Ekspert: "Whisky można mieszać z colą! Ale czasem trochę wstyd..."

- Historia szkockiej whisky, tak jak i samej Szkocji, obfituje w zdarzenia spowodowane silnym temperamentem jej mieszkańców... - opowiada portalowi Logo24 ekspert od złotego trunku i doradca inwestycyjny brokerów whisky Colin Hampden-White.

Maciej Kabsch: Kto wymyślił whisky?

COLIN HAMPDEN-WHITE: - Cóż, tak naprawdę nie wiemy, skąd whisky pochodzi - czy narodziła się np. na Bliskim Wschodzie, czy też w Europie. My w Szkocji jesteśmy jedynie pewni tego, że tajemnica jej wyrobu dotarła do nas z Irlandii, czy też przez Irlandię. Pierwsze destylarnie w Szkocji zaczęły powstawać około IX w. na jej zachodnim wybrzeżu, a do XVII w. produkcja rozprzestrzeniła się już po całym kraju.

W tym okresie za pewne pana rodacy nie uważali już whisky za irlandzką nowinkę, której wynalezienie niektórzy przypisują samemu Św. Patrykowi, ale za swój napój narodowy.

- Narodowy, ale nielegalny. W XVII w. wszyscy destylowali w Szkocji whisky bez jakichkolwiek pozwoleń - nie była obłożona podatkiem i nie mówiło się też o jej oficjalnym obrocie. Podobnie jak w średniowieczu, traktowano ją wciąż jak lekarstwo na wszystko. Czujesz się źle? Wypij trochę whisky. W tamtych czasach można było często to usłyszeć od lekarza!

Stosunkowo późno produkcja whisky stała się legalnym biznesem, obłożonym rządowymi licencjami. Pierwsza tak naprawdę "legalna" destylarnia została założona w 1824 r. w regionie Highlands przez George'a Smitha. Zdobył on pierwszą w kraju rządową licencję, tymczasem wszyscy jego sąsiedzi destylowali własną whisky bez jakichkolwiek papierów. W okolicznych wioskach kwitł przemyt. George Smith nagle zyskał wielu wrogów. Grożono mu śmiercią, dlatego - według legendy - jeden z jego przyjaciół podarował mu dwa pistolety i nalegał, aby ten nosił je zawsze przy sobie.

Sąsiedzi Smitha wściekli się, bo dostał licencję szybciej od nich?

- Nie, oni w ogóle nie chcieli słyszeć o żadnych licencjach. Woleli działać dalej nielegalnie, bez żadnych podatków. Ich sąsiad jako pierwszy się wyłamał i wpadli w furię. Historia szkockiej whisky, tak jak samej Szkocji, obfituje w zdarzenia spowodowane silnym temperamentem jej mieszkańców... 

Jaki status w Szkocji miała whisky w momencie pojawienia się pierwszych licencji? Podobny do wódki w Europie Wschodniej czy Skandynawii?

- Bardzo podobny, tzn. z dawnego lekarstwa stała się już trunkiem rekreacyjnym, docenianym przez rozmaite grupy społeczne, w tym przede wszystkim przez szkockich i ogólnie brytyjskich marynarzy. Kto umiał ją pędzić, ten pędził. Wielu żyło z przemytu. A swoją dojrzałość - z punktu widzenia sztuki picia, bogactwa rodzajów czy rozwoju rynku - whisky, tak jak w Polsce wódka, miały jeszcze daleko przed sobą.

Jednak początek XIX w. miał się okazać dość przełomowy dla dalszej kariery szkockiej whisky...

- Właśnie w tym okresie Szkocję przedzieliła linia, która ciągnęła się ze wchodu na zachód i określiła w dłużej perspektywie specjalizację producentów whisky z różnych regionów. Uzbrojone w licencje gorzelnie na południu nastawiły się głównie na szybką i masową destylację na potrzeby brytyjskich pubów i eksportu. A na terenach powyżej tej linii rząd zrezygnował z opodatkowania niewielkiej skali produkcji whisky, która jednak oficjalnie nie mogła być przeznaczona na sprzedaż. W rezultacie ?domowe? wytwórnie z północy nie działały pod presją rynku i klientów. Destylacja w nich trwała znacznie dłużej, a ich whisky była po prostu lepsza.

Whisky nie na sprzedaż, tylko dla gości gospodarza?

- Oczywiście miejscowi i tak sprzedawali swoją whisky, tylko nielegalnie. Do dziś Szkocka z małych wytwórni w regionie Highlands, na północy kraju, jest najbardziej ceniona przez smakoszy, dlatego nigdy nie brakowało na nią klientów. Oczywiście czasy się zmieniły. Wszystkie te gorzelnie płacą już podatki, a ich whisky to ogromny biznes. W XIX w. - zgodnie z przepisami - produkowały do 250 litrów trunku tygodniowo, podczas gdy dziś ich moce to np. 10 milionów litrów rocznie. 

Mówimy tu głównie o whisky, która nie trafia na rynek jako mieszana - blended, ale najlepsza whisky z Highlands jest sprzedawana wyłącznie jako single malt. Tymczasem ponad 90 procent produkcji innych gorzelni na świecie trafia na sklepowe półki jako składnik whisky blended z etykietami popularnych marek.

Smakosze whisky poszukują właśnie trunków single malt?

- Single malt nie tak trudno jest znaleźć. Prawdziwym rarytasem jest natomiast whisky single cask, czyli whisky single malt w całości pochodząca z tej samej beczki. Posiada ona własny niepowtarzalny charakter, uzależniony nie tylko od długości okresu leżakowania, ale też np. od tego, z jakiego drewna jest beczka i co w niej wcześniej przechowywano, np. wino, sherry czy bourbon... W rezultacie, ta sama whisky single malt, ale z innej beczki może smakować zupełnie inaczej.

A dla pana która whisky jest tak naprawdę najcenniejsza?

- Ta, którą właśnie trzymam w ręce.

Proszę więc zdradzić, co pan sobie nalał do szklanki przed naszą rozmową?

- Nie o jeden konkretny trunek mi chodzi. Każda whisky jest inna i jeśli ktoś jest jej prawdziwym amatorem, potrafi się rozkoszować każdą z nich. Ja sam lubię różną whisky w zależności od pory dnia, własnego humoru, pogody czy pory roku. Latem mogę wybrać aromatyczny trunek z lodem, o zapachu winogron Chardonnay i smaku słodkiej whisky. W szarobure, zimowe, szkockie popołudnie mogę natomiast chcieć sięgnąć po jej bardziej ognisty rodzaj, który da mi ciepło i energię. Na tym polega zabawa z whisky - masz bardzo szeroki wybór i za każdym razem celebrujesz ją trochę inaczej.

W Polsce wiele osób lubi pić whisky z colą. Czy pana zdaniem coś w tym złego?

- Absolutnie nie! Mniej kosztowne bledned whisky idealnie nadają się do mieszania z innymi napojami - gingerem, colą i czym nam się podoba. Do tego właśnie służą najpopularniejsze blendy. Whisky blended z wyższej półki można mieszać, np. z wodą, ale nadają się równie dobrze do picia bez żadnych dodatków. Jeśli chodzi o blendy najrzadszych whisky to tak oczywiście, można je z czymś mieszać, ale chyba jednak to trochę wstyd...  

Jest pan członkiem komitetu inwestycyjnego firmy Stilnovisti, która zajmuje się inwestowaniem w whisky. W jaki sposób wybieracie państwo beczki, w które warto zainwestować?

- Nie jest łatwo wybrać produkt, który po określonym czasie leżakowania będzie mieć największą rynkową wartość jako dojrzała whisky - bo na początku kupujemy destylat, który z definicji jeszcze whisky nie jest. To też zupełnie inna praca niż w przypadku brokera ropy czy pszenicy... Przede wszystkim trzeba odwiedzić destylarnie i spróbować, co oferują, a następnie spośród mnóstwa próbek wybrać tą, w którą inwestujemy.

Każda whisky potrzebuje też innego czasu na wykrzesanie z niej jak najlepszej jakości. Zawartość beczek w magazynach jest regularnie testowana. Czasem whisky okazuje się najlepsza po 10 latach, innym razem po 15 - i wtedy trzeba podjąć decyzję o jej rozlaniu do butelek i spieniężeniu. Nie można się z tym spóźnić.

Z brokerem giełdowym ma pan przynajmniej tyle wspólnego, że musi wiedzieć, kiedy i co kupić oraz kiedy to sprzedać.

- Tak, ale w przeciwieństwie do giełdy papierów wartościowych, niewiele osób jest do takiego biznesu przez najważniejsze destylarnie dopuszczany.

To jakiś tajemniczy i zamknięty układ?...

- Nie o to chodzi. Szkocka branża whisky lubi czas. Tak samo, jak beczka whisky musi poczekać na osiągnięcie odpowiedniej wartości, tak samo jej producenci muszą się wiele razy z tobą spotkać - oczywiście przy whisky... - i cię zaakceptować, uznać za swojego i podzielić się z tobą najlepszymi ofertami. 

My, Szkoci, jesteśmy w biznesie dość podobni do Polaków. Z naszymi partnerami w interesach musimy się najpierw w jakimś stopniu zaprzyjaźnić i im zaufać. Myślę, że w Polsce najważniejszą wartością jest rodzina - to tak jak w Szkocji. A prowadzona w specyficzny sposób od stuleci, szkocka branża whisky trochę taki zamknięty ród przypomina - nie przenika się do niego z zewnątrz tak od razu.

Właśnie takie podobieństwa skłoniły pana do robienia interesów w Polsce?

- Oczywiście wielka fala Polaków, którzy przybyli do Szkocji i całej Wielkiej Brytanii sprawiła, że poznaliśmy was o wiele bliżej i lepiej zrozumieliśmy. Za nowymi więzami podążył także biznes, bo ludzie po obu stronach zobaczyli nowe możliwości.

Mnie osobiście do doradzania Polakom w handlu whisky przekonała też cecha, którą wyraźnie dostrzegłem wśród znajomych mi członków polskiej społeczności w Szkocji. Chodzi o pęd do wiedzy i samoedukowania się: Polacy chcą się uczyć, zamiast czekać, aż ktoś ich nauczy. Powracający ze Zjednoczonego Królestwa Polacy przywieźli też ze sobą szkocką kulturę whisky, a ludzie w waszym kraju chcą ją zgłębiać, co jest niezbędne, jeśli chce się dobrze zainwestować w ten trunek.   

Ale takie "zgłębianie" tematu wiąże się chyba przede wszystkim...

- Tak, z piciem whisky... [śmiech] A spotykając się z polskimi przyjaciółmi, widzę w waszym kraju dla rozwoju naszej wspólnej pasji naprawdę spory potencjał...

Ludzie, którzy "zgłębiają" w ten sposób kulturę whisky, uczą się ją np. rozpoznawać, tak jak eksperci od win?

- Przede wszystkim uczą się tego, co sami lubią - analizują własny gust i go poszerzają. Jest to w tym względzie sprawa bardzo subiektywna. 

Również to, czym się pan zajmuje w Polsce doskonale pokazuje, że od czasów pierwszej licencji George'a Smitha na światowym rynku sporo się zmieniło. Szkoci i Irlandczycy nie są jedynymi producentami. Czy pana zdaniem któremuś krajowi udaje się dziś doganiać starych mistrzów?

- Trochę tak jest. Wszyscy chcą już produkować whisky. A jako tego wzorowego ucznia wiele osób wskazuje Japonię. Tylko że nazywanie jej "nowym" producentem jest niesprawiedliwe, bo dobrą whisky produkuje się w Japonii już od ponad 100 lat. Tamtejsi producenci dobrze znają swój fach i są bardzo precyzyjni, jak wszyscy wytwórcy z Kraju Kwitnącej Wiśni. Po prostu dobrze wiedzą, co robią. Moim zdaniem Japonia jest więc częścią "starego świata" whisky, do którego należy również whisky szkocka i irlandzka, a także amerykański bourbon.

Więcej o:
Komentarze (2)
Ekspert: "Whisky można mieszać z colą! Ale czasem trochę wstyd..."
Zaloguj się lub komentuj jako gość
  • Expert 325

    Oceniono 2 razy 2

    ja uważam, że jęczmień, czy w zbożu czy w zacierze czy rozwodniony jako whiskey - jest dla konia; człowiek pije brandy

  • Gość: issa

    0

    kiedyś w barach podawano CAŁKIEM NORMALNIE drinki pt. whisky z colą czy gin z tonikiem. A dziś, kulson, "nie wypada".
    A mnie akurat tak właśnie smakuje....

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX