Sam Phillips: człowiek, który odkrył rock'n'roll

To nie on pierwszy poznał się na Elvisie Presleyu, ale jego... asystentka, która poleciła mu nowego, ciekawego wykonawcę. Sam Phillips jednak nie miał co do niego wątpliwości. Włączył nagrywanie, utrwalił jego występ, wylansował i... tak narodził się rock'n'roll.

Jest wieczór 5 lipca 1954 r. Studio wytwórni Sun Records w Memphis. Sam Phillips, właściciel studia, jest zły, zmęczony i sfrustrowany. Wiele godzin nagrań i... nic. Żadego godnego uwagi materiału. I wtedy stojący przed nim młodziak, który dotychczas nie był w stanie wykrzesać z siebie nic ekscytującego, chwyta za gitarę i zaczyna improwizować w szaleńczym tempie. Aranżuje znany już kawałek "That's All Right" Arthura "Big Boya" Crudupa, dodaje jednak do niego inwokację do swojej matki:

"Wszystko gra, mamo
To wszystko dla ciebie
Wszystko już teraz gra, mamo
Wszystko, co teraz robię" .

To jest to, na co czekał Phillips. Jeszcze nie wie, że ten miszmasz, połączenie country, bluesa i boogie, który właśnie słyszy zostanie nazwany rock'n'rollem. Jeszcze nie wie, że przed nim stoi przyszły król muzycznej sceny. Jeszcze nie wie, że na jego oczach rodzi się historia. Ale jedno Phillips wie doskonale. Ten chłopak zaskoczył go i zniewolił swoim wykonaniem: - Dobra robota, Elvis. Dobra robota, panie Presley.

A przecież do odkrycia talentu Presleya mogło nigdy nie dojść, bo nastoletni muzyk pojawił się w wytwórni Phillipsa już rok wcześniej! Okoliczności ani przebieg tamtej pierwszej wizyty nie są jasne. Niektóre źródła podają, że Elvis zapłacił cztery dolary za wynajęcie studia, bo chciał nagrać po prostu kilka piosenek na urodziny swojej matki. To trochę dziwne, bo pani Presley miała jubileusz 16 kwietnia, a nie latem. Albo to zatem nieprawda, albo młody Elvis chciał zrobić nagranie na zapas, z kilkumiesięcznym wyprzedzeniem, albo prezent był spóźniony. W niektórych biografiach Presleya można natrafić właśnie na taką informację; chłopak zapomniał o urodzinach mamy i chciał gafę nadrobić z nawiązką. Kilka lat później on sam z kolei twierdził, że po prostu był ciekaw, jak jego głos brzmi na nagraniu. W każdym razie nagranie to ostatecznie trafiło do pani Gladys Presley. Podobno była zachwycona.

Nie jest także jasne, czy Sam Phillips od razu zwrócił na niego uwagę. W jednym z wywiadów wspominał, że tak, ale występ Presleya był nieudany. "Była to słaba próba" - taka wypowiedź jest cytowana w wielu opracowaniach na temat historii rock'n'rolla. Historycy uważają jednak, że w lipcu 1953 r. młody muzyk umknął producentowi do tego stopnia, że rok później musiała mu o nim przypomnieć asystentka. Nazywała się Marion Keisker. "To ona odkryła coś specjalnego, coś niezwykłego w głosie Elvisa" - pisał w swojej książce "The Elvis Archives" Todd Slaughter, szef brytyjskiego fanklubu piosenkarza. "Zrobiła notatkę i zdołała nagrać Elvisa na własnej taśmie, by później odtworzyć ten fragment swojemu szefowi". Jak pisze Mariusz Ogiegło w tekście "60 lat rock'n'rolla", po pierwszej wizycie Elvisa w studiu pozostała taśma z zapisem fragmentu "My Happiness" i całym utworem "That's When Your Heartaches Begin" oraz odręcznie sporządzona przez Marion Keisker notatka z adresem debiutanta (Alabama Street 462) i dopiskiem: "Elvis Pressley. Dobry wykonawca ballad. Zachować" (pisowna nazwiska oryginalna, z błędem).

Sam Phillips pracował wtedy ze Scottym Moorem. Ten gitarzysta, dzisiaj zaliczany do legend muzyki, wtedy był jedynie bywalcem klubów w Memphis, gdzie grywał country i kawałki w innym stylu, a od dwóch lat nagrywał w Sun Records. Wraz z Samem Phillipsem doszli do wniosku, że potrzebują jakiegoś sensownego wokalisty, który umie też grać na gitarze. Wtedy odezwała się asystentka Marion Keisker: - A może ten Presley? Nie był zły...

I tak wracamy do lipcowego wieczoru 1954 r. Stary, bluesowy kawałek w wykonaniu Presleya nabrał zupełnie nowego brzmienia. Scotty Moore się podłączył, muzycy zaczęli robić w studiu coś w stylu jam session. - Wyszło znakomicie - wspominał Sam Phillips, który przyznawał potem, że znalazł coś, czego szukał od czasu założenia wytwórni. Białego muzyka, który gra niczym czarny.

Urodzony w 1923 r. Sam Phillips pochodził bowiem z Alabamy, jednego z tych ortodoksyjnych stanów Południa, które wciąż nie do końca mogły się pogodzić z tym, że wojna secesyjna zakończyła się zwycięstwem Unii. Miasteczko Florence, z którego pochodził, leżało w Alabamie otoczone wielkimi plantacjami bawełny, na których w latach 20. i 30. pracowali czarnoskórzy zbieracze. Już nie niewolnicy, ale wciąż nie wolni. Pieśni śpiewane przez tych ludzi zrobiły na Samie ogromne wrażenie.

- Uwielbiałem je. Pozostały mi w głowie - mówił, wspominając czasy segregacji rasowej na Południu, Ku-Klux-Klanu i płonących krzyży. - Nic tak nie burzy murów i nie zaciera granic jak muzyka - twierdził zawsze.
- Wraz z nami mieszkał przez pewien czas w Alabamie pewien niewidomy Murzyn, który nazywał się Siles Payne. To on nauczył mnie wyobraźni i wrażliwości na dźwięk. Uczył mnie rytmu, który wybijał na kolanie - wspominał Sam Phillips. - To on mówił mi, że każda muzyka niesie przesłanie.

Kiedy zaczął zajmować się muzyką profesjonalnie, szukał tego właśnie brzmienia, które znał z dzieciństwa, z Alabamy. Brzmienie muzyki czarnoskórych mieszkańców Południa. "Pamiętam pierwsze nagranie z płyty winylowej, które słyszałem w życiu" - opowiadał w materiale dla pisma "Sound on Sound", opublikowanym cztery miesiące po jego śmierci. "To był stary gramofon Victrola z wielką tubą. Słuchałem Jimmie Rodgersa, ale nie pamiętam, czy była to piosenka >Blue Yodel No.1< czy >Waiting For A Train<. W każdym razie miał wspaniały, południowy akcent. Śpiewał tak, jakby stanowił harmonijne połączenie między brzmieniem Południa a muzyką białych. Między ewangelią a gospel".

Elvis Presley też był takim muzykiem. Gdy trzy dni po nagraniu w Sun Records kawałek "That's All Right, Mama" poleciał w programie radiowym "Red, Hot and Blue" Deweya Phillipsa, słuchacze dzwonili z pytaniem, kim jest ten czarny wokalista, którego właśnie słuchają. Elvis musial podawać swój życiorys łącznie ze szkołami, do których chodził, by udowodnić, że jakimś cudem jest jednak biały.

Sam Phillips zawsze powtarzał: - Nie zafascynowałbym się czarną muzyką, gdyby nie fakt, że to najbardziej naturalne brzmienie na świecie.

Do Memphis w Tennessee dotarł z Alabamy w 1941 r. Kiedy ojciec zmarł krótko po ataku Japończyków na Pearl Harbor, musiał przejąć obowiązki głowy rodziny. To były trudne czasy, ale wówczas też bardzo wiele działo się w amerykańskiej muzyce. Rozwijały się radia, studia nagraniowe. By utrzymać rodzinę, Sam Phillips pracował gdzie popadło - w sklepie spożywczym, zakładzie pogrzebowym, w końcu trafiło się i radio.
Z doświadczeniem didżeja ze stacji WLAY w Muscle Shoals (nie tylko zresztą didżeja, bo równocześnie był też realizatorem) znalazł pracę w radiu WREC w Memphis. Codziennie o godz. 16 prowadził audycję muzyczną "Songs of the West". Był czerwiec 1945 r., powoli kończyła się wojna. Nadchodziła era pokoju i rock'n'rolla.

Nie narodził się on, co prawda, w Memphis, lecz w Chicago. W wytwórni Chess Records. To ona nagrała legendarny niebiesko-biały krążek z namalowanymi na tym tle figurami szachowymi. Zawierał utwór "Rocket 88" Jackie Brenstona i jego Delta Cats. Nie jest do końca jasne, czy nagranie miało miejsce 3 czy 5 marca 1951 r., ale dość powszechnie uważa się ten kawałek za początek światowego rock'n'rolla.

W studiach nagraniowych założonych przez Sama Phillipsa wraz z jego przyjacielem, didżejem radiowym Deweyem Phillipsem (tym, który jako pierwszy puścił w radiu Elvisa Presleya, zbieżność nazwisk przypadkowa), w budynku na 706 Union Avenue w Memphis nagrano jednak w latach 50. więcej piosenek rock'n'rollowych niż w jakimkolwiek innym miejscu na świecie. Producent wynajmował ten lokal za czynsz w wysokości 150 dolarów miesięcznie. Wziął dwuletni kredyt i kupił za niego pięciowejściowy mikser Presto i przenośny rejestrator Presto PT900. Zamieścił w prasie ogłoszenia i ustawił szyldy o treści "We Record Anything - Anywhere - Anytime", czyli nagrywamy wszystko, wszędzie i zawsze.

Zarówno Sun Studio, jak i Sun Records miały pogodne, słoneczne nazwy, chociaż Sun Studio początkowo nosiło bardziej oficjalną i mniej przyjemną dla ucha nazwę Memphis Recording Service. Sam Phillips nie utrzymałby się z samych nagrań muzycznych. Rejestrował zatem wszystko, co mu zlecono - wszelkie imprezy i wydarzenia, które ktoś chciał nagrać, przemówienia, orędzia, wiece, śluby, nawet pogrzeby. Gdzieś między pogrzebem a orędziem pojawiał się BB King, James Cotton, Rosco Gordon czy wreszcie Howlin' Wolf, którego wcześniejszą karierę bluesową przerwał wybuch wojny i mobilizacja. Teraz muzyk ją wznawiał. Wypromowanie go Sam Phillips do końca życia uważał nawet za większe osiągnięcie niż poznanie się na Elvisie Presleyu. Dwa pierwsze przeboje Howlin' Wolfa - "Moanin' at Midnight" oraz "How Many More Years" - zostały nagrane właśnie w studiu Sama Phillipsa i następnie wysłane przez niego do Chicago, do Chess Records. Wkrótce potem Howlin' Wolf stał się jedną z największych gwiazd światowego bluesa.

Nagrywane i wylansowane w Sun Records gwiazdy często karierę robiły gdzie indziej. Nie inaczej było z Elvisem Presleyem, który w Memphis nagrał kilka piosenek, ale mimo jego rosnącej popularności, nie zdobyły one szczytu list przebojów. Rok po pierwszym hicie Sam Phillips sprzedał kontrakt z piosenkarzem wytwórni RCA Victor (obecnie należy do Sony Music). Dawała 40 tysięcy dolarów, co przy innych propozycjach rzędu 25 tysięcy dolarów Sam Phillips uznał za świetny interes. Swój hit "Heartbreak Hotel" Elvis Presley nagrał już dla RCA.

Wytwórnia, bez której może nie byłoby rock'n'rolla ani Elvisa Presleya, ledwie płaciła rachunki. Pierwszy nagrany tu singiel - "Boogie in the Park" Joe Hilla Louisa (uznanego swego czasu przez magazyn "The Rolling Stone" za ojca założyciela światowej muzyki heavymetalowej) - gotowy w sierpniu 1950 r., sprzedał się zaledwie w 300 egzemplarzach. Może dlatego, że był fatalnie niedorobiony. Zawierał przestery, Joe Hill Louis jednocześnie grał na gitarze, perkusji, harmonijce ustnej i chwilami próbował też zaśpiewać.

Sam Phillips, fot. Jack Vartoogian/Getty ImagesSam Phillips, fot. Jack Vartoogian/Getty Images

Lista wykonawców, którzy zaczęli u Sama Phillipsa, jest bardzo długa. To nie tylko Elvis Presley, Howlin' Wolf, BB King, James Cotton czy Rosco Gordon, ale także młodziutki Roy Orbison, który nagrał tu "Ooby Dooby", "Go Go Go", "Rockhouse" czy "You're My Baby". Johnny Cash, legenda muzyki country, nagrał tu "Cry Cry Cry" i "Hey Porter", a Sam Phillips osobiście reżyserował te nagrania. Pierwsze piosenki rejestrował tu Jerry Lee Lewis, a Carl Perkins - wielki orędownik presleyowskiego stylu gry - stworzył tu "Movie Magg" i "Turn Around". To on także - pod wpływem namowy Johnny'ego Casha - jako pierwszy nagrał dla Sun Records piosenkę o zamszowych, niebieskich butach, którą wytwórnia wydała na singlu w Nowy Rok 1956. "Blue Suede Shoes" (zdaniem magazynu "Rolling Stone" jedna ze stu największych piosenek wszech czasów) stał się następnie jednym z największych przebojów w repertuarze Elvisa Presleya, który zaaranżował, zagrał i zaśpiewał ten kawałek jeszcze szybciej i dynamiczniej niż Carl Perkins.

Wreszcie inny legendarny muzyk Rufus Thomas nagrał w Sun Records swoją wersję hitu "Hound Dog" z repertuaru Willie "Big Mama" Thorntona, zatytułowaną "Bear Cat", co zresztą niemal doprowadziło do bankructwa wytwórni, oskarżonej o złamanie praw autorskich i zmuszonej do wypłaty odszkodowania.

Wytwórnia została sprzedana Shelby'emu Singletonowi w 1969 r., a Sam Phillips zachował jedynie w Memphis kawiarnię o nazwie Sun Records. Tuż przed śmiercią w 2003 r. mówił: - Jestem przekonany, że Elvis Presley nie mógł wejść do żadnej innej wytwórni w Memphis. Tylko do mojej.

Więcej o: