Fridtjof Nansen: polarnik, który szedł naprzód

Czy gdy GKS Katowice grał w europejskich pucharach z Framem Reykjavik, ktoś z kibiców wiedział, że klub ten nazwą nawiązuje do jednego z największych odkrywców w dziejach świata? - Szaleniec - mówili o tym człowieku. A on tylko nie przyjmował do wiadomości, że czegoś nie da się zrobić.

O Norwegach mówi się, że rodzą się z nartami na nogach, bo ich kraj przez wiele miesięcy pokryty jest śniegiem. Być może Fridtjof Nansen też miał je na sobie już w kołysce, ale długo nie miał bladego pojęcia, jak się ich używa.

Za to w wieku dziesięciu lat założył je na nogi i bez wiedzy rodziców, a właściwie wbrew ich wyraźnym zaleceniom, poszedł na skocznię narciarską. Wdrapał się na szczyt uchodzącej wtedy za ogromną krokwi w Huseby, niedaleko Oslo, zwanej Kastellbakken (kilka lat później Olaf Haugann pobił na niej niebotyczny rekord świata długości skoku wynikiem 20 m). Malec skoczył.

Wyszedł z progu, poleciał, ale nie był w stanie wylądować. Przekoziołkował i runął w zaspę. - Myślałem, że skręciłem kark, że wszystko mam złamane - mówił potem. Spróbował jednak ruszyć rękoma i nogami - okazało się to możliwe. - Żyłem! - ucieszył się. Kastellbakken już nie istnieje. 20 lat później zastąpiła ją skocznia Holmenkollen, na którą przeniesiono zawody narciarskie.

Chłopiec, który próbował skoczyć z największej wtedy skoczni świata, od zawsze marzył o tym, by spojrzeć na świat z innej perspektywy, i nakręcał się podczas lektury "Przypadków Robinsona Crusoe". Nie rozstawał się z tą książką i dzięki niej pielęgnował w sobie pragnienie poznania. Pragnienie, które uznawał do końca życia za największą siłę sprawczą i wyznacznik człowieczeństwa.

- Crusoe dał radę, to i ja dam - mówił sobie i znikał z domu nawet na kilka tygodni. Sprawdzał się wtedy i żył jak rozbitek - zużywał jedynie zgromadzony prowiant, sam budował szałas, przemieszczał się pieszo latem, a na nartach i łyżwach - zimą. Był w tej dobrej sytuacji, że w XIX-wiecznej Norwegii znalezienie odludzia było bardzo proste.

Dzisiaj na terytorium większym od Polski mieszka 5 mln ludzi, czyli znacznie mniej niż w Londynie. Gdy w 1880 r. Nansen zastanawiał się, jakie wybrać studia, Norwegów było jedynie 1,2 mln, czyli mniej niż dziś warszawiaków.

Pierwsza arktyczna podróż

Wielu jego rówieśników wyjeżdżało do Christianii (tak wówczas nazywano Oslo), by studiować prawo, matematykę, fizykę, medycynę. On wybrał zoologię. - Była w powijakach. Najwięcej zostało do odkrycia. Poza tym założyłem, że dzięki zoologii będę podróżował i spędzał czas na świeżym powietrzu - wyjaśniał to sam Nansen, jakby świeżego powietrza gdziekolwiek w Norwegii brakowało.

Nie pomylił się. Profesor Robert Collett, wykładowca Królewskiego Uniwersytetu Fryderyka w Oslo i najsłynniejszy norweski zoolog, zaproponował swemu najzdolniejszemu studentowi wyprawę za koło polarne na pokładzie żaglowca "Viking".

Mieli badać wpływ prądów na życie morskich zwierząt tej krainy (nie wiadomo, jaka była opinia na temat tych badań samych zwierząt, zwłaszcza zastrzelonych przy okazji przez samego Nansena przeszło 200 fok). Młodzieniec zgodził się bez namysłu. 11 marca 1882 r. wypłynął z Christianii w swoją pierwszą podróż do Arktyki.

Powiadają, że tak naprawdę już nigdy jej nie opuścił.

Był już wtedy mistrzem poruszania się po śniegu. Z odważnego chłopca zmienił się w wytrawnego narciarza. Dwunastokrotnie wygrał krajowe zawody w biegach narciarskich, był też rekordzistą w biegu łyżwiarskim na dystansie jednej mili.

Wygrał zawody Husebyrennet, w ramach których przebiegł na nartach z Bergen do Christianii - to jakieś 500 km! To, że Nansen mistrzowsko biegał na nartach i jeździł na łyżwach, pomogło mu w zdobyciu Arktyki.

"Wycieczka" do lodowego piekła

Jeszcze na pokładzie "Vikinga" zauważył i wykazał, że pod zimnymi wodami powierzchniowymi północnego Atlantyku płynie ciepły Golfsztrom. Podejrzewał też, że zamrożone fragmenty drzew, które znalazł w lodzie, pochodzą z wybrzeży rosyjskich, ale musiało minąć kilka lat, nim tam dotarł i to udowodnił.

Pod koniec wyprawy "Viking" utknął na miesiąc w krze w pobliżu Grenlandii. Nansenowi nie dane było wtedy zejść na ląd. Odpłynął, ale zaświtała mu wtedy myśl, by na nartach przejść tę największą wyspę świata wszerz i sprawdzić, co kryje się w jej wnętrzu. Nie docierali do niego nawet Inuici, rdzenni mieszkańcy Arktyki (zwani przez dziesięciolecia Eskimosami).

Przez pięć lat po powrocie Nansen pisał pracę doktorską z neurologii na temat teorii neuronów, ale myśl o tej nieszczęsnej Grenlandii cały czas skakała po jego własnych neuronach. Usłyszał, że nie powiodła się wyprawa przez jej interior zorganizowana przez legendarnego fińskiego polarnika Adolfa Erika Nordenskjölda, któremu wcześniej przecież udało się przejść Cieśninę Beringa.

Czytał, że trzy lata później skapitulował także Amerykanin Robert Peary. Zdołali dotrzeć do wnętrza wyspy, ale nie ją przejść.

Postanowił, że sam to zrobi, gdy tylko obroni doktorat. Gdy ogłosił plan wyprawy ze wschodniego, dzikiego i niezamieszkanego wybrzeża Grenlandii w poprzek wyspy, okrzyczano go szaleńcem. Nansen drwił sobie z tego pukania się w głowę, a swoją wyprawę nazywał nawet pobłażliwe "wycieczką narciarską".

Macie tu jakieś wolne igloo?

W tekście na temat norweskiego odkrywcy magazyn "National Geographic" pisał tak: "Nansen był postawnym mężczyzną o jasnych włosach. Nie przypominał donkiszotowskich łowców chwały typowych dla złotego wieku wypraw polarnych.

Stanowił raczej połączenie współczesnego wikinga i człowieka renesansu: był utalentowanym pisarzem, rozchwytywanym prelegentem, pierwszorzędnym zoologiem i wybitnym mężem stanu. Mówił płynnie co najmniej w pięciu językach, biegle posługiwał się aparatem fotograficznym, sporządzał piękne mapy i ilustracje, prowadził obfitą korespondencję z naukowymi luminarzami swoich czasów i zajmował się badaniami z niezwykłą intelektualną precyzją.

Jeden ze współczesnych mu niemieckich uczonych powiedział o Nansenie, że mikroskopem posługuje się równie dobrze, jak czekanem i nartami". Do tego trzeba dodać zdolność do nieulegania presji autorytetów, kwestionowania dotychczasowych standardów i rozwiązań oraz stosowania jak najprostszych sposobów, by dotrzeć do celu.

Jego grenlandzka wyprawa ruszyła 15 sierpnia 1888 r. Towarzyszyło mu pięciu innych Norwegów. Finansowanie - środki własne i dotacja zakochanego w Arktyce duńskiego milionera. Parlament norweski odmówił pieniędzy mimo rekomendacji uniwersytetu.

Już po kilku tygodniach śmiałków omal nie zmiótł gwałtowny atak śnieżycy. Na dotarcie do drugiego wybrzeża i złapanie ostatniego statku odpływającego stamtąd przed zimą nie było szans. Norwegowie poszukali więc osad tubylców i dzięki ich życzliwości w igloo spędzili zimę.

To było zrządzenie losu, bo nikt dotąd nie miał okazji, by tak gruntownie zbadać życie mieszkańców tej ziemi. Nansen dostarczył bezcennej wiedzy na temat życia Inuitów, a po powrocie do kraju napisał o nich bestsellerową książkę.

Dam się skuć

Przejście Grenlandii rozsławiło jego nazwisko na cały świat. Poszedł zatem za ciosem. Przypomniał sobie te konary, które znajdował w zamarzniętym lodzie w czasie rejsu "Vikingiem". Jeszcze raz przejrzał swoje notatki i publikacje na temat prądów morskich. I latem 1891 r. ogłosił publicznie projekt, przy którym przejście Grenlandii było fraszką.

 

- Zamierzam dotrzeć na pokładzie specjalnie skonstruowanego statku do bieguna północnego - zakomunikował.

- Jak to... na statku?! - złapali się za głowę Norwegowie. Złapał się cały świat.

Fridtjof Nansen dobrze wiedział, co chce zrobić. Obserwacje prądów i tego, co niosły, nasuwały jeden wniosek: ruchy mas wody mają miejsce także pod lodową czapą bieguna. To znaczyło, że pokrywa go nie stały ląd, jak w przypadku Antarktydy, a jedynie zamarznięte morze.

Norweg zamierzał więc zbudować specjalny statek o wzmocnionym kadłubie. Na tyle mocnym, by nie uszkodziły go wielkie kry, w które się... wkomponuje. - Dam mu wmarznąć w lód i ponieść prądom. Dotrę do bieguna dryfem. Poddam się lodowi - kombinował. - Statek nazwę "Fram", czyli naprzód.

To nie było już zwykłe szaleństwo. Dla opinii publicznej był to gwałt na dotychczasowym stanie nauki. Zostawiając na boku rozważania na temat tego, czy Norweg dobrze czyta geografię Arktyki, pozostawała kwestia tego statku.

Każda łajba, którą dotąd w wodach podbiegunowych złapał lód, przepadała. Kry i ich ruch miażdżyły ją jak łupinę. Ten lód miał twardość skały. Taki manewr próbował wcześniej przeprowadzić amerykański statek "Jeanette". Ugrzązł w lodzie z załogą na 21 miesięcy, aż Arktyka zgniotła go na dobre.

Wbrew furii natury

"Fram" miał szczególną konstrukcję (używaną do dziś w podróżach po wodach polarnych): owalny kadłub, brak stępki, urządzenie do podnoszenia sterów i śrub oraz wnętrze wyłożone włosiem reniferów, filcem i koprą, by utrzymać ciepło.

Wiatrak produkował prąd, Nansen kazał zbudować nawet bibliotekę na 600 książek, a w trakcie rejsu zorganizował wydawanie pokładowej gazetki. Wyprawę obliczał nawet na pięć lat, do 1898 r. - tak duże wziął zapasy.

Kilka kilometrów na dobę - z taką szybkością przesuwał się "Fram" ku biegunowi. Lód chwycił go w kleszcze, a marynarze (13 osób załogi) aż kulili się ze strachu na dźwięk odgłosów, jakie temu towarzyszyły. Nigdy nie słyszeli czegoś takiego.

"Jakby siły natury wpadły w furię, by zetrzeć nas na proszek" - opisywali. Na dodatek gdy zeszli dla gimnastyki na wielką krę, zaatakował ich niedźwiedź polarny i kilku poranił. Wybił także część psów zaprzęgowych.

Statek zwalniał, zwalniał, aż wreszcie na początku 1895 r. Nansen zrozumiał, że do bieguna nie dodryfuje. Żeby go zdobyć, musiał pójść lodem z 28 psami, zaprzęgami i jednym towarzyszem, Hjalmarem Johansenem.

Trzymiesięczna wyprawa zamieniła się w dramat. Polarnicy tracili psy. Musieli zabijać te słabsze, by wykarmić ich mięsem silniejsze. Zgubili drogę i 364 km od bieguna (tak blisko nie dotarł jeszcze żaden człowiek) zrezygnowali.

- Obiecałem żonie, że wrócę. To był moment, w którym pójście dalej oznaczało być może zdobycie bieguna, ale niedotrzymanie słowa - tłumaczył potem Nansen. Na marginesie, jego żoną była Eva Sars, znakomita śpiewaczka i narciarka, pierwsza kobieta, która w Norwegii jeździła na nartach nie w sukni, a w spodniach.

Niezbadane dzieje bieguna

Dramat wyprawy Norwegów pogłębiał fakt, że "Fram" był już poza ich zasięgiem. Polarnicy ruszyli więc po zamarzniętym morzu w stronę Wysp Franciszka Józefa u brzegów Rosji.

Przez twardy lód, ale i wodę z roztopioną breją i lodową kaszą, na nartach albo w kajaku (zdarzało się, że wywracały go morsy), żywiąc się jedynie krwią zarżniętych psów i mięsem kilku fok, morsów oraz niedźwiedzi polarnych, które zastrzelili. Od jednego z nich przejęli gawrę, w której mogli spędzić całą zimę. Wyjście na zewnątrz oznaczałoby śmierć.

Po przezimowaniu w niedźwiedziej jamie śniegowej w czerwcu 1896 r. Norwegowie cudem zostali odnalezieni przez wyprawę Brytyjczyka Fredericka G. Jacksona, który sam szedł na biegun.

On również tam nie dotarł. Dopiero w 1908 r. amerykański polarnik Frederick Albert Cook i dwaj Inuici Ahwelaw i Etukishook zameldowali, że dotarli do bieguna.

Nie potrafili tego jednak udowodnić. Rok później zdobycie północnego "czubka" Ziemi udokumentował Amerykanin Robert Peary, ale i jemu postawiono te same zarzuty, co Cookowi, że dotarł jedynie w okolice bieguna. Nie wiadomo tylko, czy sam myślał, iż jest u celu, czy też dopuścił się oszustwa (jak pilot Richard Byrd, który prawie na pewno łgał, że przeleciał nad biegunem).

Wygląda na to, że jako pierwsi na biegun północny dotarli w rzeczywistości Roald Amundsen z włoskim konstruktorem sterowców Umbertem Nobile i 15 osobami załogi - przelecieli nad nim zeppelinem "Norge" w 1926 r. Kto jako pierwszy postawił na nim stopę, wciąż nie wiadomo. Albo była to radziecka wyprawa z 1948 r. Siewier-2 pod wodzą Aleksandra Kuzniecowa, albo w 1952 r. Amerykanie Joseph O. Fletcher i William P.Benedict.

Państwo to ja!

Ale wtedy Fridtjof Nansen zajmował się już polityką. W czasie pierwszej wojny światowej jego znajomości u Amerykanów spowodowały, że wypełnił misję zleconą przez króla - załatwił Norwegii zniesienie embarga i ciągłość dostaw towarów drogą morską bez konieczności przystępowania jej do koalicji przeciw państwom centralnym.

Norwegia mogła zostać neutralna, ale Amerykanie postawili warunek: ojczyzna Nansena musi wprowadzić kartki na żywność. Polarnik-dyplomata nie miał kompetencji, by podejmować takie decyzje. On jednak nigdy takimi szczegółami się nie przejmował i na własną rękę podpisał zobowiązanie dla całego kraju! Norwegia nie zakwestionowała jego decyzji, wprowadziła kartki, embargo zniesiono. To zapewne uratowało jej gospodarkę.

Ojczyzna dała mu potem mandat delegata do Ligi Narodów, gdy w Rosji akurat wybuchła rewolucja bolszewicka. Nansen zorganizował akcję ewakuacji ludzi z tego kraju. Dzięki niemu wyjechało z Syberii prawie pół miliona osób, w tym wielu Polaków.

Ewakuował też tysiące Ormian w czasie czystek tureckich na Kaukazie. A że nikt nie chciał tych uchodźców przyjąć, Norweg raz jeszcze zadziałał na własną rękę. Paszporty wystawił im... sam. I podpisał: "Fridtjof Nansen". Prestiż nazwiska spowodował, że kraje zachodnie nie odmówiły przyjęcia uchodźców z takim dokumentem.

W drodze na biegun Nansen omal nie stracił życia. Paszporty Nansenowskie uratowały życie innych. A jemu dały Nagrodę Nobla.

Więcej o:
Komentarze (18)
Fridtjof Nansen: polarnik, który szedł naprzód
Zaloguj się lub komentuj jako gość
  • baba67

    Oceniono 55 razy 55

    Rzeczy bardzo trudne zalatwiał od ręki, na niemożliwe potrzebował kilku dni.

  • kongregacja

    Oceniono 48 razy 48

    i to są wzory dla ludzkości, a nie jacyś celebryci, nieszczęsne beztalencia, które błyszczą odbitym światłem.

  • biebrzanska

    Oceniono 46 razy 46

    Bohater mojego dzieciństwa. Tak jak on biegał z Robinsonem Crusoe pod pachą, tak ja biegałam z jego biografią autorstwa Centkiewiczów i chciałam być badaczem polarnym. Wyświechtana książka bez okładek do tej pory stoi na mojej półce.
    Młodym polecam. Centkiewiczowie 'Fridtfof, co z ciebie wyrośnie'.

  • szuperman

    Oceniono 24 razy 24

    jeden z niewielu ludzi którego mogę nazwać swoim idolem

  • Paweł Deneko

    Oceniono 17 razy 17

    Małe sprostowanie: Nansen nie poszedł na łatwiznę i do zimowania wykorzystał gawrę niedźwiedzia. Zimę wraz z Johansenem Nansen przekoczował w samodzielnie wybudowanej z kamieni i mchu "chatce", wnętrze wyłożył skórami upolowanych niedźwiedzi a grzał się paląc tłuszcz morsów i fok. Prawdziwy człowiek renesansu, wzór przyrodnika, zdobywcy i polityka.

  • lupideluck

    Oceniono 16 razy 16

    To był człowiek - góra. Od czasu gdy kłamstwo rządzi nami a polityką zwłaszcza, brakuje takich ludzi. To min on pokazał mi inny świat i drogę. Dziękuję :)

  • Zeneq Kwiateq

    Oceniono 4 razy 4

    Czy gdy GKS Katowice grał w europejskich pucharach z Framem Reykjavik, ktoś z kibiców wiedział, że klub ten nazwą nawiązuje do jednego z największych odkrywców w dziejach świata?- ja wiedziałem bo wcześniej leciał w TVP rumuński serial o nazwie "FRAM", główny bohater tego serialu wzorował się na tym skandynawie pozdro ;)

  • money.eu

    Oceniono 2 razy -2

    ktory szedl naprzod.

    Rozumiem ze innych tam dowozono a potem szli do tylu

  • airborell

    Oceniono 6 razy -2

    "ktoś z kibiców wiedział, że klub ten nazwą nawiązuje do jednego z największych odkrywców w dziejach świata?"

    Niektórzy kibice czytali "Fridtjof, co z ciebie wyrośnie" :P.

    Ciekawe, czy do Nansena nawązuje też nazwa klubu Naprzód Janów.

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX