Bogusław Wołoszański: "Ale nie uprzedzajmy faktów"

Rok 1983. W telewizji pojawia się facet w skórzanej marynarce z rękoma charakterystycznie założonymi na piersiach. Opowiada o historii w sposób, w jaki nikt przed nim tego nie robił. Wciąga. Przykuwa uwagę. Intryguje. To Bogusław Wołoszański - sensacja XX wieku krajowej telewizji.

Lubisz Wołoszańskiego, ale nie czytałeś jeszcze jego książek? Sprawdź >>

Mijają lata i choć co rusz pojawiają się jacyś naśladowcy, to każdy, kto choć raz oglądał "Sensacje XX wieku", wie, że styl narracji Wołoszańskiego jest nie do podrobienia.

Dowody? Proszę bardzo!

Spotkałem się z nim w kawiarni na śniadaniu i kawie, a następnie wspomniałem o tym znajomym na Facebooku. Pierwszy komentarz: - A powiedział: "Już za chwilę na tym stole pojawią się chleb i ser. Ale nie uprzedzajmy faktów "?

To mi wystarczyło. Byłem już całkowicie przekonany - gdy mówisz "Wołoszański", wszyscy wiedzą, o kogo i o co chodzi.

Radosław Nawrot: W latach 80. telewizja miała do zaproponowania albo śmiertelnie nudne programy historyczne, albo zafałszowujące historię fabuły. Trochę wojennego kina radzieckiego, odrobinę jugosłowiańskich epopei partyzanckich, czasem "Komandosi z Nawarony". I nagle zjawia się pan, by powiedzieć tym swoim poważnym tonem: "Wtedy wydarzyło się coś, czego nikt się nie spodziewał. Ale nie uprzedzajmy faktów...". To było tak intrygujące, że do dzisiaj mam kasety z pierwszymi "Sensacjami".

BOGUSŁAW WOŁOSZAŃSKI: - Mówiłem tak dlatego i dlatego takim tonem, bo "Sensacje" były protestem.

Przeciw czemu, komu?

Przeciwko kanonowi programu historycznego, jaki wtedy obowiązywał. Przeciwko studiu, w którym siedzi pan prowadzący w garniturze i za każdym razem mówi "Witam państwa bardzo serdecznie i zapraszam do obejrzenia programu, w którym udział wezmą pan profesor, pan doktor, pan docent i ktoś tam jeszcze". Oczywiście wszyscy w garniturach, rozparci w fotelach. Nudna rozmowa facetów, którzy nie mogli powiedzieć niczego, co chciałby usłyszeć widz. Na dodatek prowadzący dobrze wiedział, że to nudne, więc od czasu do czasu wypuszczał tzw. materiał, żeby widzowie nie zasnęli. To był schemat programu historycznego, któremu powiedziałem: nie!

Wiedziałem, że w tamtej telewizji są tematy zakazane, np. Katyń, NKWD, zbrodnie stalinowskie. Było jednak wiele innych, fascynujących i ważnych, które mogłem wyjaśniać. I tak powstały "Sensacje".

Jak pan, wychowany tak jak inni na tamtej nudnej telewizji, wpadł na to, by sprzeciwić się tym kanonom?

Tuż przed rozpoczęciem "Sensacji" studiowałem w Katowicach na wydziale reżyserii. Tam spotkałem ludzi, którzy odegrali i odgrywają istotną rolę w polskim kinie - Krzysztofa Langa, Waldemara Krzystka, jego żonę Małgosię Kopernik oraz wspaniałego wychowacę, dziekana Michała Bogusławskiego.

Czyli "Sensacje XX wieku" wywodzą się poniekąd z kina?

W pewnym sensie tak. Na te studia wziąłem urlop bezpłatny i nagle okazało się, że czasowe pozostawienie telewizji i wyjechanie do Katowic, kontakt z tymi ludźmi dały mi inne spojrzenie. To zaowocowało "Sensacjami". Oczywiście marzyłem, aby te programy realizować w miejscach, w których rozgrywała się ich akcja. Początkowo było to jednak marzenie ściętej głowy. Zrozumiałem jednak wtedy, że widz w rzeczywistości nie widzi tego, co jest na ekranie. On widzi to, co podsuwa się jego wyobraźni. Kiedy więc robiłem jeden z pierwszych programów o terroryzmie, który był akurat tematem bieżącym, o porwaniu i zamordowaniu przez grupę RAF niemieckiego przemysłowca Hannsa Martina Schleyera, kręciłem sceny w strzelnicy. Tam miałem odpowiednią atmosferę.

Dopiero w latach 90. stała się możliwa podróż po miejscach dla mnie fascynujących. Jak się okazało, dla widzów też. Mogłem dotrzeć np. na Linię Maginota we Francji czy do fortów Eben-Emael w Belgii. Mam jednak na myśli również takie na pozór znane miejsca jak muzea, które zawsze mają swoje zakazane rewiry. To najczęściej magazyny, do których nikogo nie wpuszczają. Mnie się udawało tam wejść.

Robił pan sensacyjny teatr telewizji.

Starałem się podziałać na wyobraźnię widza. Kiedy realizowałem program o wrześniu 1939 roku i pirotechnik rozpalał ogień, wolałem ruchy wojsk nakreślić na ścianie węglem z pogorzeliska, a nie używać grafiki. Wciąż jednak pozostawały dwa niespełnione marzenia: dotrzeć do autentycznych miejsc zdarzeń oraz pokazać historię Polski.

Nie wolno było pokazać naszej historii? Ma Pan na myśli tematy tabu?

Nie, nie. Pokazać w sensie dosłownym, czyli mieć autentyczny film, kronikę. A takich filmów nie było. Wrzesień 1939 r. znamy niemal wyłącznie z kronik niemieckich. Polskich nagrań zachowały się minuty, bo Polacy albo nie filmowali, albo te materiały zostały zniszczone w czasie wojny. Musiałem sobie jakoś radzić. Budować scenografię, zatrudniać aktorów, odtwarzać. Pierwsze widowiska powstały jednak dopiero w 2000 r.

Przypomniałem sobie właśnie pewną scenę. Wracam z kolegami samochodem w środku nocy, a Radio Zet puszcza "Sensacje XX wieku" w formie słuchowiska radiowego...

Było emitowane gdzieś w okolicach godz. 16, a później w nocy powtarzane. Nazywało się "Sensacje XX wieku w Radiu Zet". Były bodajże 50-minutowe, co jak na Radio Zet było niesłychane. Rozgłośnie zakładają, że słuchacz to idiota, który nie może się skoncentrować dłużej niż 2 minuty, a potem trzeba mu puścić muzykę. Ten sam schemat próbowano zastosować przy okazji tych słuchowisk, na co się nie zgodziłem. Powiedziałem też: żadnych reklam. I proszę sobie wyobrazić, że przez te 50 minut była tylko jedna przerwa! Okazało się, że to się sprawdza. W 2003 r. musiałem zrezygnować z tych słuchowisk z uwagi na nawał pracy, ale radio powtarzało je o godz. 3 w nocy przez wiele lat.

...właśnie na to czekaliśmy w samochodzie!

Gdy na stacjach benzynowych spotykałem kierowców TIR-ów, to mówili to samo. Bo w końcu ile można słuchać muzyki!?
A jak pan namówił do udziału w słuchowiskach tych wszystkich aktorów? Tam pojawiały się przecież bardzo znane głosy.
To nie ja, to redaktorzy z Radia Zet. W redakcji często pojawiali się rozmaici aktorzy. Gdy materiał zasadniczy był nagrany, redaktor wychodził na korytarz i łapał kogoś, kto akurat był pod ręką.

Pan żartuje!

Nie, skądże.

A w spektaklach telewizyjnych?

Tam obsadę organizowałem sam. I muszę powiedzieć, że nigdy nie spotkałem się z odmową. Doszło nawet do tego, że gdy w późniejszych latach realizowałem "Tajemnicę twierdzy szyfrów", w której główną rolę grał Paweł Małaszyński, on powiedział mi: "Zawsze czekałem, aż mnie zaprosisz do >Sensacji<. I nic! Dlaczego?". Zresztą w "Sensacjach" debiutowało bardzo wielu znanych dzisiaj aktorów. Na przykład Marcin Dorociński pojawił się jako jeniec francuski. Robert Więckiewicz zagrał u progu kariery oficera gestapo w odcinku o siatce szpiegowskiej zwanej Czerwoną Orkiestrą, był także radzieckim agentem, który wykrył spisek na życie prezydenta Roosevelta. Borys Szyc grał porucznika w widowisku o bitwie nad Bzurą. Adam Woronowicz odegrał członka antybolszewickiej opozycji w ZSRR. Krzysztof Globisz, Jan Peszek, Łukasz Nowicki także u mnie grywali. Joanna Brodzik była łączniczką francuską aresztowaną przez gestapo. Jan Frycz świetnie grał Hitlera, ale nie tylko. A Danuta Stenka jako Mata Hari była wprost fenomenalna...

Pamiętam, pamiętam. Też bym miał kłopot, żeby ją w tym odcinku rozstrzelać.

Pięknie zagrała, pięknie. Karolina Gruszka była np. pierwszą żonę Göringa, a samego marszałka zagrał Cezary Żak, co było pomysłem ryzykownym, bo wówczas był kojarzony z popularną rolą w komediowym serialu "Miodowe lata". Okazało się jednak, że jako Hermann Göring wypadł znakomicie. Był bardzo wiarygodny i przerażający. Uważam, że to jedna z jego lepszych ról.

Wygląda na to, że miał pan większą łatwość gromadzenia na planie aktorów niż niejeden reżyser.

Myślę, że oni byli po prostu nieco znudzeni aktorską rzeczywistością - serial, film, serial. Rola kostiumowa w "Sensacjach" była czymś, co ich podniecało, było czymś nowym. I dlatego godzili się i akceptowali wszelkie trudności. Choćby Karolina Gruszka dzielnie znosiła trudy sceny przesłuchania w nieogrzewanym baraku. Siedziała w samej halce i nie skarżyła się. Krzysztof Kolberger podczas jednej ze scen kręconych w obozie na Majdanku, przy strasznym zimnie, miał policzki rozgrzewane suszarką do włosów. Warunki bardzo trudne, a jednak nie narzekali.

Czyli przez te wszystkie lata stanowił pan alternatywę także dla aktorów. Mam wrażenie, że patrzyli na "Sensacje" z podobną fascynacją jak wielu zwykłych odbiorców.

Aktorzy lubią i potrzebują wyzwań, a tego typu widowiska spełniały to zapotrzebowanie. "Sensacje" miały maleńki budżet. Dostawałem 300 tys. zł, z czego telewizja zabierała od razu 90 tysięcy jako tzw. narzuty. Na realizację miałem zatem tylko 210 tys. zł. To wystarczało na trzy dni zdjęciowe, pracowaliśmy więc od godz. 8 rano do 2 w nocy. No i musieliśmy ruszyć głową. Pamiętam scenę, w której Więckiewicz miał się wysadzić granatem. Jak to pokazać bez efektów specjalnych? Nasz operator Adam Sikora wymyślił, że przed kamerą umieści szybę i na nią zostanie wylany sok pomidorowy. Była pierwsza w nocy, temperatura minus 20 stopni. Sok od razu zamarzał na szybie. Jednak ekipa tak się zawzięła, że musiałem ją w końcu siłą wygnać do hotelu, gdyż próbowali i próbowali.

BOGUSŁAW WOŁOSZAŃSKIBOGUSŁAW WOŁOSZAŃSKI, fot. MAREK STRASZEWSKI

Lubisz Wołoszańskiego, ale nie czytałeś jeszcze jego książek? Sprawdź >>

Aktorzy to jedno. Ze statystami chyba również nie było problemu?

Dużą pomoc okazywała mi policja, która przysyłała antyterrorystów. To byli najlepsi kaskaderzy, jakich mogłem mieć. Profesjonaliści, którzy sami dbali o wszystko. Gdy kręciliśmy scenę egzekucji po procesie norymberskim, zamontowali na szyi jednego z nich, który grał skazanego, pętlę z gumą, która miała się zerwać po otwarciu zapadni. Proszę sobie wyobrazić, że jeden z nich i tak stał z bagnetem na dole. Gdyby coś się zacięło, natychmiast odciąłby kolegę.

Dzisiejsi rekonstruktorzy żądają już sporych opłat za usługi. I zdarzają się różne nieprzewidziane sytuacje. Kiedyś przyjechała na plan grupa statystów, którym płaciłem po 100 zł za dzień. Patrzę, a tu jeden ma długie włosy i mówi, że ich nie zetnie. Drugi ma bezładną rękę, a trzeci kłopot z biodrem. Wszyscy mieli grać esesmanów.

Esesmani jak się patrzy! Próbuję ich sobie wyobrazić.

Niech pan sobie raczej mnie wyobrazi w takiej sytuacji.

Też byłem statystą. W jednym z odcinków "Tajemnic Poznania", w historii o napadzie na konwój pocztowy. Grałem konwojenta, którego bił bandzior. Choć po kilku dublach miałem szczękę w opłakanym stanie, gapie uważali, że i tak byłem słabo bity. Krzyczeli do tłukącego mnie kolegi: "Jak ty go bijesz?! Nie tak! Inaczej to rób!".

No to teraz pan wie, o czym mówimy. A przy okazji powiem, że poznaniacy dobrze się do takich zadań nadają.

Do współpracy?

Tak. Ze względu na ich charakter i dyscyplinę. Kiedyś kręciliśmy scenę przejazdu samochodów greiserówką i trzeba było wstrzymać ruch uliczny. Wyrwał się do tego któryś ze statystów w mundurze Feldpolizei. Zaczął machać lizakiem i wszyscy kierowcy karnie się zatrzymali.

Temu żandarmowi jednak coś odbiło i wczuł się w rolę. Krzyczy do kierowcy: "Ausweis, bitte!". Wszyscyśmy zdębieli, bo ten kierowca grzecznie sięgnął po dokumenty i tylko zapytał: "Aber warum?".

W Poznaniu w ogóle nieźle pan narozrabiał. Któregoś dnia jadę taksówką, patrzę, a tu na poznańskim zamku wisi flaga hitlerowska. Pytam taksówkarza, czy coś mnie może ominęło, a on na to: "Nie, panie, to pewnie Wołoszański coś znowu kręci". Zdaje sobie pan sprawę, jak bardzo pan i "Sensacje" tkwicie w świadomości ludzi?

Miałem spotkania autorskie, przychodziły listy. Wiedziałem, że program się udał. Nawet na samochodzie mi to pisano.

Na samochodzie?

Tak, w Berchtesgaden. Tam, gdzie mieściła się kwatera Hitlera. Zaparkowałem, a ktoś widocznie zauważył, że wysiadam z tego samochodu. A że tylną szybę miałem brudną, zastałem na niej zrobiony palcem napisał: "Dziękuję za Sensacje XX wieku".

Większość programów polegających na rekonstrukcjach historii prowadzonych jest podobnie jak "Sensacje". Ton, aura tajemniczości. Skopiowali nawet "nie uprzedzajmy faktów" i "o tym za chwilę"...

Cieszy mnie to, że kogoś zainspirowałem.

Też będę szczery. Jestem rozczarowany, że na spotkanie nie przyszedł pan w skórzanej kurtce.

Ta kurtka to był wymóg lat 80. Ja mam 192 cm wzrostu. Spróbowałby pan ubrać wtedy człowieka o takich gabarytach. Wszystkie rozmiary kończyły się na 180 cm.

Czyli najbardziej rozpoznawalny gadżet związany z panem mógł się nim stać, bo nie było innego?

Poniekąd. Musiałem kupić coś, co wystarczy na długo, a nie ma nic trwalszego niż taka skórzana kurtka. A przy okazji, biorąc pod uwagę to, co myślę o garniturach, potraktowałem ją jako element swojego kolejnego protestu.

Nie wiem, czy jakakolwiek postać polskiej telewizji jest tak często parodiowana jak pan. Swego czasu niemal każdy kabaret musiał mieć w repertuarze Wołoszańskiego.

Uważam, że to sympatyczne. Mam to nawet ponagrywane. Nigdy nie obmyślałem swojego stylu mówienia i prowadzenia programu. To przyszło samo. Wstałem z fotela, skrzyżowałem ręce i poszło.

Bezpośrednie zwrócenie się do widza to jedno. Pan jednak miał zwyczaj podkręcania emocji i tworzenia klimatu, że coś się zaraz stanie. Czegoś niesamowitego się dowiemy. Padają słowa "sensacja", "tajemnica", "tajny".

Musi pan pamiętać, że wtedy słowo "sensacja" znaczyło coś zupełnie innego niż dzisiaj. Dzisiaj sensacją jest to, że jedna pani drugiej pani nałożyła po buzi.

Musiałem przykuć uwagę widza i to od razu. Nie traciłem czasu, mówiłem: "Tu leżały zwłoki człowieka zamordowanego przez gestapo". Podkreślało to charakter miejsca. Ważną rolę odgrywała również muzyka, którą tworzył dla mnie znakomity kompozytor Darek Żebrowski. To robiło klimat.

A jak pan wpadł na czołówkę "Sensacji" z utworem "States Evidence" Irvinga Josepha?

Znalazłem ten utwór w materiałach rozesłanych po całym świecie przez ONZ. Był do wykorzystania, bez problemów z prawami autorskimi. A ta muzyka mi się ogromnie spodobała. Oraz widzom. Spełniała więc zasadę, że ryba łapie się na to, co lubi ryba, a nie rybak. Dlatego towarzyszyła "Sensacjom" przez cały czas i stała się ich sygnałem rozpoznawczym. Dla mnie najważniejsze było to, bym pokazał widzowi to, co sam chciałem zobaczyć i usłyszeć. Docierałem zatem do miejsc i opowiadałem historie, które mnie samego ciekawiły. Puszczałem muzykę, która mnie samemu się podobała.

Lubisz Wołoszańskiego, ale nie czytałeś jeszcze jego książek? Sprawdź >>

Ile tajemnic tak naprawdę pan odkrył? Pod iloma może się pan podpisać: "to ja to ustaliłem".

To nie tak. Nie jestem od odkrywania tajemnic, ale od sprawdzania hipotez. Podam przykład. Kiedyś dotarłem do informacji o tym, że Amerykanie stworzyli pewną grupę o nazwie TICOM, która na przełomie 1944 i 1945 roku szukała niemieckich szyfrów. Przeczytałem raport, że uprowadzili dwóch niemieckich kryptologów z dwóch dolnośląskich zamków. I kiedy dotarłem do zamku Czocha na Dolnym Śląsku, doszedłem do wniosku, że to mogło być tutaj. I że to tutaj znajdowała się maszyna deszyfrująca znana jako ryba-miecz. To była hipoteza, na podstawie której powstała książka, odcinek "Sensacji" i serial.

Okazało się, że faktycznie w tym zamku odkryto maszynę nieznanego pochodzenia. Była ukryta w ścianie fortecy. Skontaktowałem się z producentem tego urządzenia, którym była szwajcarska firma Escher--Wyss. Firma została przejęta przez Siemensa i nie zachowała się dokumentacja tej maszyny. Wyglądało na to, że to jakaś chłodnica. Chłodnica w piwnicy na wino?

Co więcej, badania tej piwnicy pokazały, że pod posadzką są dwie żelbetowe belki, a także troje drzwi, wzmocnionych żelbetową framugą. Do czego były tam potrzebne pancerne drzwi? Moja hipoteza, że w zamku Czocha zamontowano maszynę deszyfrująca ryba-miecz znalazła potwierdzenie.

Moje postrzeganie historii sprowadza się do tego, by nie poruszać się w niej po utartych szlakach i spojrzeć na nią własnymi oczami. Ścieżki wytycza bowiem często propaganda i niewielu próbuje wniknąć w głąb. Mnie właśnie pasjonuje odkrywanie prawdziwego charakteru zdarzeń.

Tematów do kolejnych "Sensacji" najwyraźniej panu nigdy nie zabraknie.

One zawsze będą się pojawiały. Zwłaszcza gdy historię czyta się na nowo.

A do tajnego radzieckiego miasta atomowego Arzamas ostatecznie pan dotarł? Wiem, że panu zależało i był pan blisko sukcesu.

Niestety, nie dotarłem. To miasteczko Sarow w Rosji, zwane radzieckim Los Alamos. Cała historia radzieckiej broni atomowej jest z nim związana. W tamtejszych laboratoriach, umieszczonych w klasztorach, budowano pierwszą bombę. Byłem blisko wyjazdu, ale ten mój pomysł storpedowano pod pretekstem tego, że 10 lat wcześniej robiłem już program o radzieckiej bombie atomowej.

Jaki był prawdziwy powód?

Głupota. To był bezpośredni powód mojego odejścia z TVP w 2004 r. Żałowałem bardzo, bo do Arzamas nikt nie dotarł i nikt nie zrobił o tym miejscu filmu czy programu.

To trochę jak z fortem Eben-Emael w Belgii. Gdy chciałem doń pojechać, wysłałem list do belgijskiej ambasady z prośbą o zgodę na filmowanie. Odpisano mi, że muszę się w tej sprawie zgłosić do kwatery głównej NATO w Brukseli, gdyż w forcie działał bodajże szpital przygotowany na wypadek wojny atomowej. Nienaruszona, żelbetowa konstrukcja z korytarzami pod ziemią się do tego nadawała. Zdziwiłem się, ale wysłałem list do kwatery NATO. A było to jeszcze przed wstąpieniem Polski do paktu. W tym samym czasie jednak zadzwoniłem bezpośrednio do fortu. Powiedziałem, że jestem z Polski. Usłyszałem, że mam chwileczkę poczekać, po czym do telefonu podeszła żona dyrektora fortu, która okazała się być Polką. Odparła mi, żebym oczywiście przyjechał. Pojechałem, zrobiłem cztery programy i wtedy przyszła odpowiedź z siedziby NATO w Brukseli. Pan się domyśla, jaka?

Odmowa?

Kategoryczna.

Często Pan natrafia na takie przeszkody?

Niekiedy. Na jedną natrafiłem w Poznaniu. Szefem telewizji był wówczas Jarosław Hasiński. Kiedyś spotkał mnie na korytarzu i pyta: kiedy zrealizujesz coś o powstaniu wielkopolskim? Odpowiedziałem, że wtedy, gdy da na to pieniądze. A on, poznaniak, mówi: ile ci potrzeba?

Kręciliśmy zatem przyjazd Ignacego Jana Paderewskiego i chciałem, aby było to na starym Dworcu Letnim w Poznaniu, który nie jest już używany. Z jego ścian odpadała farba, więc chciałem go odmalować. Kupiłem farbę, a konserwator zabytków poprosiła o próbki. Zbadała je i odmalować dworca nie pozwoliła.

Rozmawiamy tyle czasu, a ja nie zadałem panu chyba najważniejszego pytania. Skąd w ogóle fascynacja historią?

Proszę pamiętać, że urodziłem w 1950 r., zaledwie pięć lat po wojnie. Ona nie była wtedy odległym wspomnieniem. Pamiętam, jak wielkie wrażenie zrobiła na mnie wycieczka do obozu zagłady w Auschwitz około 1960 r. Piętnaście lat po wojnie, a on był wciąż autentyczny. Wciąż nie był muzeum. Tam się czuło śmierć. Historia była więc wciąż obecna w moim życiu. Oddziaływały też na mnie filmy. Byłem pod wielkim wrażeniem "Orła" z 1958 r., zwłaszcza sceny śmierci marynarza, którego grał Bronisław Pawlik. Po latach zrobiłem zresztą program o "Orle", gdy z wielką fetą wpływaliśmy nawet do Tallinna i witał nas prezydent Estonii. Podczas realizacji tego programu nie istniał już "Sęp", bliźniak "Orła", więc musieliśmy użyć ówczesnego okrętu podwodnego "Dzik", którego kiosk został przerobiony tak, by udawał słynny polski okręt z czasów II wojny światowej.

Czym zaskoczy nas Bogusław Wołoszański w najbliższym czasie?

Moje niezrealizowane marzenie to Enigma. Teraz Polsat Play zaproponował mi robienie serialu "Skarby Trzeciej Rzeszy". Nie przypuszczałem, że zrobią się z tego trzy serie o dobrej oglądalności. Zamówiono u mnie kolejne odcinki.

Wie pan, ja jestem człowiekiem telewizji. Jeśli poczuję zmęczenie planem, zaczynam pisać książkę albo poszukuję innych wyzwań. W pewnym momencie jednak do telewizji wracam.

Więcej o:
Komentarze (21)
Bogusław Wołoszański: "Ale nie uprzedzajmy faktów"
Zaloguj się lub komentuj jako gość
  • grundol1

    Oceniono 72 razy 68

    Telewizja w PRLu nudna? Przypominam, że genialna Sond powstała w 1977 roku. Takich perełek było dużo więcej. Wiadomo, że czasy były inne i pełno było komunistycznej propagandy i cenzury, ale tamta telewizja było o wiele bardziej misyjna niże obecne serialowo-kabaretowe barachło.

  • cep_0

    Oceniono 78 razy 52

    Kiedyś chyba jakiś DEBIL oskarżał twórcę tego programu o TW.
    Gdyby WOŁOSZAŃSKI był nawet TW do X potęgi to jego programy są zajebiste.
    Niech obecni "BOHATEROWIE HISTORII" już się boją jak On za nich się weźmie.

  • firaneczka

    Oceniono 46 razy 42

    szkoda że SXXW w całości nie są dostępne na DVD...
    lubię oglądać i wysoko cenię twórczość p.Bogusława:)
    a słuchowiska wiele razy towarzyszyły mi w trakcie podróży samochodem

    Pozdrawiam i czekam z niecierpliwością
    PK

  • poljack

    Oceniono 43 razy 33

    Całe szczęście że Wildstein nie zawiesił tego programu jak komunistyczny przeżytek Wielką Grę .

  • jada9

    Oceniono 19 razy 19

    A kto zrewolucjonizuje reklamową III RP-owską telewizję???

  • krypthos

    Oceniono 19 razy 17

    Dlaczego SXXW nie są nigdzie dostępne, a tvp likwiduje dostęp do tvp Historia online, gdzie w dni powszednie są puszczane kolejne odcinki???!!! HWWD j.ana tvp!!!

  • agniecha75

    Oceniono 17 razy 15

    na glownej piszecie o "tajemnicach" XX wieku - do korekty uczniaki! Nie znacie programu!

  • klm747

    Oceniono 11 razy 1

    "Drugi ma bezładną rękę..." - to Wołoszański tak powiedział, czy durny pismak tak zapisał??

  • menuet1

    Oceniono 3 razy -3

    O Matko !!! Ilu my bohaterów mamy ????

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX