Szczepan Twardoch: "Pisać? Nienawidzę" [WYWIAD]

03.10.2014 14:29
Szczepan Twardoch

Szczepan Twardoch (fot. Konrad Ćwik (montaż))

Lubię wymyślać historie, ale pisanie książek to męczarnia. Dlatego nazywam to pracą i ktoś mi za to płaci - mówi Szczepan Twardoch, autor bestsellerowej "Morfiny".

Piotr Hykawy-Zabłocki: Byłeś rozczarowany, gdy nie dostałeś Nike za "Morfinę?

SZCZEPAN TWARDOCH: Wiesz, chętnie bym przytulił sto tysięcy! Ale poważnie, to nie. Nie mówię, że mam to gdzieś, bo byłoby fajnie dostać Nike. Nie przestałem się jednak odzywać do Joasi Bator, kiedy ona dostała nagrodę. Nie miałem nieprzespanych nocy. Choć oczywiście byłem trochę zawiedziony.

Marzysz o nagrodach? O sobie we fraku, w Sztokholmie, przed królem...

- Błagam cię! Pewnie, że nie.

Nagrody literackie mają w ogóle sens?

- To chyba Głowacki podzielił nagrody na te, które dostaje, i na te, których nie szanuje. Ładne, szczere, podpisuję się pod tym.

Hmm, chyba jednak mają sens, skoro są przyznawane. Ja sobie takiego celu nie wyznaczyłem. Miło jest dostawać nagrody, zwłaszcza te niehonorowe - honorowe też, ale jakby mniej - ale nie uważam nagród za bezwzględny wyznacznik literackiej wartości dzieła.

Wiesz, ja się długo jakoś szarpałem z rzeczywistością, żebym mógł spokojnie utrzymać się z pisania książek. To mi w zasadzie wystarczy, choć fajnie jest zarabiać więcej, niż się zarabia.

Pisanie to po prostu praca?


- Nie wiem, czy "po prostu". Na pewno specyficzna. Ale praca. Mam do tego podejście bardzo nieartystyczne. Nie mam problemu z rozmawianiem o pieniądzach, z ustaleniem kwoty, terminu, procentu. Dla mnie to jest elementarne. Nie pracuję za darmo. Z zasady nie piszę książek, których jeszcze nie sprzedałem. Tylko te, na które mam umowę i wziąłem zaliczkę. Inaczej by mi się nie chciało. Muszę mieć deadline, żeby pracować.

Czy ty w ogóle lubisz pisać?

- Nienawidzę. Dlatego nazywam to pracą i ktoś mi za to płaci. Dla jasności: bez wątpienia mam potrzebę ekspresji. Ale potrafiłbym ją zaspokoić jednym opowiadaniem rocznie i dwoma felietonami. Może pisałbym jedną powieść na pięć lat. Gdybym był bogatym rentierem, to tak wyglądałaby moja praca literacka. A poza tym siedziałbym na tarasie domu na Maderze i pił wino.

Chociaż... tak mi się może tylko wydaje, bo przecież mam wdrukowaną śląską potrzebę pracy. Jeśli nie siedzę i nie klepię w komputer, to znaczy, że straciłem dzień.

Zresztą nie ma co łamać sobie głowy, bo nie wiem, co się robi, żeby zostać bogatym rentierem.

Ale czy samo pisanie sprawia ci przyjemność?

- Nie, bardzo nie lubię pisać. To jest męczarnia. Satysfakcję daje wymyślanie książki. W tym jestem świetny. Mógłbym machnąć trzydzieści konspektów powieści rocznie. Tylko większości z nich nie chciałoby mi się pisać.

Co jeszcze jest przyjemne?

- Chwila gdy się książkę sprzeda i dostanie zaliczkę. Bardzo przyjemne.

Wymyślasz książkę, idziesz do wydawcy, sprzedajesz i wtedy piszesz?

- Tak.

A nie mówisz: "Nazywam się Twardoch. Napiszę ci książkę, jak mi zapłacisz"?

- Nie mówię, chociaż może mógłbym. Teraz to raczej wydawcy mnie nagabują, nie odwrotnie. Taka logika rynku jest. Jeśli mi się następna książka nie uda, to się znowu wszystko zmieni i to ja będę nagabywał wydawców.

Masz wydawcę i umowę, co dalej?

- Same przykre rzeczy, to znaczy pisanie. I potem jest moment satysfakcji, niezwykle krótki, gdy piszę ostatnie strony. Bo ja do samego końca nigdy nie wierzę, że uda mi się skończyć książkę. Nawet gdy mam 90 proc. tekstu. Nie ogarniam tego, że muszę napisać milion znaków. "Morfina" ma prawie milion znaków. To jest za dużo, wydaje mi się niewykonalne. Jakbym przelewał ocean wiaderkiem, bo ktoś mi kiedyś powiedział, że jak będę codziennie przelewał, to kiedyś go przeleję. Pisanie zakończenia jest więc ogromną przyjemnością. Niestety, to trwa jeden dzień, a potem książka przestaje mi się podobać i zaczyna się poprawianie.

Ale na koniec dostaję wydaną książkę do ręki. To jest wspaniałe, choć nie tak, jak za pierwszym razem. Gdy masz szesnaście lat i pierwszy raz wkładasz rękę dziewczynie pod bluzkę, to jest to nieco większe przeżycie niż za dwusetnym razem. Tak samo z zobaczeniem swojego nazwiska na okładce. Ale samo pisanie - nie.

Niesamowita jest też myśl, że ileś tysięcy ludzi poświęciło kilkadziesiąt godzin życia na lekturę czegoś, co mnie kosztowało dwa lata pracy. To znaczy, że nie zmarnowałem tych dwóch lat, tych wszystkich godzin, które poświęciłem na siedzenie przed komputerem.

To właściwie dlaczego zacząłeś pisać?

- Trochę przez przypadek. Chciałem być naukowcem, zajmować się historią idei i zrobić doktorat. Chciałem być prawdziwym intelektualistą. Poszedłem w końcu na filozofię i socjologię, było dla mnie oczywiste, że będę pracował intelektualnie. I kiedy pisałem pracę magisterską, potwornie opasłą, o rewolucji francuskiej, miałem w głowie tyle detali, tyle danych, że ta magisterka mi nie wystarczała. Zacząłem pisać historyjki, opowiadanka. Żeby zająć głowę. Coś tam napisałem, komuś to pokazałem, a potem z głupia frant wysłałem do...

Muszę ci przerwać. To kluczowy moment. Prawie każdy coś kiedyś napisał, ale nie pokazał nikomu, bo wstyd...

- Nigdy nie miałem takiego strachu ani tremy. Chyba nawet bez pokazywania od razu wysłałem do "Nowej Fantastyki". Maciek Parowski - swoją drogą wielki, wspaniały człowiek, bardzo zasłużony dla polskiej kultury, ale chyba niedoceniany trochę, bo zajmuje się fantastyką - wyrzucił to do kosza. Prawdopodobnie bez czytania, co mu zawsze potem wypominałem w żartach. Ale próbowałem dalej. Wysłałem to samo opowiadanie do dziś nieistniejącego już od dawna magazynu "Science Fiction". Wydawał go Robert Schmidt i on mi to wydrukował. "Obłęd rotmistrza von Egern". Potworne, straszna rzecz... Ale miałem wtedy 22 lata. Opowiadanie się ukazało, co mnie niezwykle ucieszyło oczywiście.

Zapłacił?

- Nie, ale uczciwie poinformował, że debiutantom nie płaci. Był fair. Wielu innych obiecywało, że zapłaci, a jakoś potem nie płacili... Gdybyś spotkał gdzieś Tomasza Wołka, to powiedz mu, że jest mi winien siedem stów za teksty w "Życiu".

Opowiadanie się spodobało.

- Ku mojemu zaskoczeniu, bo to dla mnie była zabawa. Dalej więc skrobałem, skrobałem, i jak już naskrobałem trochę tych opowiadanek, to jeszcze jedno mi Schmidt wydrukował, później mi wydrukował coś Parowski w "NF", potem zrobiłem z tego jakiś zbiorek, który wzięła ode mnie Fabryka Słów.

Chyba po dwóch latach kiszenia się u nich w końcu ten zbiorek wyszedł. Dostałem do ręki książkę ze swoim nazwiskiem. Swoją drogą najchętniej bym wykupił cały jej nakład i spalił, to są potwornie złe rzeczy. Ten język, jak nożem po szkle, coś strasznego. Ale z drugiej strony, gdybym tego nie wydał, to pewnie bym nie pisał dalej.

Kiedy poczułeś się pisarzem?

- Bardzo późno, miałem już kilka książek na koncie. Nie myślałem o sobie w tych kategoriach. Wydawało mi się, że to jest za duże słowo na to, co ja robię.

Jak już zacząłem żyć z pisania, na początku bardzo cienko, to zacząłem o sobie myśleć, że jestem "również pisarzem". A potem przestałem myśleć, że "również". Ale niedawno, ze trzy lata temu. Chyba wtedy, gdy zaczęli mi więcej płacić za książki.

To jest dla mnie jakiś jasny wyznacznik wartości, nie mówię, że jedyny, absolutny i każdej książki, bo tak na pewno nie jest. Jeśli ktoś chce mi za to zapłacić, to znaczy, że to ma jakąś wartość. A skoro robię to zawodowo, to jak ten zawód się nazywa? Pisarstwo. To znaczy, że jestem pisarzem, po prostu.

A propos pierwszych książek. Przygotowując się do wywiadu, przeczytałem "Sternberga"...

- To straszne. Wolałbym, żebyś tego nie robił.

To nie jest aż takie złe...

- Jest potworne. Żeby była jasność, ja się nie wstydzę tej książki, nie udaję, że nie jest moja. Jest pewnym świadectwem, kim byłem wtedy, co mi się wtedy pod czaszką obracało, ale nie, na pewno jej nigdy nie wznowię.

Wydaje mi się, że udało mi się potem napisać rzeczy dużo lepsze. Lubię moje cztery ostatnie książki: "Zimne wybrzeża", "Wieczny Grunwald", zbiorek opowiadań "Tak jest dobrze" i "Morfinę". Uważam, że wcześniejszych nie warto czytać.

Po jakim czasie widzisz, że napisałeś coś gorszego?

- To jest niestety smutne, bo rzadko to się widzi od razu. Gdy skończyłem pisać "Morfinę", to stwierdziłem: "No dobra, skończyłem, ale to jest, kurwa, do niczego. To jest takie gówno...". Zazwyczaj po prostu nie wiem, czy coś jest dobre czy złe. Ale wtedy miałem przekonanie, że to jest absolutna porażka, że postawiłem sobie bardzo ambitny cel, którego nie udało się zrealizować. Wysłałem to do kilku przyjaciół. I kiedy oni powiedzieli, że - z wieloma krytycznymi uwagami - ale jednak: "Stary, jest dobrze. Świetna powieść", to dopiero wtedy odetchnąłem.

Gdybym miał luksus napisać "Morfinę", schować do szuflady i zajrzeć po roku, wtedy mógłbym być swoim recenzentem. Szkoda, bo lepiej byłoby wiedzieć od razu.

A opowiadania? Kiedy wiesz, czy są dobre?

- Też po jakimś czasie, krótszym, ale nie od razu. Niestety, czasami po publikacji.

Czytasz swoje teksty po wydaniu?

- No nie! Po co? To byłaby najgorsza wersja intelektualnej masturbacji, usiąść sobie, otworzyć wino i czytać własną książkę. Poziom egotyzmu i samozachwytu, który nawet mnie nie jest dostępny.

Ale lubisz się pokazywać?

- Wiesz, myślę o tym trochę merkantylnie. Zależy mi na tym, żeby moja książka się sprzedawała, ponieważ z tego żyję. Pomaga w tym rozpoznawalność nazwiska. Nie zamierzam się tego wstydzić, bo czego tu się wstydzić.

Ale nie chciałbym też się na to zużyć. Dzięki Bogu w Polsce pisarze nie bywają celebrytami. Nigdy w życiu nie biegali za mną paparazzi, a za celebrytami biegają. Albo się z nimi umawiają, a ze mną się nie umawiają.

Ale gdyby zadzwonili z "Tańca z Gwiazdami"...

- Nie, nie...

Ale gdyby zadzwonili...

- Nie.

Dobrze płacą!

- Może i płacą, ale trzeba, kurwa, tańczyć w telewizji. Proszę cię.

Na pewno?

- Za gruby jestem. Nie chcę być osobowością telewizyjną, naprawdę. Po tym nieszczęsnym "pierdol się, Polsko" nie łaziłem po telewizjach, odmówiłem chyba wszystkim. Uznałem, że to jest żenujące, żebym wygłaszał komentarz do zdania, które trudno skomentować i rozwinąć, bo samo w sobie jest dość syntetyczne i treściwe.

Poszedłem do Marcina Mellera, bo się lubimy i kumplujemy. Ale już do "Dzień Dobry TVN" to raczej nie poszedłbym, chyba żeby jakiś powód był.

[Już po naszym spotkaniu Szczepan Twardoch jednak odwiedził "Dzień Dobry TVN". Nie był zachwycony, gdy prowadząca Kinga Rusin była przekonana, że pisarz dostał Nike za "Morfinę"...]

No tak, relacja z plaży, wyszły pierwsze foki, a w studiu mamy pisarza, który...

- "Proszę nam powiedzieć, dzisiaj nasz temat w telewizji śniadaniowej, czy Polacy powinni częściej się opalać. Jak pan sądzi? Tak, rzeczywiście, proszę państwa, kiedy idę ulicą i widzę tłum tych bladych twarzy, bladych łydek... Polacy! Więcej słońca!"

Aż chce się krzyknąć: "Pierdol się, Polsko".

- No właśnie. Moim zdaniem miejsce pisarza nie jest w telewizji. Mam przekonanie, że udaje mi się osiągnąć równowagę pomiędzy tym, żeby nazwisko było rozpoznawalne i książka się sprzedawała, a z drugiej strony nierobieniem z siebie idioty. Być może to jest niebezpieczne, bo jak się ma takie przekonanie, to oznacza, że już jest niedobrze. Nie wykluczam więc, że parę razy z siebie już idiotę zrobiłem. Ale, Boże, czy możliwe jest przejść przez życie bez robienia z siebie parę razy idioty?

Nie!

[śmiech]

"Morfina" i "Tak jest dobrze" Szczepana Twardocha są dostępne tutaj >>

Szczepan Twardochfot. Konrad Ćwik (montaż)

Twardoch, Ślązak, krytyczny wobec polskości. Nie irytowało cię, że "Morfiną" zostałeś zaszufladkowany?

- Trochę tak. Z drugiej strony, tak już po prostu jest, że książka znajduje swoją jedną konceptualizację i ludzie tak zaczynają o niej myśleć.

Czy to jest przykre? Jest, ale żebym się miał na to zżymać albo to prostować, to nie. Mnie się wydaje, że napisałem książkę dotykającą wielu innych tematów, chyba nawet ciekawszych. Oczywiście o polskości ona jest również, ale nie tylko.

Dla mnie byłoby bardzo źle, gdybym stał się autorem jednego tematu. Pisarzem przymiotnikowym. Nie ma nic gorszego niż pisarz śląski, pisarz fantastyki, pisarz prawicowy czy lewicowy. Ja chcę być po prostu pisarzem. Kropka.

Nie mam całkowitej kontroli nad tym, jak jestem postrzegany, w jakie mnie wkładają szufladki. Ale staram się być ostrożny. Choć przeraża mnie trochę to, że powieść, nad którą teraz pracuję, to jest powieść o Śląsku, niestety.

To masz przerąbane.


- No wiem, ale nic na to nie poradzę, bo taka książka właśnie przyszła mi do głowy. Boję się tego, wolałbym pisać o czymś innym. Przy "Morfinie" strasznie się cieszyłem, że to w ogóle nie jest powieść o Śląsku. Parę słów o Śląsku jest, ale to jest powieść o Warszawie.

W pewnym momencie, całkowicie z rozmysłem, postanowiłem wstrzymać się od publicystyki. Nie zabierać głosu. Ale że jestem impulsywny, więc jak mnie jakieś sprawy poruszą, to napiszę sobie o tym, ale bez intencji publicznego zabierania głosu. No i co? No i chuj, i tak się z tego robi wypowiedź publiczna.

Mówisz o Facebooku teraz?

- Też. Ale nie tylko o tym nieszczęsnym "pierdol się, Polsko". Tylko o wywiadach. Ktoś mnie pyta, odpowiadam, to zostaje i nagle się okazuje, że to jest ważniejsze od tego, co piszę w powieściach. Byłbym głupcem, gdybym skarżył się, jaki świat jest niedobry. Świat jest, jaki jest. Jak ktoś tego świata nie rozumie, to niech go zrozumie albo niech się wyprowadzi do domku w górach i żywi się jagodami i popija zimną wodą.

Nie skarżę się, że jestem nierozumiany. Taka jest rzeczywistość. Ale bywa to męczące, po prostu.

A jakie książki lubisz czytać?

- Dla mnie sensem literatury jest, może to jest naiwne, czytać tak, żeby zapomnieć, że czytasz. Moje pierwsze przeżycie literackie było właśnie takie. Połykałem całego Verne'a. "20 tysięcy mil podmorskiej żeglugi" - Matko Boska, ja sobie rysowałem tę łódź podwodną, żeby jakoś to zobaczyć.

Zanim zaczniesz pisać, wymyślasz całą książkę?

- Tak naprawdę same się wymyślają. Przychodzą do głowy w dość skończonej formie. Nie zapisuję pomysłów. Wychodzę z założenia, że jeśli pomysł jest naprawdę dobry, to on ze mną zostanie. Chodzę sobie więc z nim, i jak zostanie ze mną tydzień, dwa, to wtedy go notuję.

W "Logo" pokazywaliśmy notatnik, na którym można pisać pod prysznicem. Wymyślasz coś pod prysznicem?

- Nie... aż szkoda, bo notatnik super! Nigdy nie pamiętam, w jakiej sytuacji coś wymyśliłem.

Może ci się czasami śni?

- Czasem tak. Ale raczej opowiadania. Na przykład "Ona płynie w moich żyłach". Jest w zbiorku "Tak jest dobrze". To jest całkowicie zapis snu.

[Horror, w którym kobiety zaczynają mordować mężczyzn - PHZ].

Przyśniło ci się od początku do końca?

- Tak, ale ono jest słabe, taki niby horrorek. Weszło do zbioru, bo nie miałem nic innego, a wydawało mi się, że jest dobre. Niestety, tylko mi się wydawało.

Opowiadam o nim, bo dwa lata po jego napisaniu kolega przysłał mi teledysk zespołu Antony and The Johnsons "Cut the World". Willem Dafoe przychodzi do pracy, ma sekretarkę, piękną dojrzałą kobietę. Ona mu podaje kawę, on otwiera komputer... i ona w pewnym momencie podchodzi i podrzyna mu gardło. Widać, że nie wie, dlaczego to zrobiła, wychodzi, a z innych pokojów w tym biurowcu wychodzą kobiety z narzędziami mordu. Razem wychodzą na ulice. Genialne po prostu.

Ale nie widziałeś go przed napisaniem opowiadania?

- Nie, ja go zobaczyłem dwa lata później! A to jest dokładnie mój sen, jeden do jednego praktycznie. Niezwykłe!

Jeden do jednego potrafisz też odwzorować rzeczywistość. Bardzo dbasz na przykład o detale historyczne. Czy takie szczegóły są w stanie wpłynąć na fabułę?

- Tak. Nie jestem w stanie dostosować rzeczywistości świata przedstawionego do pomysłu. Nie chodzi o to, że to jest niemoralne albo że tak nie wolno. To ja po prostu tak nie potrafię.

Zdarzyło ci się, że z tego powodu zmieniałeś książkę?

- Chociażby "Morfinę". Miałem napisane kilka stron o tym, jak Konstanty szuka węgla. A wtedy Olek Kopiński mnie poinformował, że w tej kamienicy, bo to istniejąca kamienica, było ogrzewanie centralne, a nie piece kaflowe. Willeman nie mógł więc szukać węgla. Musiałem ten fragment wywalić.

A jak takie rzeczy sprawdzasz?

- Siedzę i czytam.

Pytasz specjalistów?

- Przy "Morfinie" - tak. Miałem paru zaprzyjaźnionych varsavianistów. Najpierw musiałem się wszystkiego sam dowiedzieć, żeby wiedzieć, o co pytać. Nikt nie mógł mi tego dać na tacy. Ale oni, po pierwsze, pomagali mi rozstrzygać wątpliwości, a po drugie, czasem ratowali mnie przed poświęceniem dwóch tygodni na szukanie w książkach jakiegoś detalu, który dla nich był oczywisty.

Zresztą Olek Kopiński mówił mi takie rzeczy, których bym w żadnej książce nie znalazł. Czy na przełomie 1939 i 1940 roku służąca mogła mieć swoje małe mieszkanie? Czy było własnościowe, czy wynajmowane?

Bardzo dokładnie sprawdzasz świat powieści?

- Sorry, ja się będę teraz przechwalał. Jeśli ktoś się zna na Warszawie, to Paweł Dunin-Wąsowicz. Gdy Paweł przeczytał "Morfinę", różne rzeczy mu się nie podobały, ale powiedział, że strasznie chciał znaleźć jakiś detal varsavianistyczny, do którego mógłby się przyczepić. Pomyślał, że jak Twardoch pisze o tramwajach, to chociaż złapie go, że jakiś typ nie jeździł wtedy. No i sprawdził. Wszystko się zgadza.

Modę też sprawdzałeś?

- Wszystko. Tam nie ma ani jednego elementu rzeczywistości, który nie jest prawdziwy. Słuchałem nawet muzyki z tamtego okresu.

Nie odciąga cię to od samego pisania?

- Potwornie, ale to jest konieczność. Gdy powstawał "Wieczny Grunwald", w którym jest wiele staropolszczyzny, to czasami przez trzy dni pisałem dwa zdania. Żeby każde słowo było potwierdzone. Żeby nie robić stylizacji językowej, tylko pisać polszczyzną XIV w.

Na koniec zapytam, ile razy usłyszałeś pytanie, kim - lub czym - jest czarna bogini w "Morfinie"?

- Tysiąc razy. Albo dwa tysiące razy. Nie liczę.

I jak odpowiadałeś?

- Czasami, gdy byłem potwornie znudzony, odpowiadałem coś w ogóle z dupy. Ale zwykle jednak mówiłem prawdę - nie mam pojęcia.
. . .

SZCZEPAN TWARDOCH - rocznik 1979. Mieszka w Pilchowicach na Górnym Śląsku. Studiował socjologię i filozofię, planował napisanie doktoratu, ale wciągnęła go literatura. Wydał pięć powieści - "Wieczny Grunwald" został nagrodzony wyróżnieniem Nagrody Literackiej im. Józefa Mackiewicza, za "Morfinę" otrzymał Paszport "Polityki" oraz nominację do Nike. Nie nauczył się jeździć na motocyklu, bo - jak sam mówi - wystarczą mu dwa kosztowne hobby: wino oraz strzelanie (w swojej kolekcji ma m.in. nową wersję Colta M1911 czy kałasznikowa bułgarskiej produkcji). Kiedyś zajmował się również XVII-wieczną szermierką rapierem.

. . .

Sesja dla "Logo":

Zdjęcia: Konrad Ćwik
Fryzury i make-up: Katarzyna Stefania Zalewska
Produkcja: Magda Rzeszot

ZOBACZ WIDEO

Komentarze (31)
Szczepan Twardoch: "Pisać? Nienawidzę" [WYWIAD]
Zaloguj się lub komentuj jako gość
  • avatar

    elenita

    Oceniono 130 razy 26

    Śląska potrzeba pracy? Jasne. Bo reszta ludzi na całym świecie nie ma potrzeby pracy. Tylko te Ślązaki takie cudowne są, robotne, najlepsze na świecie, wyjątkowe.

  • avatar

    bubba19

    Oceniono 44 razy 24

    Ja nienawidzę kopania rowów. I dlatego nie kopię.

  • Iwona Puzowska

    Oceniono 79 razy 17

    Ach, jak wszyscy próbują chociaż trochę Twardochowi dowalić. Bo pozer, bo Ślązak, bo niewiarygodny z powodu jakieś pierdoły, bo przecież nie umie pisać itp. A ja Was Twardoch po prostu lubię! I dziękuję za tych parę godzin "straconych" przy Morfinie, wciągnęło mnie jak cholera.

  • avatar

    alpepe

    Oceniono 31 razy 15

    Czytam akurat Morfinę, po niemiecku, bo kupiłam w najbliższej księgarni. I się przyczepiam. Motyw mowy ojca do Konstantego, tej mowy o Hunach, którą Konstanty zapamiętał po polsku. Otóż jest to całkowicie niewiarygodne, jeśli językiem prymarnym Kostusia był niemiecki, a ta to zostało w powieści przedstawione. Moja córka poszła do niemieckiej szkoły w wieku sześciu lat i wszelkie wspomnienia z dzieciństwa w Polsce opisuje sama z siebie po polsku, natomiast czasy szkoły to jak nożem uciął, pojawia się język niemiecki.I tak właśnie wygląda zapamiętywanie, nie da się zapamiętać słów w obcym języku, jakby to był język ojczysty, można zapamiętać emocje, ale nie mowę słowo po słowie, to po prostu inna przegródka w mózgu.

  • avatar

    b4id

    Oceniono 35 razy 13

    Hm... zaiste ciekawe. Inni wiele by dali aby pisać, jednak nie do tego ich natura stworzyła. Chłopie, masz dobre pióro więc pisz, widocznie do tego zostałeś powołany, a że boli, no cóż nikt nie mówił że życie będzie łatwe. Każda praca jest w jakiś sposób uciążliwa niczym kamyk w bucie, ale trzeba podwinąć rękawy i do przodu. Wyczuwam tu delikatne pozerstwo... a może się mylę.

  • avatar

    wyrostekbaroczkowy

    Oceniono 29 razy 9

    Z tymi radami Twardocha dla Polski to jakaś kokieteria czy co? Nie bardzo rozumiem.
    Czy on coś ode mnie chce? Jeśli nie to o co mu chodzi?
    Jak chce się napić i nie ma na flaszkę to niech mówi otwarcie. Mogę mu rzucić na mózgojeba, jak kiedyś napisali w GW.

  • avatar

    vlaadmir

    Oceniono 10 razy 2

    Morfinę czytałem, ale jakoś mnie męczyła. Już nawet nie pamiętam, czy dokończyłem. Brakowało mi w niej jakiegoś sensu. Jakieś takie oderwane historie, wszystko się miesza. Jest wiele ciekawych myśli, ale wszystko jakby tylko tak wrzucone chaotycznie do zupy. Tu kawałek mięska, tu smaczne warzywko, a jednak całej zupy nie chce się zjadać.

  • avatar

    fastaxe77

    Oceniono 68 razy 2

    pyerdol się
    twardoch...

  • avatar

    lela-62

    Oceniono 1 raz 1

    Świetnie facet pisze, jest bezkompromisowy, pozbawiony hipokryzji, przewrotny, bardzo inteligentny i dojrzały, no i wielki szacunek dla tych detali historycznych. Przeczyłam prawie wszystkie Jego książki. Teraz kończę "Przemienienie". pozdrawiam Autora

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX

Polecamy