Mateusz Borek: Komentowanie kadry to zawodowe Himalaje

Mateusz Borek

Mateusz Borek (fot. Tamara Pieńko)

Karierę to miał Zbyszek Boniek, ja mam przygodę z mikrofonem - mówi Mateusz Borek, jeden z najsłynniejszych polskich komentatorów piłkarskich.

Spotkaliśmy się z Mateuszem Borkiem w warszawskim Championsie - sportowym barze obwieszonym telewizorami. Do wyboru ligi hiszpańska, włoska, angielska plus jakiś turniej darta. Mekka kibiców. Mateusz zamówił herbatę ("Przepraszam, panowie, przyjechałem autem") i usiadł plecami do wszystkich ekranów. W końcu ile można gapić się na piłkę.

Piotr Hykawy-Zabłocki, Mikołaj Kirschke: - Na naszych zdjęciach wyglądasz trochę jak Cristiano Ronaldo...

MATEUSZ BOREK*: - Ha, ha, ha... Panowie, może jak "Cristiano 20 lat później". Gdy byłem młodszy, ktoś czasami dopatrywał się podobieństwa. Ale uwierzcie mi, gdybym się rozebrał, nikt by tego podobieństwa nie widział.

W garniturze zauważamy. (śmiech)

- Muszę to potraktować jako komplement. To jest wybitna jednostka. Zawsze budził moją sympatię, ale wielkiego respektu nabrałem, gdy opowiadał mi o nim Jurek Dudek. On jest drogowskazem dla młodych ludzi, jak należy traktować piłkę.

O Cristiano mówią cukierkowy chłopak, nażelowany, opalony, poprawiony w Photoshopie. Ale trzeba zacząć od tego, że to jest przed wszystkim maszyna, sportowiec z krwi i kości. Codziennie pierwszy w klubie. A kiedy wszyscy kończą, on jeszcze trenuje rzuty wolne. Całe życie podporządkowane sportowi: dieta, ilość snu i tak dalej.

To facet, który od początku kariery jest świadomy, jak powinien się prowadzić, jak talent poprzeć pracą i szacunkiem dla własnego organizmu. To mi się zawsze w nim podobało

Jeśli zadamy pytanie: Messi czy Ronaldo...

- Nie będę obiektywny, bo od dziecka kibicuję Realowi. Ktoś, kto nosi biały trykot, będzie zawsze bliższy mojemu sercu niż zawodnik Barcelony. Szanuję Messiego, bo to fenomen, na pewno jeden z najwybitniejszych piłkarzy w historii. Ale gdybym musiał wybierać, to wybiorę Cristiano.

Ktoś mnie kiedyś zapytał, czy chciałabym, żeby Messi grał w Realu Madryt. Odpowiedziałem, że absolutnie nie, bo w ogóle nie byłoby konkurencji, bo wymiar Gran Derbi byłby zupełnie inny,

Pierwszy idol piłkarski?

- Maradona. W tym roku kibicowałem Niemcom w finale mistrzostw świata ze względu na niego. Uważałem, że jeśli Messi wywalczy to mistrzostwo, to - szczególnie w opinii młodszego pokolenia - przeskoczy Maradonę. A dla mnie Diego był i jest najlepszy, był nie do podrobienia. Myślę, że to nie jest tylko odczucie kogoś, kto oglądał Maradonę, to jest też odczucie kogoś, kto grał przeciwko Maradonie. Zbyszek Boniek opowiadał o meczach z Neapolem. Kilka razy stanął przeciwko Maradonie. Więcej meczów wygrał Boniek niż Maradona, był w lepszym klubie. Ale Zbyszek zawsze mówił: "Ja byłem dobry, Michel Platini też był dobry, ale Maradona był fantastyczny".

Poza tym jestem fanem literatury i teatru, zawsze lubiłem postacie tragiczne. A ten osobisty dramat Maradony, narkotyki, operacje, upadki, rozwody, ale i uwielbienie narodu - to się wszystko wpisuje w obraz wielkiej postaci, która była inspiracją dla literatów. Spośród przeczytanych przeze mnie biografii sportowych, książka Jimmy'ego Burnsa, angielskiego dziennikarza, który się z nim przyjaźnił, wydaje mi się najlepsza. Boleśnie prawdziwa. Tak przy okazji, świetna jest też autobiografia Mike'a Tysona, "Moja prawda"...

Dobra, dobra, wystarczy. Ciszewski, Szpakowski, Borek. Tak wygląda dynastia polskich komentatorów sportowych?

- Nie wiem, czy można mówić o jakiejś dynastii. Myślę, że w ogóle nie przeceniałbym roli komentatorów. Bardzo często mówię młodym ludziom, że nigdy nie wróci taka rozpoznawalność tego zawodu, jaka była kilkadziesiąt lat temu. Bo jak sobie przypomnimy telewizję biało-czarną, gdzie był jeden, dwa kanały, to w zasadzie potrafiliśmy dopasowywać poszczególnych komentatorów do dyscyplin. Znaliśmy ich głosy, twarze. Do dziś pamiętamy Tomka Hopfera. Pamiętamy, że Stefan Rzeszot to był hokej na lodzie. Jerzy Mrzygłód to były skoki, że Jan Ciszewski to piłka i żużel, i tak dalej. Było tych kilku czy kilkunastu komentatorów i ten głos człowiekowi dźwięczał w uszach przez lata. Komentator był kiedyś dużą postacią.

Dzisiaj żyjemy w świecie 26 kanałów sportowych w Polsce. Przychodzi ktoś, kto w miarę potrafi złożyć kilka zdań i już za chwilę jest komentatorem. Nagle zrobiło się ich w Polsce kilkuset.

Ale reprezentacja jest jedna.

- Tak, jest jedna. Ale reprezentacja też jest produktem tak naprawdę przyporządkowanym biznesowi. Zajmuje się nią komentator, którego stacja kupuje prawa do jej pokazywania. Doświadczyłem tego przez duże turnieje. Mistrzostwa świata w Korei, gdzie byliśmy na zasadzie sublicencji, potem zrobiliśmy samodzielnie mistrzostwa w Niemczech w 2006 r., Euro 2008 r. znowu zrobiliśmy sami... No i teraz pozyskaliśmy reprezentację na kilka lat.

Ale żaden komentator na dłuższą metę nie wpisze się w świadomość kibica, nie będzie pamiętany przez lata, jeśli reprezentacja nie będzie wygrywała.

To było siłą Ciszewskiego. Był jeden, miał charyzmę i umiejętność wpływania na widza, ten jego sugestywny, autorski sposób prowadzenia narracji. Ale komentował sukcesy reprezentacji, złoty czy srebrny medal igrzysk olimpijski, medale na mistrzostwach świata. My przecież wracamy do tych bramek cały czas dlatego, że przez ostatnie 30 lat reprezentacja już takich sukcesów nie ma. Gdybyśmy zdobywali medale jak Niemcy, to może też pamięć o komentatorze z lat 70. nie byłaby w narodzie aż tak duża. Wracalibyśmy bardziej do medalu z 2004 r. niż do tego z '74, czy '82. No, ale gramy jak gramy...

Czyli jeśli reprezentacja odniesie sukces, będzie to również sukces Mateusza Borka, bo zostanie zapamiętany jak Ciszewski?

(śmiech) - Żartowałem po meczu z Niemcami, że mogę już umierać.

Ty się jakoś odnosisz do Ciszewskiego, do Szpakowskiego...?

- Nie chcę się odnosić, ale coś zostaje w głowie. W Polsce to jest trudny zawód. Nie ma żadnej szkoły, nikt cię do tego nie przygotowuje. Wiedza, rozumienie piłki, detali taktycznych - to wszystko jest indywidualna praca komentatora.

W pierwszym okresie pracy różnice między komentatorami sprowadzają się do tego, kto lepiej buduje zdania, kto ma fajniejszy głos. Kto potrafi ciekawie, w specyficzny sposób zbudować narrację. Potem dopiero zaczynamy wchodzić w detale.

Poza tym komentarz meczu na antenie kodowanej musi być inny niż na antenie otwartej. Mecz reprezentacji ogląda 8-9 mln ludzi. Oglądają to kibice, ale też ludzie, którzy na co dzień piłki nie oglądają. Muszę się zastanowić, bo z jednej strony chciałbym być detaliczny i analityczny, z drugiej strony wiem, że muszę mówić tak, żeby mnie zrozumiał też kibic, który włącza telewizor od czasu do czasu. I "4-2-3-1" mu niewiele mówi. Chciałby, żebym mu to w prostych słowach wytłumaczył.

A co zamiast analizy? Ciekawostki?

- Niby komentator ma ze sto ciekawostek w głowie... ale po latach doszedłem do tego, że jak jest dobry mecz, to warto sprzedać tylko 20 proc. tego, co sobie przygotowałem. Kiedyś mi zależało, żeby sprzedać wszystko, a dzisiaj widzę, że jak jest dobry mecz, to nie ma co przesadzać z natłokiem informacji. Na poziomie reprezentacji mało kogo interesuje, czy Rybus ma trzy asysty w tym sezonie, czy pięć, bo to nie ma żadnego znaczenia.

Będę się upierał, że ważna jest dyspozycja dnia. Jak się wyśpię i jestem zrelaksowany, nie boli mnie głowa, to mogę postawić ryzykowniejszą tezę, pojawia się lekkość, skłonność do paraboli, żartu. A czasami wstajesz, czujesz ciężki dzień, wtedy się modlisz, żeby przejść tę transmisję, żeby było poprawnie i żeby nic nie zepsuć.

Gdy komentuję, nie lubię rzeczy wypisanych na kartce. Podglądam czasem kolegów, którzy mają napisane wstępy albo wypisaną tezę. Nie lubię tego robić. Trzeba wiedzieć, kto jest na ławce rezerwowych, kto jest delegatem UEFA, asystentem czy sędzią liniowym, ale wstęp na kartce? Nie...

To jak się przygotowujesz?

- Myślę, że nie można przygotować się do jednego meczu. Że mecz reprezentacji w środę, więc przygotowuję się od poniedziałku. To jest praca na cały rok, każdy dzień zaczynasz i kończysz na czytaniu, dzwonieniu, rozmawianiu o piłce. To jest pasja, trzeba żyć piłką 24 godziny na dobę, inaczej nie da się przygotować do komentowania meczu. Moja żona nie może już tego słuchać, bo ile można pieprzyć o tym samym. (śmiech)

Pasja pasją, ale czy przygotowujesz się do konkretnego meczu? Przecież nie masz wszystkich statystyk w głowie.

- Potrzebuję dwie godziny. Przygotowanie to tylko uporządkowanie detali, tego, co mnie interesuje w kontekście konkretnego meczu. Wiadomo, że nie mam statystyk w głowie. Jest mecz, dajmy na to Polska-Szkocja, to sprawdzam historię, oglądam bramki na YouTubie, żeby w razie czego odnieść się do tego w czasie meczu.

A gdybyś miał skomentować mecz ligi meksykańskiej?

- Nie wiem, szybkie przejrzenie stron internetowych... powiedzmy trzy godziny. Byłem na kilku meczach ligi meksykańskiej. Swoją drogą bardzo ciekawa liga, tam na mecze przychodzi po kilkadziesiąt tysięcy ludzi, kilka stacji telewizyjnych je pokazuje, rozpoznawalność piłkarzy jest ogromna. Ludzie żyją piłką...

Dobra, liga japońska.

- Byłem. (śmiech)

Australijska.

- Też byłem.

Jezu.... Powiedz, gdzie nie byłeś.

- No dobra, chilijska. Gdybym miał skomentować mecz Colo Colo, to potrzebowałbym trzy godziny, żeby przeanalizować kadry, terminarz, sposób rozgrywania ligi. Reszta to doświadczenie.

Czym się różni komentowanie kadry od komentowania jakiejkolwiek ligi?

- Wszystkim. Emocjami. Komentowanie kadry to są Himalaje zawodowe. Ale trzeba umieć pogodzić komentowanie sercem i komentowanie głową.

No właśnie, na ile możesz być kibicem? Wiesz przecież, że te osiem milionów ludzi przed telewizorami jest za facetami w biało-czerwonych koszulkach....

- Na pewno można uwypuklić czasami dobre strony i sprzedać je z wielkimi emocjami. Cieszyć się po bramce jak kibic. Ale w gruncie rzeczy jestem po to, żeby ludziom mówić prawdę. Komentator musi powiedzieć, że ten gra dobrze, ten bardzo dobrze, a ten słabo. Nie jestem zwolennikiem komentarza życzeniowego.

Jaki zagraniczny styl komentowania lubisz?

- Zdecydowanie bliżej mi do Hiszpanii niż do Niemiec. W tej naszej słowiańskiej duszy trudno sobie wyobrazić komentarz w niemieckim, spokojnym stylu.

Tak jak kiedyś Andrzej Zydorowicz. Świetna anegdota. Komentował mecz Niemców z Czechami i przez dłuższy czas się nie odzywał. W Warszawie myśleli, że stracili łączność, krzyczą: "Panie Andrzeju, panie Andrzeju, jesteś?". A on po takiej szekspirowskiej pauzie mówi spokojnie: "Basler"*. Tak sobie spokojnie komentował. (śmiech)

Ale trudno mi sobie wyobrazić, że Polacy z takiego stylu komentowania reprezentacji będą zadowoleni. Mecz to czas manifestacji patriotyzmu. Ludzie rzadko kiedy mają takie poczucie polskości i jedności jak wtedy, gdy są na stadionie. Kiedy mogą zaśpiewać sobie a capella "Mazurek Dąbrowskiego", a ci przed telewizorem podnoszą szklanki w górę. Oni chcą, żeby im trochę pokrzyczeć, żeby ich porwać, dać emocje.

Jak wtedy, gdy Polska strzela bramkę Niemcom...

- Właśnie. Ja ten mecz zapamiętam do końca życia, bo po raz pierwszy w życiu straciłem głos. W 88. minucie pada bramka na 2:0, a ja czuję, że to jest koniec, że mnie nie ma. Napisałem Tomkowi Hajcie na kartce, że musi ciągnąć sam. Heroicznie dotrwałem do końca.

A we wtorek był mecz ze Szkocją. W sobotę - nic nie mówię, w niedzielę - nie mam głosu, w poniedziałek wieczór - panika. We wtorek rano zadzwoniłem do Artura Barcisia. Miał kiedyś problemy z krtanią, umówił mnie na wizytę w szpitalu na Banacha. Dali mi jakiś steryd i powiedzieli, żebym do godz. 18 nic nie mówił. A o 18 mówiłem normalnie. Doktorze, dziękuję!

Nigdy wcześniej ci się to nie zdarzyło?

- Utrata głosu? Nie. Ale gdy komentowałem finał Ligi Mistrzów w Madrycie ze Zbyszkiem Bońkiem, zachciało mi się siku około 70. minuty. Miała być przerwa w transmisji przed dekoracją zwycięzców lub dogrywką. A tu słyszę: "Zmiana decyzji. Ciągniecie bez przerwy". Napisałem Bońkowi, że muszę wyjść, i zniknąłem na chwilę. (śmiech)

Kiedy postanowiłeś zostać komentatorem?

- Gdy miałem pięć lat.

Serio?

- Naprawdę, już wtedy wyłączałem dźwięk, żeby samemu komentować. Na początku turnieje hokeja, to była pierwsza dyscyplina, w której byłem zakochany. W liceum próbowałem już komentować dla kolegów.

Nie miałeś tremy?

- Nie, byłem zaprawiony w boju. Występowałem z zespołem folklorystycznym, jeździliśmy po Europie, to były koncerty nawet dla kilku tysięcy osób. Startowałem w konkursach recytatorskich, szybko zacząłem pracować jako konferansjer. Wiele rzeczy, które robiłem za młodu, pomogło mi w zawodzie

Nie mówiłem o sporcie, ale po pierwsze to daje odporność na stres, a po drugie uczysz się dykcji, budowania zdań i tak dalej. To potem się przydało w dziennikarstwie, bo gdy przychodzisz do radia czy telewizji, to nawet jeśli masz wiedzę, a nie masz warsztatu, to giniesz. Nikt nie chce ci pomóc, bo konkurencja, wielu redakcji nie stać na logopedę, taka rzeczywistość.

A co ty w tym zespole folklorystycznym robiłeś?

- Grałem na skrzypcach. Warunkiem, żebym mógł chodzić na mecze, był egzamin do szkoły muzycznej. Niestety zdałem, okazało się, że mam dobry słuch.

Grasz nadal?

- Miałem dwadzieścia lat, jak ostatni raz wziąłem skrzypce do ręki. Ponad 20 lat już nie gram.

Wybrałeś sport.

- Tak, choć dom miałem bardzo artystyczny, gdzie nikogo nie zajmował sport. Tata był dyrektorem teatru. Do dzisiaj sportu nie ogląda. Poza jakimiś tam finałami mistrzostw świata, albo walki Adamka. To nie jego świat.

Ale gdy komentowałeś pierwszy mecz, to obejrzał?

- Obejrzał raczej tak ojcowsko, żeby mi zwrócić uwagę, co było źle. (śmiech). Ale rozumiał moją pasję. Pamiętam, jak kiedyś kupił mi prezent na urodziny, wykosztował się. To nie były czasy kolorowego papieru, a ponieważ wiedział, że ja lubię sport, to zapakował ten prezent w 30 egzemplarzy "Tempa". Pamiętam do dziś, że prezent odłożyłem, a czytałem sobie te "Tempa", tabelki, wywiady...

To były czasy, że leciało się do kiosku i przychodziły trzy "Tempa" i jeden "Sportowiec". Ciężko to ludziom wytłumaczyć, że było coś na kartki, że był tylko ocet na półkach, że ulice pustoszały, bo Boniek grał w Juventusie. A Juventus grał w Pucharze Europy i wszyscy lecieli do domu zobaczyć.

My mamy rodzeństwo urodzone w latach 80., i oni też tego okresu nie pamiętają...

- A ja nawet stan wojenny pamiętam. Ten dzień pamiętam. Śnieżka Dębica grała z Odrą Opole, mecze w drugiej lidze hokeja były w sobotę i niedzielę. W sobotę mecz był, a w nocy wprowadzili stan wojenny. Nie było tego słynnego "Teleranka". Zobaczyłem żołnierzy na ulicach. Miałem 200 metrów do lodowiska. Przeszliśmy między żołnierzami, mecz się jednak odbył. Pamiętam dokładnie, w sobotę przegraliśmy 4:6, w niedzielę wygraliśmy 10:5.

Mówisz, że wiele rzeczy przygotowało cię do tego zawodu. Ale po drodze była praca w domu kultury, hurtowni koszul, agencji nieruchomości...

- Wszystko prawda. Wiecie, to było tak. Miałem wspaniały dom rodzinny, pełen ciepła, rozmów, ale nie byliśmy bogatą rodziną. Poszedłem na studia do Nowego Sącza, pierwsza prywatna uczelnia w Polsce, to były drogie studia. A ja się na nich świetnie bawiłem i dużo zajęć opuszczałem. Mama przyjechała i powiedziała, że jak nie zamierzam się zmienić, to oni nie będą mi płacić za tą szkołę, bo ich na to nie stać. No to ja na zasadzie buntu pojechałem do Londynu i zostałem pół roku. Pracowałem w hotelu na zmywaku. Strasznie zapieprzałem. Jadłem najwięcej w życiu i chudłem w oczach. Pracowałem 16 godzin dziennie, na dwie zmiany. Żeby dojechać do pracy, musiałem wstawać o godz. 4. O godz. 6 zaczynałem pracę, pracowałem do 14, miałem godzinę przerwy, i znowu od 15 do 23. Wracałem ostatnim metrem. Byłem o północy w domu, wykąpałem się i szedłem spać. Tak funkcjonowałem przez kilka miesięcy.

Odkładałeś?

- No co wy! Zarabiałem 40 funtów za 16 godzin, połowę zabierała agencja pośrednictwa, to była nielegalna praca. A w niedzielę szedłem na mecz albo na musical, to moje pasje. Praktycznie wszystko, co zarobiłem, wydawałem.

Czemu wróciłeś?

- Po pierwsze zdałem sobie sprawę, że za dużo nie odłożę. Po drugie to zobaczyłem podejście kolegów z Polski. Oni tam siedzieli, żeby przeczekać wojsko. Czyli chcieli dociągnąć do 28. roku życia. Ale to była wegetacja z dnia na dzień.

A ty miałeś 20 lat, więc musiałbyś jeszcze osiem lat zapieprzać.

- Któregoś dnia, pamiętam jak dziś, siedziałem i pomyślałem: "Kurwa, wracam". Nie po to się uczyłem, robiłem tyle rzeczy w życiu, żeby siedzieć tu w kuchni i zmywać naczynia.

Kupiłem sobie ubrania, wróciłem, zrobiłem trzydniową imprezę w Dębicy dla kumpli i było po kasie. (śmiech)

Potem był dom kultury...

- Zacząłem od kasjera, potem zostałem przekwalifikowany na szefa organizacji imprez. Organizowaliśmy koncerty. Ale rozstałem się z ówczesną narzeczoną i wsiadłem w pociąg do Warszawy.

A hurtownia koszul?

- Zaraz po tym domu kultury. Założyliśmy z kumplem firmę i jeździliśmy po Polsce. Biznesmeni. Śmieszny czas. Zarobiliśmy trochę kasy, mieszkaliśmy razem, dobrze się bawiliśmy. Mieliśmy fajne auto, peugeota 406 z szyberdachem.... kozacki!

I potem Warszawa.

- Przyjechałem w ciemno. Wynająłem pokój na dalekim Targówku. Przyzwoicie znałem język, znalazłem pracę w recepcji Price & Waterhouse.

Po kilku miesiącach była impreza firmowa i jedna z menedżerek przyszła z mężem. Porozmawiałem z nim, a dwa dni później ona przychodzi i mówi, że jej mąż chce się ze mną spotkać. Okazało się, że był właścicielem jednej z największych agencji nieruchomości w Warszawie, i ściągnął mnie do pracy. Pracowałem tam ze dwa lata, zarobiłem na tyle dużo, że pozwoliło mi to zainwestować w siebie, w dziennikarstwo.

Potem spotkałem Andrzeja Persona, senatora, który miał agencję PR-owską. Andrzej był dla mnie mentorem, dużo rozmawialiśmy, zawsze go podziwiałem, także jako komentatora. Powiedział do mnie: "Musisz stąd uciekać. To nie jest twoje miejsce w życiu". A że otwierał się Eurosport w Polsce, zgłosiłem się na casting i dostałem tam szansę od Witka Domańskiego. Pracowałem w Eurosporcie kilka miesięcy, jeszcze nie rezygnując z pracy u Andrzeja.

To znaczy, że się zmieniłeś. Bo jeszcze jak miałeś hurtownię koszul, to się dobrze bawiłeś. A w agencji nieruchomości już odkładałeś, żeby się uczyć.

- Całkowicie nie da się zmienić. Nie odkładałem wszystkiego. (śmiech)

Pracowałem już parę miesięcy w Eurosporcie, gdy przyszedł do mnie szef sportu w Canal Plus, Janusz Basałaj. Powiedział, że jeśli mam ochotę, to zaprasza do siebie, ale nie będę tam komentował. Tylko uczył się bycia reporterem, montażu, takich rzeczy.

Opowieść jak z liberalnego snu. Że każdy może osiągnąć sukces i tak dalej...

- Zawsze byłem zafascynowany Stanami i tą karierą od pucybuta do milionera. To kraj możliwości i szans. Ja w siebie wierzyłem, ale szczerze mówiąc, też miałem chwile zwątpienia. Nie było łatwo.

Gdy imałeś się tych różnych zajęć, cały czas myślałeś o komentowaniu?

- Cały czas. Czytałem, chodziłem na mecze, to była i jest moja pasja. Ale nie było mnie na to stać. To dość hermetyczne środowisko. Zgłosiłem się dwa, trzy razy do TVP, ale mnie nie przyjęli na staż. Ktoś miał oddzwonić, ale nie oddzwonił. Odbijałem się od ściany. Było ciężko. Pamiętam taki czas, że się umawiałem z dziewczyną na sobotę do kina, a od poniedziałku zastanawiałem się, co jeść, żeby mieć na bilety. Utrzymywałem się sam. Myślę, że to kształtuje charakter. Może też powoduje, że się nie przywiązujesz do pieniądzy - bo ja nigdy nie ukrywałem, że lubię dobrze żyć. Lubię wydawać, bo trumny nie mają kieszeni. Myślę, że pieniądze powinny być do fajnego życia. Dzisiaj się cieszę, że pieniądze, które zarobię, mogę wydawać na to, co lubię.

A co lubisz?

- Zobaczyłem 20 finałów Ligi Mistrzów, z czego dziewięć skomentowałem. Jeśli moja redakcja nie chce mnie wysłać na mecz czy walkę, to nie oczekuję, że ktoś mi za to zapłaci. Kupuję sobie bilet i lecę. Każdy z nas pracuje po to, żeby wydawać na swoje przyjemności i pasje. Denerwują mnie ludzie czekający na darmowe wejściówki.

Na co jeszcze wydajesz?

- Na książki, płyty, obrazy, teatr, kino, bo jestem maniakiem filmowym. Nie potrafię żyć bez tego, do czego pchnął mnie mój dom. Ciężko wyobrazić sobie życie bez teatru. Lubię to, bo uważam, że człowiek w moim zawodzie potrzebuje takiego odbicia, innego towarzystwa, gdzie nikt nie chce o piłce gadać.

Rozmawiamy o karierze...

- Karierę to miał Boniek, ja mam przygodę z mikrofonem.

Ale umówmy się, w tym zawodzie osiągnąłeś szczyt.

- Szczyt to jeszcze nie, ale dużo.

Komentujesz największe imprezy i reprezentację Polski. Można zajść dalej? Jaki masz cel?

- Dopóki będę czuł, że utrzymuję poziom w tym zawodzie, ale nie utrzymuję go sztucznie, bo pojawiło się 20 młodszych, lepszych, zdolniejszych, to będę chciał się jeszcze z nimi pościgać. Gdy będę czuł, że to już tylko sposób na zarabianie pieniędzy, że to już nie jest moja pasja, że wolę o czymś innym porozmawiać i co innego poczytać, to trzeba będzie odejść.

A co wtedy?

- Nie wiem... Wykładałem jeden semestr na Uniwersytecie Wrocławskim. Dziennikarstwo telewizyjne. Jakieś predyspozycje do tego mam. Czuję się młodziej, a poza tym myślę, że niewielu dziennikarzy chce się dzielić swoją wiedzą. To jest w pewnym sensie sprzedawanie swojego know-how. Namawia mnie też pewna korporacja na prowadzenie szkoleń medialnych. Jak występować, jak rozmawiać publicznie. To jest nisza i fajny biznes, ciekawe zajęcie, uczyć ludzi, w jaki sposób być wiarygodnym.

Mam kolegę w Tajlandii, mieszka tam. Fajnie żyje, dużo czyta, przyjeżdża do Polski na pięć miesięcy, a jak się zbliża październik i plucha, to wyjeżdża. Kuszące, zobaczę, na jakim będę poziomie finansowym, na co mnie będzie stać.

Jaki jesteś w pracy?

- Na pewno wymagający. Ale się zmieniłem. Na początku, gdy dążyłem do perfekcji, może nie zawsze umiałem przekazać moje oczekiwania w sposób, w jaki powinienem był to zrobić. Byłem zbyt nerwowy, zbyt niegrzeczny, ale to się zmieniło. Niektóre rzeczy sobie ostatnio przemyślałem. Dojrzałem. Dużo o tym rozmawiam z Marianem Kmitą - szefem i kumplem w jednej osobie. Na pewno dużo wymagam od młodych. Przyglądam się młodym ludziom, nie lubię grupy, która mówi: "przyszliśmy do telewizji, a tak naprawdę nie wiemy po co". Wolę, żeby ktoś się zdecydował, czy chce być prezenterem czy reporterem, czy chce robić ciekawe materiały czy marzy o karierze komentatora. A nie bycie w telewizji dla bycia w telewizji. Może nie jestem łatwy w pracy, ale myślę, że współpracownicy merytorycznie nie mają ze mną najgorzej.

Nie denerwuje cię, jak czasami jesteś postrzegany?

- Nie interesuje mnie to. Całe życie tłumaczę swoim kumplom, którzy są bardzo wrażliwi na komentarze na swój temat, że to wiąże się z zawodem aktora, piłkarza i dziennikarza telewizyjnego. Musisz żyć z presją, emocjami, krytyką zasłużoną i niezasłużoną, chamską, internetową, brutalną.

Masz grubą skórę?

- Myślę, że ci ludzie, którzy piszą obraźliwe rzeczy w internecie, w realnym świecie nie mają odwagi podejść, a jak podchodzą, to po ty, by zrobić sobie zdjęcie. Jest anonimowość i przyzwolenie na Nie chcę nawet powiedzieć "chamstwo". Bo ja nawet tych ludzi nie winię. Mają problemy i wszystko, co uśmiechnięte, kolorowe, sympatyczne czy atrakcyjne, ich wkurza.

I niezależnie czy Lewandowski strzeli cztery bramki, czy zrobi coś polityk, komentator, aktor, w internecie mało kto potrafi się z tego cieszyć. Rodacy nie cieszą się sukcesami. Trzeba się nad tym zastanowić, dlaczego my tacy jesteśmy.

Nie odczuwasz potrzeby, żeby ludzie wiedzieli, że interesujesz się też teatrem, że nie jesteś dandysem od piłki?

- Po pierwsze żyjemy w takich czasach, że za dużo jest autokreacji. Ten świat jest plastikowy, zakłamany. Świat śmiesznych bankietów, pożyczonych sukienek i torebek, opowiadania o sukcesach finansowych, a potem nie ma kto zapłacić raty kredytu albo rachunku w restauracji. Mnie taki świat nie interesuje, bo mam za co żyć. Mam swoje interesy, swoje pieniądze i swoją grupę przyjaciół. Jestem człowiekiem wolnym, spełnionym, szczęśliwym. Mama, gdy jeszcze żyła, powtarzała: "Raz w miesiącu idź na kolanach do Częstochowy, bo większość ludzi w tym kraju pracuje, żeby rodzina miała co do garnka wrzucić, a ty robisz to, co kochasz". Nie potrzebuję się tym dzielić, bo wiedzą o tym ci, na których mi zależy. Ci, którzy są inteligentni i mnie słuchają, to wiedzą, że interesuję się też czymś innym.

O, taka historia. Finał Ligi Mistrzów w Mediolanie. Na boisku pojawia się chór, są pierwsze takty orkiestry i zaczynają śpiewać. Konsternacja wśród komentatorów, bo nie ma tego w scenariuszu. Mówię spokojnie: "Chór mediolańskiej La Scali, chór niewolników z opery 'Nabucco' Verdiego". Bo pamiętam, jak to grałem w szkole.

Ale wszyscy wtedy myślą, że masz to napisane.

- Może myślą, a ja wiem. Ja nie muszę szpanować, udowadniać, że ja to wiem. Mam opowiadać ludziom, ile razy byłem w teatrze? Mam powiedzieć, że wczoraj byłem na inscenizacji "Martwych dusz", i powiedzieć, że to było świetne?

Swoją drogą ojciec mnie kiedyś namawiał, żebym został krytykiem teatralnym, napisałem nawet kilka recenzji i może miałem do tego talent. Ale zawsze mnie bardziej ciągnęło do sportu, to była moja pasja.

Łatwiej planować emeryturę w Tajlandii jako komentator, niż gdybyś był krytykiem teatralnym...

- Na pewno. (śmiech) Ale nie ma co ukrywać, emerytury w Tajlandii nie zdobywa się dzisiaj w telewizji, tylko dzięki temu, że jesteś rozpoznawalny i jest szansa, że podpiszesz jeden czy drugi kontakt reklamowy. Prezesa Solorza akurat nie boli, że jego ludzie potrafią zarobić. Nie interesuje się niczyim portfelem. Gdybym był pracownikiem telewizji publicznej, to połowy tych rzeczy nie mógłbym robić.

To tak na koniec: największa wpadka?

- Niezmiennie: początki Polsatu Sport, transmisja w Ostrołęce, Polska-Armenia, młodzieżówka, Ebi Smolarek strzela, mecz kończy się 1:1. Minus trzy stopnie, porywisty wiatr, stary stadion, stanowisko komentatorskie na dachu. Ja praktycznie zamarzłem. Ekipa nie zabrała dobrych słuchawek, grafik, jakiś kompletny amator, tłumaczyłem mu, w jaki sposób ułożyć drużynę taktycznie na 7 minut przez transmisją. Poprosiłem o grafikę, lewy obrońca był napastnikiem, prawy obrońca bramkarzem. Wydawca, elegancko ubrany w skórkę, zamiast być tam od rana, przyjechał 15 minut przed transmisją. Mówi spokojnie, że mamy 14 minut do wejścia. Potem się okazało, że jesteśmy na antenie. Jak zobaczyłem tę grafikę, to poleciało trochę łaciny. Na szczęście wtedy nie było tak dużo dekoderów sprzedanych.

Ale wylądowałem na dywaniku. Nauczyłem się, że jak mam słuchawki na uszach i nawet jak mam komunikat, że jesteśmy poza anteną, to nie ufam i nigdy sobie nie pozwolę na taką... nazwijmy to bardziej kwiecistą - mowę.

A najgorszy mecz, który zdarzyło ci się komentować?

- Było wiele takich, bo ja komentowałem ligę, gdy jeszcze mecze były kupowane. I czasami się trochę dziwiłem tym co widziałema potem dowiadywałem się po meczu, dlaczego się dziwiłem. I już się nie dziwiłem. Było mi źle z tym, gdy po latach okazywało się, że musiałem takie gówno komentować, i w zasadzie...

...nieświadomie, ale uczestniczyłeś w tym oszustwie.

- Nie, nie uczestniczyłem. Ale gdyby ktoś mi powiedział, że to jest przedstawienie do odegrania i wręczył mi scenariusz, to ja bym decydował, czy chcę w tym uczestniczyć czy nie. A tak oglądałem mecz, zachwycałem się jednym czy drugim piłkarzem albo trenerem, bo nakreślił fajną strategię, a po kilku latach wieźli ich do prokuratury. Nienawidzę w sporcie oszustwa. Dla mnie oszustwo w sporcie to największe skurwysyństwo, i pod tym się nigdy nie podpiszę.

. . .

*MATEUSZ BOREK - urodził się w Dębicy w 1973 r. Komentator Polsat Sport oraz Eurosportu. Ma na koncie trzy "Piłkarskie Oskary" dla najlepszego komentatora, dwukrotnie nominowany do Telekamery. Komentował piłkarskie Mistrzostw Świata, Mistrozstwa Europy oraz finałyLigi Mistrzów. Oprócz piłki uwielbia boks oraz teatr.

ZOBACZ WIDEO

Zobacz także
  • Adam Małysz i jego skok na Dakar Małysz: Na skoczni miałem kilka sekund adrenaliny, na rajdach trzyma cały czas
  • Stéphane Antiga Stéphane Antiga: "Cały zespół na treningach zasuwał tylko w jednym celu"
  • Jan Mela w sesji dla magazynu "Logo" Jan Mela: niepełnosprawność jest tylko w głowie
Komentarze (44)
Mateusz Borek: Komentowanie kadry to zawodowe Himalaje
Zaloguj się lub komentuj jako gość
  • avatar

    caramba68

    Oceniono 168 razy 116

    Lubię faceta za komentarz. I za to, że zawsze wiedział co chce robić. Rzeczywiście, fajnie gada, może wykładać na uczelniach. Zawsze to lepiej słuchać praktyka.

  • hristomoltisanti

    Oceniono 146 razy 76

    Zdecydowanie najlepszy polski komentator. Profesjonalista w każdym calu . Do tego fajny gość bez kompleksów ,znający swoją wartość . Uwielbiam jego styl komentarza .

  • avatar

    swordman69

    Oceniono 74 razy 50

    NIestety każdy kto miał styczność z Mateuszem w redakcji ma o nim takie zdanie ze strasznie gwiazdorzy, troche jak Cristiano, arogancja i łacina w kazdym komentarzu. W rozmowie się żali ze konkurencja w zawodzie, hermetyczne układy w tv, ze nikt nie chce pomóc nowemu a sam podchodził z pogardą do żółtodziobow w redakcji..

  • avatar

    www.jakmowic.org.pl

    Oceniono 35 razy 31

    Nie kwestionuję pracy na zmywaku w wykonaniu Mateusza, jednak uważam, że mógł to być jakiś motywujący epizod w jego życiu - może i ważny, lecz tu - na potrzeby poczytności - wyolbrzymiany. Tak naprawdę na to, gdzie jest, złożyło się wiele czynników. I bardziej bym podkreślała znaczenie faktu, kim był jego tata (wyrazy szacunku), jaki był jego dom, jakie szanse dla niego otwierały się już z tego tytułu w szkole podstawowej czy średniej. Piszę to jako osoba uczęszczająca do tej samej szkoły i patrząca z podziwem i rozmarzeniem - też bym tak chciała - na starszego kolegę. Btw gratuluję takiej drogi i pozdrawiam :)

  • avatar

    wozdo

    Oceniono 27 razy 27

    nie padlo pytanie o jego partnera Romka Kołtonia;D

  • avatar

    6mogley

    Oceniono 28 razy 24

    Ciekawe czy pamięta, jak podczas Euro w Austrii ze swoimi koleżkami Romusiem K i Tomusiem I potrafili siedzieć cały dzień w knajpie i wyjść nie płacąc rachunku. To tak a propos darmowych wejściówek, którymi gardzi

  • avatar

    primo5

    Oceniono 18 razy 12

    Polsat to program dla wsi i małych miasteczek.
    No to komentator odpowiedni.

  • avatar

    tom_39

    Oceniono 37 razy 11

    Współczuję Panu Borkowi , że musiał odpowiadać na pytanie w którym sugerowane porównanie do "wielkiego Szpakowskiego". Na szczęście Pan Mateusz dyplomatycznie nie oceniał tej miernoty. Pozdrawiam Pana i dziękuję bo dzięki Panu uwierzyłem , że istnieje inny świat komentatorski poza Szpakiem i szpakopodobnymi.

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX

Polecamy