Jak się zestarzeć jak Mick Jagger - pytamy Kazika Staszewskiego

Kazik Staszewski:

Kazik Staszewski: "Stonesi? Żeby utrzymać taką kondycję, trzeba mieć sztab najlepszych lekarzy i dealerów". (fot. Tamara Pieńko)

- Ludzie myślą, że muzycy piją wódę, walą koks i prowadzą rozwiązłe życie. Tak mniej więcej wyobrażali sobie mnie rodzice Karoliny - mojej synowej. Teraz uważają, że prywatnie jestem uroczy - wyznaje w rozmowie z "Logo" Kazik Staszewski.

Mikołaj Lizut: Masz 51 lat Patrząc na ciebie, odnoszę wrażenie, że muzycy rockowi starzeją się wolniej.

KAZIK STASZEWSKI: - Bo mój zawód jest, w pewnym sensie, sposobem na sztuczne przedłużenie młodości. Czuję, że mam znacznie mniej lat, niż wskazuje metryka. Zresztą tak było chyba zawsze. Poszedłem o rok wcześniej do szkoły, więc przez całą podstawówkę i liceum byłem najmłodszy. Na studiach też tak było do momentu, gdy zatrzymałem się w rozwoju i wziąłem pierwszy urlop dziekański. Doradziła mi to koleżanka, argumentując, że przecież i tak jestem najmłodszy i nie ma się gdzie spieszyć. I to był rewelacyjny pomysł! Stałem się właściwie wiecznym studentem.

Żeby opóźnić swój start w dorosłość?

- Nie. Powody były dwa. Po pierwsze coraz więcej czasu anektowała mi muzyka, więc studiowanie zeszło na dalszy plan. Po drugie bardzo nie chciałem pójść do wojska. Nie tylko dlatego, że w wojsku to syf i szkoda mi było dwóch lat życia. Służba w armii stała w zasadniczej sprzeczności z moim światopoglądem. Dlatego nawet studium wojskowe na studiach, które musieli wszyscy odbębnić, nie wchodziło dla mnie w grę. Nie miałem jednak na tyle cywilnej odwagi, by - tak jak na przykład Maciek Maleńczuk - z przyczyn ideologicznych odmówić. Za to w tym czasie szło się nawet do więzienia. Musiałem więc lawirować tak, by przypadkiem nie ukończyć czwartego roku.

Moje studiowanie zaczęło przypominać "Dzień Świstaka". Co roku zaczynałem czwarty rok studiów. Co roku też dezerterowałem z zajęć wojskowych. Po dziewięciu latach trzeba było coś już zrobić, bo władze wydziału traciły cierpliwość. W dodatku stanął przede mną trudny dylemat. Kult zupełnie niespodziewanie dostał zaproszenie na koncerty do Brazylii, musiałem więc wybrać: egzamin z historii myśli społecznej u profesora Jerzego Szackiego albo koncert w S o Paulo w klubie Aeroanta. Wybrałem klub i tym samym właściwie wybrałem zawód.

To ważna dla mnie życiowa cezura. Po wielu latach spotkałem Wojtka Szackiego, twojego kolegę po fachu, który jest wnukiem mojego profesora. Powtórzył mi słowa dziadka: "Na jego miejscu też wybrałbym S o Paulo".

Czy mógłbyś więc opisać - jako absolwent trzeciego roku socjologii - na czym polega fenomen społeczny muzyków rockowych?

- Nie badałem tego, więc nie podejmuję się diagnozy. Ale mogę mówić o sobie. Gdy spotykam koleżanki i kolegów ze szkoły, czuję się od nich młodszy, jak gdybym nie dorósł. To oczywiście uczucie bardzo subiektywne. Bo przecież wyglądam na swoje lata

Jakiś czas temu, w dużym sklepie spożywczym, między regałami, ktoś krzyknął za mną: "Eeeeej! Ziucie!" Aż drgnąłem, bo od czasów podstawówki nikt tak do mnie nie mówił. Odwróciłem się i zobaczyłem za sobą jakiegoś łysawego dziadka z wąsami. To był mój kolega Jurek Skorupko, z którym siedziałem w ławce. Jaki ja jestem stary - pomyślałem. Przecież on jest w moim wieku...

A pan Jurek mógł w tym momencie pomyśleć: "Ten Ziut chodzi w ubraniach syna, na łbie nosi jakieś farfocle i udaje nastolatka. A przecież on jest w moim wieku!".

- Mógł... To śmieszne, ale pamiętam, że gdy zaczynaliśmy grać z kolegami w zespole, byłem przekonany, że trzydziestka jest dla mnie nieprzekraczalną barierą i że z pewnością nie będę dłużej tego robić. Niestety w mojej profesji wraz z upływem lat łatwo się przeistoczyć w swoją własną karykaturę. Trochę się tego boję. Ale jest to tak miłe zajęcie, że człowiek się łudzi i odsuwa od siebie myśl, że powoli staje się groteskowy.

Zawsze pocieszam się tym, że niektórzy w rock'n'rollu, dużo starsi ode mnie, zestarzeli się pięknie, jak Rolling Stonesi czy Bob Dylan, a u nas Waglewski czy Janerka. Z drugiej strony są takie grupy jak Sweet czy The Animals, które przekroczyły granicę śmieszności. Być może grozi mi to, ale dopóki mam słuchaczy, sam z tego nie zrezygnuję.

Jeszcze nie przekroczyłeś bariery śmieszności?

- Pewnie się zdarzyło. Zdarzyło mi się również, że na koncertach nie wyrabiałem fizycznie i byłem wykończony do utraty tchu. Często jest tak, że muzyk, podobnie jak aktor, z upływem lat dostosowuje swój repertuar. Rod Steward nie gra już z rockowym zespołem i nie szaleje po scenie. Śpiewa spokojne standardy z big bandem. Jednym z wyjątków są Stonesi, którzy łoją od lat tę samą muzykę. Żeby jednak utrzymać taką kondycję, trzeba mieć sztab najlepszych lekarzy i dealerów.

Ja nie mam aż takiej determinacji, żeby chodzić na siłownię, biegać co rano czy depilować klatę. Staram się bardziej zdrowo odżywiać. Ale co zdrowe, to raczej niedobre, i odwrotnie.

Masz sentyment do swojego okresu dojrzewania?

- Okres dojrzewania to chyba dla mnie za szerokie pojęcie. Bo fizycznie dojrzałem dość wcześnie. Miałem erekcję, choć nie bardzo wiedziałem, z czym to się wiąże. Wychowywałem się w nietypowej rodzinie - z mamą i babcią. Babcia przychodziła do mnie wieczorem i mówiła, żeby nie spać z rękami pod kołdrą. Zupełnie nie wiedziałem, o co jej tak naprawdę chodzi. O nadmierne pocenie?

Nie chciała mi wyjaśnić. A ja w kwestiach płci byłem po prostu tumanem, wyprzedziła mnie fizjologia.

Niedługo później okazało się, że jestem chronicznie nieśmiały. Kobiety mnie tak onieśmielały, że nie umiałem z nimi normalnie rozmawiać. Nie mówię nawet o jakimś chodzeniu za rękę. Dla mnie trudne były nawet zwykłe relacje koleżeńskie. Po prostu wstydziłem się kobiet jak skurwysyn! To mi właściwie pozostało. Na całe szczęście dziś już nie mam jakiegoś imperatywu, że trzeba. Dobrze, że jestem w związku.

Gdy dziś wspominam moje nieliczne, pokraczne próby zagadania z dziewczynami, to aż mam dreszcze z zażenowania. Wiele lat temu byłem na kursie językowym w Londynie. Nasza nauczycielka bardzo namawiała, byśmy rozmawiali między sobą, bo to świetna praktyka. No to po gigantycznej i długotrwałej walce wewnętrznej, purpurowy ze wstydu podszedłem do atrakcyjnej Szwajcarki i zagadnąłem, czy jej się podobają nasze zajęcia. "Do you like this course?" - zapytałem. Ale ona zrozumiała: "Do you like disco?", i powiedziała, że chętnie pójdzie ze mną na jakieś tańce. To mnie dopiero spłoszyło! Byłem cały czerwony. Już więcej się do niej nie odezwałem. Nawet na nią nie patrzyłem.

A dojrzewanie społeczne? Próby ukonstytuowania siebie w świecie? Bunt?

- Wiesz, dla mnie cały punk rock zaczął się od przeżycia estetycznego. Najpierw byłem zachwycony otoczką, entourage'em, a nie stroną ideową - buntem młodych przeciw zastanej rzeczywistości. To przyszło później. A rebelia i niezgoda wobec świata w tekstach piosenek - to wszystko było raczej skutkiem zafascynowania wyglądem punkowców, fajną, walącą w ryj muzyką, której nie towarzyszyła ta beznadziejna, hippisowska wizualizacja. Punk rock nie był wtedy jeszcze taki skórzany i zuniformizowany, więc ludzie chodzili w dziwnych, wyciągniętych z szaf dziadków marynarkach z porąbanymi ozdobami, malowali włosy. To było bardzo zajebiste i kolorowe.

Mam wrażenie, że moje "chwycenie za pióro", by wyrazić swój sprzeciw i niezgodę - innymi słowy stawanie się z przedmiotu podmiotem - to dopiero lata 1982-83, czyli początek Kultu i studiów. W liceum byłem jednak strasznym dzieciakiem. O ile piłkę nożną konsumowałem i przeżywałem świadomie już w wieku dziesięciu lat, to sprawy społeczne, system, który mnie otaczał oraz jego opresja, dotarły do mnie, gdy już byłem pełnoletni.

W 1980 r. w lecie wracałem z mamą z Londynu do Gdyni statkiem Batory. Trwał strajk stoczni i cholernie trudno było wydostać się z Trójmiasta. Mnie wydarzenia sierpniowe w ogóle nie obchodziły. Żyłem wtedy punkowym festiwalem, który zorganizowaliśmy w Ustrzykach z kolegami z KSU, i tam przede wszystkim chciałem zdążyć. O porozumieniach i powstaniu Solidarności usłyszałem w pociągu z Ustrzyk pełnym punkowców i też specjalnie mnie to nie obeszło.

Co w takim razie było dla ciebie przeżyciem pokoleniowym?

- Strajk studencki w 1981 r. Wszyscy ci, którzy rozpoczęli studia rok później, czyli na przykład Muniek Staszczyk, nie mieli tego doświadczenia wspólnoty, zbiorowego uczestnictwa w czymś ważnym.

Cała ta działalność wywrotowa była raczej zabawna. Na początku roku akademickiego, gdy jeszcze zajęcia normalnie się odbywały, przyszli do nas starsi koledzy, między innymi klawiszowiec Kultu Janek Grudziński. Przynieśli do podpisania petycję, by zlikwidować zajęcia z języka rosyjskiego, które zresztą nie były obowiązkowe. A ja im mówię, że, kurwa, nie podpiszę, bo z rosyjskiego jestem bardzo dobry i nie na tym polega walka z komuną.

Na pierwszy dzień strajku nie poszedłem. Wybór był taki, że albo miałeś dodatkowe wakacje, albo okupowałeś uniwersyteckie budynki. Moja babcia była przerażona. Nosiła w sobie traumę wojenną, więc bardzo chciała mnie ustrzec przed kłopotami. Mimo to postanowiłem jednak następnego dnia dołączyć do kolegów. Tam szybko nadgoniłem moją społeczną ignorancję.

To był właśnie przyspieszony kurs dojrzewania. Byliśmy wszyscy bardzo zaangażowani, antysystemowi i nahajowani bliskością zwycięstwa. Szybko, 13 grudnia 1981 r., okazało się, że trzeba było jeszcze poczekać

Mama i babcia miały z tobą kłopoty wychowawcze?

Nie, byłem grzecznym dzieckiem i ukochanym wnukiem. Babcia, po stracie męża i syna podczas okupacji nie miała żadnych facetów w rodzinie. Myślę, że ona przelała na mnie swoją ogromną miłość do swojego syna Jurka. Chciała, żebym był taki jak Jurek. A on w opowieściach babci był jakimś, kurwa, świętym. Choć trudno było doścignąć wzorzec, miałem w rodzinie specjalne prawa.

Trzeba ci wiedzieć, że moja babcia trzymała dom żelazną ręką, także przed wojną, gdy jeszcze żył dziadek. Wszyscy chodzili jak po sznureczku. Mama i moje ciotki mówiły na nią generał. Ja mogłem więcej. Choć oczywiście zdarzały się awantury.

O co?

- Testowałem babcię, na ile mogę sobie pozwolić. W czasach punkowskich wymalowałem swój pokój w różne wzory i hasła. Była o to heca, ale zostało, jak chciałem. Drugą sporną sprawą był Kościół. Babcia była bardzo wierząca, a ja najpierw wagarowałem z coniedzielnych praktyk, a później zupełnie oficjalnie to kontestowałem. A gdy związałem się ze Świadkami Jehowy, w domu była tragedia.

Z kolei mama miała idée fixe, że koniecznie muszę zostać architektem, jak ojciec. Kompletnie mnie to nie interesowało, zupełnie nie umiałem rysować, w dodatku byłem antytalentem w dziedzinie nauk ścisłych. Ale fakty w tej sprawie jej zupełnie nie przeszkadzały.

Kiedy doszedłeś do wniosku, że muzyka może być twoją profesją, pomysłem na życie?

- Późno. To zresztą charakterystyczne. Pamiętasz piękny film Martina Scorsese "Shine a Light" o Stonesach? Jest tam fragment wywiadu z Jaggerem z lat 60. Na pytanie, jak długo jeszcze będą grali, Mick mówi, że jeszcze może ze dwa, trzy lata. A wyszło ponad pięćdziesiąt...

Ze mną okazało się podobnie. Bardzo długo nie traktowałem muzyki jako sposobu na życie czy sposobu na zarabianie. W latach 80. nagraliśmy już sześć płyt, a ja wciąż traktowałem to jak hobby. Widziałem siebie w przyszłości jako kogoś z tzw. poważnym fachem. Oczywiście też nie planowałem pracy jako socjolog. W czasach moich studiów był to zawód idiotyczny i nikomu do niczego nie potrzebny. Myślałem raczej, że nauczę się z czasem jakiegoś rzemiosła: stolarstwa, odnawiania domów czy czegoś takiego. Bo chociaż graliśmy bardzo dużo, nie było z tego żadnych pieniędzy. Nigdy też nie brałem pod uwagę emigracji.

Takie zestawienie: Kazik Staszewski - muzyk, przyszło mi do głowy chyba dopiero po powrocie ze wspomnianej już Brazylii. To był rok 1990. A pierwsze pieniądze z muzyki przyszły rok czy dwa lata później.

Jaka jest teraz Twoja publiczność?

- Coraz młodsza [śmiech]. Ja się starzeję, a ludzie przed sceną wręcz przeciwnie. Te nożyce wiekowe coraz bardziej się rozwierają. Choć oczywiście nie znaczy to wcale, że wśród słuchaczy Kultu nie ma już moich rówieśników. Na koncertach widzę już trzy pokolenia - moje, moich dzieci i moich wnuków.
Gabriel Garcia Márquez stwierdził w książce "Rzecz o mych smutnych dziwkach", że "pierwszym symptomem starości w przypadku mężczyzny jest upodabnianie się od pewnego momentu do własnego ojca". Zauważyłeś już w sobie cechy Stanisława Staszewskiego?

To bardzo prawdziwe zdanie. Sam tego długo nie dostrzegałem. To inni mi mówili: masz gesty i mimikę ojca. Mnie się zawsze wydawało, że fizycznie i osobowościowo jestem raczej podobny do mamy. Teraz widzę podobieństwa. Może dlatego, że przez wiele lat odkrywałem go na nowo?

Ojciec stał ci się przez to bliższy?

- Tak. Wiesz, jakoś go zrozumiałem. Nie znałem go praktycznie jako dziecko. I nawet go nie szukałem. Choć nigdy tego nie mówiłem, gdzieś głęboko w sercu miałem do niego żal o wiele rzeczy. Przede wszystkim o to, że nas zostawił i sobie wyjechał. Ale także o to, co kiedyś wymknęło się mamie, że nie chciał specjalnie, żebym się pojawił na świecie. W głębi mojej świadomości funkcjonował więc jako niedoszły zamachowiec na moje życie.

Proces odkrywania ojca, który rozpoczął film "Tata Kazika", a zakończyła książka "Tata mimo woli", pozwolił mi jakoś ogarnąć ogrom traumatycznych przeżyć tego człowieka. Z tej perspektywy nie mam prawa go oceniać. Doświadczenie obozu koncentracyjnego, właściwie śmierci w obozie, wisiało nad nim do końca. Król życia w środowisku warszawskim, płockim czy paryskim nigdy na dobrą sprawę nie rozebrał się z pasiaka. Czy ktoś taki jak ja - człowiek, którego nic złego w życiu praktycznie nie spotkało - może stawiać jakieś pytania natury moralnej wobec takiej biografii? Rozumiem, że można nie chcieć dziecka na tak potwornym świecie. Wiem jednak, że gdy już się pojawiłem, on bardzo mnie pokochał.

A ty?

- Sądzę, że pokochałem go w pełni dopiero teraz, jako pięćdziesięcioletni facet.

Ostatni raz widziałeś go w Paryżu w 1971 r. Miałeś osiem lat. Przeżyłeś wiadomość o jego śmierci?

Nie. Dla mnie sytuacja, w której nie było taty, była zupełnie normalna. Ja za nim właściwe nie tęskniłem. Gdy dziś czytam moje listy do niego, to oczywiście znajduję tam zdania: "Tatusiu, chciałbym żebyś przyjechał". Myślę jednak, że mama lub babcia podpowiadały mi, że tak wypada napisać. On za mną tęsknił. Ale tego dowiedziałem się właściwie teraz. Wtedy byłem za mały na takie refleksje.

Wstyd przyznać, ale gdy ojciec mieszkał w Paryżu, czułem się poniekąd lepszy od kolegów. Nie brakowało mi go, a z fantastycznego świata, w którym mieszkał, przychodziły fantastyczne prezenty. Rówieśnicy tego nie mieli.

Pamiętam pogrzeb na warszawskim Bródnie. Trochę się popłakałem, ale chyba dlatego, że wszyscy płakali. Ale już stypa była zajebista. Właściwie jak wesele.

Ponoć wraz z wiekiem coraz częściej towarzyszą nam nastroje nostalgiczne. Masz to?

- Owszem, czasem bywam sentymentalny. Lubię wspominać, a moja pamięć działa bardzo wybiórczo. Wypieram rzeczy przykre, a pamiętam te przyjemne. To pewnie normalne. Dlatego często przeszłość tak wiele osób idealizuje. Nie tak dawno synowie zapytali nas, jak się właściwie żyło za tej komuny. Opowiadaliśmy im z Anią różne nasze przygody i w zasadzie wyszło na to, że było zajebiście. Byliśmy młodzi i pozbawieni strachu przed przyszłością. Żyło się wesoło, tu i teraz. Ale czy tęsknię? Może czasem

Piosenka "Gdybym wiedział to, co wiem" ze słowami: "coraz dłuższy za mną cień, z każdym dniem dłuższy cień", jest w zasadzie westchnieniem nad mijającym czasem.

- Tak, ale też nad dość niesprawiedliwą prawidłowością, która powoduje, że z wiekiem robimy się coraz mądrzejsi, choć nie idzie to w parze ze szczęściem. Lubię wyobrażać sobie, że przeżywam jeszcze raz coś z przeszłości, z moją dzisiejszą wiedzą i świadomością. Takie faustowskie marzenie. Sądzę, że nostalgia to żyzna gleba dla twórczości.

Upływ czasu tak bardzo widać po dzieciach, no nie?

- Kazik i Janek są dorośli a ja jeszcze widzę rosnące wnuczki. Myślę o sobie: młody dziadek, z naciskiem na "młody". Mam przy sobie młodą, atrakcyjną babcię. Dziadkostwo jest super, bardzo ci polecam! Napisałem o tym piosenkę. Ania i ja mamy z wnuczkami wyłącznie frajdę, totalną zabawę i ogrom miłości, a jednocześnie niemal żadnej odpowiedzialności związanej z procesem wychowawczym. Ta spada na rodziców [śmiech].

To w sumie niesamowite i niezwykłe, że robiąc w szeroko pojętym rock'n'rollu, żyjesz od tylu lat w szczęśliwej, wielopokoleniowej, mieszczańskiej rodzinie. Jesteś odporny na pokusy, które czyhają na muzyka rockowego?

- Czyhają pewnie, ale ja wolę moje życie. A w twoim środowisku albo w reklamie nie ma wykolejeńców?

Odnoszę wrażenie, że ludzie mają absurdalne wyobrażenie o mnie i mojej branży. Często ci, którzy znają mnie z mediów czy płyt, nie chcą mieć ze mną nic wspólnego, sądząc, że jestem jakimś rockowym monstrum. A wiadomo, jak żyją tacy ludzie: piją wódę, walą koks i prowadzą rozwiązłe życie. Taki mniej więcej mój obraz mieli na przykład rodzice Karoliny - mojej synowej. Teraz, po bliższym poznaniu, polubiliśmy się bardzo. Uważają, że prywatnie jestem uroczy.

. . .

KAZIK STASZEWSKI: - rocznik 1963, warszawiak. Lider i wokalista kultowego Kultu, który założył z kolegami w 1982 r. Wcześniej grał w zespole Poland i Novelty Poland.

Z Kultem nagrał 16 płyt (w tym dwie koncertowe). Oprócz tego gra w zespole Kazik na Żywo (pięć płyt) oraz El Dupa (cztery płyty). A do tego wydał 10 płyt solowych.

I choć trudno w to uwierzyć, znajduje jeszcze czas dla rodziny. Ma żonę Anię (dla niej napisał w 1986 r. przepiękną piosenkę "Do Ani"), dwóch synów oraz dwie wnuczki.

ZOBACZ WIDEO

Zobacz także
  • Abelard Giza: "Stand-up jest czymś, co luzuje majty" Abelard Giza: "Stand-up luzuje majty"
  • BOGUSŁAW WOŁOSZAŃSKI Bogusław Wołoszański: "Ale nie uprzedzajmy faktów"
  • Ryszard Tymon Tymański - rocznik '68 - kompozytor, muzyk, felietonista, aktor. Twórca scenariusza filmu 'Polskie gówno'. Lider wielu kultowych zespołów muzycznych (m.in. Miłość, Kury, Tymon & The Transistors). Buddysta, karateka, prowadzi wraz z Piotrem Kędziorem Kędzierskim audycję 'Ranne kakao' w Radiu Roxy. Tymon Tymański: "Staram się być hybrydą faceta i baby"
Komentarze (45)
Jak się zestarzeć jak Mick Jagger - pytamy Kazika Staszewskiego
Zaloguj się lub komentuj jako gość
  • avatar

    kultowy_grzech

    Oceniono 115 razy 81

    lata płyną, czasy się zmieniają, włosy wypadają, skronie przyprószyła siwizna, ale jedno się nie zmienia - niezmiennie od dziewiątego roku życia słucham kultu i kazia (czasem jeszcze z kaset!). żona ma też przykaz - na pogrzebie mają puścić arahję.

  • avatar
  • avatar

    kiakon

    Oceniono 61 razy 39

    Kiedy go widzę na jakimś zdjęciu odnoszę wrażenie jakby co dopiero wstał z barłogu po ostrym ochlaju i szedł się wylać.

  • avatar

    inwestor_ltd

    Oceniono 39 razy 37

    "Ludzie myślą, że muzycy piją wódę, walą koks i prowadzą rozwiązłe życie."

    ...a przecież muzycy jeszcze biorą psychotropy. ;)

  • avatar

    kosmaty_patriota

    Oceniono 82 razy 34

    Jajcarz z niego niezły, tyle że przez wódę wygląda na sześćdziesiąt, także nie wiem skąd to stwierdzenia, że taaaaki młody

  • avatar

    part_of_the_game

    Oceniono 33 razy 27

    Kazik, kuźwa, gdyby nie wiek podany w tekście, pomyślałbym że to wywiad z 70-latkiem. Nie rób z siebie dziadka - 50 lat w dzisiejszych czasach to jeszcze młodzież :)

  • avatar

    an_konta

    Oceniono 28 razy 24

    No... nie tylko wóda i koks- jeszcze dziewczynki !!!

  • avatar

    leoleo

    Oceniono 47 razy 21

    sorry, wygląda na 65; mam parę kazikowych płyt, czasem lubię coś posłuchać, najlepsze te z ojcowymi tekstami....

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX

Polecamy