Christiaan Barnard: człowiek, który dał nam (nowe) serce

Nie uważał serca za nic metafizycznego. Dla niego była to zwykła pompa ssąco-tłocząca, po prostu mięsień, ochłap tkanki, jakich w ludzkim organizmie wiele. Nie było więc powodu, żeby serca nie dało się przeszczepić. A jednak przeprowadzenie takiego zabiegu wymagało wielkiego talentu, niezwykłej odwagi i sporej dozy nieustępliwości. To dzięki nim stał się najsłynniejszym lekarzem dwudziestego wieku.

Życie Louisa Washkansky'ego było w strzępach. Syn Żydów z podwileńskiej Słobódki wyjechał do Afryki w 1922 r., gdy miał dziewięć lat. Całe życie uprawiał sport: biegał, pływał, grał w coraz popularniejszą w Południowej Afryce piłkę nożną. Dźwigał ciężary i swoją krzepą imponował kolegom z południowoafrykańskiego korpusu, który walczył z Niemcami m.in. pod Monte Cassino.

Cukrzyca dopadła go już po wojnie. Uzależniła od zastrzyków insuliny i przez 13 lat zdemolowała mu serce. Po trzecim zawale w 1967 r. stało się niewydolne, więc dawny żołnierz i sportowiec nie opuszczał już szpitala Groote Schuur w Kapsztadzie. Skończył 54 lata, ale szanse na to, że dożyje kolejnych urodzin, miał nikłe.

Kawałek tkanki

Profesor Christiaan Barnard nie pozostawił mu złudzeń.

- Jedyną szansą dla pana jest nowe serce - powiedział.

- A skąd je wziąć? - pytał Washkansky, raczej filozoficznie.

- To tylko kawałek tkanki mięśniowej - przytomnie odpowiadał Christiaan Barnard, który o przeszczepie tego organu myślał od lat. Kto wie, czy nie od dzieciństwa, gdy jego brat Abraham, urodzony z wadą serca, umarł w wieku pięciu lat.

Barnard musiał pokonać nie tylko bariery medyczne, ale i... psychologiczne. - To tkanka, zwykła tkanka, można ją przeszczepić jak każdą inną - powtarzał sobie i innym.

W szpitalu Groote Schuur pracował od 1951 r., kiedy rzucił posadę lekarza rodzinnego, który każe pacjentom mówić "aaaaa", wypisuje recepty na syropy i środki na przeczyszczenie. Doktoryzował się z gruźliczego zapalenia opon mózgowych, ale nie miał zamiaru więcej tym się zajmować. Kluczowe okazało się stypendium na dwuletni staż w USA. Chociaż trafił nie do Nowego Jorku, Bostonu czy Chicago, a do odległej Minnesoty, łatwo się przekonał, że tam, w Ameryce, jest zupełnie inny poziom medycyny.

O transplantacjach usłyszał więcej na uniwersytecie w Minneapolis. Amerykanie już w 1954 r. przeszczepili pierwszy ludzki narząd. Zespół operacyjny w Bostonie pod kierunkiem dra Josepha Edwarda Murraya i dra Johna Merrilla pobrał nerkę od Ronalda Herricka, by przeszczepić ją Richardowi, jego bliźniakowi. To było niewyobrażalne! Przeniesiono kawałek ludzkiego ciała do innego organizmu, tak aby zaczął w nim działać.

Ale człowiek ma dwie nerki. Wyjęcie pacjentowi jednej z nich pozwalało żyć i jemu, i obdarowanemu. A serce? Serce każdy ma jedno. Nie da się bez niego żyć - to oczywiste. Dawca musiałby umrzeć.

- Albo być już martwym - rozumował Barnard. Martwym, ale na tyle krótko po śmierci, by serce jeszcze nie obumarło i nadawało się do pracy w innym ciele.

Ryzyko i procedury

Myśl, aby tego dokonać, nie dawała afrykańskiemu lekarzowi spokoju. Po powrocie do RPA w 1958 r. rozpoczął próby na psach. Wyniki nie były zadowalające, na dodatek złe wieści nadeszły także zza oceanu. 1 marca 1963 r. Thomas Starzl w szpitalu w Denver próbował przeszczepić wątrobę trzyletniemu chłopcu. Nie udało się, chłopczyk zmarł, co przygnębiło lekarzy. Owszem, w tym samym czasie James Hardy w Mississippi dokonał udanego przeszczepu jednego płuca, ale z płucem jest jak z nerkami - to organ parzysty, a nie pojedynczy i unikalny, jak wątroba czy serce.

Tenże Hardy intensywnie pracował też nad transplantacją serca. W nocy 23 stycznia 1964 r. został wezwany do jednego ze swoich pacjentów, 68--letniego Boyda Rusha. Człowiek ten umierał, potrzebował nowego organu natychmiast. Nie było czasu ani ludzkiego dawcy, więc dr Hardy podjął kontrowersyjną decyzję. Zaryzykował i wszczepił do piersi pana Rusha serce szympansa. Operacja kompletnie się nie udała, chory zmarł po kilkudziesięciu minutach od zabiegu, a na lekarzy z Mississippi spadła lawina krytyki. Tego rodzaju eksperymenty, próby międzygatunkowych hybryd, uznano za poważne naruszenie etyki, a James Hardy został porównany do dra Moreau z powieści H.G. WellsaX. Uznano także, że transplantacja serca u człowieka jest po prostu niewykonalna.

Barnard był innego zdania. Problem nie tkwił w samej istocie czy niemożności przeprowadzenia takiego zabiegu, ale jego okolicznościach. Potrzebne było odpowiednie serce odpowiedniego dawcy. A ludzie nie byli jeszcze gotowi na myślenie o przekazywaniu swoich organów po śmierci. Brakowało też procedur pozyskiwania narządów od zmarłych.

Czy ta kobieta jest kolorowa?

Uderzona przez samochód Denise Darvall była w stanie śmierci mózgowej, ale wiemy to dopiero dzisiaj. Kryteria medyczne takiej śmierci przyjęto kilka miesięcy po jej wypadku, w tzw. deklaracji z Sydney, pod wpływem raportu Komisji Harvardzkiej Szkoły Medycznej. Sprawa była poważna, mówimy o określeniu momentu, w którym lekarze przerywają leczenie.

Christiaan Barnard nie miał jeszcze tych kryteriów przy wypadku Darvall. Lekarz, który poinformował go o nim, nie miał jednak wątpliwości: 25-letnia kobieta umarła, ale jej serce pracowało prawidłowo i nadawało się do przeszczepu. Był tylko jeden kłopot.

Czy ta kobieta jest kolorowa? - zapytał Barnard.

Lekarza po drugiej stronie zatkało: - Nie, jest biała. A dlaczego?

Barnard nie tłumaczył. Nie było czasu na opowiadanie o wielu kłótniach z Valem Schrire, szefem kardiologii kapsztadzkiego szpitala. W RPA obowiązywała segregacja rasowa. Schrire twierdził, że badania są za mało zaawansowane, a wynik operacji niepewny. Gdyby pobrano serce czarnoskóremu dawcy, naraziłoby to szpital na oskarżenia o eksperymentowanie na przedstawicielach czarnej większości.

Czy gdyby w wypadku zginęła kobieta o czarnym kolorze skóry, do operacji by nie doszło? Być może. W tym wypadku zabieg i tak stanął pod znakiem zapytania. Wciąż nie było zgody rodziny na pobranie serca.

Edwardowi Darvallowi, ojcu kobiety, opowiedziano o czekającym na szansę Louisie Washkanskym. Zrozpaczony człowiek zastanawiał się tylko przez cztery minuty. Wypowiedział zdanie, tak często używane przez rodziny dawców organów: "Jeżeli nie możecie uratować mojego dziecka, niech ono uratuje innego człowieka".

Jezu, ono pracuje!

Przełomowa operacja rozpoczęła się 3 grudnia 1967 r. o godz. 2.20, kilkanaście godzin po wypadku. Washkansky zgodził się na ryzykowny zabieg, chociaż przybiły go informacje od lekarzy. Powiedzieli mu bowiem, kto jest dawcą. - Przestał to być tylko kawałek ciała. Serce zyskało tożsamość, imię, nazwisko i cały życiorys. Gdy operacja się zaczynała, myślałem o tej nieszczęsnej dziewczynie - mówił.

Pewnie też o zagrożeniu, które przy tak nowatorskim zabiegu było ogromne. Barnard określał to obrazowo: - Pacjent był w sytuacji, jakby gonił go lew, a on musiał wskoczyć do wody pełnej krokodyli, aby mu uciec. Ogromne ryzyko, ale przynajmniej miał szanse.

Lekarz wspominał potem, że widoku pustej klatki piersiowej żywego pacjenta nie zapomni nigdy. Człowiek leżał przed nimi na stole. Nie miał serca w piersi. A jednak żył, podłączony do aparatury.

Olbrzymie emocje miały miejsce wtedy, gdy zespół operacyjny czekał, aż organ rozpocznie pracę w piersi chorego. O godz. 5.34 otworzyli tętnicę główną i wpuścili ciepłą krew pacjenta do serca obcej kobiety. Czekali i... nic się nie działo. - Wydawało mi się, że to trwa całe godziny. Traciłem nadzieję - mówił Barnard. - Serce ruszyło gwałtownie, aż podskoczyliśmy. Drgnęły przedsionki, a komory posłusznie im odpowiedziały. Znów przedsionki i znów komory.

Po odłączeniu urządzeń wspomagających serce znów jednak stanęło, a ciśnienie krwi spadło. Kolejne próby nie dawały rezultatu, serce kurczyło się chaotycznie i nie pompowało krwi. Lekarze pracowali dalej. Dopiero po niemal czterech godzinach operacji Barnard odsunął się od stołu i rzekł:

- Jezu, działa! Ono pracuje!

Serce kurczyło się i rozkurczało samodzielnie, a zespół operacyjny wpatrywał się w jego pracę z nieskrywanym zachwytem.

Sukces i dramaty

Louis Washkansky wybudził się po operacji i czuł się dobrze. Jego układ odpornościowy był jednak bardzo osłabiony przez podawanie dużych dawek leków, które miały zapobiec odrzuceniu przeszczepu. Organizm nie odrzucił serca, ale pacjent zachorował na zapalenie płuc. Zmarł w tym samym miesiącu.

Kolejny pacjent dra Barnarda przeżył półtora roku. Dorothy Fischer, pierwsza czarnoskóra pacjentka z obcym sercem, które przeszczepiono jej w 1969 r., żyła jeszcze 12 lat i 6 miesięcy.

Afrykański lekarz stał się sławny. Pisano o nim w gazetach, występował w telewizji. Podróżował, przyjmował odznaczenia, odbierał wyrazu uznania. - Miałem świat u stóp - wspominał. A ten świat go zrujnował. Sława zdemolowała mu życie osobiste. Rozwodził się, romansował z Giną Lollobrigidą, przeżył samobójstwo syna.

W RPA cenią go dziś nie tylko za to, że wpisał kraj do historii medycyny i ludzkości, ale też za walkę z apartheidem. Jego brat Marius, który wraz z nim przeszczepił pierwsze serce, był politykiem i jednym z liderów walki z segregacją. Sam Christiaan powiedział kiedyś: - Nie dostałem Nagrody Nobla chyba tylko dlatego, że byłem białym z RPA, kraju segregacji rasowej. Nie miałem szans.

Pewnie dlatego złożył wniosek o obywatelstwo innego kraju. Nie wybrał go przypadkowo. - Hipokrates i jego wskazania były zawsze dla mnie drogowskazem - uzasadniał. Grecja przyjęła jego wniosek i lekarz zamieszkał na wyspie Kos, gdzie niemal dwa i pół tysiąca lat wcześniej urodził się ojciec medycyny. Zmarł na Cyprze w 2001 r. wciąż jako najsłynniejszy transplantolog świata.

Najsłynniejszy, chociaż wyprzedzeni przez niego zaledwie o trzy dni Amerykanie Shumway, Lower i Kantrowitz przeprowadzili więcej zabiegów, a ich pacjenci zwykle żyli z nowym sercem ponad 5 lat.

- Długo uważałem za niesprawiedliwe to, że wyprzedził nas lekarz z RPA - mówił przed śmiercią Norman Shumway. - Potem uznałem, że dobrze się stało. On ściągnął na siebie media i konsekwencje sławy. My dzięki temu mogliśmy spokojnie pracować.

Więcej o:
Komentarze (4)
Christiaan Barnard: człowiek, który dał nam (nowe) serce
Zaloguj się lub komentuj jako gość
  • kawiarniany.filozof

    0

    Warto wspomnieć, że - mimo zacofania PRL w wielu dziedzinach - polską próbę przeszczepu serca podjęli już w 1969 r. Jan Moll, Antoni Dziatkowiak i Kazimierz Rybiński. Niestety nie udała się, tzn. serce podjęlo pracę, ale po kilku godzinach pacjent zmarł (wtedy jeszcze nie wiedziano, że nadciśnienie płucne praktycznie dyskwalifikuje pacjenta do przeszczepu).

  • azalka12

    Oceniono 18 razy 0

    Dlaczego zatytulowaliscie artykul ".. 20 lat przed Religa'? To deprecjonuje osiagniecia i dokonania Religii, a nie wnosi niczego do tematu!

  • tw52

    Oceniono 3 razy -1

    to nie jest tak, ze nie wymagalo to wielkiej pracy przygotowawczej i te prace wykonywal Shumway, ktory wciaz sie wahal czy juz wszystko jest gotowe. Barnard po prostu skorzystal z doswiadczenia Shumwaya i zrobil to. ale to troche byla kradziez.
    w sumie jego pacjent wiele na tym nie skorzystal, ale szum medialny to przycmil.
    a w RPA latwiej bylo uniknac zarzutu zaniedbania niz w USA.

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX