Łowienie na muchę: temat rzeka

Ryba wyskakuje z wody i wściekle potrząsa łbem. Za chwilę nurkuje do?dna i szaleńczo odjeżdża w różne strony. Widzę, jak błyszczy pod powierzchnią. Nieważne, że nie jest duża. To pierwszy pstrąg, jakiego złowiłem na muchę.

Najpierw była Kamienna ze swoimi płociami i kleniami. Z prymitywną wędką z bambusa i prostym bębnowym kołowrotkiem mogłem całymi dniami siedzieć nad wodą - łowić, opalać się, kąpać. Do domu wracałem z jakimś rybim drobiazgiem.

Mijały lata. Bambusówkę zastąpiły kije z włókna szklanego, potem węglowego. Kołowrotki stawały się coraz doskonalsze, a żyłki choć mają teraz grubość włosa, są tak wytrzymałe, że można na nich wyholować wielokilogramowe sztuki. Łowiłem na Wiśle, Odrze, Bugu.

Poznałem jeziora Kaszub, Mazur i Suwalszczyzny. Moje ryby były coraz większe. Spławik, feeder, spining nie mają już przede mną tajemnic (a co tam, jadę po bandzie). Nie próbowałem tylko jednej metody - łowienia na wędkę muchową. Czas to nadrobić. Jest koniec marca 2014 r. Stoję pośrodku Sanu.

Pogoda - klucz do sukcesu

Z Danielem Hryniakiem skontaktowałem się poprzez ?Podkarpacki Serwis Wędkarski?.

- Młody facet, ale o Sanie i muchówce wie prawie wszystko - zareklamowano mojego przewodnika. Rekomendacja mocna, ale nie na wyrost?

To pytanie nie dawało mi spokoju, bo wydawało mi się, że Daniel początkowo na siłę mnożył trudności: woda nie ta, prognozy złe, poczekajmy do kwietnia, może do maja, a najlepiej to latem. Wreszcie podjął decyzję: - Jeśli nie chcesz czekać, startuj, ale gwarancji pogody nie daję. Jak popada, guzik z łowienia.

Dwa razy nie musiał powtarzać. Następnego dni byliśmy w drodze. Byliśmy, bo z Warszawy wyruszyło nas trzech. Ja miałem łowić i wyprawę opisać, Sławek Kamiński uwiecznić to na zdjęciach, a Dominik Moskalenko, szef kuchni restauracji Taste Wilanów, miał tak jak ja po raz pierwszy łowić na muchę i przyrządzić nad wodą dania z pstrąga.

Okazało się, że moi kompani mają wspólne hobby - motocykle. Tak więc oni wymieniali się nowinkami, a ja mogłem wcisnąć gaz do dechy. Nawet nie zauważyli z jaką łatwością nowy seat leon ST w wersji FR ze swoimi 180 konikami pod maską

połykał na szosie kolejne jednoślady. Leonkowi nie przeszkadzało nawet to, że jego przepastny bagażnik był po brzegi wypełniony wyprawowym sprzętem, który swoje ważył.

Gdy wyjeżdżaliśmy, nad Warszawą zaczynały zbierać się chmury, a tu, na trasie zachmurzenie niewielkie, wiatr słaby, od czasu do czasu słońce, temperatura dziesięć stopni. ?Ech, te prognozy, jak zwykle nietrafione? - pomyślałem.

Za wcześnie się ucieszyłem. W Sandomierzu zachmurzyło się, a gdy dojechaliśmy do Rzeszowa, lunęło tak, że wycieraczki nie nadążały z odprowadzaniem wody.

Jest już ciemno, gdy mijamy Sanok, Lesko i dojeżdżamy na nocleg do wsi Łączki. Deszcz ustaje. Siedzimy i sączymy po piwku - się należy po kilku godzinach podróży. Bez wyjątku wszyscy jesteśmy ciekawi jutrzejszego poranka. Jakie ryby złowimy, jak się brodzi w górskiej rzecze? Nagle zaczyna wiać tak, że słychać aż w domu. Co tam. Wiatr nam przecież nie zaszkodzi.

Dominik nagle sztywnieje i zaczyna nasłuchiwać: - To chyba deszcz.
Przytykam nos do szyby. Cholera, niestety ma rację.

Pstrągowy raj

Moi kompani jeszcze śpią, gdy o szóstej jestem na nogach. Po deszczu ani śladu. Poprzedniego dnia umówiłem się ze strażnikiem Państwowej Straży Rybackiej, że podjedzie do nas, żebyśmy mogli kupić licencje.

Nie będziemy bowiem łowić na zwykłym łowisku na Sanie, ale na Odcinku Specjalnym ?San? - pomiędzy rzekami Olszanka, a Hoczewka. To kilka kilometrów rybnej rzeki. OS utworzono w 2004 r., żeby podczas tarła chronić pstrągi potokowe, lipienie i głowacice. Cena rocznego pozwolenia powala - 1600 zł, za dzień 80. Obowiązuje zasada złów rybę i wypuść. Nie można też łowić na haczyki z zadziorami.

Strażnik przyjeżdża o siódmej, punktualnie jak w zegarku. Jeszcze wybieramy u niego muchy, które sam wytwarza, i startujemy. Kierunek Średnia Wieś. To tam czeka na nas Daniel Hryniak. O, już jest. Jedzie przodem w plątaninie wąskich uliczek - ci, którzy nie wiedzą, jak

jechać, zagubiliby się w tym labiryncie. Zatrzymujemy się metr od rzeki. Mnie i Dominika aż wierci w środku, żeby jak najszybciej popędzić do Sanu. Szef kuchni wciska się szybko w swoje spodniobuty, ja zakładam pożyczone od Daniela.

To nie jest sprzęt, z jakiego najczęściej korzystają wędkarze szuwarowo-bagienni łowiący na robaczki (czyli i ja). Ta odzież wygląda inaczej. To nic innego jak sięgający powyżej piersi nieprzemakalny kombinezon ze skarpetkami z neoprenu.

Dopiero po jego wciągnięciu zakłada się oddzielnie buty. Ja korzystam z trekkingowych. Daniel pokazuje profesjonalne z filcową podeszwą - schną szybko, a filc powoduje, że nie ślizgają się na kamieniach. Okazuje się, że nasz nauczyciel to bezpośredni facet.

- Będziesz robił za twardziela - śmieje się, gdy widzi, że spodniobuty zakładam wprost na dżinsy. - Zaraz ci z zimna jajka odpadną.

Demonstruje, co on założył - bielizna termoaktywna, dresowe spodnie i grube, wełniane skarpety.

- Spoko, dam radę - rzucam.

Grubość ma znaczenie

- Załoga do mnie - Daniel powstrzymuje mnie i Dominika, gdy pakujemy się do rzeki. Wchodzimy na górkę, na której zajął stanowisko.

Jak na dłoni widać, jaki jest stan wody i gdzie warto w pierwszej kolejności zapuścić się z wędką. Trudno nie zachwycić się widokiem. San płynie w głębokiej dolinie pomiędzy lesistymi wzgórzami. Śpiewają ptaki.

Od czasu do czasu widać oczkujące pod powierzchnią ryby. Okazuje się, że jesteśmy szczęściarzami - powyżej łowiska opady były słabe, więc woda jest przejrzysta.

- Najpierw obserwacja. Od tego zawsze zaczynajcie - instruuje Daniel. - Ustalcie, gdzie spławiają się ryby, i zobaczcie, gdzie są przeszkody.

Ja znam ten odcinek, ale gdy łowicie gdzieś pierwszy raz, lepiej dobrze zapoznajcie się z terenem.

Patrzę na wodę, ale niewiele mogę z niej wyczytać. Gdzie szukać ryb?

Najlepszymi miejscami wczesną wiosną są tzw. warkocze, gdzie woda lekko staje w miejscu i zakręca w kółko. To tam różnego rodzaju larwy miotają się w toni i na dnie. To idealne stanowiska dla pstrągów.

Ryb szukamy też na styku zastoisk za kamieniami i prądu. Ustawione łbami pod prąd, czekają, aż nurt zniesie w ich stronę pokarm. Dzięki temu, że są osłonięte, nie muszą się specjalnie wysilać, aby utrzymać się w takiej miejscówce. Gdy wypatrzą interesujący je kąsek, jak torpedy ruszają w jego kierunku i przeważnie bezbłędnie trafiają.

- Idziemy - komenderuje Daniel.

Ja będę łowił na jego muchówkę. Jest zdecydowanie dłuższa i delikatniejsza od tej, którą zabrał ze sobą nasz mistrz patelni. Taką wędkę trzymałem w rękach zaledwie kilka razy w życiu, ale nigdy wcześniej na nią nie łowiłem. W odróżnieniu od spławikówek czy spiningu kołowrotek jest umieszczony na samym końcu wędki, a to dla nowicjusza utrudnienie.

- Już samo to, jaki rodzaj linki masz nawinięty na kołowrotek, przesądza, jaką metodą będziesz łowił - mówi Daniel. - U mnie założona jest cienka linka, dlatego trudno byłoby ją podawać na kilkanaście metrów. Spójrz na kołowrotek Dominika. Tamta linka jest gruba, więc łatwiej będzie rzucać daleko. W ogóle mamy trzy rodzaje linek. Pływającą, tonącą i pośrednią. Każda do innej metody, każda zachowuje się w wodzie inaczej.

Porównujemy zestawy. Nawet gołym okiem widać różnicę. W wędkarstwie muchowym nie ma żadnych ciężarków. Wykonując wahadłowe ruchy w przód i w tył, zupełnie jak strzelający z bata woźnica, wędkarz wprawia linkę w ruch, a ona siłą bezwładności leci w wybrane miejsce. To trudne, bo za każdym zamachem wędkarz musi wysnuwać z kołowrotka dodatkowe metry linki.

Daniel decyduje, że my, znaczy ja i on, będziemy łowić tzw. metodą żyłkową, w której zrobiony z żyłki przypon może mieć przepisowo

nawet dwie długości kija. W tej metodzie sznur zwisa za przelotkami, a w wodzie znajduje się sama żyłka. Ponieważ zestaw jest bardzo cienki, nie nadaje się do dalekiego łowienia. Z kolei Dominik, który może zarzucić dalej, będzie łowił na tzw. długą nimfę.

xxFot. Sławomir Kamiński

Nimfa? Mucha sucha? A może streamer?

Każdy szanujący się wędkarz muchowy ma w swoim pudełku kilkadziesiąt różnych much. Doświadczeni, tacy jak Daniel, robią je sami. Materiałem jest włóczka, filc, ptasie piórka. Pomysłowość twórców nie zna jednak granic, np. w jednej ze swoich much Daniel wykorzystał kawałeczki prezerwatyw.

Każda mucha zachowuje się w wodzie inaczej. Nimfa tonie i imituje żyjące w wodzie larwy owadów lub drobnych skorupiaków. Mucha sucha (nie tonie) odwzorowuje jętki, koniki polne lub chrząszcze. Przy czym koniki i chrabąszcze na Sanie mogą okazać się nieskuteczne, bo jest ich mało, ale na innych rzekach, szczególnie płynących pomiędzy łąkami, sprawdzą się jak najbardziej.

Mokra (tonąca) naśladuje poczwarki lub dorosłe owady, które próbują zanurkować, żeby złożyć w wodzie jajeczka. Wreszcie streamer, największa z much, ma być podobny do narybku lub pijawek.

Ponieważ jest wiosna, Daniel uznaje, że najskuteczniejsze będzie założenie nimf, i do przyponu naszej wędki mocuje dwie własnej roboty (Dominik zakłada te kupione u strażnika).

Przypon to nie byle jaki, bo ma długość około dwóch i pół metra. Zrobiony jest z cieniutkiej żyłki, bo gdyby nimfy dowiązać wprost do grubej linki, ta skutecznie płoszyłaby ryby. Przynętę wiąże w ten sposób, że na końcu przyponu robi duże oczko, a następnie przecina je w jednej trzeciej.

Do krótszego końca dowiązuje jedną, z reguły lżejszą, nimfę - to będzie tzw. skoczek. Do dłuższego mocowana jest nimfa cięższa, tzw. prowadząca.
- Proste? - pyta Daniel.
- Samo mocowanie? Tak. Ale skąd wiesz, jaką nimfę wybrać?
- Praktyka. Nie martw się. I ja nigdy nie mogę być pewny, czy wybrałem właściwie, choć łowię na OS-ie prawie codziennie - pociesza.

Okazuje się, że wędkarz jest nieraz zmuszony do wielokrotnego wymieniania much, zanim trafi na te właściwe. Czy mucha jest odpowiednia czy nie, decyduje wiele czynników - głębokość, przejrzystość wody, pogoda, nasłonecznienie, siła prądu.

Można by wymieniać w nieskończoność. Gdy już jednak uda się wstrzelić w tę właściwą przynętę, cierpliwość zostanie nagrodzona seryjnymi braniami.

Na ogół nie ma co liczyć na pomoc w doborze muchy ze strony innych wędkarzy. Może być tak, że stoją niedaleko siebie i jednemu ryby biorą, a drugiemu nie. Ten niefartowny zagaja z rozpaczą: ?Na jaką muchę łowisz??. Odpowiedź: ?Na kolorową? (czyli absolutnie nic nie mówiącą, bo wszystkie muchy mają przecież jakiś kolor), nie jest niczym niezwykłym.

Ta niechęć do dzielenia się wiedzą wynika z tego, że dla większości wędkarzy ich muchy to świętość.Dlatego pilnują swoich pudełek bardzo troskliwie, by jakiś ciekawski nie zobaczył ich tajnych ?killerów?.

Bierz, pstrągu, bierz

Wreszcie zaczynamy brodzić. Dla mnie, przyzwyczajonego do siedzenia na stołeczku i czekaniu na branie, to kapitalne przeżycie. Czuję, jak napiera na mnie prąd. To dopiero kontakt z naturą!

Coraz śmielej stawiam stopy na kamieniach. Obawiałem się, że będzie ślisko, ale o dziwo nie jest. Najpierw idę obok Daniela i podpatruję jego ruchy. W metodzie krótkiej nimfy wysnuwa się bardzo niewiele linki. Zaledwie kilka metrów, ot tyle, żeby jej końcowy fragment (jest zabarwiony na pomarańczowo, co ułatwia obserwację brania) wystawał z wody.

- To trudna metoda, lepiej żebyś  zaczął od suchej muchy, ale nie ta pora roku - ocenia nauczyciel. - Obserwuj końcówkę linki. Każde nienaturalne zachowanie, przytrzymanie i przytopienie masz kończyć zacięciem.

Patrzę, patrzę, a linka spływa i nic się nie dzieje. Daniel kręci głową i po kilkunastu rzutach zmienia nimfy. Łowimy dalej. Patrzę, patrzę i nic. Znów zmiana. Potem następna i kolejna. Jest, jak mówił - dobrać właściwą muchę nie jest łatwo. Mija piętnaście, dwadzieścia minut i nic. Wreszcie...

Pomarańczowa końcówka, niczym spławik, lekko drży. Muszkarz zacina krótkim ruchem nadgarstka. Delikatna muchówka wygina się w pałąk, a na końcu żyłki szaleje pstrąg. Nie tam żeby jakieś monstrum, ale jest.

Daniel szybko wybiera linkę ręką (kołowrotka nie używa) i wprawnie odhacza rybę. Ponieważ haczyk nie ma zadzioru, jest to banalnie proste. Pstrąg macha na pożegnanie ogonem i znika w wodzie.

- OK, wstrzeliłem się. Teraz ty - przekazuje mi wędkę. - Ja idę uczyć Dominika.

Zostaję sam. W ręku krucha na pierwszy rzut oka wędeczka, leciutki kołowrotek. Zaczynam biczować wodę. Linka nie chce mnie słuchać i ląduje mi tuż przed nosem. Ale trening czyni mistrza; wreszcie spada  tam, gdzie chciałem.

- Dobrze, dobrze - słyszę z oddali (o, jestem pod stałym nadzorem).

Czuję, jak rosnę z dumy, równocześnie coraz wprawniej wykonuję zarzuty. Zbliżam się do obiecującego miejsca - duży głaz, a za nim spowolnienie. Zarzucam. Linka spływa kilka metrów i nagle zatrzymuje się. Nie reaguję, a przecież miałem przykazane, żeby zacinać w takich sytuacjach. Jestem na siebie zły.

Zarzucam w to samo miejsce. Tym razem nie ma wątpliwości. Końcówka linki niknie gwałtownie pod wodą. Zacinam i czuję na końcu żywy, pulsujący ciężar. Ryba ciągnie w prawo,

by za chwilę popłynąć w przeciwną stronę. Staram się ją zatrzymać. Chwytam lewą ręką linkę i zaczynam ściągać ją do siebie. Nie jest

to tak płynne jak u Daniela, ale ryba jest coraz bliżej. Wreszcie chwytam ją wilgotną dłonią. Cieszę się i to podwójnie. Okazuje się, że to nie pstrąg, a lipień. Bodaj najpiękniejsza z polskich ryb, z uwagi na bajeczne ubarwienie i okazałą płetwę grzbietową nazywana jest kardynałem. Widziałem ją dotychczas jedynie na zdjęciach.

- Sławek! Sławek! - wydzieram się i patrzę, czy jest na swoim fotograficznym posterunku. Uff, jest.

Jak spod... wody wyrastają przy mnie Dominik i Daniel. Oglądają lipienia, gratulują. Ostrożnie go uwalniam. Ręce pięknie pachną mi tymiankiem (to zapach tej ślicznej ryby). Choć w marcu lipienie są pod ochroną, nie sposób wyeliminować ich brań.

Tam, gdzie czatuje głowacica

Kilkanaście ryb (tym razem pstrągów) i kilkadziesiąt minut później, idziemy z Danielem na drugą stronę Sanu. Mamy przejść w miejsce, gdzie zwykle czekają większe okazy.

- Ma chłop talent - mój towarzysz chwali Dominika. - Macha, jakby urodził się z muchówką.

Patrzę na kolegę. Z odległości kilkudziesięciu metrów widać, że rzeczywiście idzie mu rewelacyjnie. Odzywa się we mnie jakiś mały diabełek: ?Może i fajnie macha, ale jeszcze nic nie złowił?.

Nie wypowiadam jednak tego głośno. W ogóle psuje mi się humor, bo moje spodniobuty zaczynają przeciekać. Woda ma może z pięć stopni i kostnieją mi stopy. Pal licho, że mogę się przeziębić.

Prawdziwym problemem jest to, że coraz trudniej mi wyczuwać podłoże. Wychodzę na brzeg i staram się wylać wodę. Jeszcze parę podskoków żeby pobudzić krążenie, i wracam do wody.

- Widzisz ten korzeń - Daniel pokazuje miejsce, w którym wiatr powalił drzewo. - Widziałem tam głowacicę. Wielka jak kłoda.

Głowacica to nasza największa ryba łososiowata. Dorasta w Polsce do ponad metra długości. Wędkarz, który choć raz miał ją na wędce, nigdy tego nie zapomni. Po takim spotkaniu najczęściej pozostaje w rękach z połamaną muchówką i przeświadczeniem, że przez chwilę musiał holować nie rybę, a okręt podwodny. Oczy mi się świecą. W wyobraźni już ciągnę takiego potwora...

Powoli zbliżamy się do celu. Miejsce różni się od tych, w których łowiliśmy dotychczas. Prąd jest tu silniejszy, tak że trudno brodzić. Woda sięga do połowy ud, brzucha.

Wyczuwam, że kilka metrów dalej jest prawdziwa głębia. Na powierzchni pojawiają się zawirowania i spowolnienia, a to znaczy, że na dnie zalega dużo przeszkód - przeszkód dla nas, kryjówek dla ryb.

- Zmieniamy nimfy na cięższe - postanawia Daniel. - Te, które mamy, tonęłyby zbyt wolno.

Uważnie przegląda pudełko i wybiera dwa niepozorne egzemplarze. Dla mnie niewiele różnią się od poprzednich, ale wybór okazuje się świetny. Już po trzecim czy czwartym rzucie mam branie.

Rybę trudno oderwać od dna. Zaczyna odjeżdżać z prądem. Czuję, jak szarpie łbem, żeby się uwolnić. Z przyzwyczajenia sięgam do kołowrotka, zamiast kontrolować linkę ręką. Za chwilę stoję z głupią miną. Wędka wyprostowana, linka luźna, pstrąga nie ma.

Oczywiście wszystkie ryby, których nie uda nam się wyholować, są największe. To powszechne wśród wędkarzy. Tym razem czuję jednak, że tak właśnie było.

xxxFot. Sławomir Kamiński

Jak holowałem giganta

Mija czwarta godzina łowienia. Sławek i Dominik już są na brzegu. Ja też zaczynam marzyć o gorącej herbacie i wskoczeniu w suche ciuchy. Już nie tylko stopy, ale w ogóle całe nogi mam zdrętwiałe. Samemu trudno mi jednak podjąć decyzję o zrobieniu przerwy. Z pomocą przychodzi mi Daniel.

- Na brzeg - komenderuje. Wewnątrz, aż gotuję się z radości, ale gram supermana.
- Wymiękasz? - prowokuję.
- Szkoda, że nie widzisz, jaki fioletowy masz nochal. A, i jakiś gil ci cieknie - dorzuca. - Nie kozakuj.
- Skoro nalegasz - szczękam zębami i brodzę w stronę brzegu. Próbuję przypomnieć sobie, czy kiedykolwiek było mi na rybach tak zimno. Chyba jednak nie.

Gdy wreszcie zdejmuję spodniobuty, wylewają się z nich hektolitry wody. Skóra sina i pomarszczona. Jest pewne - jeśli chcę łowić dalej, muszę kupić nową odzież. To trzeba zapamiętać raz na zawsze: masz brodzić, sprawdź, czy ubranie jest szczelne.

Nie chcemy tracić czasu. Krótki odpoczynek i startujemy do Leska. Szybkie zakupy w wędkarskim i gnamy z powrotem. Po godzinie znów łowię. Tym razem sam, bo Dominik zaczyna robić swoje kulinarne czary mary, a Sławek i Daniel podglądają mistrza przy robocie.

Staram się odtwarzać trasę, którą wcześniej przemierzałem z moim guru. Powoli dochodzę do głęboczka, w którym przerwałem poprzednio łowienie. Jedno przepuszczenie linki, drugie. Ryba siedzi!

Tak jak poprzednio szybko wybiera linkę i muruje do dna. Nie popełniam już błędu i nie operuję kołowrotkiem. Ciągnie jak diabli. Szukam miejsca, w którym będę mógł zaprzeć się o dno. Udaje się. Metr za metrem skracam dystans do szalejącego pstrąga. Jeśli tak walczy, to jak wielki musi być? Potwór prawdziwy. Trzeba go sfotografować.

- Sławeeek - drę się znów w niebogłosy. Bez efektu. - Ale gigant - wzmacniam przekaz. - Szybko, chodźcie!

Nikt nawet nie wychylił się zza pagórka, gdzie Dominik rozpalił ognisko. Trudno. Będę triumfował w samotności.

Ostatnie podciągnięcie i mam pstrąga, którego ?wypracowałem? bez niczyjej pomocy. Jest pięknie ubarwiony, srebrzysty i... jakiś taki mały. Zaledwie 30 cm.

A dlaczego tak trudno było go holować? Skubany, nurkując do dna, wpadł w warkocze roślin, które owinęły się dookoła niego i żyłki. To, plus siła nurtu, sprawiło, że wydawał się gigantem. Uwalniam go i brodzę w kierunku kolegów, którzy tak bezpardonowo olali moje wezwania. Postanawiam: zaraz im nawrzucam.

Jednak im bliżej byłem, tym bardziej to postanowienie słabło. Z każdym krokiem mój nos atakowały bowiem coraz mocniej aromaty wprost nieziemskie. A gdy stanąłem przy ognisku, moje zatwardziałe serce zmiękło zupełnie.

Dominik kończył przyrządzanie ryb (nie zabraliśmy ich z OS-u, kupiliśmy w Biedronce), a Daniel i Sławek, przełykając ślinę, jak zahipnotyzowani śledzili każdy ruch mistrza. Ten z namaszczeniem nakładał obok złocistych pstrągów sałatkę z pomidorów i cebuli oraz ziemniaczki, które wyglądały wprost bajecznie.

Nie będę wchodził w kompetencje Dominika, on sam na kolejnych stronach opisuje wam, jak przyrządza się takie cuda. Wiem, że głód jest najlepszym kucharzem, ale tym razem nie o głód tu chodziło. Czegoś tak niebiańskiego nie jadłem jeszcze nigdy.

Każdy wędkarz połknie muchę

Pewnie doświadczyliście tego uczucia, gdy po wyczerpującym dniu człowiek zasypia jak kamień. Tak było z naszą trójką po pierwszym łowieniu na Sanie. O dziwo, następnego poranka budzik nie był nam potrzebny. Czekała nas powtórka z rozrywki. Ten, kto choć raz spróbował łowić na muchę, wie, o co chodzi. Zrobisz to raz, będziesz chciał robić w nieskończoność.

Więcej o:
Komentarze (3)
Łowienie na muchę: temat rzeka
Zaloguj się lub komentuj jako gość
  • eiruieuurfow

    Oceniono 8 razy 8

    Odnośnik na stronie głównej miał tytuł:
    "Tylko siedzą i się gapią: Co facetów tak kręci w wędkowaniu? "

    Odpowiadam bez czytanie powyższego tekstu: ŚWIĘTY SPOKÓJ

  • Gość: prawdaboli

    0

    Co za idiota wjeżdża samochodem do rzeki... Typowe polaczki do zdjęcia...

  • facio60

    Oceniono 30 razy -16

    Ale nuda. Łowienie ryb na wędkę to zajęcie dla leni. No jeszcze papieroski, wieczorem wódeczka a rano kac gigant:) Byłem kiedyś w ośrodku koło Piszu. Każdy domek miał ten sam specyficzny zapaszek.

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX