Vincent V. Severski - pisarz, dandys, twardziej, szpieg [WYWIAD]

Vincent V. Severski

Vincent V. Severski (fot. Albert Zawada)

Użyj wyobraźni, stwórz wyrazistych bohaterów, dorzuć dreszczyk emocji i zaskakujące zwroty akcji - przepis na szpiegowski thriller gotowy. Czy aby na pewno? W odróżnieniu od innych pisarzy Vincent V. Severski przemyca do książek własne doświadczenie. W końcu ilu autorów było szpiegami?

Vincent V. Severski*: - Prostuję. Nie czuję się pisarzem ani literatem. Po prostu, może nieco przez przypadek, bo zawsze lubiłem pisać, tworzę książki.

Thrillery spiskowe Severskiego są dostępne TUTAJ >>

Jakub Stachowiak: Ale szpiegiem przez przypadek chyba nie zostałeś?

- Nie trafiłeś. To też było zrządzenie losu. Wyobraź sobie małżeństwo studentów - Ulę i Vincenta, które nie ma gdzie mieszkać, a bardzo chce zacząć normalne życie. Vincent ma w Warszawie wuja, który jest w MSW i w szpitalu na ulicy Komarowa (dzisiejsza Wołoska) operuje różnych prominentów. I ten wuj, widząc problemy młodego krewniaka, mówi: „Załatwię ci dobrą robotę, będziesz pracował w MSW. Dostaniesz mieszkanie”.

Nie, nie zdradzam początku jakiejś nowej książki. Właśnie od tego zaczęła się moja przygoda. Nie wiedziałem, co dokładnie znaczyło to „załatwię”, którego użył mój krewny, i przyznam, że niewiele mnie to obchodziło. Tak się mówiło i już, wszystko się załatwiało. Oczywiście nie można było iść na Rakowiecką z ulicy i ogłosić od progu: „Chcę tu pracować”. Wuj złożył obietnicę i pewnego dnia dostałem wiadomość: „Masz być tego, a tego dnia na Rakowieckiej”. Studiowałem wtedy już w Warszawie. Poszedłem.

Do gmachu wprowadził mnie wyższy ode mnie o głowę, napęczniały od gorzały facet, siny niemalże. Posadził mnie w jakimś pokoju i dał do wypełnienia ankietę grubą jak książka. Od cholery tego było. A i jeszcze życiorys kazał pisać. No to ja pisałem, a on cały czas łaził w kółko. Kiedy skończyłem, spytał tylko: „Czy ty, chłopie, wiesz, gdzie idziesz do pracy?”. Ja mówię: „No, do MSW”. A on na to: „Do wywiadu idziesz”. Jak mi to powiedział, skakałem z radości pod sufit. Wywiad to wywiad. 

Studiowałeś prawo. Musiałeś mieć jakieś plany związane ze studiami. A tu taki zwrot.

- Szczerze? Nie lubiłem studiów prawniczych. Nuda straszna. Do prawa cywilnego podchodziłem ze trzy, cztery razy, a już prawdziwym koszmarem było prawo pracy, oczywiście w socjalistycznym wydaniu. Wykładał je profesor Salwa. Mówiło się: „u profesora Salwy jedna salwa i trzy trupy” - na egzamin wchodziło się we trzy osoby. Ale skończyłem te studia, nawet dobrze.

Na temat pracy magisterskiej razem z moim promotorem profesorem Czeczotem wybrałem alibi, bo było takie na pograniczu kryminalistyki i psychologii. A ja w tym czasie zaczytywałem się Chandlerem i wyobrażałem sobie, że świat przestępczy wygląda jak w jego kryminałach. Nawet myślałem, że może zostanę milicjantem i będę łapał seryjnych zabójców albo zabójców z lubieżności, bo też się tym tematem interesowałem - no takie „Zodiaki” i inni Dusiciele z Bostonu.

Zacząłem przekopywać się w sądach i prokuraturach przez akta 800 czy 900 spraw. Jak skończyłem, doszedłem do wniosku, że w PRL każdy przestępca ma takie samo alibi: „My tak popili ze szwagrem, że nic nie pamiętam”. Tak było w przypadku zarąbania siekierą sąsiada, napaści na staruszkę, włamania do sklepu. Nie było alibi, nie było zorganizowanej przestępczości, oczywiście w takim sensie i tak rozbudowanej jak dzisiaj. Uwierz, kiedy skończyłem moje badania nad alibi, odeszła mi jakakolwiek chęć do pracy w organach ścigania. 

A studia nad alibi przydały ci się później w pracy?

- Oczywiście. Zapamiętałem, że trzeba wiedzieć, co się robi i mówi po alkoholu. A na poważnie? Studia nad alibi do niczego mi się nie przydały.

Wróćmy na Rakowiecką. Jak rozumiem, przeszedłeś testy, a co było dalej?

- Psycholog, inne badania. Okazało się, że się nadaję. Co prawda miałem jakieś słabe strony, powiedzmy, emocjonalne - jak każdy, ale to nie miało żadnego wpływu. Pojechałem do szkoły wywiadu w Starych Kiejkutach, gdzie uczyliśmy się elementarnych rzeczy: techniki wywiadowczej, chodzenia pod obserwacją, budowania tras sprawdzeniowych, obsługi tajnych skrytek, błyskawicznego przekazywania materiału, werbunku agentów. Kursy teoretyczne, praktyczne. Z jednej strony my się uczyliśmy, a z drugiej strony byliśmy stale obserwowani, czy aby naprawdę się nadajemy do tego biznesu. Bo przecież mimo zdanych testów jakaś niepewność pozostaje. Zawsze tak było, jest i będzie. Od niepamiętnych czasów tak się kandydatów na szpiegów uczy i sprawdza we wszystkich szkołach wywiadu. 

A jak to jest z tą słynną odpornością szpiegów na alkohol? Przechodziliście test „stołka barowego”? Sprawdzano, jak mocne macie głowy i czy można z was wyciągać informacje albo namówić do zdrady?

- Oczywiście, że alkohol jest cholernie ważny w tej pracy. Oficer, który dostaje małpiego rozumu po gorzale, bez znaczenia czy mężczyzna czy kobieta, nie nadaje się do tego zawodu. Alkohol ma ci pomóc, a nie przeszkodzić w wykonaniu zadania. Także prywatnie, jeżeli go pijesz, to ma ci pomóc. Ale to nie jest sposób leczenia stresu dla oficera wywiadu, bo wtedy wtopisz. Dlatego do stanu wojennego mieliśmy w szkole barek w pełni zaopatrzony, dostępny dla wszystkich. Ceny więcej niż przystępne. Można było pić, ile kto chciał. Byli tacy, którzy zatonęli w gorzale i wylatywali. 

Byłeś w Kiejkutach, gdy ogłoszono stan wojenny. Wiedzieliście w ogóle, co się dzieje na świecie?

- Nie wiedzieliśmy, ale czuliśmy, że coś się szykuje. Dlaczego? Od jakiegoś czasu przygotowywaliśmy ośrodek na wydarzenia - jakby to powiedzieć - specjalne. Coś tak, jakbyśmy mieli być w oblężeniu czy w zamknięciu. Broń wyfasowaliśmy nową. Ostrą amunicję. Nie było żadnych planów wyjazdowych. 13 grudnia - mieliśmy w pokojach kołchoźniki, bo nie wolno było mieć swojego radia - obudził nas Jaruzelski. Pierwsza myśl to oczywiście ta: „Co teraz będzie”. Baliśmy się, ale szybko dostaliśmy zajęcie - łopaty w dłoń i odśnieżać przez cały dzień. 

Po co broń szpiegowi?

- Szpieg musi umieć strzelać. Ale wtedy dostaliśmy z kolegą ckm taki na kółkach. Po co szpiegom był ckm, to nie wiem, pewnie dlatego, że mieliśmy się bronić w tych Kiejkutach. Ja byłem od strzelania, kolega od taśmy. Ale obaj umieliśmy walić. Ach! To była radocha walić z ckm-u! Kto był w wojsku, ten wie, o czym mówię. Nie było większej przyjemności, szczególnie w pozycji leżącej. Czujesz, jak cała ziemia pod tobą chodzi. Powiedziałbym, że działa to nawet podniecająco (śmiech).

Na strzelnicę szło się z górki i któregoś razu usiadłem na osłonie, nogi położyłem na lufie i tak jechałem, a kolega miał trzymać. Ale puścił. Jak zacząłem jechać, na taką asfaltową alejkę wpadłem, bo to ciężkie, nabrało rozpędu... No i żeśmy rozwalili ten ckm. Naganę chyba wtedy dostaliśmy. Ale bez wpisania do akt. Także nie odebrali mi prawa ukończenia kursu i możliwości zostania szpiegiem.

Po szkole trafiłeś do tzw. jedenastki, czyli wydziału do spraw dywersji ideologicznej. Zwalczaliście demokratyczną opozycję?

- Od zwalczania opozycji to była bezpieka. Wywiad jest od informowania, a nie od zwalczania. To jest podstawa. Ale żeby coś skutecznie zwalczać, potrzebna jest informacja. Dzisiaj też tak jest.

Bycie szpiegiem miało ci zapewnić stabilizację. Udało się?

- Niestety, wbrew temu, co obiecał mi wujek, nie dostałem mieszkania. Mieszkałem na malutkim kwaterunku. A rodzina... Żony szpiegów, choć nigdy do końca nie widzą, co robią mężowie, nigdy nie są zadowolone. Domyślają się, że bliska osoba ryzykuje życie czy zdrowie, więc o zadowoleniu nie może być mowy. Wydawało się nam, że to będzie stabilizacja, ale de facto tak nie było. 

Co powinien potrafić dobry szpieg?

- Do perfekcji musi opanować podstawy, o których już mówiłem, a których uczyliśmy się w Starych Kiejkutach. Oficer musi być spostrzegawczy, mieć umiejętność obserwacji, analizy otoczenia, mocne nogi, dobry żołądek, mocne nerwy, pamięć. To są rzeczy niezmienialne w każdym wywiadzie świata. To musi być, ale najważniejsza jest silna motywacja, i to nie mogą być pieniądze. Natomiast co rusz pojawiają się nowe gadżety, które usprawniają tę pracę. Lub utrudniają. Ale jest tarcza i jest miecz - tak jak w symbolu KGB. Zresztą czasami zwykłe metody są najlepsze - idziesz do kibla, odwracasz płaszcz, zakładasz perukę i już w tych kamerach, które cię dzisiaj wszędzie śledzą, nie wyglądasz tak samo. Prosta rzecz, a jaka praktyczna. 

Jak czuł się młody peerelowski szpieg w zagranicznej misji?

- Czasem bywało zabawnie, z dzisiejszego punktu widzenia. Na studiach w Krakowie jadaliśmy jakieś produkty pizzopodobne, więc gdy pojechałem na robotę we Włoszech, moim marzeniem było zjedzenie pizzy. Byłem tam sam, pierwszy raz, miałem chyba 28 lat. Kupiłem jedną, drugą. Po szóstej calzone puściłem pawia na parkingu i wiałem szybko, bo parking był czysty.

Zresztą te Włochy w ogóle były wtedy dla mnie pechowe. „Na robocie” zostawiłem samochód na ulicy w Rzymie w miejscu, gdzie nie wolno było parkować w określonych godzinach. Był znak, ale zasłonięty drzewem. Wracam wieczorem, a samochodu, w którym była skrytka z pewnymi rzeczami, nie ma. Trzeba było go szukać. A we Włoszech dogadać się z kimś po angielsku nie jest prosto. Nawet z policją, a ponieważ w Rzymie jest pięć rodzajów policji, na dobrą sprawę nie było wiadomo, kto w ogóle zlecił odholowanie auta.

Poszedłem na posterunek na Zatybrzu. Tłumaczę dyżurnemu: „Samochód japoński, toyota”. A on: „Toyota? Nie ma takiego samochodu. Fiat, alfa romeo, mercedes”. Ja mu: „Japan, Japan”. „Che? Toyota? Nie ma takiego samochodu”. We Włoszech w tym czasie w ogóle nie było japońskich samochodów. Wreszcie ustaliłem, że mojego „Japońca” zabrała Polizia Municipale. Stał 50 km za Rzymem na parkingu strzeżonym.

OK, bywało śmiesznie, a niebezpiecznie?

- Miałem podwójnego agenta, który zdradził. Zauważyłem, że najprawdopodobniej jestem obserwowany. Najprawdopodobniej, bo to była wtedy bardziej intuicja. Młodziak byłem zupełny. Szedłem na spotkanie i w jednym z samochodów zauważyłem ognik papierosa. To był ułamek sekundy. Miałem z nim spotkanie w środku nocy, o pierwszej. Był bardzo zdenerwowany, dosłownie cały chodził, co było dla niego nietypowe, bo to był facet od grubej roboty. No i podobno przyniósł jakieś supermateriały, które chciał, żebym szybciutko od niego przejął. Niemal mi je wpychał. Nie wziąłem. Wyznaczyłem mu kolejne spotkanie nazajutrz, ale już nie poszedłem. Skontaktowałem się z rezydentem i wróciłem do Polski.

Przez pół roku chodziłem ze stygmatem tchórza, że zawaliłem, nie przyjmując materiałów od agenta. Ale wtedy okazało się, że w służbie, która tam na mnie czyhała, był nasz kret. Potwierdził, że tamci wiedzieli, kiedy i w jakim miejscu ma być oficer z Polski, czyli ja. Miałem być zdjęty. A byłem wtedy na zwykłym paszporcie. Gdybym wtopił, tobym siedział. Długo by mnie pewnie nie trzymali, może byłaby jakaś wymiana, ale byłby to koniec kariery.

Ryzykowałeś życie w tej robocie?

- Ludzie naoglądają się filmów, a potem często im się wydaje, że zagrożenie polega na tym, że ktoś celuje do ciebie z pistoletu. Zagrożeniem są choroby, bandyci, za szybka jazda samochodem. Oficer wywiadu nie gości dzisiaj w eleganckich hotelach Londynu, Paryża czy Genewy. Jeździ też do Bośni, do jakiejś zapyziałej wsi na Kaukazie, gdzie obrzynają głowy. Albo do Iraku, Iranu, Jemenu i Afryki, gdzie lata jakimś zdezelowanym „antkiem” bez jednego koła i z pijaną ukraińską załogą. Różnie to bywa.

To twoje wspomnienia?

(uśmiech)

Pamiętasz swojego pierwszego zwerbowanego agenta?

- Pamiętam, pamiętam... Oczywiście.

Kto to był?

- No... Na takie pytania nie odpowiadam. Nie mogę. Nie wymienię ani pierwszego, ani ostatniego zwerbowanego.

Wielu ich było?

- Tych, których zawerbowałem i prowadziłem..., trzydziestu paru, pod czterdziestu. Agentów. W ciągu prawie trzydziestu lat służby.

To dobry wynik?

- Tak. To jest dobry wynik. Wiem, jak byłem oceniany w pracy. Mówimy o agentach. Agent w pojęciu naszego wywiadu, naszej terminologii, to jest obcokrajowiec, który został zwerbowany, zawerbowany. W zasadzie nie ma takiego słowa w języku polskim „zawerbowany”. Ale my go używamy, to jest neologizm.

Agent to jest obcokrajowiec, który świadomie godzi się pracować dla wywiadu. Wie, że pracuje dla wywiadu. Musi mieć tę świadomość. Nie mówimy o ludziach pozyskanych jako współpracownicy wywiadu, to jest zupełnie co innego. To jest zupełnie inna kategoria.

Jaką mają motywację ci ludzie?

- Głównie kasa i inne korzyści.

Nie ideologia?

- Ja takiego nie spotkałem.

Jak wybierałeś człowieka, którego chcesz zawerbować?

- Najpierw trzeba go wytypować, później rozpracować. Szuka się takich, którzy coś ukrywają, mają długi, kochanki, problemy psychiczne, zdrowotne. Lista jest naprawdę długa. Jak się już podchodzi do werbunku, trzeba o człowieku wiedzieć więcej, niż on sam wie o sobie samym. To wszystko się wykorzystuje później. Bardzo długo opracowuje się takiego kandydata, a werbunki z marszu to zupełne wyjątki. Miałem jednego gościa, na którego zagiąłem parol na wiele lat przed odejściem na emeryturę i przez ten czas na niego polowałem. „Puknąłem” go po dziesięciu latach opracowywania. Później się okazało, że się domyślał, że dookoła niego krążę.

A ciebie próbowano zawerbować?

- Tak.

Kto?

- Nie mogę powiedzieć. Niech ci wystarczy, że później spotkaliśmy się już jako sojusznicy i jesteśmy dziś zaprzyjaźnieni.

Gdzie cię zastał rok 1989?

- W Szwecji. Byłem tam z rodziną od roku jako attaché prasowy. „Przykrywcowcy” w ambasadach, czyli w tzw. legalnych rezydenturach, pracują na różnych dyplomatycznych stanowiskach, ale elitą wśród „ambasadzkich szpiegów” w czasach komuny byli właśnie byli attaché prasowi. Nie tylko w polskiej. To dlatego że mieli kontakt z dziennikarzami, z mediami. A to bardzo specyficzna grupa ludzi lub - mniej elegancko - klientela.

W Szwecji miałem bardzo szerokie kontakty z elitą dziennikarstwa. Oni oczywiście wiedzieli, co ja za ptica. Ba, nawet z tego powodu chętnie się ze mną spotykali. Przecież lepiej było pogadać ze szpiegiem peerelowskim niż z jakimś urzędnikiem z MSZ. Zawsze to dreszczyk emocji (śmiech).

Poznałem wtedy m.in. Stiega Larssona, tego od „Millenium”, ale to nie był jakiś znaczący dziennikarz. Zapamiętałem go głównie dzięki okularom i tematowi, którym się interesował, czyli ruchom neonazistowskim, ekstremie prawicowej, bo zaczęły się pojawiać jakieś organizacje, np. Krew i Honor. W sumie spotkaliśmy się ze trzy, cztery razy.

No to co to za szpieg, o którym wszyscy wiedzieli, że jest szpiegiem?

- Dlatego mówi się „legalna rezydentura”, ale szpieg zawsze swoje zrobi.

Ale nie naszpiegowałeś się w Szwecji za dużo.

- Nie. Prawie nic. Do 1989 r.

A potem?

- O okresie po 1990 r. nie możemy rozmawiać w ogóle.

Przeszedłeś weryfikację?

- Tak. Zaocznie. Nie stawałem przed komisją. Wszyscy oficerowie rezydentur, których upadek komunizmu zastał za granicą, wbrew temu, co niektórzy dziennikarze twierdzą, byli z urzędu weryfikowani.

Zastanawiałeś się wtedy nad swoją przyszłością?

- Mnie upadek PRL wcale nie zabolał, nie miałem mieszkania, za to miałem żonę, małe dziecko i tysiąc dolarów oszczędności. Może dlatego, że choć w ciągu trzech tygodni z dużej rezydentury sztokholmskiej nie został nikt, mnie pozostawiono przez jakiś czas na stanowisku attaché prasowego.

Ta praca pozwala poznać ważnych ludzi?

- Pewnie. Prezydentów, szefów służb, premierów. Ale pierwszego wielkiego człowieka poznałem, gdy byłem listonoszem w Krakowie na Starym Mieście. Miałem 16 lat. Albo 17 - już mogłem pracować, bo wtedy było tak, że jak się skończyło 16 lat, to można było pracować. Miałem rejon Stare Miasto. Nosiłem codziennie listy polecone Karolowi Wojtyle. Pamiętam jego gabinet, trochę się nawet krępowałem, jak do niego wchodziłem, bo czasami upał był, a ja wchodziłem do niego w takim podkoszulku bez rękawów. Wpuszczali mnie, bo list polecony adresat musiał pokwitować osobiście, nawet jego sekretarz nie miał prawa.

A pamiętasz swój pierwszy dzień na emeryturze?

- Obudziłem się. Ubrałem i poszedłem... do pracy. W połowie drogi się zorientowałem, że nie muszę już nigdzie iść. Nie mogłem się po prostu odnaleźć na wolności. Zupełnie jak koń wyprowadzony z kopalni.

Kiedy pojawiły się pierwsze pomysły na książki?

- Pierwszą książkę zacząłem pisać w szkole średniej. Jakieś opowiadania. Całe życie chciałem pisać. Gdybym nie był szpiegiem, to pewnie byłbym pisarzem. A może i nie byłbym... Jak byłem szpiegiem, to tysiące razy zaczynałem pisać najróżniejsze książki. Tylko ciągle dochodziłem do punktu, w którym nie wiedziałem, jak zapełnić kolejne strony. A już największy problem miałem zawsze z tytułami. Dlatego zawsze tytuł starałem się wymyślać pierwszy. (śmiech)

W twoich książkach znajdziemy historie, w których uczestniczyłeś?

- Jest w nich dużo beletrystyki, ale wszystko jest oparte na prawdziwych zdarzeniach. One są pomieszane, poprzestawiane, nieco zmienione, ale miały miejsce. Na przykład skrzynia z „Nielegalnych”, o którą pytano mnie wielokrotnie. Była taka skrzynia. Nie mogę powiedzieć, czy wyciągnęliśmy ją, czy nie, ale była. Coś podobnego rzeczywiście robiliśmy.

A Polacy byli w Al-Kaidzie? W drugiej powieści opisujesz Karola powiązanego z terrorystami.

- Pewnie. O jednym wiemy na pewno, bo siedzi we francuskim więzieniu. Ale Polacy walczą także w Syrii po stronie rebeliantów. Polacy są wszędzie.

Czy w wywiadzie istnieje wydział Q, którym kieruje bohater twoich powieści Konrad Wolski?

- Tak. Coś w tym rodzaju. I zajmuje się mniej więcej tym, co opisałem w książce. Większość postaci, które opisałem, także ma swoje pierwowzory w rzeczywistości. To są postaci, które umieściłem i trochę kształtowałem też za ich zgodą, dlatego że w naszym środowisku są rozpoznawalne. W związku z tym nie mogłem ich skonstruować zbyt swobodnie. Także dlatego, żeby nie podrywać ich autorytetu. Każda z nich ma przecież swoją historię.

Książki Severskiego są dostępne TUTAJ >>

Bohaterowie twoich książek są samotni. Rzeczywiście szpieg jest skazany na samotność?

- To jest zawód dla tych, którzy potrafią i lubią być sami. Oficer wywiadu, który nie lubi samotności, nie ma zaufania do siebie samego, do swoich kompetencji, umiejętności, działania w pojedynkę, nie nadaje się do tej pracy. Oczywiście pracujemy w większych zespołach, ale oficer, który dobrze się czuje w samotności, to jest właściwa osoba. Życie w wywiadzie jest bardzo podobne do życia w zakonie - zamknięty świat, zasady, elementy współżycia, zaufania, które nie wychodzą na zewnątrz.

Umiejętność manipulowania, udawania, kręcenia to jest szpiegowskie „abc”. Ale nie wolno tego przenosić na życie prywatne. Bo umiejętność manipulowania to potężna broń, bo wiesz, jak ludziom zrobić wodę z mózgu, umiesz manipulować nimi tak, żeby robili to, czego ty chcesz, wykonywali twoje polecenia, a oni muszą często podejmować dramatyczne decyzje.

Powiem tak - w domu się nie kłamie, ale trzeba mieć takiego partnera, który zrozumie, że nie możesz mu powiedzieć wszystkiego. To jest trudne, bo jedziesz na robotę, czasami do brzydkich miejsc, niebezpiecznych. A nie możesz powiedzieć, gdzie jedziesz. Więc w tym sensie jesteśmy bardzo samotni.

W pierwszej twojej książce gra idzie o dużą polityczną stawkę, w drugiej - oficerowie wywiadu zapobiegają dużemu zamachowi z tysiącami ofiar. Czy masz poczucie, że kiedykolwiek uratowałeś świat?

(Chwila wahania) - Kto ratuje jedno życie, ratuje cały świat - prawda? Z drugiej strony jest też efekt motyla, który z punktu widzenia wywiadu jest jak najbardziej realny. Myślę, że wielu rzeczom zapobiegłem, nawet katastrofom.

Na to trzeba spojrzeć w ten sposób - są światy równoległe. Ten, który tu widzimy, w którym siedzimy, chodzimy i jemy, wydajemy pieniądze, rodzimy się i umieramy. I jest ten niewidzialny, w którym działają wywiady. Oba mają swoje prawa. Jak się wojna zaczyna, to znaczy, że wywiad albo źle wypełnił swoje zadanie, albo został zmanipulowany.

Czy kiedykolwiek myślałeś, że masz czyjeś życie na sumieniu?

- Tak i nie spędza mi to snu z powiek. To nie jest tak, że ja kogoś zabiłem. Wiedziałem, gdzie pracuję i wiedziałem, że nie ma nic bardziej śmiertelnego niż informacja. Powiedzmy hipotetycznie. Jeżeli wiem, że ma być zamach w Ghazni na nasz oddział, to co robię? Biorę telefon, dzwonię i mówię: tam i tam czekają na was talibowie. I wiem, co będzie dalej - polecą tam chłopcy śmigłowcem i kamień na kamieniu nie zostanie. Przecież nie pojadą z megafonem i nie będą wołać: „Panowie talibowie, wiemy, że tam jesteście, proszę wyjść i złożyć broń albo wycofać się w góry, bo będziemy strzelać”. No nie. Jadą i „podcinają gardła” - to jest wojna.

Na szpiegostwie można się dorobić?

- Chorób i kalectwa. Ja przeszedłem dwanaście operacji. Przynajmniej cztery z przyczyn niewiadomych, bo nie została zidentyfikowana przyczyna moich dolegliwości. Wróciłem z zagranicy, z trudnego terenu. I w ciągu miesiąca ciężko się rozchorowałem. Niby to była prosta choroba, która może przydarzyć się każdemu, a ja ledwo z niej wyszedłem. Wtedy straciłem włosy. Przełożeni podejrzewali wtedy, że to nie jest naturalna choroba...

Różne przypadki chodzą po szpiegach. O ile można nazwać przypadkiem zderzenie ciężarówki z samochodem osobowym na pustyni. A tak zginął mój przyjaciel.

Ty piszesz, a co robią inni po odejściu ze służby? Każdy ma głowę pełną ważnych informacji, przecież to są ludzie warci dużych pieniędzy.

- To prawda, ale pamięć szpiega nie jest jego własnością. Tylko emocje są nasze, bo to nasze życie. Dlatego oficerowie nie piszą pamiętników.

Czułeś się doceniony w pracy?

- Doceniony i spełniony. Odszedłem sam, nikt mnie nie wyrzucił, nie zwolnił. Zrobiłem to z własnej woli. Po prostu po latach było ryzyko, że rutyna mnie zgubi i wtopię albo sam, albo narażę kogoś innego.

Jest coś, czego żałujesz, co zrobiłbyś przez te lata inaczej?

- Coś bym poprawił tu i tam. Jakieś drobiazgi. Ale jak siedzę tu z tobą i rozmawiam, to znaczy, że dobrze wszystko zrobiłem, no nie?

. . .

*Vincent V. Severski - urodzony w 1956 r., oficer polskiego wywiadu, pisarz, felietonista, prawnik. Ukrywa swoje prawdziwe nazwisko, choć - jak twierdzi - dla wnikliwych jest łatwe do odnalezienia w internecie. Przez 26 lat pracy dosłużył się stopnia podpułkownika i stanowiska wicedyrektora jednego z najważniejszych wydziałów Agencji Wywiadu.

Absolwent tzw. szkoły szpiegów w Starych Kiejkutach i specjalistycznych kursów w centrali CIA w Stanach Zjednoczonych. Uczestniczył w prawie 150 misjach wywiadowczych w 50 krajach świata. Biegle mówi po angielsku, rosyjsku i szwedzku. Wielokrotnie odznaczany, w tym przez prezydentów Lecha Kaczyńskiego i Baracka Obamę. Z zamiłowania historyk, wielbiciel Umberta Eco, orientalnego jedzenia i jazdy na rowerze. Na podstawie jego pierwszej powieści „Nielegalni” powstaje film, a w planach jest serial telewizyjny. Severski w 2014 r. zamierza wydać trzeci tom swojej trylogii - „Nieśmietelni”.

Książki Vincenta V. Severskiego dostępne są na Publio.pl. Sprawdź >>

"Nielegalni" to misternie skonstruowany thriller szpiegowski, mocno osadzony w realiach polskich służb specjalnych, w którym osobiste porachunki, zadawnione rany i polityczne ambicje splatają się w pełnej napięcia akcji po obu stronach Bałtyku.
Instytut Pamięci Narodowej otrzymuje informacje o tajemniczej skrzyni zakopanej przed laty przez radziecki wywiad w ruinach twierdzy brzeskiej. Zostały w niej ukryte sensacyjne przedwojenne archiwa, których ładunek polityczny rozpala umysły decydentów na obu biegunach osi Warszawa-Moskwa. As polskiego wywiadu, Konrad Wolski i jego ekipa, ruszają do wyścigu po historyczny skarb, w którym zmierzą się z bezwzględną machiną rosyjskich służb specjalnych.
Po czyjej stronie stanie cyniczny białoruski oficer, trzymający główny atut w tej grze? Czy zdrajca ukryty po polskiej stronie nie zaprzepaści całego planu? Jaką rolę odegra stary szpieg, dożywający swych lat w Szwecji? O wyniku rozgrywki zdecydują "nielegalni" - agenci działający za granicą pod przybraną tożsamością.

Nielegalni

 

Severski

 

Misternie skonstruowany thriller szpiegowski, mocno osadzony w realiach polskich służb specjalnych, w którym osobiste porachunki, zadawnione rany i polityczne ambicje splatają się w pełnej napięcia akcji po obu stronach Bałtyku.

Instytut Pamięci Narodowej otrzymuje informacje o tajemniczej skrzyni zakopanej przed laty przez radziecki wywiad w ruinach twierdzy brzeskiej. Zostały w niej ukryte sensacyjne przedwojenne archiwa, których ładunek polityczny rozpala umysły decydentów na obu biegunach osi Warszawa-Moskwa. As polskiego wywiadu, Konrad Wolski i jego ekipa, ruszają do wyścigu po historyczny skarb, w którym zmierzą się z bezwzględną machiną rosyjskich służb specjalnych. 

Po czyjej stronie stanie cyniczny białoruski oficer, trzymający główny atut w tej grze? Czy zdrajca ukryty po polskiej stronie nie zaprzepaści całego planu? Jaką rolę odegra stary szpieg, dożywający swych lat w Szwecji? O wyniku rozgrywki zdecydują "nielegalni" - agenci działający za granicą pod przybraną tożsamością.

Niewierni

 

Severski

 

Kontynuacja „Nielegalnych”, choć stanowi samodzielną całość. Po akcji szukania skrzyni z archiwaliami NKWD grupa Wolskiego dostaje nowe zadanie - przez przypadek wpada na ślad działającego w Polsce północnokoreańskiego wywiadu. Co w Warszawie robią oficerowie obcej służby i dlaczego spotykają się w stolicy Polski z zachodnimi terrorystami.

Do akcji wkraczają Rosjanie - ale Wolski nie jest do końca pewien, czy chcą pomóc, czy zaszkodzić Polakom. W dodatku wywiad wpada na ślad ściganego przez Wolskiego od lat Karola Safira as-Salama, jedynego Polaka w szeregach Al-Kaidy.Safir przy pomocy czeczeńskiego komanda terrorystów planuje zamach na skalę ataku z 11 września. Polski wywiad za wszelką cenę ma mu to utrudnić. To niełatwe, bo Safir nie zamierza uderzyć w standardowy sposób. Pikanterii obu powieściom dodaje fakt, że opisane w nich wydarzenia w większości oparte są na faktach.

. . .

W sesji dla magazynu "Logo" Vincent ma na sobie: koszulę - Hatico (Royal Collection), czapkę - własność prywatna, kardigan - Vistula, marynarkę - Oscar Jacobson (Royal Collection), spodnie - Carl Gross (Royal Collection), buty - Rage Age, poszetkę - Fraternity (Royal Collection), okulary - Mykita, płaszcz - Pierre Cardin (Royal Collection)

ZOBACZ WIDEO

Zobacz także
  • Szczepan Twardoch Polskie książki dla facetów, które musisz przeczytać
  • Jan Wieczorkowski Wieczorkowski o życiu i priorytetach
  • Milicja Obywatelska Czarna Wołga: Kryminalna historia PRL
Komentarze (79)
Vincent V. Severski - pisarz, dandys, twardziej, szpieg [WYWIAD]
Zaloguj się lub komentuj jako gość
  • avatar

    piotrba13

    Oceniono 168 razy 144

    Polska jest jedynym państwem na świecie które opublikowało na internecie szczegółowy raport z działania polskiego wywiadu. Już za samo to (za fakt publikacji tego dokumentu) Macierewicz powinien mieć pomnik na Kremlu i wyrok skazujący w Polsce.
    Dodatkowo raport ten zawierał nieprawdziwe informacje o współpracy z wywiadem wielu osób, bo Macierewicz uznał że nadarzyła się świetna okazja żeby tym raportem "przywalić" przeciwnikom politycznym .
    Efektem są odszkodowania - ponad milion zł jak na razie, tyle polski podatnik zapłacił za Macierewicza (bo sam A.M. nie zapłacił z prywatnej kieszeni ani grosza, odszkodowania za jego działania płacą podatnicy. W Polsce urzędnik nie odpowiada karnie za dokumenty które stworzył w pracy - odpowiada za to urząd, czyli w tym wypadku Skarb Państwa, czyli podatnicy).

  • avatar

    ildikousa

    Oceniono 130 razy 92

    Życzę wszystkim wesołych, spokojnych Świąt Wielkanocnych, smacznego jajka i mokrego dyngusa!

  • avatar

    sceptyk31

    Oceniono 111 razy 81

    Jak zwykle w polskim piekiełku natychmiast znajda się tacy co lepiej wiedzą. Przecież ten facet urodził się w 1957 r. wiec nie mógł zgłosić się do UOP lub innej AW. Czy to tak trudno zrozumieć, że w PRL ludzie pracowali tam gdzie była praca, bo chcieli zarobić na życie ? A teraz pracujesz jeden z drugim dla idei czy po to by mieć co do gęby włożyć ? A te dwie książki czytałem z zainteresowaniem. Czytałem tez tę słynna trylogię Stiga Larssena, obydwaj autorzy warci by ich książki czytać / Larsson już nie żyje/ . Oczywiście Severski z racji tego iż pracował tam gdzie pracował, zapewne trochę w lepszym świetle niż jest rzeczywiście widzi środowisko gdzie jeszcze nie dawno pracował. Więc w tym sensie jego książki są jakby swoista propagandą sukcesu, podbudowanie tego naszego nadmiernie rozbudowanego ego. Ale w sumie to tylko książki dla rozrywki , i czyta się je dobrze.

  • avatar

    kklement

    Oceniono 74 razy 64

    Vincent V. Severski brzmi lepiej niż Włodzimierz Sokołowski i tylko o to chodzi z tym pseudonimem.

  • avatar

    monika.libra36

    Oceniono 59 razy 53

    Szkoda,że nie zostałam szpiegiem ale zawsze mogę zostać piratem :)

  • avatar

    fletniapana

    Oceniono 44 razy 36

    To jakiś pokaz kolekcji mody?

  • avatar

    naz_niepoprawna

    Oceniono 57 razy 17

    @kapitan_popczyk
    "Odgrzewany kotlet celebryty - mitomana"

    To bajkopisarstwo tego pana stanowi zupełnie osobną historię :)

  • avatar

    ochujek

    Oceniono 82 razy 12

    Kurde balans, Wojtyle donosił. Listy polecone. Pewnie od Kaczyńskich, bo oni zawsze najważniejsi.

  • avatar

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX

Polecamy