Robert Więckiewicz: Problemy biorą się z myślenia

- Niektóre - dodaje aktor. Fascynują go więc bohaterowie napędzani emocjami, namiętnościami i obsesjami. W takich rolach sprawdza się najlepiej. Czy taki jest też prokurator Szacki z filmu "Ziarno prawdy"? Oceńcie sami - w kinach od 30 stycznia.

Gdy umawiałem się z Robertem Więckiewiczem na wywiad, usłyszałem radę: - Jeśli zapytasz o to, jak chłopak z górniczego miasteczka został aktorem, to będzie koniec rozmowy.

Ciekawe, ilu dziennikarzy zaczęło wywiad od tego pytania, skoro ma na nie taką alergię... W każdym razie i tak na to pytanie nigdy nie odpowiada. Zostałem ostrzeżony i temat górnictwa ominęliśmy szerokim łukiem.
Pogadaliśmy o filmowych bohaterach. 12 ról, które utkwiły nam w głowach. Z filmów, do których chcemy wracać.

ROBERT WIĘCKIEWICZ*: - Interesują mnie bohaterowie z problemami. Ze sobą albo ze światem. Chociaż, kto wie, może to oznacza to samo. Nie da się w jednej postaci znaleźć wszystkich cech, których poszukuję, które mnie interesują

PIOTR HYKAWY-ZABŁOCKI: - To dobrze, bo wtedy mogłoby się okazać, że w całym życiu obejrzeliśmy jeden film, i teraz o nim byśmy rozmawiali.

Właśnie. Ale koniec wstępu. Pokaż tę swoją listę.

Zaraz, zaraz. Zaskoczył mnie "Fitzcarraldo" na twojej...

Uwielbiam takich bohaterów, są jak tornado. Fitzcarraldo to opętany facet, fanatyk, który nie potrafi odpuścić, idzie do końca. W interpretacji Kinskiego widać, że to jest chory człowiek. Ale z drugiej strony, podoba mi się w nim, że ma misję i będzie dążył do jej realizacji. Nawet po trupach.

Podoba? To przerażające...

Raczej ciekawe. W pewnym momencie, gdy staramy się realizować swoje marzenie, nagle tracimy z pola widzenia kontekst, i wtedy to dążenie do realizacji często zamienia się w karykaturę. Jeśli sobie uświadomimy, że Fitzcarraldo wymyśla całą tę operację z przeniesieniem statku przez dżunglę, podczas której giną ludzie, a on się z tym nie liczy, to widzimy faceta chorego. Podejmuje decyzje w ułamku sekundy, nie ma czasu się zatrzymać, nic nie programuje. Jest jak torpeda. Pytanie czy warto? Ale czy bylibyśmy w stanie osiągnąć pewne cele, nie poświęcając czegoś w zamian, nawet życia ludzkiego?

Jego szaleństwo jest ekscytujące.

To jest coś takiego, co fascynuje, gdy oglądasz film. Ale dwa dni później dziękujesz Bogu, że nie spotkałeś nikogo takiego naprawdę.

Pewnie masz rację. Ale wiesz, dlaczego jednak patrzę na niego czasami z zazdrością? Ja bym tak nie potrafił, bo mam za dużo obciążeń, pytań natury moralnej i etycznej. Może byłbym w stanie coś takiego wymyślić, ale przeprowadzić - już nie.

Oczywiście staram się w życiu realizować cele, ale jestem w stanie sobie powiedzieć "zaraz, spokojnie". A Fitzcarraldo To jest jakiś rodzaj autodestrukcji, gdy jesteś opętany ideą i czujesz, że ona niszczy nie tylko wszystko dokoła, ale i ciebie samego. I dajesz się temu uwieść.

Ale można uwodzić w mniej niszczycielski sposób. Gdy Jack Aubrey z "Pana i władcy: na krańcu świata" ściga statek, którego ścigać nie powinien, i ryzykuje życiem swoich ludzi, to oni za nim idą, on nie zostaje sam.

Tutaj mamy do czynienia z facetem, który ma obsesję, ale jest w stanie się kontrolować. On jest mi bliższy, choć to tacy wariaci jak Fitzcarraldo mnie fascynują.

To w ogóle strasznie ciekawe, dlaczego ludzie idą za jakimś przywódcą? Przecież Aubrey poświęca lubianego członka załogi, żeby uratować innych. Każe wybatożyć marynarza, który mu pomógł, za drobne w sumie przewinienie. Ci wszyscy, którzy na niego patrzą z pokładu... ciekawe, co oni by zrobili na jego miejscu. Co my byśmy zrobili? Takie okoliczności są testem. Na co dzień ktoś ci powie, że świetny tekst napisałeś, mnie - że fajnie zagrałem. Ale o tym, jakim człowiekiem jesteś, dowiadujesz się w sytuacjach ekstremalnych.

Nie wiem, jakbym zachował się tam na statku, być może byłbym totalnym skurwysynem. Wydaje mi się, że nie, ale nie dowiem się, dopóki nie znajdę się w takiej sytuacji.

Jak Alfred w "Wymyku". Tylko że on test oblał.

O, dziękuję, moja rola. (śmiech). Ale poważnie. Oblał, to prawda, ale jednocześnie dostał szansę, by zobaczyć, kim naprawdę jest. Jemu potrzebny był ekstremalny wstrząs. "Potrzebna" była śmierć brata, żeby Alfred nagle się "obudził" i zobaczył, że całe jego dotychczasowe życie można w zasadzie wyrzucić do kosza.

Ale wcześniej potwornie brnie, by ukryć to, że nie pomógł bratu. Żeby dalej udawać.

To jest pytanie o to, w którym momencie odpuścić. Kiedy powiedzieć "sorry, ale dałem ciała". On został postawiony w takiej sytuacji w scenie konfrontacji w szkole. Po to, żeby udowodnić winę jednego ze sprawców śmierci brata, musi pokazać film, który kompromituje jego samego. Już nie może uciekać. Musi wziąć to na klatę. Wszyscy widzą, co się stało naprawdę.

Że wystarczyło krótkie "przyjebać ci?", żeby strach go sparaliżował.

Przyszła mi do głowy scena z "Uciekającego pociągu", gdy Jon Voigt na końcu odczepia lokomotywę, żeby uratować kumpla i maszynistkę, a sam staje na dachu, czekając na śmierć. No i płaczemy i się wzruszamy, bo facet nie pomyślał o sobie, ale o kimś. A wiemy o nim właściwie tyle, że to bezwzględny morderca.

Tak bywa, że nie dalibyśmy za kogoś pięciu groszy, a on staje na wysokości zadania. A w "Wymyku" Alfred pozuje na twardziela, kolekcjonuje broń, lubi szybkie auta, a nagle najzwyczajniej w świecie robi w gacie.

Z drugiej strony Alfred ponosi klęskę w sytuacji ekstremalnej. Żaden z nas nie wie, jakby zareagował. A Rożek w "Różyczce" brnie w swoją porażkę krok po kroku, jakby schodził powoli w kolejne kręgi piekła...

W "Różyczce" w grę wchodzi jeszcze "zaczadzenie" ideologią. Ale abstrahując od ideologii, co nas kształtuje? Dom rodzinny, wychowanie, wartości, okoliczności Na ile one nam pomagają? Była Irena Sendlerowa i był szmalcownik. Pewnie oboje mieli w sobie pierwiastek dobra i zła. Co zadecydowało, że postępowali w tak odmienny sposób?

Wracając do "Różyczki". To jest częsty temat w kinie, rodzaj zapętlenia. Zaczyna się od drobnych win, ale powolutku bohater robi coraz gorsze rzeczy. Jakby ktoś ci powiedział "ukradnij karton batoników", to się oburzysz. Ale jak wcześniej ukradniesz jeden batonik, potem dwa, to w końcu i karton nie będzie problemem. Taki mechanizm.

Tak jest ze złem. Idziemy małymi kroczkami. A potem co za różnica, czy zabijesz tysiąc, czy 10 tysięcy.

To jest też świetnie pokazane w drugiej części "Ojca chrzestnego", gdy Michael Corleone uważa, że tylko on wie, jak ochronić rodzinę, i dochodzi do tego, że każe zabić brata...

Najpierw batonik, a potem karton. "Jak już wszystkich zabiję, to już nie będę zabijał. I wtedy będę już dobry".

Ale tak się nie da, bo zaraz zaczynają wychodzić upiory z szafy. Wiadomo, jak to się kończy w trzeciej części. Nie zabijesz wszystkich.

Spójrz na innego bohatera Ala Pacino, Carlito. Wszystko sobie poukładał, ale przeszłość go dogoniła. Chciał się zmienić, darował życie temu facetowi, który go na końcu filmu zastrzelił. Carlito był tak uwikłany, że nie miał szans na zmianę.

Corleone też nie miał szans. Wszystkie jego intencje zamieniają się w zło. Cały czas próbuje, ale jest skazany na porażkę. To jest bohater jak z greckiej tragedii. I być może, paradoksalnie, dlatego mu kibicujemy.

Zresztą tak w kinie bywa. Dajemy się uwieść negatywnemu bohaterowi.

W "Gorączce" też trzymamy kciuki za De Niro, a nie za Ala Pacino. Za bandytę, nie za policjanta.

"Gorączka"... to chyba najlepszy film kryminalny, jaki powstał. Ciekawe, że zazwyczaj, gdy kibicujemy bandycie, to wtedy, gdy policjant jest wręcz nieludzko zły. Jak w "Leonie Zawodowcu". A w "Gorączce" przecież lubimy policjanta granego przez Ala Pacino, ale jeszcze bardziej - De Niro.

Dlatego, że widzimy człowieka, który chce się podnieść, który mówi "stop". Jesteśmy w stanie wybaczyć te trupy. Pewnie dlatego, że my sami nie jesteśmy idealni i chcemy wierzyć, że zawsze będzie jakaś furtka, że zawsze ktoś poda nam rękę.

Słabości bohaterów sprawiają, że są nam bliżsi. Tak jak De Niro w "Misji". Najpierw handluje ludźmi, potem poświęca się za Indian. Umiera za nich. Dlaczego kochamy takich bohaterów? Bo dostają szansę. Mówią, że popełnili błąd, ale już będą dobrzy. To samo ma De Niro w "Gorączce", i to samo ma w "Misji".

Hmm... De Niro w obydwu filmach ginie. Ale w "Misji" ginie świadomie, nadaje swojej śmierci sens. A ostatnie sceny "Gorączki" pokazują, że on przegrał.

Nie przegrał. Lepiej byłoby, gdyby zabił Pacino?

Nie, nie. Ale mógł odpuścić mordercy swojego kumpla, nie wchodzić do hotelu. Zdążyłby uciec przed policjantem i odlecieć z tą dziewczyną.

Ale to jest to, o czym mówimy! Bohater De Niro funkcjonuje w pewnym systemie. Nawet wtedy, gdy chce dokonać zmiany w sobie, to najpierw musi się zmierzyć ze swoimi upiorami z przeszłości. On musi wejść do tego hotelu, musi zastrzelić mordercę swojego kumpla. Na tym polega tragizm tej sytuacji. Gdyby tam nie poszedł i gdyby udało mu się uciec, to nie wytrzymałby z tą dziewczyną. Tamto by go zżarło. Chciał na czysto wejść w nowe życie. Zamknąć stare sprawy i zacząć od nowa. Okazuje się, że to nie takie proste.

Nie można odpuścić? System cię dopadnie?

Chyba że jesteś jak Koleś z "Big Lebowskiego". On mi się strasznie podoba. Nie dlatego, że ma wszystko w dupie, bo wcale nie ma. Ale przed niczym nie ucieka. Jest tu i teraz.

Koleś też mimo woli pakuje się w jakieś ekstremalne sytuacje. Poza tym żyje poza systemem. Nawet specjalnie go nie kontestuje, system funkcjonuje obok niego i czasami go dopada. A on potrafi powiedzieć "dobra, to ja sobie buchnę dżointa, popatrzę, jak trawa rośnie".

W tym filmie mamy zlepek bohaterów narysowanych grubą kreską, ci jego dziwni kumple, a w tym wszystkim jest on, który mówi "heeeeej, wyluzuj, koleś".

Ale to tylko marzenie...

Ale można? Można. Cały czas gdzieś o tym czytasz w "Zwierciadłach" i "Sensach". Pani miała dość i teraz hoduje kozy w Bieszczadach, robi sery i jest szczęśliwa.

Z tym, że Koleś nie jedzie do Ohio i nie kupuje stada krów. Tylko siedzi na swoich śmieciach.

I to mi się w nim podoba.

Na naszej liście mamy też "Forresta Gumpa". Forrest po prostu idzie przez życie, nie wymyśla siebie, też od niczego nie ucieka.

Forrest jest dla mnie kimś bardzo głęboko naturalnym. On po prostu jest. Jak reagujemy na takich ludzi? Albo się z nich śmiejemy, albo ich w ogóle ignorujemy. Forrest jest kimś w rodzaju świętego głupka. W literaturze, zwłaszcza rosyjskiej, jest dużo takich świętych głupków. Okazuje się czasami, że są najmądrzejsi.

Nie namawiam do tego, żeby biegać nago i mieszkać w szałasie, ale żeby czasem się zatrzymać i oddychać. Większość naszych problemów wynika z tego, że nie jesteśmy "teraz", tylko trzy kroki do przodu. Albo tkwimy w przeszłości. Zastanawiamy się nad tą przeszłością, "trzeba było zrobić tak, a nie tak" Ale nic nie poradzimy, bo już jesteśmy tutaj. Forrest jest zawsze "tutaj", i to jest chyba trochę buddyjskie.

"Forrest Gump" i "Big Lebowski" to dzwonek ostrzegawczy, żeby nie przesadzać z myśleniem?

Teraz powiem herezję. Sporo naszych problemów bierze się właśnie z myślenia. (śmiech)

To jeszcze dorzućmy, jako panowie po trzydziestce...

(śmiech)

...dorzućmy "American Beauty".

O, to jest film o nas, o mężczyznach. Bohater zaczyna się zastanawiać: "To już koniec? To już ta smuga cienia?". Więc co: siłownia, młoda dziewczyna, dżointy. To jest też brak umiejętności bycia tu i teraz.

Rozmawiałem ostatnio z kolegą z mojego pokolenia, który powiedział ciekawą rzecz. Że przez jakieś osiem lat nie dotykał śniegu. Wiesz, o co chodzi? Jak wychodzisz z domu, zakładasz rękawiczki. Jak pada, bierzesz parasol. A kiedyś tarzałeś się w śniegu, ręce siniały, a nie czułeś zimna.

I tego faceta z "American Beauty" prawdopodobnie dopada taki moment. Uświadamia sobie, że minęło, że już nie. Nic już nie jest przeżywane tak intensywnie jak kiedyś - jak pierwsze spotkanie z dziewczyną, pierwszy pocałunek.

Ale to fikcja. Kevin Spacey w tym filmie chce mieć lat dwadzieścia kilka, ale nie chce zrezygnować z fajnego samochodu, na który go stać dopiero teraz.

Chce się przenieść w czasie. Czyli żeby wszystko było tak, jak jest, tylko lepiej i intensywniej. Chce mieć dwa razy więcej, i to jest znowu pułapka. Popatrz, on przecież dokładnie robi to, o czym mówiliśmy. Wydaje mu się, że jak zacznie ćwiczyć i spotykać się z młodą dziewczyną, to wszystko się zmieni jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. To jest ułuda. Nie cofniesz ani nie przyspieszysz czasu. Można gonić króliczka przez całe życie, a potem się zorientować, że cały czas patrzyłeś wstecz i traciłeś czas.

I dlatego bohater grany przez Spaceya jest tak boleśnie prawdziwy. Zauważ, że często wychodzimy z kina i mówimy "dobrze, że ja tak nie mam". A przecież wielu z nas ma podobne problemy jak ci bohaterowie z kina.

W każdym z nas jest coś z Fitzcarralda?

Wszyscy się jakoś szarpiemy. Podstawowe pytanie, to co z tym zrobić...
Wiesz bohaterowie, o których rozmawiamy, są do szpiku kości ludzcy. Takich lubię najbardziej. Oglądać i grać. Czy to będzie tęsknota za młodością, czy to będzie świadomość przemijania, czy to będzie jakaś obsesja, idea. Te postacie niosą w sobie cechy, które często my też mamy, ale na co dzień o tym nie myślimy. Więc gdy gram, szukam tych cech w sobie i staram się je wyciągnąć na wierzch.

Czasami tak sobie myślę, że ja wszystkich swoich bohaterów mam w środku, w sobie. Że my wszyscy jesteśmy jednym.

. . .

*Robert Więckiewicz - urodził się w 1967 r. w Nowej Rudzie. Absolwent (rocznik 1993) Państwowej Wyższej Szkoły Teatralnej we Wrocławiu. Był aktorem poznańskiego Teatru Polskiego. Po przeprowadzce do Warszawy zagrał u Pawła Łysaka w głośnym spektaklu "Shopping and fucking". Potem dołączył do zespołu teatru Rozmaitości, gdzie u Grzegorza Jarzyny wystąpił m.in. w "Księciu Myszkinie". W filmie pierwszą większa rolę zagrał w 2001 r. w "Pieniądze to nie wszystko" Juliusza Machulskiego. Potem wystąpił m.in. w "Vincim", "Świadku koronnym", "Domu złym", "Różyczce" i "Wymyku". Ostatnie lata to głośne role: główna w nominowanym do Oscara "W ciemności", tytułowa w "Wałęsie" oraz w "Pod Mocnym Aniołem" według książki Jerzego Pilcha.

SESJA LOGO:

Za pomoc w realizacji sesji dziękujemy Państwu Szafrańskim.

Charakteryzacja: Agnieszka Jańczyk

Stylizacja: Kasia Łaszcz

Produkcja: Dorota Sikorska

Zdjęcia: Tamara Pieńko

Robert Więckiewicz ma na sobie: marynarka Vistula, koszula i szelki Emanuel Berg, spodnie Próchnik, płaszcz Rage Age, spodnie Vistula, buty Pollini, płaszcz Próchnik, koszula Vistula

?Ziarno prawdy? oraz inne książki Miłoszewskiego dostępne na Publio.pl >>

Więcej o:
Komentarze (12)
Robert Więckiewicz: Problemy biorą się z myślenia
Zaloguj się lub komentuj jako gość
  • Jarek Gackowski

    Oceniono 31 razy 27

    "Jeśli zapytasz o to, jak chłopak z górniczego miasteczka został aktorem, to będzie koniec rozmowy'' Myślę p.Robercie, że grając ochroniarza w 'Samym życiu' na Polsacie wiele lat temu, nie było by 'kłopotu' z zadawaniem jakichkolwiek pytań.

  • ewa100040

    Oceniono 9 razy 5

    to wspanialy aktor mam nadzieje ze sie nie zmanieruje czekam nzadalsze kreacje aktorskie

  • jacek-jacenty

    Oceniono 4 razy 4

    "Robert Więckiewicz: Poblemy biorą się z myślenia"

    Redahtor ma poblemy już z tytułem artykułu :)

  • voiceinthedesert1

    Oceniono 4 razy 2

    Dzisiejsi aktorzy, w przeciwieństwie do przedwojennych, napędzani są wódką. Wódka i Viagra wzbudza ich chore namiętności, nie miłość Piękna i Prawdy!

  • pjck

    Oceniono 1 raz 1

    Cholera, facet mówi o samych uniwersalenie dobrych filmach. Świetny wybór!

  • tymon99

    Oceniono 1 raz 1

    "runaway train". jeden z dziesięciu najlepszych filmów, jakie kiedykolwiek powstały. może nawet trzeci z tych dziesięciu. z całym należnym szacunkiem, polska kinematografia w te okolice nawet nie ma wglądu. można nauczyć szympansa, jak się rozbija orzechy - ale to dalej jest tylko szympans.

  • lukki69

    Oceniono 1 raz 1

    To jak z kierowcą rajdowym i pytaniem "dziennikarza":Jak się jechało?:)

  • voiceinthedesert1

    Oceniono 5 razy -1

    Gdzie jest mój komentarz?! Codziennie jestem cenzurowany przez Gazetę. Tak robili komuniści, dlatego wyjechałem za granicę!

  • zimmel

    Oceniono 5 razy -3

    Co tu komentować jak widać jak chłopu słoma wyłazi z butów.

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX