Lipton: człowiek, który wymyślił Ligę Mistrzów

25.06.2016 21:15
Sir Thomas Lipton

Sir Thomas Lipton (fot. Lipton)

Dziś żadna wielka piłkarska impreza nie obędzie się bez sponsora z branży piwnej. Ale pierwsze europejskie puchary sfinansowała... herbata. A dokładnie herbaciany potentat sir Thomas Lipton. Pierwszy biznesmen, który zrozumiał, jaki potencjał reklamowy tkwi w sporcie.

17 kwietnia 1911 r. Bob Moore strzela, piłka wpada do siatki i Anglicy są już pewni wygranej. Rozbiją Juventus Turyn 6:1 i za chwilę zdobędą puchar Liptona, pierwsze międzynarodowe rozgrywki piłkarskie...

No dobrze, przyznajmy szczerze - nie wszystko, co do tej pory przeczytałeś, jest stuprocentową prawdą.

Po pierwsze: decydujący gol Boba Moore'a. Nie wiemy, czy to na pewno ten piłkarz West Auckland zdobył decydujący gol w finale turnieju. Według źródeł, które się zachowały, po dwie bramki dla angielskiej drużyny strzelili Bob Moore i Fred Dunn, a po jednym - Andy Appleby i Joe Recastle. W jakiej kolejności jednak, nie wiemy.

Po drugie: ta impreza ufundowana przez herbacianego potentata (jego liście zalewamy wrzątkiem wszak do dzisiaj) rzeczywiście nazywana jest niekiedy "pierwszymi europejskimi pucharami", ale nie stanowiła pierwszych w dziejach piłki nożnej międzynarodowych rozgrywek piłkarskich na świecie.
Lipton był jednak człowiekiem, który tworzył historię światowego futbolu i rozrywki na dwóch kontynentach. Jako pierwszy rozpoznał potencjał marketingowy piłki, choć mało kto dzisiaj go z nią kojarzy. Lipton to bowiem herbata, a nie futbol.

Do USA i z powrotem

Rzeczywiście, na herbacie dorobił się majątku, który pozwolił mu na podobne ekstrawagancje. Thomas Lipton - wygląda jak uosobienie mitu "from zero to hero". American Dream można by powiedzieć o życiu tego Irlandczyka, który w 1865 r. wylądował w USA z ośmioma dolarami w kieszeni. Można by, gdyby nie fakt, że to... nieprawda. Lipton nie jest żadnym amerykańskim snem, w odróżnieniu od wielu innych podobnych mu imigrantów on bowiem ze Stanów Zjednoczonych wrócił. I to szybko.
Uznał, że prawdziwą karierę zrobi nie w Ameryce, ale na Wyspach Brytyjskich. I to tu może zastosować pomysły, które podpatrzył w podnoszących się po wojnie domowej Stanach Zjednoczonych. Zjednoczone Królestwo było krajem rewolucji przemysłowej, najbardziej zaawansowanym w rozwoju, ale mało kto miał tam pojęcia o reklamie i marketingu. O tym, jak w oparciu o nie robi się biznes.

James Mackay, biograf Liptona, zatytułował książkę o nim "The Man Who Invented Himself", czyli "Człowiek, który wymyślił samego siebie". Kiedy dokładnie wymyślił siebie, trudno ustalić. Może już w Szkocji, gdzie jego rodzina osiadła po ucieczce z ogarniętej straszliwą klęską głodu Irlandii i gdzie pracował w zakładzie krojczym Tillie & Henderson, wycinając wzory koszulek za cztery szylingi tygodniowo. Może wtedy, gdy po odmówieniu mu podwyżki, za dwukrotnie wyższą stawkę zaciągnął się jako boy pokładowy na parowiec linii Burns, kursujący między Szkocją a Ulsterem ("Nigdy nie byłem szczęśliwszy niż na morzu" - mówił potem). A może dopiero w Ameryce, gdzie najpierw pracował na plantacji tytoniu w Wirginii, a następnie plantacji ryżu w Karolinie Południowej, potem jako komiwojażer i akwizytor w Nowym Orleanie, wreszcie w dyskoncie spożywczym w Nowym Jorku. W nim zdobył znacznie więcej niż pieniądze. Zyskał know-how.

W Glasgow pierwszy sklep Liptona, otwarty w 1871 r. przy 101 Stobcross Street, stał się sensacją. W napisanej przez Boba Crampseya biografii "The King's Grocer - The Life of Sir Thomas Lipton" ("Królewski subiekt - życie sir Thomasa Liptona") czytamy, że w wiecznie ponurym, szarym, zamglonym i zadymionym wyziewami z kominów fabryk szkockim mieście witryny Lipton's Market biły najjaśniejszym światłem. Trudno było nie zauważyć ich neonów w tej scenerii, a na dodatek otwarcie sklepu poprzedziły festyny, które dzisiaj nazwalibyśmy kampanią reklamową. Lipton w swym biznesie wyeliminował pośredników i produkty kupował bezpośrednio u rolników, co na każdym kroku podkreślał. Dzisiaj usłyszelibyśmy w reklamie "Codziennie wszystko najświeższe, bez konserwantów, prosto z pól i sadów, z pierwszego tłoczenia".

Król reklamy

Biznesmen wynajął Williego Lockharta, utalentowanego rysownika, który tworzył dla niego plakaty i zabawne rysuneczki reklamujące sklep. Ich głównym motywem były żarciki słowne, zakorzenione w zabawnym dla Anglików i Szkotów irlandzkim slangu. Lipton przepędzał ulicą do swego sklepu stada świń ze wstążkami na ogonach, gdy chciał rozreklamować świeży irlandzki bekon. Fundował nagrody pierwszym klientom każdego dnia, zamówił w USA największy na świecie ser, powstały po wydojeniu 800 krów. Ogromny kręg sera przywieziony z Ameryki długo budził sensację, zwłaszcza że był tak wielki, iż transportować musiał go... wynajęty z cyrku słoń.

To były chwyty, których nikt dotąd na Wyspach nie stosował. Crampsey twierdzi, że Lipton harował w swym sklepie przez 18 godzin dziennie, a sypiał na prowizorycznym łóżku polowym pod ladą. Odniósł jednak sukces. W 1890 r. był już człowiekiem zamożnym. Co tydzień otwierał nowy sklep w nowym miejscu.

Wtedy przyszedł czas na ekstrawagancje. Takie jak herbata.
Lipton nie musiał przeprowadzać szczegółowych badań, by się zorientować, że nie kupują jej, nie zaparzają i nie piją właściwie żadni robotnicy. Była zbyt droga, była luksusem. Doszedł jednak do wniosku, że bez trudu da się z niej zrobić tani produkt dla każdego, o ile wykona taki sam ruch jak przy innych produktach rolniczych. Wyeliminuje pośredników i ich marże.
Na początku drugiej połowy XIX w. herbatę uprawiano głównie w Chinach, stamtąd była sprowadzana na dużą skalę. Na należącej do brytyjskiego imperium wyspie Cejlon sadzono wtedy kawę. W 1869 r. zaatakował ją jednak pasożytniczy i zabójczy grzyb Hemileia vastatrix. Plantatorzy stracili całe swoje uprawy. Do 1882 r. wszystkie krzewy kawy na Cejlonie uschły.
Herbatę próbowali w jej miejsce wprowadzić bracia Wörms z Niemiec, a później James Taylor. Dopiero jednak Lipton, który w 1890 r. kupił trzy plantacje na cejlońskich wzgórzach, zmienił tę roślinę w żyłę złota. Mark Twain, który odwiedził wyspę w 1896 r., pisał: "Uprawa herbaty to dziś na Cejlonie złoty interes - niebywałe, ale daje szybkie 40 procent zysku".
Cesarz herbaty

Dawała, pod warunkiem że działało się tak racjonalnie i skutecznie jak Lipton. Spędzał na wyspie pół każdego roku, aż zaczęto mówić na niego "Tea Tom". Nie tylko kupił plantacje i przejął od Taylora najlepiej wykwalifikowanych tamilskich zbieraczy, ale przejął cały system produkcji, łącznie z transportem, magazynami i suszarniami. Położył nawet tory dla używanych do dziś wagoników transportujących liście szybciej i sprawniej niż zwierzęta. Wymyślił też nowe sposoby pakowania herbaty, w tym puszki, które zatrzymywały jej zapach i smak. To one oraz slogan "Prosto z plantacji do czajniczka" stały się symbolem herbacianej wojny o Cejlon, którą Lipton wygrał. Nie tylko na miejscu, także w Wielkiej Brytanii, gdzie udało mu się wytworzyć obowiązujący do dzisiaj tok skojarzeniowy: Cejlon (dzisiaj Sri Lanka) = herbata, a herbata = Cejlon. Przecież ta wyspa miała nawet kształt kropli herbaty!

Reklamy jego Mazawattee Ceylon Tea z wizerunkami egzotycznych Tamilek i kornaków na słoniach atakowały podróżnych na każdej dużej stacji kolejowej na Wyspach, wyskakiwały z łamów gazet, nawet z urzędów pocztowych, gdyż Lipton wydał reklamowe pocztówki. Gdy pierwsze skrzynie z herbatą przypłynęły na statku do Glasgow, zorganizowano im huczne powitanie z orkiestrą szkockich dudziarzy w kiltach.

Nic więc dziwnego, że przy spadku cen konsumpcja herbacianego wywaru wzrosła skokowo. Teraz z herbatą kojarzył się na świecie już nie tylko Cejlon, kojarzyło się też Królestwo i brytyjski styl życia.

O ile dyskonty i sklepy uczyniły z Liptona bogacza, to cejlońska herbata zrobiła z niego milionera. Został jej oficjalnym dostawcą na dwór królewski. Królowa Wiktoria w 1898 r. przyznała mu tytuł szlachecki. Imperium Brytyjskie odebrało Chinom pierwszeństwo w produkcji kultowego napoju.

Mecenas sportu

Na przełomie XIX i XX w. nowożytny sport dopiero raczkował. Owszem, rozgrywki piłkarskie w Anglii czy Szkocji miały już sporą tradycję, ale sportu na skalę międzynarodową nadal nie było. W 1896 r. odbyły się w Atenach pierwsze nowożytne igrzyska olimpijskie. Amatorski sport z udziałem niezawodowych sportowców stanowić miał szlachetną, pozbawioną pieniędzy rywalizację. Jeden z największych biznesmenów tej epoki już wtedy widział w nim jednak ogromny potencjał reklamowy.

W 1898 r. zbudował i wystawił do prestiżowych regat o Puchar Ameryki jacht o nazwie "Shamrock", czyli koniczynka - symbol Irlandii. Stanął on w szranki z amerykańskim mistrzem, jachtem "Columbia", sławiąc nie tylko irlandzką dumę i tradycję, ale w istocie także "Lipton Tea". Do śmierci herbacianego barona w 1931 r. pięć jego jachtów walczyło w tych regatach. Żaden nigdy nie wygrał.

Jeszcze większy potencjał niż w żeglarstwie Lipton dostrzegł w piłce nożnej. Organizowany przez niego od 1905 r. Copa Lipton między Argentyną a Urugwajem był meczem, z którego wpływy przekazywano także na cele charytatywne, ale przecież jednocześnie reklamował też jego interesy. Wyobraźmy sobie - na początku XX w., poza okazjonalnymi turniejami olimpijskimi, nie było żadnych regularnych międzynarodowych rozgrywek piłkarskich na żadnym z kontynentów! Lipton zamierzał je stworzyć. Takie turnieje w Europie stanowić miały część kampanii reklamowej jego imperium, a zarazem dać kibicom coś, czego dotąd nie było - rywalizację o międzynarodową stawkę.

Lipton wysłał zaproszenia do kilku krajów Europy z prośbą o wystawienie najsilniejszych drużyn do tej rywalizacji w maju 1909 r. Niemcy wysłali Stuttgarter Sportfreunde z Südkreis-Liga, czyli ligi południowych Niemiec (Bundesliga jeszcze nie istniała, a Niemcy wyłaniali mistrza spośród zwycięzców regionalnych lig; wtedy mistrzem kraju była Viktoria Berlin). Szwajcarzy wytypowali swojego mistrza - zespół FC Winterthur. Włosi zdecydowali się na salomonowe rozwiązanie i z dwóch czołowych ekip z Turynu - Juventusu i AC Torino - zestawili jedną drużynę, Torino XI (Jedenastka Turyńska). Jedynie Anglicy nie potraktowali zaproszenia poważnie i nie wysłali na turniej nikogo. Ostatecznie udało się ściągnąć West Auckland FC, amatorską ekipę z górniczej wioski w hrabstwie Durham, której piłkarze na co dzień fedrowali węgiel. Wzięli wolne, uzbierali pieniądze na podróż do Włoch i to oni nieoczekiwanie wygrali imprezę po 2:0 ze szwajcarskim FC Winterthur i dwóch golach Roba i Jocka Jonesów, co pokazało, jak wielka była wtedy przepaść między futbolem brytyjskim a całą resztą świata.

Turniej był takim sukcesem, że w 1911 r. zorganizowano drugą imprezę. Włosi chcieli rewanżu, więc wystawili nie kombinowany zespół, a kompletny Juventus Turyn. Stara Dama uległa górnikom z West Auckland 1:6!
Prawie pół wieku przed startem współczesnych europejskich pucharów, ba! ćwierć wieku przed pierwszym mundialem odbywały się już międzynarodowe turnieje. Wszystko dzięki herbacie.

Początki futbolu międzynarodowego

W październiku 1900 r., podczas drugich nowożytnych igrzysk olimpijskich w Paryżu rozegrano turniej piłkarski (ale amatorski). Reprezentujący Wielką Brytanię zespół Upton Park FC wyprzedził Francuzów i belgijski Uniwersytet Brukselski.

Wiosną 1908 r. we Włoszech odbył się zorganizowany przez miejscową gazetę sportową Torneo Internazionale Stampa Sportiva z udziałem drużyn klubowych, w którego finale Servette Genewa ze Szwajcarii wygrał z Torino FC z Włoch 3:1. Grały także ekipy francuskie i niemieckie.

Turniej o Puchar Liptona z 1911 r. też nie był pierwszą edycją tej imprezy. Herbaciany potentat zorganizował go już dwa lata wcześniej.

A jeszcze wcześniej drużyny Argentyny i Urugwaju zmierzyły się w Copa Lipton. Kto wygrał? Cóż, nikt... 15 sierpnia 1905 r. w Buenos Aires do ostatniej minuty utrzymał się wynik 0:0. Zarządzono dogrywkę, ale zrobiło się ciemno i mecz przerwano. Wobec bezbramkowego remisu puchar dostali Urugwajczycy jako goście.

ZOBACZ WIDEO

Skomentuj:
Lipton: człowiek, który wymyślił Ligę Mistrzów
Zaloguj się lub komentuj jako gość

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX

Polecamy