Robert Górski: "Na pogrzebie nie opowiadam dowcipów"

"Jerzyk dzisiaj nie pije? - to tytuł nowego programu Kabaretu Moralnego Niepokoju. No to siedzimy z Robertem Górskim w warszawskim teatrze Capitol przy wodzie niegazowanej. Tytuł zobowiązuje.

Piotr Hykawy-Zabłocki: Większość ludzi pewnie zastanawia się, jak wygląda praca nad skeczami. Nie jest tak, że wychodzicie na scenę i sypiecie żartami jak z rękawa?

ROBERT GÓRSKI*: - Fajnie by było, ale przygotowanie programu trwa. Najpierw są pomysły i dopiero gdy uzbiera się ich już dużo, decydujemy, że trzeba zrobić nowy program. Opracowanie, układanie, próby, ale nawet jeszcze na tym etapie niektóre skecze wypadają i zastępujemy je innymi.

A nie tworzycie nowych ze strachu, że stare przestaną śmieszyć publiczność?

- Strach i presja to doskonała motywacja. Wręcz wyzwanie. Ale mam wrażenie, że nam ciągle się udaje. Jak temu ruskiemu żołnierzowi, który na wojnie jest od 1941 r., a w 1944 dziwi się, że ciągle jeszcze żyje.

A na poważnie, to zakładam, że nowy program jest lepszy od poprzedniego. Być może dlatego, że stary jest już wyeksploatowany. Jak mówisz te same rzeczy przez półtora roku, to ci się zaczyna wydawać, że to jest... że to jest po prostu głupie.

Ale to pewnie tylko nasze wrażenie, bo przy starych skeczach publiczność nadal bawi się dobrze, a tylko my czujemy, że brakuje nam pewnej świeżości.

Występując z tym samym programem, chcąc nie chcąc, mówi się czasami dość automatycznie. W teatrach bywa, że aktorzy tak obojętnieją na swoją rolę, że mówiąc tekst, myślą o czymś zupełnie innym.

I zdarza się, że podczas setnego występu zapominają tekst. Właściwie to oni go nie zapominają, tylko zapominają, w którym miejscu go zapomnieli.

Bo myślami byli gdzie indziej...

- Właśnie. A u nas bywa, że skecze, które na początku bardzo śmieszą, z czasem tracą potencjał i w końcu okazuje się, że niezależnie w jaki sposób byśmy je mówili, to już nie wzbudzają takich reakcji jak wcześniej. To kolejny powód, żeby stosować płodozmian.

A jak już dopieścicie program, masz tremę podczas premiery?

Pewnie! Czekasz za kulisami i już wiesz, że koledzy z innych grup zebrali zasłużone brawa i teraz twoja kolej. Presja wciska cię w deski.

Tu nie ma oszustwa: albo rozśmieszysz publiczność, albo nie. Ludzie mogą cię potraktować ciszą, mogą wygwizdać. Nie wiem, jakbym to przeżył, bo nie przytrafiło mi się nigdy, ale widziałem artystów, którzy otrzymali taki cios. Normalnie nokaut.

W taki sposób podobno zakończył karierę mój mistrz Jerzy Dobrowolski, który występował w Koninie. Publiczność nie znalazła zrozumienia dla jego błyskotliwych metafor. Podobno wpędziło go to w depresję. Nie wiem, czy tak naprawdę było, ale wyobrażam sobie, że tak mogło być.

A nie boisz się, że któregoś dnia Robertowi Górskiemu skończą się pomysły?

-To byłoby straszne. Są autorzy jednej książki i piosenkarze jednej piosenki. Wyobrażam sobie, jaki to jest straszny ból, kiedy największy przebój napisałeś dwadzieścia lat temu i przez dwadzieścia lat starasz się wymyślić coś równie dobrego...

I że wszyscy cię kojarzą tylko z tego...

- Tak, a ty musisz na wszystkich koncertach śpiewać tę zasraną piosenkę, której nienawidzisz, a która jednocześnie jest twoim błogosławieństwem, bo to dzięki niej możesz w ogóle występować i zarabiać.

Słyszałem, że Bogusław Mec nienawidził piosenki ?Jej portret?*, bo musiał ciągle ją wykonywać. I przeklinał ten moment, kiedy dostał tę piosenkę do rąk.

Dużo improwizujecie?

- Zdarza się, że włączają syrenę albo coś przewraca się na scenie... Nie sposób tego nie skomentować. Czasem atmosfera na widowni jest tak gorąca, że czuje się w sobie dodatkową, siłę, która napędza ci głowę pomysłami.

Wtedy jest dużo improwizacji. Ale z tym trzeba ostrożnie! Skecze mają swoją równowagę. I jak w jednym wychodzi superimprowizacja, to ten dowcip, który bardzo śmieszy, może zabić drugi, który był tuż obok. Taki skecz morderca. Czasem więc improwizacja po prostu się nie opłaca.

Publiczność jest bardzo ważna?

- Kabaret to taka forma, która sprawdza się najlepiej w kameralnych salach. Ot takich na 100-150 osób. Wtedy masz wrażenie, że bierzesz udział w jakimś towarzyskim spotkaniu.

Kiedy gramy w amfiteatrze dla trzech tysięcy, to o interakcję z widownią ciężko, bo ludzie nie widzą mimiki, tylko słyszą słowa. Dlatego im więcej ludzi na widowni, tym bardziej chce się przeklinać albo używać prostych chwytów, żeby rozśmieszyć, bo one łatwiej docierają.

Są głosy, że kabaret spsiał. Dokonuje się fałszywej analogii, kiedyś był Kabaret Starszych Panów, a teraz są masowe spędy w amfiteatrach. Ale to coś zupełnie innego, mimo że i to, i to nazywa się kabaretem.

Kabaret Starszych Panów w ogóle nie powinien nazywać się kabaretem, tylko teatrem satyrycznym. Występowali w studiu telewizyjnym, bez widowni, mogli cyzelować każde słowo i każdy gest.

Nie mieli obowiązku rozśmieszenia trzech tysięcy ludzi na widowni. Ciekawe czy by to udźwignęli. Zapewne nie, zresztą nie od tego byli. Tak samo jak kabarety, które występują w amfiteatrze, nie są od tego, żeby rozbawiać widzów TVP Kultura po godz. 22.

A jak wpadłeś na pomysł, żeby zostać.... i tu zadam pytanie pomocnicze, kabareciarz to jest dobre słowo?

- Wolę artysta kabaretowy. Ale tylko dlatego, że kabareciarz brzmi nieładnie.

Przyjąłem do wiadomości. To kiedy wpadłeś na pomysł, że zostaniesz artystą kabaretowym?

- Hmm...

Niektórzy już jako nastolatkowie wiedzą, co będą robili.

- Ja po podstawówce poszedłem do technikum mechaniki precyzyjnej. Rodzice chcieli, żebym zdobył zawód. Tam nawet przygotowałem jakiś program artystyczny, ale nie myślałem, żeby zajmować się kabaretem.

Chciałem robić coś poważnego, coś dla świata, poszedłem na geologię, a znudzony nią, przeskoczyłem na polonistykę. Marzyło mi się zostać pisarzem. Uznałem, że to, co mnie interesuje, to literatura.

A co będzie dalej? ?Niech się dzieje wola nieba, z nią się zawsze zgadzać trzeba?.

Fajnie ci się studiowało? Na hasło ?polonistyka? przed oczami większości facetów pojawiają się niezliczone zastępy dziewoi.

- Cóż. Jeśli chodzi o ilość dziewczyn, to nietrudno było przebić technikum, bo w nim nie było żadnej. Tak więc na polonistyce wszystko mi się podobało, również przekrój płciowy.

I miejsce, bo to Krakowskie Przedmieście, i to, że mogę realizować swoją pasję, czyli po prostu czytać. A być może kiedyś pisać, żeby inni czytali.

Chciałeś być takim poważnym pisarzem?

- Bardzo poważnym poetą. Wtedy wszyscy chcieli pisać wiersze. Tylko niektóre wiersze wychodziły mi rymowane i do tego były dosyć zabawne. Traktowałem to jak Szymborska, jako mniej ważny fragment swojej twórczości.

Robiliśmy gazetkę studencką, publikowaliśmy te nasze poważne wiersze, ale jedna strona była na wesoło. Zrobiliśmy jakieś przestawienie i okazało się, że to się podoba.

Poważnych wierszy pisałem coraz mniej, za powieść żadną się nie zabrałem, natomiast okazało się, że tutaj mam jakiś talent. Przypomniałem sobie, że jako dziecko zawsze słuchałem ?Powtórki z rozrywki?, oglądałem z rodzicami kabareton w Opolu, śmiałem się na Laskowiku.

Pomyślałem sobie, że to może być jakiś sposób na życie. I tak od słowa do słowa, bez zimnego planowania, niesiony falą losu, powstał kabaret i zaczął szybko odnosić sukcesy, a takie sukcesy dawały wielką motywację.

Pojechaliśmy pierwszy raz na Pakę i zdobyliśmy grand prix, uznaliśmy to za dobry omen. Potem nastąpiła konfrontacja z widownią, na której nie siedzą wyłącznie studenci. Dało nam to do myślenia. Uznaliśmy, że będąc Kabaretem Starszych Panów, daleko nie zajedziemy.

Ale to nadal była studencka przygoda.

- Oczywiście. Moment zakończenia studiów to moment przełomowy dla wszystkich studenckich grup. Są pytania. Czy każdy się bierze za robotę zgodną ze swoim wykształceniem? A może skaczemy na głęboką wodę i próbujemy się z tego utrzymać?

My w Kabarecie Moralnego Niepokoju mieliśmy dość łatwą decyzję, bo polonistyka nie stwarzała wielkich perspektyw. Natomiast ci, którzy zakładali kabaret na prawie... Cóż, im nie zazdroszczę.

Można przegapić moment, po którym nie zostanie się już znanym prawnikiem, a można zostać nic nieznaczącym... kabareciarzem właśnie, a nie artystą kabaretowym.

Rodzice byli przerażeni?

- Jakżeby inaczej. Dla kabaretu rzuciłem przecież pracę w agencji reklamowej, gdzie zarabiałem więcej niż oni razem. Ale dali mi wolną rękę.

Nie przeszkadzali w tym, a teraz są oczywiście ze mnie dumni. Ciekawe, jakbym zareagował, gdyby mój syn poszedł taką drogą. Pewnie też bym mu pozwolił, ale nie bez obaw.

Nie mogłeś łączyć agencji reklamowej z kabaretem?

- Próbowałem, ale na krótką metę. Liczba kłamstw, które można sprzedać, dlaczego cię nie ma w pracy, jest ograniczona. Ile razy mogą mi przynosić szafę z Ikei? To było nie do utrzymania. Mam jednak naturę artystyczną.

Jesteś artystą?

- Tak, myślę o sobie czasami ?artysta?, bo wydaje mi się, że czasami ma to wydźwięk artystyczny. Choć jak mam wypełnić rubrykę ?zawód?, to nigdy nie wiem, co mam wpisać. Słowo artysta wydaje mi się zarezerwowane dla van Gogha albo Hemingwaya.

Ale dla ułatwienia wpisuję jednak ?artysta?, choć na początku wpisywałem ?scenarzysta?.

Szybko zdobyliście nagrody. Odbiła wam palma?

- Nie, bo jednak długo o ten sukces walczyliśmy. Było to grand prix, ale ten sukces nie otworzył nam wszystkich drzwi. Na nasze występy nie waliły tłumy, nie rzucali nam kwiatów pod nogi ani banknotów.

Parę lat nam zajęło wypromowanie naszej nazwy i doprowadzenie do sytuacji, że na występach są komplety lub prawie komplety.

Najgorzej chyba, gdy sukces przychodzi z dnia na dzień, gdy jednego dnia człowiek jest biedny, a następnego bogaty. A myśmy dochodzili do tego stopniowo, więc nie mieliśmy gwiazdorskich żądań ani nie byliśmy bufonami.

Nie zamawiacie szampanów do garderoby?

- Mamy proste wymagania. Wystarczy, żeby nie było włosów w jedzeniu. Występowaliśmy w tak różnych miejscach, czasem w tak zdegradowanych, że nie było gdzie usiąść, gdzie się wysikać... Potrafimy docenić to, co mamy.

Jest presja, żebyś na co dzień też był uśmiechnięty i rozbawiał wszystkich?

- Uśmiech jestem w stanie wszystkim zapewnić, bo generalnie jestem pogodny. Ale faktycznie ludzie oczekują od nas bycia wodzirejami.

Ale, o ile się orientuję, żaden z nas takiej natury nie ma. Bywa, że ludzie są rozczarowani. No bo jak to, ktoś, kto zabawia tysiące ludzi w Opolach czy Koszalinach, na kolacji po prostu siedzi i je.

Nie jesteś duszą towarzystwa?

- Nie mam natury zabawiacza. Przeciwnie, postrzegam się jako człowieka nieśmiałego. Tym tłumaczę pasję - kabaretem przełamuję nieśmiałość.

A czy można być artystą kabaretowym i jednocześnie poważnym facetem, głową rodziny?

- Można, można, choć niektórych to dziwi. Dariusz Michalczewski opowiadał mi, jak się bawił ze swoim dzieckiem na placu zabaw. Ktoś podszedł i zdziwiony zapytał: ?To pan się bawi z dzieckiem??. A on na to: ?A co, mam je lać? Bokserem jestem na ringu, tu jestem ojcem?.

Mamy różne role społeczne w różnych miejscach. Generalnie humor pomaga w wychowaniu dziecka. Może też załatwić parę rzeczy: popularność wśród dziewczyn, atrakcyjność towarzyską, po-zwala rozładowywać stresy.

Nie bez powodu ludzie na zdjęciach się uśmiechają, bo z uśmiechem jest wszystkim do twarzy.

Kiedy trzeba, jestem poważny, kiedy mogę sobie pozwolić - nie jestem. Po prostu. Trudno żebym się śmiał na pogrzebie, na pogrzebie jestem smutny.

Ale jak jest stypa, staram się, wykorzystując swoje umiejętności, poprawić humor ludziom, którym nie jest do śmiechu.

Zostałeś kiedyś pomylony z innym artystą?

- Kiedyś na ulicy cały nasz kabaret został pomylony z Kabaretem Starszych Panów. I to na serio! Ktoś uznał, że to Wasowski i Przybora.

Ale was jest więcej...

- Zdecydowanie więcej. Ale to była ekstremalna sytuacja, z której zdrowo żeśmy się uśmiali. Bardzo wiele osób mówi do mnie Artur. Może przez dwa ?r? imiona Robert i Artur wydają się podobne.

Śmieszne, kiedy ktoś biegnie i krzyczy, ?Jezu, Jezu, to pan! Ja pana tak uwielbiam. Oglądam wszystkie pana skecze, panie Arturze?. Raz w sklepie warzywnym zobaczyły mnie dwie dziewczyny. Jedna mówi: ?Patrz, to ten z kabaretu?. A druga na to: ?Nie, coś ty, to nie on. Co on by tu robił??.

Jesteśmy często myleni z kabaretem Ani Mru-Mru, oni mają naprawdę dobrą nazwę i ta nazwa stała się chyba synonimem kabaretu w Polsce.

A co czytasz i oglądasz, gdzie szukasz inspiracji?

- Szukam śmiesznych komedii, ale komedii w ogóle jest mało, a śmiesznych jeszcze mniej. A książki... czytam poważne rzeczy, najczęściej o wojnie. Ale nawet w takich można znaleźć coś zabawnego.

Przeczytałem książkę ?Sołdat?, druga wojna światowa widziana oczami szeregowego radzieckiego żołnierza. Wstrząsająca rzecz. Znalazłem tam jednak opowieść, która mnie rozśmieszyła. Przeczytałem kolegom i wszyscy płakali ze śmiechu.

To rzecz o żołnierzu, który stracił ręce i nogi, trafił do umieralni, bo to nie był właściwie szpital. Żona go wyciągnęła, bo liczyła na rentę. Wsadziła biedaka w worek i powiesiła na gwoździu.

Czasami wyciągała go z tamtąd, żeby się z nim... no wiesz, pobawić. Wynajmowała go też koleżankom ze wsi. Same plusy: miała rentę i jeszcze zarabiała. No i poza tym nie wychodził się upić, sama go poiła. Od czasu do czasu.

Niewiarygodne!

- Niewiarygodne, ale to prawda. Ale ta książka tak ogólnie jest straszna.

Ta historia też jest straszna. Tak straszna, że aż śmieszna.

- Groteska. Zamierzam to wykorzystać w jakimś skeczu, czyli taka lektura też mi się przyda zawodowo.

. . .

*ROBERT GÓRSKI - urodził się w 1971 r. w Warszawie. Lider i współautor tekstów Kabaretu Moralnego Niepokoju. Pisał dla nieistniejącego już pisma satyrycznego ?Chichot?, w 2012 r. wydana została jego książka ?Jak?zostałem premierem. Rozmowy pełne Moralnego Niepokoju?.Zagrał w dwóch filmach (?Baśń o ludziach stąd? oraz ?Złoty środek?). Miał okazje zajmować się również dubbingiem (?Piorun?, ?Zambezia?, ?Sklep dla samobójców?. Żonaty, ma synka.

Więcej o:
Komentarze (19)
Robert Górski: "Na pogrzebie nie opowiadam dowcipów"
Zaloguj się lub komentuj jako gość
  • nicniemogetusk

    Oceniono 48 razy -34

    Za wystep razem z Tuskiem szykuj sie pan panie Gorski na order od wladzy.
    Tfu !

  • nicniemogetusk

    Oceniono 53 razy -33

    Panie Gorski, jak pan zaczynasz sie porownywac do Wasowskiego i Przybory, to tak jak z tym gwnem i okretem i plyyyyyyniemyyyyyyyy !

  • leveller

    Oceniono 2 razy 0

    Pamiętam KMN jeszcze z " Karuzeli " ))

  • marcin5050

    Oceniono 22 razy 8

    tak, bez p.Katarzyny stracili jaja, a przynajmniej jedno.Próbowali z inną paniusią, ale to już nie to.Zresztą jej to też na dobre nie wyszło-parę reklam, program TV który się skończył zanim się zaczął.Lepiej się pogódźcie, z korzyścią dla publiki, albo zmieńcie nazwę z Kabaret Moralnego Niepokoju na Kabaret Niemoralnego Pokoju.Ona była jak katalizator - dodawała skrzydeł, lekkości.Teraz te skecze takie trochę "obucham przez łeb"

  • forestfc

    Oceniono 23 razy 15

    panie Robert kawal goscia z pana czekam na wystepy w Dortmundzie lub okolicy

  • ngtrx_pwgdrk

    Oceniono 24 razy 18

    "[Starsi Panowie] występowali w studiu telewizyjnym, bez widowni, mogli cyzelować każde słowo i każdy gest."

    Nie mogli. Wtedy wszystko szło na żywo. Przybora wielokrotnie to wspominał.

  • cleryka

    Oceniono 21 razy 21

    Skecz o" prawych i lewych" drzwiach nie do pobicia! Za każdym razem oglądając zaśmiewam się do łez...Pozdrawiam wszystkich lubiących Kabaret Moralnego Niepokoju.

  • saves

    Oceniono 21 razy 21

    Dawno temu czytałem wywiad z Michnikowskim. Powiedział w nim, że skecz "Sęk" opowiedział publicznie ok. pięć TYSIĘCY!!! razy. Niedobrze mu się robiło, gdy ktoś go prosił o powiedzenie tego Arcydzieła kabaretu.

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX