Czy to będzie ich ro(c)k? Rozmawiamy z Curly Heads

Rozmowa z piątką kumpli jest nie lada wyzwaniem. Dzień przed premierą płyty "Ruby Dress Skinny Dog" skrzyknęliśmy cały skład Curly Heads, próbując stawić czoła młodzieńczej fantazji.

PRZEMYSŁAW KAROLAK: Rozmawiamy tuż przed premierą waszej debiutanckiej płyty. Stres, napięcie? Czy wręcz przeciwnie - luz i rozprężenie?

DAMIAN: Chyba nie ma jakiegoś niesamowitego napięcia, pojawiły się już pierwsze recenzje, ludzie komentowali materiał... Jest dobrze.

TOMEK S.: Prawda jest taka, że dopóki nie zobaczymy płyty na półce w sklepie, to nie uwierzymy.

A jakie macie oczekiwania?

TOMEK S.: To dla nas, a na pewno dla mnie, spełnienie marzeń.

DAMIAN: Chciałbym, żeby słuchacze dobrze nas przyjęli. Fajnie jakby tzw. środowisko przychylnie nas oceniło - w końcu takie opinie są najbardziej rzeczowe.

A jak słuchacze będą krytykowali a środowisko odrzuci?

DAWID: Nam wystarcza, że jesteśmy zadowoleni z tego, co zrobiliśmy. Oczywiście fajnie będzie spotkać ludzi na koncertach, którzy podzielają nasz entuzjazm, przeczytać rzeczowe recenzje, nietylko pozytywne. Choć pewnie nie będziemy się tymi negatywnymi przejmować. Jakby to źle nie zabrzmiało, robimy to, co czujemy. Nie uzależniamy naszego zadowolenia od odbioru materiału.

TOMEK S.: Poza tym nigdy sobie nie zakładaliśmy, jak płyta ma się sprzedać i nie ustalaliśmy naszego poziomu satysfakcji.

DAWID: My skupiamy się na muzyce. Wytwórnia, dla której nagrywamy, patrzy na to z innej perspektywy. To jest normalna firma, która ma swoje cele określone za pomocą słupków sprzedaży.

Właśnie, debiutujecie w dużej wytwórni? Skąd taki pomysł?

DAWID: Wynikało to z czystej logistyki i potencjalnych możliwości. Nie chcieliśmy utrudniać sobie życia. Taki kontrakt otwiera dużo możliwości, choćby dotarcie z materiałem do większej grupy osób.

TOMEK S.: W kwestii muzycznej producent pilnował, żebyśmy zbytnio nie popłynęli. I dobrze. Ale mogliśmy robić to, co chcieliśmy - nikt nam nic nie nakazywał.

DAWID: Wytwórnia spełnia rolę wydawcy, wspiera nas promocyjnie, ale to my mieliśmy ostatnie słowo. Ale oczywiście opieramy się na ich doświadczeniu. Na przykład, jak jest program, który wprowadza nas w lekki stopień zażenowania, a wytwórnia uważa, że dla dobra projektu powinniśmy w nim wystąpić, to robimy to.

TOMEK SZ.: Wiadomo, że nie chcemy się chować, zależy nam, żeby jak najwięcej osób o nas usłyszało.

A nie chcieliście sami wydać materiału - za darmo w sieci albo zbierając fundusze przy wsparciu wyspecjalizowanych portali?

DAWID: Pojawiła się możliwość obrania drogi, którą sam przeszedłem. Myślę, że gdyby debiutujące zespoły miały wybór, to nikt nie chciałby ryzykować. Lepiej wybrać bezpieczną opcję. Poza tym wytwórnia traktuje to jako swój projekt i zależy jej, żeby wypalił.

Teraz macie promo tour, w listopadzie regularną trasę. Chyba trochę powywracało wam się życie?

TOMEK S.: Tak się wywraca od paru miesięcy. Każdy z nas robi wiele rzeczy poza muzyką...

OSKAR: Ja robię bardzo dużo rzeczy.

TOMEK S.: Jasne, że musieliśmy zrezygnować z pewnych planów. Zacząłem drugie studia, dwa tygodnie minęły i nie byłem ani razu na zajęciach. Najprawdopodobniej nie przetrwam pierwszego semestru.

DAMIAN: Ja jestem na ostatnim roku. Powinienem oddać dwa rozdziały pracy magisterskiej, a jeszcze się za to nie zabrałem.

DAWID: Powiedz, jaki jest temat.

DAMIAN: Nudny, bo to rachunkowość: "Emisja akcji jako forma finansowania przedsiębiorstwa".

WSZYSCY: (śmiech)

DAWID: Da się o tym pisać?

DAMIAN: No tak, piszesz pierwszy rozdział o tym, co to jest przedsiębiorstwo, potem - co to giełda, później - co to jest finansowanie własne itd.

DAWID: Oskar, a jak tam u ciebie? Musiałeś zrezygnować z życia?

OSKAR: Planowałem zostać profesjonalnym graczem w "Fifę".

TOMEK SZ.: 2014

TOMEK S.: Ale wyszła "piętnastka" i zarzucił plany. (śmiech)

OSKAR: Kończąc wątek, kiedyś zostałem oszukany przez użytkownika pewnego serwisu aukcyjnego. Przy okazji pozdrawiam go bardzo serdecznie - niech spłonie w piekle. No i stwierdziłem, że zacznę grać muzykę.

I zaczęliście grać razem...

DAMIAN: Na samym początku nikt z nas nie traktował tego poważnie. Jasne, że chcieliśmy grać koncerty i występować, ale nie mieliśmy żadnych oczekiwań. Dopiero festiwal w Jarocinie był dla nas przełomem. Po nim zrozumieliśmy, że ma to większy sens. Pomyśleliśmy wtedy, że jest szansa na to, żeby coś z tego wyszło.

TOMEK S.: Byliśmy wszystkim podjarani, wtedy tak naprawdę dopiero uczyliśmy się grać na instrumentach. I myślę, że nawet przez moment nie przyszło nam do głowy, że wydamy płytę w jednej z największych wytwórni płytowych w naszym kraju i będziemy grać na największych scenach, a ludzie będą chcieli nas słuchać.

O tym za chwilę, dla porządku powiedzcie, jak się poznaliście.

DAWID: To były takie nici znajomości. Wszyscy poznaliśmy się w liceum. Oskar nam się objawił.

OSKAR: Objawiłem się (śmiech). Chłopaki są z Dąbrowy Górniczej, ja mieszkałem w Sosnowcu.

DAWID: I przyszedł do naszej szkoły. Damiana poznałem na rozpoczęciu roku, jak grał z Szulem kawałek U2. Co to było?

DAMIAN: "Vertigo".

DAWID: A z Tomkiem Skutą znałem się z podstawówki. Mieszkaliśmy na jednym osiedlu. Bardzo lubiłem rodzinę Tomka. Zwłaszcza siostrę. (śmiech) W liceum znowu się spotkaliśmy w równoległych klasach, a i jeszcze był Tomek Jagiełowicz, który do niedawna grał z nami na klawiszach. Zrezygnowaliśmy z tego instrumentu i się rozstaliśmy, ale oczywiście nie możemy go pominąć, był w klasie z Oskarem i był jednym z pierwszych członków zespołu. On był najbardziej ogarniętym gościem, jeśli chodzi o opanowanie swojego instrumentu.

TOMEK S.: Może się znał, ale ogarnięty to on nie był. (śmiech)

DAWID: Oskar jako jedyny nie miał powiązań towarzyskich.

TOMEK S.: Ja się bardzo Oskara bałem.

DAWID: A ja się bałem podejść i zagadać do Damiana, bo był w trzeciej klasie.

OSKAR: Zwerbowaliśmy Tomka Skutę i stanęliśmy przed najtrudniejszą decyzją - znalezienia perkusisty. A Damian często sobie w tej salce w piwnicy pogrywał na przerwach. I baliśmy się do niego podejść, bo to starszy koleś był.

DAWID: Maturę miał robić!

DAMIAN: Pamiętam, że nie przepadałem za Oskarem. Przyłaził do nas na dół z gitarą i grał te swoje metalowe triole. Trochę mnie to denerwowało.

OSKAR: To był Korn!

WSZYSCY: (śmiech)

DAMIAN: Jedyną osobą, którą polubiłem od samego początku, był Tomek Szuliński.

DAWID: Bo nic nie mówił.

DAMIAN: Tomek Skuta też mnie denerwował. Pamiętam, jak graliśmy z chłopakami ode mnie z klasy w kosza i Skuta przyłaził - nikt nie chciał z nim grać. Miał takie śmieszne włoski...

WSZYSCY: (śmiech)

DAMIAN: Dawid może mnie nie denerwował, ale był taką totalną zagadką i świrem, zresztą dalej jest, bo lubi się ostentacyjnie zachowywać. Np. udawał, że jest pijany, robił to bardzo dobrze. Często zastanawiałem się, czy oni są normalni. Zresztą chłopaki przez długi czas myśleli, że to ja jestem normalny...

OSKAR: Fakt, długo stwarzałeś pozory.

Spotkaliście się i jak każdy nowy zespół zaczęliście od coverów.

DAWID: A właśnie nie do końca. Covery graliśmy z Oskarem raz na imprezie, ale stwierdziliśmy, że chcemy grać własne kawałki. Kiedy skompletowaliśmy skład, już po pierwszej próbie mieliśmy jeden utwór, covery jakoś nas nie zajmowały.

OSKAR: Ale graliśmy np. "Crying Lightning" Arctic Monkeys. Na koncertach ze dwa razy zagraliśmy "R U Mine" z ich ostatniej płyty.

DAMIAN: Ale coś w tym jest, jak z Tomkiem Szulińskim zaczynaliśmy grać razem w kanciapie, to cisnęliśmy covery Nirvany, Red Hotów, Green Day. Graliśmy nawet Nickelback.

OSKAR: A my z Tomkiem Skutą na początku graliśmy "Master of Puppets" i "Enter Sandman" Metalliki. A Dawid Coldplaya. (śmiech).

TOMEK SZ.: Mnie się podoba, że nie ma w zespole parcia na covery.

Najpierw covery, później własne kompozycje, które w przypadku młodych zespołów zwykle są zrzynką pięknie ogrywaną słowem "inspiracja"... A jak było z wami?

OSKAR: (śmiech) Nasze pierwsze utwory były totalną zrzynką z Arctic Monkeys, nawet jeden roboczo nazywaliśmy "Małpy". Tylko jeden dźwięk różnił się od riffu z "Brainstorm". Zanim zabraliśmy się do myślenia o płycie, chcieliśmy grać muzykę podobną do ich.

DAWID: Jak lubisz muzykę i ją tworzysz, to ostatecznie wyjdzie miks tego, co aktualnie cię jara. Przepuszczasz to przez siebie, czasem dzieje się to świadomie, a czasem w ogóle o tym nie myślisz.

TOMEK SZ.: Mnie inspiruje Queens of the Stone Age, szczególnie ich ostatnia płyta.

OSKAR: Ja zawsze uwielbiałem Muse - każdy kawałek. Teraz słucham dużo elektroniki.

DAMIAN: Arctic Monkeys, dużo też słuchałem Foalsów.

TOMEK S.: Ja zwykle inspiruję się emocjami i estetyką, a nie konkretną płytą czy muzyką.

OSKAR: Przypomniało mi się, niedawno pierwszy raz w życiu świadomie zacząłem słuchać Led Zepellin - powala mnie to, Jimmy Page jest mistrzem!

DAWID: A ja słucham różnych rzeczy, zacząłem używać w końcu iTunesa i ściągam czasem utwory zespołów, których nie znam, mieszam je i słucham losowo. O! Ostatnio słuchałem płyty Paola Nutiniego "Caustic Love" i bardzo mi się podobała. Są dwa kapitalne utwory "One Day" i "Iron Sky". Gość ma świetny wokal.

OSKAR: On jest chyba ćpunem.

DAWID: Raczej alkoholikiem.

Przeszliście fazę coverów, wspólnego inspirowania się innymi wykonawcami i zaczęliście wymyślać swoje kawałki.

DAWID: Wszystkich jarało to, co się tworzyło. A tworzyło się intuicyjnie.

TOMEK S.: Zwykle Oskar wskazywał kierunek i dopiero potem dodawaliśmy swoje partie.

OSKAR: Tak jest, zgadzam się.

WSZYSCY: (śmiech)

DAWID: Wcześniej modyfikowaliśmy pomysły Oskara. Siedział w domu i wymyślał. Ostatnio szukałem na laptopie przeszłości i trafiłem na folder "Oskar" - tam jest kilkadziesiąt dobrych i gorszych pomysłów... Oski siedział i kombinował, w kompie robił perkusję, basy i przynosił to albo wrzucał nam do sieci.

TOMEK SZ.: Bo już wtedy był internet.

DAWID: Ja czasami dogrywałem jakiś wokal i przesyłałem dalej.

OSKAR: To był czas, kiedy nie używaliśmy Facebooka.

TOMEK SZ.: Wszystko działo się na mailu.

DAMIAN: Mieliśmy wspólny adres i pisaliśmy do siebie wiadomości.

TOMEK SZ.: I nikt się nie podpisywał. Później wprowadziliśmy system podpisów, choć po pewnym czasie potrafiliśmy się rozpoznać i bez nich.

DAMIAN: Dawid często pisał "misie" albo "misiaczki" i "całuski".

I pewnie powstało mnóstwo utworów. Ciekawe, ile z nich znalazło się na płycie?

DAWID: Tylko jeden, "HouseCall".

TOMEK S.: Kiedyś Oskar przynosił prawie gotowy pomysł, a teraz zwykle jest tak, że ktoś z nas zaczyna coś grać na próbie, reszta łapie to i przetwarza. Jest świetna historia z utworem "SynthLove". Damian to dobrze opowiada...

DAMIAN: Było tak, Oskar zaczął grać tę melodyjkę, która jest na początku - teraz jest już w bardzo przystępnej wersji, a wtedy była taka totalnie odmóżdżająca, i ja mówię sobie: "Co za gówno i idę sobie siąść na sofę". Byłem w połowie drogi, ale Dawid wziął mikrofon i zaczął śpiewać, usłyszałem to i przekonałem się.

DAWID: Ej, nie powiedziałeś wszystkiego! Ja tylko usłyszałem, jak już przeszedłeś za mną, takie: "kuuurwa". I widzę, jak wracasz.

DAMIAN: To prawda, wróciłem się, zacząłem grać, i poszło! I to jest dla mnie niesamowite, że utwór powstaje od początku do końca - ktoś zaczyna coś grać i potem gramy zwrotkę, refren, zwrotkę, refren, jakąś tam przerwę, refrenik i outro i cały numer gotowy.

TOMEK SZ.: Tak, tylko potem nie da się tego powtórzyć. (śmiech)

DAWID: Teraz, jak czujemy, że coś się zaczyna, to od razu jest komóreczka i pyk, nagrywamy.

DAMIAN: Na szczęście chłopaki robią to po cichu, bo jak przed każdym kawałkiem spinalibyśmy się specjalnie na nagranie, to nic by z tego nie wyszło. Czasami jest też tak, że nie wiemy, czy Dawid albo Tomek włączyli telefon, i jest tak, że jak kończymy, mówimy: "szkoda, że tego nie nagraliśmy".

TOMEK SZ.: Lub: "Szulu, nagrałeś?" i ja wtedy: "Nagrałem!".

DAWID: Ta, a potem odsłuchujemy i gówno słychać, bo telefon był za blisko pieca.

WSZYSCY: (śmiech)

Wspominaliście, że pojawiły się pierwsze recenzje płyty. Pewnie na samym początku też musieliście stawić czoła krytyce.

OSKAR: Do dzisiaj tak jest. Były takie sytuacje, że ludzie wychodzili z miejsc, w których graliśmy.

TOMEK S.: Albo ich wcale nie było.

TOMEK SZ.: Albo nikt nie klaskał.

TOMEK S.: I słusznie. (śmiech)

OSKAR: Albo ktoś po koncercie przychodził i krytykował.

TOMEK SZ.: Albo wchodzili na scenę i krzyczeli, że mamy śpiewać po polsku, a nie angielsku.

DAWID: Albo krzyczeli: "uwolnić Palestynę!".

WSZYSCY: (śmiech)

OSKAR: W programie telewizyjnym też się dowiedzieliśmy, że gramy źle.

TOMEK S.: Bo graliśmy.

Wystąpiliście na koncercie w ramach trasy Męskie Granie u boku muzycznych wyjadaczy. Jak się czuliście?

OSKAR: To był megastres i megapresja. Po pierwsze, bo graliśmy na najlepszej z tras koncertowych w Polsce, po drugie, grali tam artyści, którzy od lat robią wartościowe rzeczy. Wiedzieliśmy, że słuchała nas nie tylko publiczność, ale też oni stojący obok sceny.

DAWID: Oczywiście jest satysfakcja, że gra się w takim miejscu, ale nie zrobimy nic więcej ponadto, co potrafimy. Jeśli nas skrytykują i powiedzą, że to jest dziecinne i niedojrzałe, to takie to jest, bo tak właśnie gramy. Jest w nas energia i pasja i kochamy to, co robimy, ale nigdy nie dorównamy technicznie muzykom profesjonalnym. A może stali tak z boku i myśleli sobie: "kurcze, fajnie, że tak to przeżywają, grają tragicznie, ale są w tym emocje". Albo posłuchali i poszli na łychę do garderoby.

A jak jest z podziałem ról w zespole? Dawid jest frontmanem, ale Oskar wyznaczał muzyczny kierunek. Ktoś z was ma ostatnie słowo?

DAMIAN: Nikt nie ma decydującego zdania. Oczywiście, zdarza się, że przy trudnych decyzjach opinia Dawida jest dla nas ważna, bo po prostu ma większe doświadczenie w tzw. branży. Ale wszystkie decyzje podejmujemy wspólnie. W kwestiach muzycznych też działamy razem - nie ma jednej osoby, która narzuca swoją wolę.

DAWID: Siła w jedności wspólnych działań. (śmiech)

TOMEK S.: Poza tym to jest naturalne, że zwykle frontman przyciąga największą uwagę. To oczywista oczywistość.

Wróćmy do waszego debiutu. Czy "Ruby Dress Skinny Dog" jest jakimś spójnym konceptem, ma swoją strukturę?

TOMEK SZ.: To są luźno nagrane utwory, takie, które nam się podobały. Najlepsze z tych, które powstały.

DAWID: W cyfrowej wersji płyty utwór "SynthLove" kończy album, ale na fizycznym krążku jest dodany jeszcze jeden kawałek. Całość nie ma określonej struktury, poza tym, że wszystko jest poukładane tak, by zachowana została dynamika.

TOMEK SZ.: Takie nawiązanie do setu koncertowego.

DAWID: Dokładnie, myślę, że w podobnej konstelacji będziemy grali na żywo, oczywiście na koncertach gramy więcej utworów. Zresztą pod względem przesłania i tekstów to nie jest tak, że one jakoś się ze sobą wiążą. Opowiadamy o emocjach, wadach, zaletach życia, ale nie ma w tym jakiejś głębszej refleksji. Przesłanie jest takie, jakie może dać dwudziestolatek żyjący w przeciętnym komforcie.

TOMEK S.: Nie ma przesłania, bo nie mamy potrzeby powiedzenia czegoś. To raczej wyrażanie siebie, pokazanie naszych emocji.

DAWID: Myślę, że głębsze refleksje są dopiero przed nami. Jak staniemy się facetami, będziemy odpowiedzialni za ludzi, z którymi żyjemy, rodziny, to pewnie będziemy chcieli przekazać coś konkretnego.

A czemu teksty są w języku angielskim? Świadomie dajecie argument do krytykowania.

DAWID: Bo to pasuje do tej muzyki. Nie rozumiem, jak można dyskwalifikować jakiś album tylko dlatego, że jest w języku angielskim. Język to instrument. To tak jakbym używał konkretnego pędzla do namalowani obrazu. Mieliśmy polski utwór, który klimatami zahaczał o reggae i nazywał się "Podobno można latać", i on pasował mi po polsku. Nawet ludzie pytali nas, czy znajdzie się na płycie. Mamy też kawałek "Serce moje".

TOMEK S.: Jest w takim pseudoniemenowym stylu.

DAWID: Nasze mamy bardzo polubiły ten utwór.

TOMEK S.: Można go gdzieś znaleźć w czeluściach naszej strony Facebookowej.

DAWID: Zamieszczając go, napisaliśmy z uśmieszkiem, że pracujemy nad płytą.

TOMEK S.: Nasz klasyczny trolling.

DAWID: Ktoś napisał, że jeszcze dużo czasu do wydania płyty zostało i ma nadzieję, że przemyślimy to. (śmiech)

Rozmawiamy przy okazji waszego debiutu, ale nie wierzę, że nie macie materiału na drugą płytę.

OSKAR: Trochę już mamy.

DAMIAN: Na pewno mamy lepsze warunki do pracy, kilka kawałków zaczęliśmy.

OSKAR: Jeśli chodzi o konkrety, to mamy jeden utwór, ale pewnie nie znajdzie się na drugiej płycie. (śmiech)

DAMIAN: Podobnie jak w przypadku debiutu czekamy na numer, który będzie impulsem, w którą stronę mamy iść.

OSKAR: Takim przełomem był tytułowy "Ruby Dress Skinny Dog" - jak go zrobiliśmy, to poczuliśmy, że jest to nowa jakość w tym, co gramy. I w tę stronę chcemy iść. Tytuł jest przypadkowy. Dawid poprosił mnie o cztery słowa, które przyjdą mi do głowy. Najpierw trochę się z tego nabijaliśmy, ale potem zaskoczyło, tak że nazwaliśmy tak też album.

DAWID: Mieliśmy inne propozycje, ale po co mamy tworzyć coś od zera, skoro mamy utwór, który oddaje charakter całości?

Dawid zapowiadając ten wywiad w jednym z materiałów wideo, powiedział, że powiecie, co lubicie, a czego nie...

TOMEK S.: Ja lubię schabowe, ale z ziemniakami, nie z frytkami. Nie lubię wstawać za wcześnie, jak jestem niewyspany.

DAWID: Może dlatego jesteś niewyspany, bo wstajesz za wcześnie?

OSKAR: Ja lubię łososia, ale nie lubię ryb. I lubię palić papierosy.

TOMEK SZ.: Ja lubię mój wydział architektury w Gliwicach.

DAMIAN: A czego nie lubisz?

DAWID: Oskara. (śmiech)

DAMIAN: Ja lubię to, że nagraliśmy płytę, i naleśniki z dżemem, a nie lubię cebuli.

DAWID: Lubię życie w ogóle - no, co? Musiałem podnieść poziom. A nie lubię bądź też wkurwiają mnie pijani ludzie.

TOMEK S.: O, sorry. (śmiech)

DAWID: Nie, nie. Ciebie kocham.

OSKAR: Mówisz o wczoraj?

DAWID: Mówię ogólnie, nie lubię i boję się ich.

. . .

Curly Heads

Zespół powstały w 2010 roku w Dąbrowie Górniczej. Aktualnie w składzie: Dawid Podsiadło - wokal, Oskar Bała - gitara, Damian Lis - perkusja, Tomek Szuliński - gitara, Tomek Skuta - bas.
Pod koniec października nakładem Sony Music ukazał się ich debiut "Ruby Dress Skinny Dog". W listopadzie wyruszyli w trasę koncertową po całej Polsce.

Curly Heads

Ruby Dress Skinny Dog / Sony Music

Debiut, który może wstrząsnąć polskim rynkiem rozrywkowym. Album zaskakuje dojrzałością i dużą dawką emocji. Otwierająca tytułowa kompozycja hipnotyzuje psychodelicznym klimatem. Trzy kolejne utwory to już klasyczne gitarowe petardy (rewelacyjny "Reconcile"). Nawiązania do Hives czy The Strokes jak najbardziej uprawnione. "Till You Got Me" zwalnia tempo, robiąc miejsce rwącym "Burning Down" i najlepszemu na płycie "HouseCall". Potem robi się spokojniej, ale wciąż z nerwem. Album w wersji sieciowej wieńczy "Synthlove", fizyczny krążek domyka dodatkowa kompozycja "M.A.B.". Tyle i aż tyle. Niespełna 40 minut energii i emocji. Debiutantom można wybaczyć wiele, w przypadku Curly Heads nie ma do czego się przyczepić, no może tylko do tego, że płyta pozostawia niedosyt.

Zobacz także:

GŁOSOWANIE: wybieramy Mężczyznę Roku 2014 portalu Logo24

Wybieramy Mężczyznę Roku 2014 portalu Logo24

Więcej o: