Tymon Tymański: "Staram się być hybrydą faceta i baby"

- Niech mi te spocone, napakowane mięczaki z szatni męskiej, wyżelowani kibole, bokserzy, piłkarze nie mówią, że gotowanie czy przewijanie dziecka jest pedalstwem. To oni dbają o pazurki i włoski bardziej niż kobiety, a z drugiej strony mają problem z gejami - mówi Tymon Tymański.

"ADHD. Autobiografia" Tymona Tymańskiego. Sprawdź >>

Czekam dość długo pod drzwiami przedwojennej kamienicy w Gdańsku-Wrzeszczu, w której mieszka Tymon Tymański. W końcu zza zakrętu wyłania się wielkolud w skórze. Gdzie szyją tak ogromne ramoneski? Tymon jak zwykle w biegu, jak zwykle spóźniony, zbliża się. Rośnie w oczach od 45 lat. Spieszy się, tłumaczy, uśmiecha, wita, gestykuluje, ciągnie do domu, wszystko razem, jak to przy zespole ADHD. W ogromnych, umięśnionych rękach groteskowo wygląda sałata, szczypiorek i jakaś marchewka.

Marek Górlikowski: Co to jest?

TYMON TYMAŃSKI: - Jesteś tym, co jesz. Przeszedłem na dietę.

Czytałem w wywiadzie dla pretensjonalnego periodyku ?Smak?, ale myślałem, że to są jakieś jaja. Ty tak na poważnie?

- Żyję z tego, co przyniesie dzień. Życie kogoś takiego - twórcy, sowizdrzała, a jeszcze do tego głowy komórki społecznej, jaką jest rodzina - nie jest beztroskie. Stresuję się tak samo, jak każdy pater familias, który sprzedaje kapustę czy wymyślił sobie firmę z pończochami. Mam trzech synów z trzech małżeństw: 22-letniego Lukasa, 16-letniego Kosmę i najmniejszego siedmiomiesięcznego Teo. Nie chcę, żeby im mnie nagle zabrakło, więc zacząłem trochę bardziej o siebie dbać. Stąd ta sałata.

Browar?

- Piję czerwone wino.

Kiedy operacja plastyczna?

- Raczej nie planuję. Zamiast tego biegam i pakuję, wróciłem też do karate. Chodzi o zdrowie, a nie o image, bo to pic na wodę. Ludzie różnie radzą sobie z przemijaniem. Większość udaje, że jest wszystko OK. Aż do zawału, udaru czy problemu z prostatą. Niektórzy - jak Kuba Wojewódzki - mają dobre geny, ale wszystko do czasu. Fakt faktem, że po czterdziestce zaczynasz powoli odczuwać inną jakość ciała, kondycji.

Do tego dochodzi nieustanna walka ze stresem. A ja chcę żyć sto lat. Niespożyta energia to nie wszystko, trzeba słuchać swojego ciała. Jestem wojownikiem. Jeśli zaczyna mi napieprzać krzyż czy coś w tym stylu, nie pójdę z tym do lekarza, tylko zapiszę się na taichi i zmienię dietę.

Zacząłeś bać się śmierci?

- Zawsze się bałem. Cały dowcip polega na tym, że ten jajcarz, za którego mnie mają, jest podszyty nadwrażliwością i hipochondrią. W wieku 15 lat myślałem o śmierci, w wieku 30 lat czułem się stary, a teraz, w wieku 45 lat, te wszystkie paranoje się nasilają. Do tego dochodzi sfera przemijania. Tu się posiwiało, tu utyło, tutaj coś skrzypi w kolanie. W wieku 40 lat, po jakimś kolejnym rozstaniu z kolejną młodą kobietą, poczułem, że zaczęło szwankować mi ciało. Przedtem chodziłem ciągle na treningi, grałem w kosza i w nogę. Wszystko było gites.

Chyba dopadł mnie też ogrom stresu, jakim obarczone zostało życie jednego z producentów niezależnego filmu ?Polskie gówno?. Siedem lat dłubania w alternatywnej materii. Trzeba było wziąć odpowiedzialność za wydatki - zdjęcia, wynajęcie aktorów, montaż. Przez ten pieprzony film zaczęła mnie boleć cała lewa strona ciała, jakby była zardzewiala. Do tego osiem browarów na koncercie, tłuste żarcie, jakieś nadciśnienie, zadyszka. Powiedziałem sobie: ?kurwa, koniec tego dobrego?.

Postanowiłem zmienić nawyki. Zainteresowałem się warzywno-owocową dietą profesor Ewy Dąbrowskiej, dość radykalnej leczniczej pseudogłodówki, ubogiej w tłuszcze i cukry. To dieta, która alkalizuje i uaktywania proces oczyszczania organizmu z wieloletnich złogów. Od razu poczułem się znacznie lepiej. Ciśnienie się poprawiło, zacząłem chudnąć itp. Właściwie przeszedłem na weganizm, który z rzadka urozmaicam sobie jakimś kozim serem czy rybą. Przestałem solić. Poza tym - warzywa, owoce, soki, ciemne pieczywo, kasze. Widzę przerażenie w twoich oczach, ale jesteśmy panami w wieku 45 lat i tego nie zmienisz.

I jak oceniasz te 45 lat?

- Mam dwoisty stosunek do moich dokonań. Z jednej strony jestem zadowolony z tego, co zrobiłem. Z drugiej to, co było, mija bezpowrotnie. Nie będę się cały czas obnosił z tym, co zrobiłem - z tym, że założyłem jeden z najważniejszych zespołów lat 90., dostałem dwa Fryderyki, paszport ?Polityki? czy inne pierdoły. To przeszłość. Liczy się dzisiaj.

Moi kumple, Leszek Możdżer i Mikołaj Trzaska, trzymali się jednej rzeczy - jazzu - tak długo, aż osiągnęli sukces. Ja zaryzykowałem. Wybrałem coś w rodzaju artystycznego dziesięcioboju. Pisanie, komponowanie, granie w jazzowych i rockandrollowych kapelach, produkcję filmową, pracę w mediach. I raczej mi z tym dobrze. Gdybym miał tylko grać jazz, zesrałbym się z nudów.

Mówisz, że wybrałeś dziesięciobój, ale niektórzy twierdzą, że chociaż wywodzisz się z muzyki alternatywnej, wybrałeś kasę.

- Myślę, że jeszcze tego nie zrobiłem, ale wszystko przede mną. Pojawiają się takie możliwości. Ale żarty żartami. Wybór to nie jest dobre sformułowanie. Ja nie muszę wybierać. Mogę robić to i to - zarabiać pieniądze z mediów i grać muzykę alternatywną. Myślę, że to uczciwe rozwiązanie. Gram to, co lubię, z koncertów zarabiam tyle co taksówkarz. A że moja rodzina jest cenniejsza, że nie chcę, żeby biedowała w imię moich artystowskich ideałów?

Z tymi opiniami jest zresztą bardzo różnie. W Warszawie mówią, że jestem jednym z ostatnich, którzy się nie sprzedali. Wszystko zależy od punktu widzenia i siedzenia. Pięć razy odmówiłem dużym programom typu ?Idol? czy ?Must Be the Music?, zbudowałbym już za te pieniądze dom. Czyli można powiedzieć, że jestem idiotą albo niepoprawnym idealistą. Widząc, że sztuka i kultura zamieniają się w małą, piaszczystą wysepkę, podmywaną oceanem chłamu, komercji i tandety, ja ciągle wybieram niezależność.

Zresztą zobaczymy, jak długo. Każdy ma swoją cenę, a rodzina - powtarzam, jest najcenniejsza. Dom to też fajna sprawa. W Ameryce czy Kanadzie może mieć go wielu, w Polsce - tylko wybrani. To dość słabe.

Nie krytykuję cię, sam sprzedaję teksty takie jak ten, interesuje mnie, jak przyjmujesz krytykę np. Mikołaja Trzaski, który uważa, że się nie sprzedał?

- W filmie ?Miłość? Mikołaj zarzuca mnie oraz Lechowi Możdżerowi komercjalizację. Nie lubię komuś zaglądać do portfela ani pouczać, jak ma żyć i pracować. Nie mam zamiaru się tłumaczyć z tego, że jestem człowiekiem mediów, bo jestem wyszczekany, coś tam czytałem, umiem się obronić słownie i pisemnie. Jeden dostaje więcej w rodzinnej schedzie, inny musi na to wszystko ciężko zapracować. Ale ja lubię brać udział w publicznej debacie, lubię wystawić głowę i analizować otaczającą nas rzeczywistość. I uważam, że się nie sprzedałem.

Gram swoje i mówię swoje. A że nie to samo co dwadzieścia lat temu? Sorry. Nie lubię się nudzić. Z drugiej strony cała ta gadka na temat niezależności to temat zastępczy. Nie ma czegoś takiego jak niezależność. Każdy wie, jak jest. Wszyscy jesteśmy w ten Babilon umoczeni. Wszyscy mamy karty kredytowe, mieszkania i domy na kredyt. Jesteśmy zależni od Matriksu w jego różnorakiej formie - kredytów, przywiązania do gazetowej informacji, telewizji, chujowego, przetworzonego żarcia, farmaceutyków. Współtworzymy ten nasz Matriks, dokładając do niego garść negatywnych emocji - naszą złość, zazdrość, chorą ambicję, tendencję do obmowy i intryganctwo.

Zatem gadanie o tym, kto się sprzedał, to jakiś ogniskowy żart. Babilon to my. I w tej naszej dość kiepskiej sytuacji uzależnionego wszelka dodatkowa energia, wyrażona w postaci pracy duchowej czy twórczej pracy nad umysłem i ciałem, jawi się jako twardzielstwo. Więc generujmy ten energetyczny naddatek i przestańmy pierdolić, oskarżając się nawzajem o sprzedanie. Gadka o zaprzedaniu to pierdzenie skauta licealisty.

A jak tam celebrycki światek w warszawce?

- Nie wiem, bo prawie nie bywam. Ostatnio moja żona Marysia chciała pójść na pokaz mody, zgodziłem się. Pierwszy i ostatni raz w życiu. Zaraz nas zaciągnęli pod ściankę, żeby nacykać zdjęć. I na zdrowie! Kiedyś Mikołaj Lizut zaciągnął mnie na otwarcie knajpy Borysa Szyca, byłem tam dosłownie dziesięć minut. Mam do tego dystans absolutny. Pamiętam, jak dwa lata temu pojechałem na festiwal filmowy w Gdyni i wieczorem była impreza. Pojawili się polscy aktorzy, większość z nich płynęła nad czerwonym dywanem jak płanetnicy czy jakieś inne UFO. ?Ja pierdolę, lewituję nad dywanem! Jestem Bogiem, zagrałem w ?Kac WawA?, co miesiąc jestem w reklamach i na afiszach!?. Co za żenada. Po pięciu minutach już mnie tam nie było.

Czy twój film ?Polskie gówno? będzie o tym?

- Otóż nie do końca. Przypomnijmy, że robimy go z Grześkiem Jankowskim już siedem lat. Przez ten czas dużo się zmieniło w naszych głowach. W zamierzeniu w naszym musicalu miało być więcej obrazków z życia polskiego szołbizu, ale po wielu rozmowach - między innymi z Wojtkiem Smarzowskim, który jest opiekunem filmu - stwierdziliśmy, że teza musi być inna. To historia pewnej grupy ludzi, którzy stawiają na uczciwość, na przekaz. Historia pewnej przyjaźni, walki o własny punkt widzenia. A show-biznes jest w tle. Film jest już prawie ukończony, wkroczyliśmy w fazę postprodukcji. Oddaliśmy go producentowi z prawdziwego zdarzenia, czyli Filmitowi, z czego się bardzo cieszę. Kwestia kilku miesięcy i trafi do kin.

Na razie gotowa jest książka ?ADHD?, czyli wywiad z tobą. Nie za wcześnie na kombatanckie wspomnienia?

- To był pomysł Rafała Księżyka, który jest świetnym dziennikarzem i zrobił kapitalne wywiady z Tomkiem Stańko oraz Robertem Brylewskim. Owszem, połechtało moją dumę i próżność, że tak znakomity dziennikarz wybrał mnie na trzeciego do podium oryginałów. Przyznasz, że to fajna sprawa - nie ucieszyłbyś się z takiego towarzystwa? Wywiad to nie to samo co autobiografia. Na napisanie tej ostatniej faktycznie mam jeszcze czas.

Ale na co ludziom sprzedawanie własnego życia?

- To kwestia punktu widzenia. Jeśli masz coś ciekawego do powiedzenia, po prostu chcesz się tym podzielić z innymi. Dotąd sprzedaliśmy jakieś 20 tysięcy egzemplarzy, dostaliśmy z Rafałem bardzo fajny feedback. Takie mięsne historie inspirują ludzi, dodają im otuchy i odwagi. Poza tym nie sprzedaję własnego życia, tylko opowiadam o ciekawych czasach, niezwykłych ludziach, z którymi miałem szczęście obcować i pracować. Ta książka to nasz wspólny, mój i Rafała, sukces artystyczny z pogranicza biografii, beletrystyki i podaży głodnych kawałków obyczajowych. Jest uczciwa, nie jest tabloidalna. Nie ma tam zbyt wiele o ćpaniu czy ruchaniu, chociaż to najlepiej się dziś sprzedaje, dlatego nie postrzegam tej książki jako spowiedzi pyszałka czy celebryty. To nie jest moja samotna koniobijka. No i to już nie moje zdanie, ale takich znakomitych krytyków, jak Krzysztof Varga czy Robert Sankowski, że jest to po prostu kawał dobrze opowiedzianej historii polskiej muzyki, w tym alternatywnej sceny muzycznej w Trójmieście.

Z tego samego powodu chciałeś po tylu latach reaktywować zespół Miłość i zagrać bez nieżyjącego Jacka Oltera?

- To nie był mój pomysł, żeby zagrać na OFF Festivalu. Propozycja wyszła od Artura Rojka, ale oczywiście się zgodziłem. Ja jedynie namówiłem Filipa Dzierżawskiego na zrobienie filmu dokumentalnego o zespole Miłość. Filip namówił mnie, żeby sprokurować zespołowe spotkanie po latach na próbie. To był jego pomysł, taka mała manipulacja. Powiedział, że nienawidzi dokumentów typu ?gadające głowy? i trzeba wymyślić jakąś małą ściemę, żeby mieć pretekst do opowiedzenia całej historii. Więc wymyśliliśmy tę zajawkę z próbą, potem już wszystko zaczęło się samo dziać.

I wyszło tak, że na filmie ?Miłość? nie ma miłości, kłócicie się i rozchodzicie.

- Jest miłość, tylko że Trochę przechodzona, stetryczała, wyliniała. Same rzeczone próby były bardzo obiecujące. Wydawało się nam, że jest szansa, że po tym wszystkim wyruszymy w kolejną trasę, może nagramy płytę. Po co? Chyba na zgodę, że pogadać o życiu przy jakimś dobrym winku. Filip Dzierżanowski, który jest z wykształcenia psychologiem, dobrze to wszystko wymyślił. Chcąc czy nie, dokonał czegoś w rodzaju terapii ustawień Berta Hellingera. Filip ustawił nas w pewnej konfiguracji i sam się wycofał, obserwując nas razem z Andrzejem Wojciechowskim, nawiasem mówiąc znakomitym operatorem. Zaczęło się od słodzenia, po czym - po dwóch czy trzech

dniach - wróciły stare traumy i animozje. Więc jest to uczciwa historia Miłości i przyjaźni kilku kumpli. Przyjaźni prawdziwej i intensywnej, która w pewnym momencie się kończy albo przechodzi w inną fazę. Myślę, że dalej bardzo się lubimy, ale po prostu nie umiemy już ze sobą pracować. Koniec końców, film się udał i był bardzo potrzebny. Płyty Miłości nie oddają całej historii, którą warto było opowiedzieć. Zresztą film żyje dłużej niż płyty.

"Facet jest jak karate - wszystko bierze na klatę. Fajnie, jak masz na to zdrowie, ale nagle zdrowie tracisz i nie masz na to energii". Fot. Marek Straszewski

Jesteś próżny?

- Mój Boże, pewnie, że tak. Znasz kogoś, kto nie jest? Chętnie zostanę jego uczniem. We współprodukowaniu filmu o twoim zespole jest element próżności, jak najbardziej. Chcesz pokazać młodzieży, jak się napierdalało w pionierskich czasach. Inna sprawa, że mało kto miał okazję grać w takiej kapeli, naszpikowanej indywidualnościami. Miłość była jak zespół Komedy i Stańki, wszyscy jej członkowie zrobili spore kariery. Nadal coś robimy, nadal się rozwijamy, każdy prze w swoim kierunku. Ba, gramy dziś lepiej niż kiedyś, co zresztą widać w rzeczonym obrazku. Chciałem, żeby ten film pokazał ludziom, jaka to była energia, ile się wówczas działo w Trójmieście.

Pokazał też, że przyjaźń nie zawsze jest możliwa.

- Wszystko ma ulotną naturę. Związki są równie ulotne jak nasze ciała. Nietrwałość dzień po dniu drąży skałę codzienności. Nietrwałe są przyjaźń czy miłość, chociaż oczywiście możemy i próbujemy pracować nad tym, żeby nie kończyły się toksycznie. Po jakimś czasie kończy się pierwsza fascynacja, kiedy bierzesz LSD zakochania. Zaczyna się codzienność. Miłość trwa dokładnie tyle, ile pracy nad nią wykonają partnerzy. To dotyczy wszystkich związków, również przyjacielskich, choć te mogą być trwalsze, o ile ludzie nie są wystawieni na największe próby. Próby obcowania ze sobą przez dzień i noc.

W zespole Miłość ta fascynacja trwała dokładnie siedem lat, jak w małżeństwie. Potem nie chciało nam się dalej pracować nad utrzymaniem dobrych relacji. Przy tej intensywności życia, jaka czeka młodych ludzi, przez wiele dni zamkniętych w busie, hotelu czy garderobie, co weekend w trasie koncertowej, konflikty to chleb powszedni. Pamiętam, że któregoś razu z nieżyjącym Jackiem Olterem daliśmy sobie porządnie po ryju, z Mikołajem też kilkakrotnie doszło do wymiany podobnych uprzejmości. Normalka.

Ta powszechnie znana teoria o kwasiku zakochania bardzo jest wygodna przy rozstawaniu. Stosujesz ją?

- Zdementujmy jeden mit. Nie jestem jebaką, za którego uchodziłem już w liceum. Mało tego - jestem nawet dość wierny.

I teraz kilka kobiet turla się ze śmiechu, a może klnie...

- Powiem ci, że na trzy żony zdarzyło mi się jedną konkretnie zdradzić. Po miesiącu poszedłem do niej i powiedziałem, że odchodzę z inną kobietą. Zatem żon z zasady nie zdradzałem. Moje dziewczyny parę razy zdradziłem, owszem, ale dziewczyny to trochę inna sytuacja. Nie miałem też 300 kochanek, a co najwyżej 10 razy mniej. Nie są to ilości imponujące i nigdy mi na tym nie zależało.

Myślę, że są trzy typy facetów. Pierwszy jest z jedną żoną przez całe życie. Ewentualnie coś mu odbija po czterdziestce i nagle odchodzi od żony z kilka lat młodszą koleżanką z pracy, z którą potem spędza całe dalsze życie. Drugi typ usiłuje być z jedną babką, ale mu nie wychodzi. Z jedną jest parę miesięcy, z inną dwa, trzy czy osiem lat. Ale ciągle próbuje znaleźć związek na lata. Trzeci to typ seksoholika. Może mieć żonę, którą nawet kocha, ale będzie miał zawsze babki na boku. Bez przerwy fascynują go nowe, kobiece ciała, nie potrafi sobie odpuścić.

Ty jesteś którym typem?

- Jestem pośrednim typem między pierwszym i drugim. Chcę być z jedną babką, ale mi nie wychodzi. W związku z czym mam w sobie coś z seksoholika. Pewien mój znany kumpel śmieje się ze mnie, że gdy wychodzę ?na łowy? do Spatifu, zawsze coś się do mnie przyklei. Na parę miesięcy albo parę lat. Ale to punkt widzenia ruchacza, który szybko spławia babki. Ja lubię związki, wierzę w karmiczne spotkania. Próbuję z nimi być, ale jak nie wychodzi? Sorry, Winnetou.

Ale typem pierwszym, żyjącym z jedną żoną, nie jesteś.

- No nie jestem. Chociaż aktualnie jestem w związku z kobietą, z którą pewnie spędzę trochę więcej czasu Bo jest tego warta. Bo jest, przy całej swej kobiecej emocjonalności i subtelnej neurotyczności, inteligentna, dowcipna i całkiem racjonalna. To cechy, które czynią z niej dobrego kumpla.

Racjonalna?

- Uwielbiam kobiety, kocham je i szanuję, ale czasem trudno się pogodzić z tym, że element irracjonalności He-he zatruwa ich umysły. Kiedyś pokłóciłem się z dziewczyną i kupiłem ?Mózg kobiety? Louann Brizendine. Wiele mi to wyjaśniło. Zrozumiałem, że umysł faceta przypomina stabilny szczyt górski, ulegający ciągłej erozji, podczas gdy umysł kobiety przypomina samą pogodę - ciągle zmienną! To nie moje porównanie, to dictum pani Brizendine, inteligentnej i dowcipnej neuropsychiatry z ponadtrzydziestoletnim doświadczeniem. Dlatego dobrze jest wiedzieć, czego poszukujemy.

Jak się tego dowiedzieć?

- Pewnie za pomocą prób i błędów, jak szalony naukowiec. Osobiście poszukuję u kobiet dużego poczucia humoru i silnego elementu logiczno-racjonalnego. Jako że ciężko jest te cechy znaleźć, coraz częściej myślę o zostaniu pedziem. Żartuję. Znalazłem taką kobietę - nazywa się Marysia Natalia i wcale nie ma pisiaka. Jest bardzo inteligentna, ale też kobieca i tere-fere. Jestem też trochę starszy, więc wiem, jak nie wkurwiać lwicy.

Nie wszystko u starszego jest lepsze.

- Zastanawiasz się, czy bez viagry staje mi kuśka? Otóż staje.

A jak cię 20 lat młodsza Maria Natalia kopnie w dupę? Już na pewno gapi się na młodszych kolesiów.

- Jak kopnie, to kopnie. Póki co, jest OK. Mamy kapitalnego synka Teo, w dodatku Maria lubi i jest w dobrym kontakcie z moimi starszymi, równie wspaniałymi synami - Lukasem i Kosmą. Swoją drogą, jestem starym myśliwym, który poluje na odpowiednią zwierzynę. Zauważyłem też, że z jakiegoś powodu wiążę się z kobietami młodszymi, które mają deficyt ojca. Potrzebują silnego, ale też wrażliwego, opiekuńczego kolesia, który ma autorytet i jakąś tam pozycję społeczną. No i oczywiście dobrze, żeby mu czasami dygnął. Takie dziewczyny prawie nie zauważają zmarszczek i siwizny.

"Wszyscy jesteśmy w ten Babilon umoczeni. Mamy karty kredytowe i domy na kredyt. Przestańmy pierdolić, oskarżając się o sprzedanie". Fot. Marek Straszewski

Patrzą tak, żebyś nie wiedział.

- Dziewczyny dwudziestoparoletnie często mówią, że faceci w ich wieku nie są zbyt inspirujący. Taki związek przypomina trochę kawał, w którym ślepy prowadzi kulawego. Oboje niewiele wiedzą o życiu i popełnią wszystkie błędy, które muszą popełnić młodzi ludzie. Zresztą mogę ci z miejsca podrzucić parę powodów, dla których młode babki często wybierają starszych facetów.

Proszę...

- Wpierw musimy zdefiniować, czego od kolesia potrzebuje kobieta. Otóż kobieta najbardziej potrzebuje bezpieczeństwa, wsparcia. Zatem - primo: w wieku 45 lat trochę łatwiej o pozycję społeczną i pieniądze, co robi wrażenie na kobietach, które pragną bezpieczeństwa dla siebie i dzieci. Secundo: rozsądny 45-latek ma mniejszą potrzebę sprawdzania się na mieście. Mówimy oczywiście o takim, co to się już posprawdzał, a nie o takich, którzy w wieku lat 40 odkryli, że mają pindola - jak ten bidak z PiS-u, który ma piękną żonę i wplątał się w aferę z prostytutkami. Tertio: doświadczenie i mądrość. 20-latek może być bardzo inteligentny, ale mądrość, czyli inteligencja razy doświadczenie, to coś, co się nabywa z wiekiem. Choć nie każdemu się udaje coś zrozumieć, znam wielu 40- czy 50-letnich debili. Zresztą sam często łapię się na tym, że robię jakieś debilne rzeczy. Niemniej świadomość własnej głupoty i uczestniczenia w pewnym procesie wiecznej nauki buduje naszą mądrość.

Robiłem kiedyś wywiad z Martyną Wojciechowską, ona twierdzi, że faceci niewieścieją. Nie wiąż tego z twoją dietą, ale nie sądzisz, że ma rację?

- Ma. Zauważyłem to już w 1atach 80. w Finlandii. Póżniej, w latach 90., zaobserwowałem podobną tendencję w Niemczech i Szwajcarii. Babki walczyły o swoją pozycję społeczną łokciami, a faceci wycofywali się i dbali o manikiur. Nawet siłownia jest oznaką zniewieścienia, zbytnią troską o wygląd. To jest kultura zachodnia, to do nas przyszło. W kapitalizmie kobiety są poniżane w pracy. Muszą walczyć o pozycję, pieniądze, godność. Często stają się ojcomatkami, nie mając faceta i opiekując się dziećmi za dwoje. To czyni je czasem twardszymi od nas. Zapieprzając tyle, co faceci, dostają jedną trzecią tego, co faceci, więc muszą stawać się ostrzejsze od nas. Są w ciągłym ruchu, są inteligentne, łatwiej od faceta akceptują zmianę, co udowodniono naukowo. Dlatego dla mnie decyzja o diecie wegańskiej, decyzja o długowieczności - jest właśnie wejście na ścieżkę kobiecego kung-fu. Nie siłą, a sposobem.

One są od nas mądrzejsze?

- Ani mądrzejsze, ani głupsze, tylko mają praktyczniejszy rodzaj broni. Facet jest jak karate - wszystko bierze na klatę. Fajnie, jak masz na to zdrowie, ale nagle zdrowie tracisz i nie masz na to energii. Babka jest jak kung-fu, które jest bardziej miękkie.

Zamiast atakować problemy jak byk, opływasz je dookoła. Nie rozpierdolisz pięścią ściany. Wkurzając się i miotając, niewiele wskórasz. Musisz być bardziej yin - cierpliwy i praktyczny.

Staram się być hybrydą faceta i baby. Nie ma w tym nic wstydliwego. Czyli, koniec końców, jestem reprezentantem filozofii gender. Tyle że ja odróżniam faceta od baby. Facet i babka są skrajnie różni, ale oboje równie inspirujący. Społeczeństwo niewieścieje, ale to nie musi być nic złego. Doświadczony mężczyzna zaczyna okazywać czułość, potrafi przejąć role kobiety w rodzinie.

Opiekuje się dziećmi, gdy dziewczyna zarabia kasę?

- Jak John Lennon, który przez pięć lat zajmował się domem i małym Seanem. Miał 35 lat, gdy urodził mu się drugi syn. Yoko została kimś w rodzaju menedżerki, dbała o ich interesy. Lennon jak najbardziej świadomie wycofał się z show--biznesu. Czy stał się przez to babą? Ni chuja. Był wspaniałym facetem. Dla mnie to wyznacznik dojrzałego zachowania męskiego. Choć mógł trochę bardziej zająć się Julianem, synem z pierwszego małżeństwa. Ja chyba jestem fajniejszym ojcem. Ale też mam to szczęście, że dane jest mi dłużej żyć.

Mógłbyś tak? Zostawić wszystko i zająć się domem?

- Dobre pytanie. Uczciwie ci powiem, że nie wiem. Ale uważam, że ci, którzy to potrafią zrobić, są mądrymi kolesiami. A jeżeli ktoś nazwie takiego kolesia ciotą, to osobiście sprzedam mu fangę w ryło. Niech mi te spocone, pseudonapakowane mięczaki z szatni męskiej, wyżelowani piłkarze czy inni kibole nie ględzą, że gotowanie czy przewijanie dziecka jest pedalstwem. To oni dbają o swoje paznokietki, włoski i kaloryferki znacznie bardziej niż kobiety, z drugiej strony mając problem z akceptacją homoseksualizmu. Często własnego.

A gdybyś nagle dostał milion dolarów i olał Babilon, której działalności byś się poświęcił?

- Nadal robiłbym to, co robię. Pisał, komponował, grał koncerty, prowadził audycję. Pewnie produkowałbym filmy. Nie chciałbym być reżyserem, nie chcę udawać Leonarda da Vinci, ale pisanie scenariuszy bardzo mnie kręci. Trzeba się wyrażać, choćby i na przekór światu czy własnemu zniechęceniu. Świat powoli maszeruje na skraj przepaści, ludzie nie są zbyt mądrzy. Nie zatrzymasz tej tendencji. Jedyne, co możesz zrobić, to wyrwać się z tego ogłupiałego tłumu ptaków dodo i robić swoje.

Może uda ci się kogoś zainspirować, może jakiś kolejny dodo nie wskoczy w mroczną czeluść. Ale nie mam takich ambicji, by zawracać świat i wołać na puszczy: ?Opamiętajcie się!?. Dbam o swoją czeredkę: rodzinę i kilku przyjaciół. Staram się też działać charytatywnie. Praktycznie co miesiąc biorę udział w jakiejś akcji, ale nie ma się tu co za bardzo chwalić. Są ludzie, którzy jako wolontariusze chodzą do hospicjum i czynią posługę umierającym. To jest prawdziwe twardzielstwo. Ale niech każdy robi tyle, ile może, a świat stanie się trochę lepszy. Cokolwiek.

Obserwuj nas na Google+!

Więcej o:
Komentarze (10)
Tymon Tymański: "Staram się być hybrydą faceta i baby"
Zaloguj się lub komentuj jako gość
  • mikroolbrzym

    Oceniono 56 razy 4

    nie Tymon, nie wszyscy. tylko ty i inni celebryci, którzy żyją z wyciągania kasy z małolatów. dobrze wiesz jaka jest średnia wieku twoich fanów.

  • ol69

    Oceniono 7 razy -3

    Jest, owszem, przystojny i apetycznie męski, ale poza tym bałwan i gó...arz.

  • praetorius

    Oceniono 9 razy -9

    >>Ryszard Tymon Tymański - rocznik '68 - kompozytor, muzyk, felietonista, aktor. Twórca scenariusza filmu "Polskie gó...". <<

    Rozumiem, że Ryszard Tymon zagrał w tym filmie tytułową rolę.

  • pawdz

    Oceniono 42 razy -12

    Gó...arz jesteś....nie wszyscy!

  • theorema

    Oceniono 45 razy -13

    najbardziej tego bezpieczeństwa dla dzieci i siebie pragną zaś kobiety, które nałogowo chodzą po górach, podróżują i nie chcą mieć dzieci. Na szczęście są też faceci, którzy nie są ubabrani w kredyt, w każdej chwili są gotowi na zmiany, gotowi poświęcić luksusy, żeby robić coś pożytecznego dla innych ludzi, czy zwierząt. Imponują mi ratownicy górscy, pracownicy parków narodowych zajmujący się małym słoniami, czy wolontariusze uczący dzieci matematyki w krajach trzeciego świata. Pan Tymański twierdzi, że nie zna kogoś, kto nie był by próżny - proszę, przykłady powyżej. Może nie są to mężczyźni, którzy zapewnią dzieciom edukację w najlepszych szkołach z wysokim czesnym - ale nauczą je odpowiedzialności i dzielenia się tym, czym podzielić się można - troską, uwagą, doświadczeniem, siłą. Co p. Tymański może przekazać dziecku - że przeklinanie i łamanie konwenansów + w miarę przystojna gęba wystarczą na spłacanie kredytu i wyrywanie w klubach lasek "szukających opieki"?
    facet ma mieć pasję, być w czymś naprawdę świetny i być dobrze dobrany w łóżku. Więcej życzeń kobieta nie ma. Chyba, że szuka dawcy genów i sponsora potomstwa, wtedy z jej mózgiem robi się coś dziwnego i ponad dobry seks i robienie razem fajnych rzeczy przedkłada stabilne dochody, rozmowy o rodzinnych finansach i polisy dla dzieci na zabezpieczenie ich edukacji. Jej życie się kończy, zaczyna się dzieciomania. Patrzy taka na bachorka i myśli: " Mam chociaż dziecko. Wprawdzie poświęciłam się, sypiam z pomarszczeńcem, który ukradkiem viagrę podżera, ale dziecko mi będzie kiedyś za to wdzięczne, bo mieszkamy w ładnym domu i ma smartfona najlepszego w klasie". Tylko, gorzej, jak nie będzie wdzięczne i wcale nie będzie się opiekować owdowiałą przedwcześnie mamusią.

  • zalobanarodowa

    Oceniono 29 razy -17

    50-letni koń z umysłem 13-latka, śpiewający głupawe piosenki, tekstowe disco-polo. Byś w końcu dorosnął.

  • alfalfa

    Oceniono 37 razy -17

    Pustak.
    A.

  • ruchaka

    Oceniono 67 razy -27

    "Wpierw musimy zdefiniować, czego od kolesia potrzebuje kobieta. Otóż kobieta najbardziej potrzebuje bezpieczeństwa, wsparcia. Zatem - primo: w wieku 45 lat trochę łatwiej o pozycję społeczną i pieniądze, co robi wrażenie na kobietach, które pragną bezpieczeństwa dla siebie i dzieci."

    Większego seksistę męskiego szowinistę dawno nie spotkałem. Pewnie feministki się zdrowo po nim przejadą teraz.

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX