sprawiedliwość, przegra. Źli są nie tylko policjanci, bo ci, którzy wręczają im łapówki, są równie zdemoralizowani. Może postępowanie jednych i drugich to dzisiaj w Polsce po prostu norma?

Smarzowski

„Róża”, 2011 r. Tytułowa Róża to Mazurka, autochtonka, która po zakończeniu wojny próbuje nadal trwać na ziemi, na której żyli jej przodkowie. Dla Polaków i Rosjan jest Niemką, którą każdy może zgwałcić i obrabować. Tadek to AK-owiec, przybysz ze starego świata, który zniszczyła wojna. Podejmie walkę o ocalenie Róży przed zgrajami szabrowników atakujących dom, w którym próbują pozostać ludźmi w nieludzkich czasach.

Smarzowski

„Dom zły”, 2009 r. Ten dom nie jest zły, jest przerażający. Akcja filmu toczy się w latach 80. ubiegłego stulecia, w zdegenerowanej rzeczywistość PRL-u. Nie wiadomo, kto jest tu gorszy: władza czy obywatele. Jedni i drudzy mają swoje grzechy i grzeszki do ukrycia. Władza na każdego ma haka, nikt nie podskoczy, a jeśli nawet spróbuje, to kiepsko skończy. Jedynym spoiwem łączącym ludzi wydaje się być wódka. Trzeba pić, by tak żyć.

Smarzowski

„Wesele”, 2004 r. Odrażający obraz naszej prowincji. Trwa wesele. Wszyscy bawią się, jak to na takich uroczystościach bywa. W oparach alkoholu główni bohaterowie załatwiają swoje brudne interesy. Każdy z nich próbuje wykorzystać innych, nawet najbliższych sobie ludzi, do swoich celów. Nic dziwnego, że tę sodomę w finale zalewa szambo. Nie znajduje się nawet jeden sprawiedliwy, który by ją ocalił.

Smarzowski

"Małżowina”, 1988 r. Studium samotności i alienacji artysty. Do podłego mieszkanka wprowadza się pisarz zagrany przez poetę Marcina Świetlickiego. Próbuje napisać drugą książkę. Jałową egzystencję przerywają alkoholowe spotkanie z kolegami i seks z prostytutką. Na co dzień mieszkanie wypełniają papierosy i denerwujące odgłosy życia kamienicy. Znienawidzeni sąsiedzi zostaną znalezieni martwi. Nie dowiemy się, czy zabił pisarz.