Czesław Mozil: nie jestem macho, to się kobietom podoba

Podbił Polskę "Maszynką Do Świerkania" i muzyką, którą wszyscy pokochali, nie do końca rozumiejąc, dlaczego. Sławę dały mu jurorskie występy w "X Factorze". Dziś zdobywa serca Polaków za granicą i hejt prawicowych portali nową znakomitą płytą "Księga emigrantów. Tom 1".

Spotkaliśmy się w jego knajpie na warszawskiej Pradze po jego występie solowym z piosenkami z "Księgi Emigrantów. Tom 1". Rewelacja! 40 widzów, atmosfera jak w nowojorskim klubie. Wszystko tak inne od blichtru "X-Factora"...

PIOTR HYKAWY-ZABŁOCKI, MIKOŁAJ KIRSCHKE: Jesteś celebrytą?

CZESŁAW MOZIL: - Miałem nadzieję, że nie. Ale chyba jednak jestem. Wydajesz płytę, najlepiej sprzedający się krążek 2008 r., i nikt cię nie rozpoznaje. Potem występujesz w telewizji i nagle wszyscy zaczynają cię kojarzyć, ale nie znają twojej muzyki. Wtedy wiesz, że stałeś się celebrytą.

Ale od razu powiem: nie wiem, co musiałoby się wydarzyć, żebym wystąpił w "Celebrity Splash"!

Bo na pewno boisz się skakać do wody!

- Przyznaję, że teraz gdybym miał nawet z metra skoczyć na główkę, to trochę strach... A przecież jak miałem kilkanaście lat, to i z 10 metrów się skakało. Za darmo! Uwielbiałem to.

Skoro jesteś celebrytą, to blisko ci do Natalii Siwiec, co? Czy jednak widzisz jakieś różnice?

- Natalia Siwiec jest złym przykładem. Są celebryci, których - jak wszyscy - znam, ale nie mam zielonego pojęcia o ich talentach, nie wiem, dlaczego właściwie stali się sławni. U Natalii zauważam pewne walory, ma świetne ciało, jest fajną modelką. Ale niektórzy...

Na przykład?

- Nie pamiętam nazwisk. A poza tym nie będę obgadywał innych, bo tego obgadywania i tak jest za dużo w naszym show-biznesie. Na przykład dla niektórych przestałem być muzykiem alternatywnym, gdy wystąpiłem w telewizji.

Czyli nie da się być jednocześnie celebrytą i artystą alternatywnym?

- W tym kraju są ludzie, którzy decydują, co jest kulturą wyższą, a co niższą. Co można robić, a czego nie. Ja chyba według nich złamałem jakieś zasady biblii rockandrollowca. Ale to oczywiście hipokryzja, bo ci sami ludzie są częścią show-biznesu.

Ale ty czujesz się muzykiem?

I są jeszcze ludzie, którzy mnie za takiego uważają. Kilka miesięcy temu miałem przyjemność być na kolacji u prezydenta Komorowskiego z okazji wizyty duńskiego następcy tronu. Wchodzę, a tam goście są przedstawiani. Trochę się bałem, że usłyszę: "Czesław Mozil, dziwkarz, celebryta, alkoholik". Ale nie, było: "Czesław Mozil, muzyk". Byłem dumny, że jeszcze jestem uznawany za muzyka.

A swoją drogą nazajutrz była impreza ambasady duńskiej, też z parą królewską. Straszny obciach, jeśli chodzi o gości. Grał Leszek Możdżer, ludzie na całym świecie zabijają się o bilety na jego koncert, a tu połowa ludzi gadała i zajmowała się własnym lansem. Żenada.

Dobrze się ubrałeś? Nie było afery jak z Zygmuntem Miłoszewskim na wręczeniu Paszportów "Polityki?

- Afery? E tam... Paszporty to taka impreza, że dużo ludzi dziwnie się ubiera. Ale za to byłem na 100-leciu Teatru Polskiego. Założyłem smoking, bo tak wypada. Byłem jedyny! Rozumiecie? Jedyny! Szok.

Prywatnie można się ubierać dowolnie, ale są rzeczy, które po prostu trzeba szanować. A tam dress code u facetów był fatalny. Przecież nie trzeba kupować smokingu czy fraka, można wypożyczyć...

Czyli jesteś zwolennikiem klasycznej elegancji?

- Wtedy, kiedy trzeba - zdecydowanie. Jeśli nie jestem pewny, jak się wypada ubrać, pytam moją wspólniczkę z CzesioCiucha.

Teraz pewnie zdarza się, że na koncerty przychodzą ludzie, którzy znają cię tylko z telewizji. Są rozczarowani?

- Na pewno, choć rzadko to mówią. Był taki moment, gdy pod sceną był tłumek piszczących nastolatek. Jutro gram w Paryżu i jestem przekonany, że będzie kilkadziesiąt procent ludzi, którzy znają mnie tylko z telewizji, no, może kojarzą "Maszynkę do świerkania". Ale z drugiej strony są też ludzie, którzy na koncert nie przyjdą właśnie dlatego, że jestem z telewizji.

A czy bywają rozczarowani? Na pewno, ale nikt mi nie pisze maili: "Boże święty, ty taki śmieszny jesteś w telewizji z tym śmiesznym akcentem, a tutaj taki smutny temat".

Walczę, żeby zrozumieć, że nie mogę się każdemu podobać. Jestem tak wychowany, że krzyczę, błagam o uwagę. Na koncertach mówię (i to nie jest kokieteria), że nie czekam na brawa. Brawa nie są ważne. Ale jeśli choć jedna osoba wyjdzie, to nie mogę spać. Taki kompleks artysty.

Ale jak człowiek dorasta, tym bardziej jest świadomy rzeczy, których nie potrafi. Teraz nie fikam tak bardzo.

Tak jak z tym skakaniem na główkę.

- Właśnie. Teraz się wie, że się tak nie potrafi. Ale ja się nie dziwię już, że ludzie tak czasami mnie oceniają. Byłem ostatnio na turnieju piłkarskim w Teheranie z reprezentacją polskich artystów. I stałem w tej szatni wśród gości, których kojarzyłem tylko z mediów, więc wydawali mi się straszni, tak jak byli tam opisywani. A tu - naprawdę fajni ludzie! I powiedziałem im: "Panowie, nie obraźcie się, wydajecie się sympatyczni". To jest przykre, że nastawiłem się do nich negatywnie, bo ufałem tym wszystkim Plotkom i Pudelkom. Zamiast oceniać ich talent.

A tym Pudelkom trudno nie uwierzyć. Kiedyś byłem z koleżanką w teatrze, pierwszy i ostatni raz. I następnego dnia zdjęcie na Pudlu z napisem: "Zakochany Czesław". Patrzę, czytam i myślę: "Kurczę, skoro tu tak piszą, to chyba rzeczywiście muszę być zakochany!". Zobaczyłem własne zdjęcie na portalu z dziewczyną i aż poczułem motylki w brzuchu. Dwa dni to trwało. A potem przestaliśmy się widywać.

Czyli zaglądasz na Pudla?

- Oczywiście, wolę wiedzieć, co o mnie piszą. Bo potem mama do mnie dzwoni, że ciotki z Polski czytały, że wziąłem 50 tysięcy za sesję zdjęciową w Maroku. Tłumaczę: "Mamusiu, zarabiam pieniądze, ale to nie tak funkcjonuje, do Maroka pojechałem za darmo".

Trzeba mieć to w dupie. Chociaż ostatnio zrobiło mi się naprawdę przykro. Po koncertach w Anglii wracam i czytam, że byłem pijany i obrażałem Polaków. A przecież tak nie było. Pani konsul wręcz dziękowała mi, że mało kto tyle dla Polonii zrobił, i zapraszała, by odwiedzić polskie szkoły w Wielkiej Brytanii. Na szczęście cała sytuacja została sfilmowana. Gdybym nie miał nagrań, to byłbym w dupie, nie wybroniłbym się.

To wszystko pewnie bierze się też z tego, że ja chcę mówić również o rzeczach niewygodnych i bolesnych. Dla mnie. Dla nas. A w Polsce nie ceni się otwartości i okazywania słabości. Ale panowie, przyjdzie na to moda. I ja tę modę pomagam wprowadzić. Nadejdzie dzień, gdy polski facet zrozumie, że nie musi być macho.

A jaki jest polski mężczyzna? Czym się różni od Duńczyka?

- Teraz muszę bardzo uważać, co powiem... Wydaje mi się, że to, jaki jest mężczyzna, zależy od tego, jakie są kobiety. Dunki wywalczyły równouprawnienie, ale ta walka... hmm... jakby to powiedzieć... trochę wykastrowała mężczyzn. Nie chciałbym być mężczyzną w Danii.

Z kolei Polak zdobywa kobietę, adoruje kobietę. Tylko ma przekonanie (pewnie został tak wychowany), że ona jest słabsza, że trzeba ją zdominować, że musi znać swoje miejsce.

Moim zdaniem nie ma nic złego w adorowaniu kobiet, w pożądaniu ich (o czym Duńczycy już zapomnieli), ale trzeba również akceptować to, że kobieta tobą w jakimś sensie też rządzi.

Czyli równouprawnienie, ale z elementem romantyczności?

- Tak. Bo co z tego, że polski mężczyzna umie przytrzymać drzwi, kupić kwiaty i mówić "kocham cię", skoro chce rządzić w domu, a ona...
Ona ma iść do kuchni.
Właśnie.

Ty, jako połączenie Polaka i Duńczyka, jesteś pewnie idealnym mężczyzną, co?

- O Jezu! (śmiech)

Powiem tak. Gdy byłem singlem, spotkałem mnóstwo kobiet. I one mi mówiły, że czują się ze mną swobodnie. Bo ja nie mam superciała, ale skoro się go nie wstydzę, to one też przestają się krępować swoich niedoskonałości.

A polski mężczyzna... Byłem ostatnio w klubie fitness i po raz pierwszy poczułem się nagi w męskiej szatni. Wszyscy zakrywali się ręcznikami, chowali się w kabinach, żeby majtki zmienić. Polski mężczyzna to macho, musi mieć wszystko pod kontrolą.

Ja się nie wstydzę słabości. Przez to kobiety czują się przy mnie bezpieczniej.

Czyli co? Polacy, nie wstydźmy się słabości!

- Tak, bo my tu, w Polsce, boimy się przyznać do błędów. Siedzę w kinie, facetowi dzwoni telefon, ale on udaje, że to nie jego. Zamiast wyłączyć, przeprosić, to on udaje, że to nie jego komórka, że to nie on zapomniał wyłączyć dzwonek. W końcu jego dziewczyna krzyknęła: "Weź to, kurwa, wyłącz". Dopiero wtedy wyłączył.

Zobaczycie, nadejdzie moment, że będziemy jeszcze na to podrywać, na te słabości.

Wspomniałeś o aferze z Anglii. Niektóre polskie media czekały na takie wydarzenie. Byłeś na cenzurowanym od czasu piosenki "Nienawidzę cię, Polsko". Spodziewałeś się tego hejtu?

- Gdybym mógł cofnąć czas, to nigdy nie wydałbym piosenki pod takim tytułem. Nie spodziewałem się takiej reakcji. To jest płyta o emigrantach, o tym, jaki oni mają żal do nas, Polaków w kraju, że ich olewamy, ale to nie jest płyta antypolska.

Jest mi też przykro, bo ta płyta została trochę przemilczana. Pewien dziennikarz powiedział mi: "Czesław, nikt twojej płyty nie ruszy, nawet dziennikarze, bo oni mają już wypracowane swoje opinie". Bo wystąpiłem w telewizji i przestałem być alternatywny.

Z powodu "X Factora"?

- Tak.

No właśnie, a gdy dostałeś propozycję z "X Factora", to nie bałeś się utraty wiarygodności?

- Nie, bo zawsze kierowałem się tym, i dalej będę tak robił, na co mam ochotę. Odmówiłem udziału w "Tańcu z gwiazdami" i "Tańcu na lodzie", bo tego nie czuję. A w "X Factorze" mogłem być sobą. Chciałem to zrobić, bo jeśli mogę być tym małym trybikiem w polskim show-biznesie i wykreować kogoś wartościowego, to czemu nie? Kiedyś będę mógł powiedzieć, że byłem świadkiem, jak przyszedł do nas Dawid Podsiadło i dzięki nam wypłynął. Dzięki nam, dzięki mnie również, dzięki temu programowi.

Boże święty, ja mam nadzieję, że w przyszłości będę robił fajne programy dla dzieci, mam dużo pomysłów i mogę być w tym wszystkim wiarygodny i dobry. Nie mam żadnych układów i nie chodzę na miasto z dziennikarzami, więc mam poczucie, że mam bardzo dobrą pozycję. Tylko że niezależność nie każdemu się podoba...

To, że dla niektórych stałem się panem celebrytą, uświadomiło mi, że droga do akceptacji słuchaczy nie jest taka łatwa. Że się walczy, walczy, potem jest platyna, a potem można dostać kopa. To skomplikowane, ale motywuje do pracy.

A jak zareagowali na "X Factora" twoi duńscy koledzy z zespołu?

- Połowa zespołu jest przekonana, że takie programy rozrywkowe są wyreżyserowane. Ale generalnie to są moi przyjaciele, więc mnie wspierają.

Śmieszne było to, że jak nadszedł ten "X Factor", to zacząłem grać więcej. Chciałem udowodnić, że nie ma dla mnie taryfy ulgowej, nie biorę wolnego na te dni. W trasie byliśmy przez cały czas, koncerty sześć dni w tygodniu. Nocą z czwartku na piątek kierowca wiózł mnie do Warszawy na próbę poranną w "X Factorze", wieczorem samolot na kolejny koncert, a potem w sobotę cały dzień na planie "X Factora". A jeszcze z Kubą Wojewódzkim dwa razy w tygodniu robiliśmy poranny program w radiu. Totalny zapieprz. Tak żyłem cztery ostatnie wiosny. Ale chciałem pokazać, że nie zwalniam. To był najbardziej intensywny moment grania i tworzenia płyt. Chciałem to robić dla siebie i moich przyjaciół.

Nie miałeś takiego momentu, że się telewizją zachłysnąłeś? Kobiety, pieniądze, sława?

- Wydaje mi się, że nie. Były kobiety, ale byłem wtedy singlem, więc nic w tym złego. Nie randkowałem na zewnątrz, randkowałem w swoich dwóch pokojach, w moim 50-metrowym mieszkaniu. Nie miałem samotnych nocy. A jak miałem, to dlatego, że zapiłem w barze. (śmiech)

Czyli po programie było więcej kobiet?

- Panowie, ja wreszcie mogłem sypiać z kobietami, które nie znały mojej muzyki! Bo nie ma nic gorszego niż fanki. One kochają nie ciebie, tylko twoją muzykę, dla nich nie jesteś zwykłym mężczyzną, ale jakimś wyobrażonym ideałem. Za to te, które znają cię z telewizji, całkowicie inaczej się zachowują. Są bardziej... plastyczne.

Naprawdę?!

- Powiem tak. Jak byłem młodszy, to kręciły mnie dresiary. Każdy facet lubi taką mieszankę dresiary z Matką Polką, trzeba się umieć do tego przyznać. Ale dresiary wtedy mnie nie rozpoznawały, więc miały mnie gdzieś, bo ja nie jestem jakoś zabójczo przystojny. Do momentu właśnie, gdy zobaczyły mnie w telewizji. Nie chcę się chwalić, ale...

Był taki wywiad, który wygrzebano, gdy stałem się panem z telewizji. I tam pada zdanie, że miałem trzycyfrową liczbę partnerek. Czy to takie dziwne? Policzcie: miałem 16 lat, gdy straciłem dziewictwo, potem kilkanaście lat bycia singlem. No to się uzbierało... Zaczęły się komentarze. I Stachursky w Eska TV krzywi się, krytykuje, sugeruje, że ściemniam.

Pomyślałem sobie: "Jaki ty jesteś biedny, chłopie. Byłeś na topie, a nie korzystałeś? To co ty robiłeś, kiedy miałeś swoje 15 minut sławy?".

Wkurzało cię to?

- Nie, myślę, że zawsze tak będzie, ale bawi mnie różnica między rzeczywistością a obrazem medialnym. Ludzie myślą, że artyści śpią do godz. 17, potem koncert, a potem chleją. Myślą, że do wszystkiego dochodzi się przez przypadek. A nie widzą ciężkiej harówki, która stoi za sukcesem. Talent jest maleńką jego częścią, reszta to praca.

Albo, gdy opowiadasz, że bawiłeś się przy nagrywaniu płyty, to mówią, że to nie praca. Bo skoro to lubisz, to nie może być praca. To są takie stereotypy.

Wróćmy do płyty "Księga emigrantów. Tom I". Wielką jej siłą są znakomite teksty Michała Zabłockiego...

- Michał jest geniuszem. Współpracowaliśmy ze sobą już wcześniej. A te historie z płyty są mieszanką tego, co Michał wygrzebie sam i co ja podrzucę. On ma siostry na emigracji w Stanach, więc też czuje temat. Jedna zresztą się bardzo obraziła na te teksty.

Piosenkę "Biały murzyn" przyniósł Michał, a ja się nią zachwyciłem. "Do kościoła" powstało tak, że ja opowiedziałem o sytuacji, którą przeżyłem w kościele, a on to zamienił na tekst. Tak samo "Z dala od rodaków".

Emigracja twoich rodziców jest podobna do tej dzisiejszej?

- Moi rodzicie mieli inne powody. Wyjechali w 1985 r. Gdyby wiedzieli, że Polska będzie w takiej sytuacji w 1989 r., toby nie wyemigrowali. Moja mama żałowała wyjazdu. Ale wiele rzeczy jest podobnych.

Niektórzy mówią: "Co ty, kurwa, wiesz o emigracji. Miałeś sześć lat, jak wyjechałeś". A ja odpowiadam: "Jak słyszałem, że ojciec płacze, bo nie może pojechać na Ukrainę na pogrzeb mamy, to chyba coś wiem?". I wtedy rozumieją. Oni mają takie same sytuacje - też nie mogli przyjechać na pogrzeb mamy, bo to był pierwszy tydzień w nowej pracy i szef Anglik by się nie zgodził. A mój ojciec nie mógł wrócić, bo mogliby mu paszport odebrać. Więc powody inne, ale doświadczenie podobne. I zaczyna się inna rozmowa.

Gdy byliśmy na koncercie, to te teksty wydawały się bardzo osobiste, bardzo twoje. Gdy zobaczyliśmy, że nie jesteś ich autorem, byliśmy zdziwieni...

- Czasami Michał przynosi, czasami dyskutujemy. Michał jest idealny, bo jest jak psycholog, któremu można się zwierzyć. W przyszłości, mam taki pomysł, chciałbym położyć się na kanapie i opowiedzieć o tych różnych dziewczynach, z którymi się spotykałem. I chciałbym napisać listy do dzieci, których nie ma, ale które mógłbym z nimi mieć. I w każdym liście opisywać temu wyimaginowanemu dziecku jego mamę.

Czy członkowie twojego zespołu rozumieją, o czym śpiewasz? Te polskie fobie i problemy?

- Ja im to opowiadam, dlatego chciałem, żeby teksty zostały przetłumaczone na angielski. Ale jedni bardziej rozumieją, drudzy mniej. Mają dystans do Polski i czasami to daje ciekawe efekty. Bo to są rzeczy, które trudno im wytłumaczyć.

Kurczę, różnice są ogromne. Wiecie, przed wojną na Ukrainie mówiłem przyjacielowi, że my tu jesteśmy zesrani, że Putin zaatakuje. A on tłumaczył mi, że Putin zawsze macha mieczem, ale z tego nic nie wynika. A dwa tygodnie później zaczęło się.

A jak się w ogóle gra w takim międzynarodowym składzie?

- To jest kolektyw, który cały czas żyje, i zawsze się cieszę, kiedy moi przyjaciele przyjeżdżają, żeby razem zagrać. Moim zdaniem musiałem zamieszkać tu, w Polsce, żeby mógł powstać polsko-duński Czesław Śpiewa.

Moi przyjaciele mówią, że to jest najlepszy projekt solowy, w którym uczestniczyli. Bo ja, co prawda, zbieram śmietankę, jestem twarzą zespołu, ale pieniędzmi dzielimy się po równo. I razem pracujemy, każdy ma swój wkład w płytę.

Dzień, w którym straciłbym swoich przyjaciół, byłby koszmarem. Trzeba dbać o nich. Staram się jak najlepiej.

Czego nauczyła cię Polska?

- Ja się cały czas uczę! Byłem strasznie głodny Polski, kraju, który opuścili moi rodzice. Przyjeżdżałem tu od 10. roku życia. Nigdzie nie czułem się tak dobrze jak na warszawskiej Pradze i wiążę przyszłość z Polską też prywatnie, ale mam poczucie, że cały czas się uczę.

Pamiętasz, co cię zdziwiło najbardziej, gdy się tu przeprowadziłeś na stałe?

- Wszystkie rzeczy urzędowe. Polska nauczyła mnie, że tu masz wybór - albo jesteś przemiły i podlizujesz się systemowi, albo jesteś skurwysynem i żądasz swojego. Nie można być normalnym. Ale dzisiaj byłem w urzędzie, gdzie pani urzędniczka okazała się artystką i wydrukowała mi swoje wiersze, a potem składałem autografy dla dzieciaków wszystkich pań w urzędzie. To są takie dni, kiedy fajnie jest być panem z telewizji. (śmiech)

Ale nie rozumiem, czemu urzędnicy nie mogą komunikować się ze mną mailowo. Albo że nie wysyłają SMS-ów. To mnie wkurza.

A po jakiemu klniesz?

- Po polsku. Duński język jest słaby do przeklinania. Jest "Do diabła!". A nie ma takich przekleństw...

Soczystych?

- O, właśnie. W duńskim "zamknij ryj" jest już bardzo brzydkie. Po polsku klnie się lepiej.

. . .

Czesław Mozil - urodził się w Zabrzu w dniu premiery "Mad Maxa" (1979) i jako dziecko wyjechał z rodzicami do Danii. Jeden z nielicznych przykładów udanej emigracji zarobkowej w odwrotnym niż zwykle kierunku - Dania go wykształciła (Królewska Akademia Muzyczna), a do Polski przyjechał pomnażać nasz PKB. Pomnaża go m.in. muzyką ("Debiut" w 2008 dostał potrójną Platynową Płytę) i ciuchami dla dzieci (CzesioCiuch).

Więcej o:
Komentarze (39)
Czesław Mozil: nie jestem macho, to się kobietom podoba
Zaloguj się lub komentuj jako gość
  • czemublokujecie_mikonto

    Oceniono 6 razy -2

    Kto by tam chciał sypiac z takim brzydalem, który na dodatek jeszcze tak okropnie wyje? Chyba tylko głucha desperatka:P Facet chyba sam się przechwala, żeby się zareklamować. Żałosne!

  • pedro.666

    Oceniono 4 razy 2

    Ja go rozumiem. Też bym nie chciał spać z kobietą, która lubi jego muzykę.

  • plastikpiokio

    Oceniono 8 razy 0

    cos ta chłopina bardzo niewyspana jest ----jak widac na foto.

  • papa jo

    Oceniono 4 razy -2

    już niedługo burdeli ci zabraknie Czesiu.

  • albertyna13

    Oceniono 5 razy -1

    Facet, gdybyś był ostatnim na Ziemi nie spojrzałabym w twoją stronę...

  • leveller

    Oceniono 6 razy -2

    Polski wieśniak eksportowy .

  • abdu_al

    Oceniono 9 razy -3

    Kobietom głownie podoba sie twoja sława i kasa. Mając to nie musisz byc maczo.

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX