Saramonowicz: o niecierpiętliwości, w samo południe, przy prosecco

W ogródku modnej knajpy łapaliśmy z C. ostatnie chwile słonecznej jesieni. Kelner sprzątał stół po śniadaniu, paliliśmy fajki pod espresso, a hejnał z otwartego gdzieś powyżej okna oznajmiał, że nie ma co gnać z obiadem. "Zatem prosecco!" - zaordynował C., a kiedy zaprotestowałem, że odrobinę za wcześnie na banię, rzucił: "Chyba nie zamierzasz dziś reżyserować, hę?", i uśmiechnął się, jakby odpuszczał mi wszystkie grzechy.

C. był już po pracy. O świcie, jak co dzień, odprawił mszę w hospicjum, a potem w telewizji śniadaniowej opowiedział o zwyczajach kulinarnych misjonarzy w Burundi. Miał na dziś jeszcze w planach redakcję własnej książki o niecierpiętliwości cierpień Boga w Jezusie Chrystusie, ale z racji, iż ów problemat budził żywe spory teologów już od kilkunastu stuleci, a mimo to ciągle pozostawał nierozwiązany, C. uznał, że dodatkowy dzień zwłoki naprawdę nie zrobi różnicy, i otworzył pękatą, dobrze schłodzoną flaszę.

Było mi dobrze. Cieszyłem wzrok następczyniami mitochondrialnej Ewy, które tuż przed naszym stolikiem kołysały biodrami w rytm "Membra Jesu Nostri" Buxtehudego, a C. opowiadał, że i tak nie ma szans, by jego książka kiedykolwiek została wydana. Arcybiskup T. zakazał mu bowiem ostatnio wypowiadać się również i na tematy teologiczne. Pozwolił jedynie pisać dalej o kinie i kuchni, zapewne tylko po to, by potem - przez licznych kapciowych, rozsianych po mediach - sugerować, że księdza C. fascynuje jedynie "cywilizacja śmierci", a sprawy zbawienia są mu całkowicie obojętne, wręcz wraże.

Tymczasem C. był jednym z najlepszych duchownych w kraju. Owszem, kochał kino, muzykę i dobrą literaturę, przede wszystkim jednak kochał ludzi. Kiedy przedstawiono nas sobie przed laty, zrazu wydał mi się intelektualnym miglancem. "Co ksiądz robi, jak chce mu się bzykać?" - spytałem zaczepnie. "Są różne sposoby. Niektórzy się biczują, ja idę na sushi" - uśmiechnął się. Z czasem pojąłem, że C. jest jednak kimś więcej niż tylko salonowym pluszakiem. Przy całej swojej krzykliwej motylkowatości okazał się być bowiem człowiekiem niezwykle prawym i przepełnionym bożą miłością. Mówię to całkiem serio. Przez całe życie nigdy nie udało mi się zobaczyć Boga, parę razy jednak dostrzegłem bożą miłość, więc wiem, że istnieje.

Krótko po tym, kiedy poznałem C., umyśliłem napisać scenariusz o jedenastoletnim chłopcu, który umiera na raka mózgu i zadaje proste pytania, po których Bóg wije się jak piskorz, bo dziecka - w przeciwieństwie do dorosłego - nie da się opędzić krótkim: "taka jest moja wola". C., który pracował właśnie w jednym z hospicjów dla umierających dzieci, obiecał, że mnie tam zabierze. "Po stu dniach będziesz już wiedział, co napisać' - zapewnił. Niestety, tak się nie stało. Czterdziestego czwartego dnia od chwili, kiedy się zjawiłem, umarła ośmioletnia Julka z rakiem mózgu, z którą zdążyłem się, niestety, zaprzyjaźnić. Bezsens tej śmierci rozgniótł mnie i wdeptał w ziemię. "Gdzie jest ten twój Bóg?! Gdzie jest ten twój socjopata?!" - darłem się na całą ulicę. Chciałem, żeby C. zaczął mi wciskać to swoje księżowskie gówno, że Bóg wie lepiej, a nasz pobyt na Ziemi to ledwie wstęp do lepszego życia, całe to bla bla bla. Kurwa, jak ja mógłbym go wtedy zmasakrować! Ale on milczał jak grób. I na ulicy, i potem, kiedy regularnie wpadał z winem lub whisky, by oglądać ze mną wszystkie sezony "24 godzin", "Dextera" i "Californication". Kilka razy wyciągnął mnie na Legię. Z tygodnia na tydzień mrok zaczął się rozjaśniać. A po trzech miesiącach zmartwychwstałem.

Kilka lat później - kiedy umierała moja matka i było z nią naprawdę źle - sam poprosiłem C., żeby ją odwiedzał. Po każdej z jego wizyt neurologiczny skurcz, od miesięcy zamieniający jej ciało w pełen cierpienia człowieczy węzeł gordyjski, zdawał się rozluźniać zacisk. Kiedy umarła, byliśmy przy niej obaj. Uśmiechała się. Pojąłem wówczas, że C. potrafi to, czego nie potrafią najnowocześniejsze leki: uśmierzyć ból, jaki umierającemu stworzeniu zadaje przerażone końcem życie. Ból, który rozrywa nie ciało, lecz duszę.

Po pogrzebie upiliśmy się do nieprzytomności. C. płakał przeraźliwie, krzyczał, że już dłużej tego nie zniesie, potem zrzygał mi się do wanny. Głaskałem go po głowie, kłamiąc, że będzie dobrze. "Jesteś bardzo dobrym księdzem" - powiedziałem, kiedy obudził się rano na mojej kanapie. Skrzywił się. "Dobry ksiądz kocha Boga. Ja tylko staram się zminimalizować skutki jego działań". Dopił kawę, poprawił koloratkę i poszedł do hospicjum.

Komentarze (3)
Saramonowicz: o niecierpiętliwości, w samo południe, przy prosecco
Zaloguj się lub komentuj jako gość
  • Marek Grądzki

    Oceniono 39 razy 35

    takich jak C niewielu i ciągle odchodzą, takich jak "Flaszka" wielu i ciągle przychodzą

  • andrzej23195

    Oceniono 6 razy 6

    Jak człowiek na podobieństwo boga rusza przeciw niemu lawina , doktryniarzy , służalców , karierowiczów , cwaniaków i zwykłych ćwoków . Życie ale trudno się pogodzić z konstrukcją tego świata bo zło zawsze na górze , to ono opanowało władzę świecką i tzw. duchową .

  • iflajer

    0

    Saramonowicz bez brody wyglądasz jak wieśniak, który przyjechał protestować do Twojego zapyziałego miasta. Nigdy więc jej nie gol bo wtedy Twoje teksty przestaną mieć jakiekolwiek znaczenie. Wiedz, że po te wynurzenia spoconej filozofii z klubu studenckiego, z którego jeszcze nie wyrosłeś, sięga się przeglądając strony www tylko dla Twojego sexi zdjęcia z brodą i retro okularkach. Później żałuje się straconego czasu.

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX