Thor Heyerdahl: podróżnik, który nauczył nas pokonywać granice

Gdy przepłynął tratwą ocean, z Ameryki na Polinezję, zastał na miejscu list pożegnalny od swojej żony Liv. "Zawsze będziesz gonił za słońcem i stawiał na swoim. Jak na ironię, to najbardziej w tobie kocham. Żegnaj, to nie ma sensu" - napisała. To była pierwsza z trzech jego żon i pierwsza z kilku jego wypraw.

Zapytajmy: co się udało Thorowi Heyerdahlowi? Pewnie wielu z nas odpowie: dopłynąć zbudowaną dawnymi metodami tratwą Kon-Tiki z brzegów Ameryki do wysp Polinezji, aby wykazać, że starożytne ludy Ameryki prekolumbijskiej też mogły to zrobić i że to one zasiedliły Oceanię. Norweski odkrywca kojarzy się bowiem głównie z tym. Wyprawy Ra czy Tygrys już tak znane nie są, choć też powinny. W wypadku Kon -Tiki bowiem dość szybko okazało się, że Heyerdahl właściwie niezbicie wykazał jedynie to, że - zgodnie z jego najważniejszą maksymą - tworzonych przez ludzi granic nie widać, ale i tak istnieją w umyśle człowieka.

Naukową wartość jego najważniejszej wyprawy (już po śmierci Heyerdahla) postawił pod znakiem zapytania jego rodak, Erik Thorsby, profesor medycyny w Oslo. Wykonał testy DNA wśród mieszkańców Polinezji i wykazał, że kodowi genetycznemu tutejszych ludzi jest zdecydowanie bliżej do mieszkańców Azji niż Ameryki. To był bardzo ważny argument w dyskusji na temat tego, skąd pochodziła ludność Pacyfiku. Ważny, ale nie rozstrzygający, bo przecież geny Polinezyjczyków mogły się zmienić, odkąd doszło do odkrycia ich wysp przez Europejczyków i ich kontaktu z przybyszami z innych kontynentów. Zresztą, to przecież nie to w opowieści o Heyerdahlu jest najważniejsze.

Powiedział "sprawdzam" i sprawdził

- Czuję, że pokazałem, że błędne jest patrzenie na oceany jako barierę izolującą w starożytności jednych ludzi od drugich - mówił Thor Heyerdahl trzy lata przed śmiercią. - Uważamy, że coś jest niemożliwe i niewykonalne tylko dlatego, że tak uważamy - dodawał. A on powiedział "sprawdzam". I zaczął sprawdzać.

Najpierw w Polinezji, gdzie trafił z żoną Liv w 1936 r. Markizy (bo na nich wylądował) z wyspami Nuku Hiva i Fatu Hiva, najdalej na północ wysunięta część Polinezji Francuskiej, to raj na ziemi. I - jak przystało na raj - tylko dla wybranych.

Hiszpańska wyprawa Alvara Mendańi de Neyry, który tropił tajemniczy południowy ląd Terra Australis, w 1595 r. zastała tu tubylców Polinezji. Mieszkali na pojedynczych wyspach oddalonych od siebie o setki, tysiące kilometrów. Skąd się wzięli? Heyerdahl myślał o tym, odkąd usłyszał miejscową legendę na temat praprzodków Polinezyjczyków. Mieli przybyć zza wielkiego morza na łodziach pod przewodnictwem mitycznego wodza Kon-Tiki (inaczej Illa-Tiki). A przecież podobnie brzmiała oryginalna nazwa bóstwa, od którego miał się wywodzić brodaty bóg Inków zwany Wirakocza. Według jednej z koncepcji wywodził się od bóstwa Kon. To prastare peruwiańskie bóstwo długo u naukowców było w niełasce. Maria Rostworowski Diez de Canseco, peruwiańska etnolożka polskiego pochodzenia (urodzona już w Limie), jedna z najwybitniejszych badaczek Ameryki prekolumbijskiej, twierdzi, że Kon to bóstwo zupełnie zapomniane, czczone bardzo dawno temu. - Kto wie, czy nie było równie stare, jak puma czy jaguar - mówiła. Gdyby nie Heyerdahl, niewielu by o nim pamiętało.

Młodość z trzymaną w domu żmiją

Norweg usłyszał nazwę "Kon-Tiki" na Fatu Hiva, dokąd wybrał się na wyprawę poświęconą zwierzętom. Był zoologiem, całą młodość spędził w jednym domu z trzymaną w terrarium żmiją zygzakowatą. Znał się też na Polinezji. Kristine Bonnevie z uniwersytetu w Oslo, pierwsza kobieta, która w Norwegii została profesorem i członkiem akademii nauk, wiedziała, że lepszego fachowca nie znajdzie. Wysłała go więc na wyprawę z błogosławieństwem norweskiej nauki. Heyerdahl chciał badać faunę polinezyjską i to, w jaki sposób gatunki zwierząt znalazły się na poszczególnych wyspach. Jak się przemieszczały i skąd? Przepłynęły? Dryfowały na pniach? Kiedy więc na Markizach usłyszał legendę o przybyszach zza wielkiego morza, zaświtała mu w głowie taka myśl: a jeśli te same pytania zadać w odniesieniu do ludzi?

Tratwą przez ocean, a kiedyś... Nie umiał pływać

Myśl ta kiełkowała, kiełkowała, choć w pełni wyrosnąć jeszcze nie mogła z powodu wojny. Heyerdahl kojarzy nam się raczej z tropikami Oceanii, a nie mroźną Arktyką, z palmami kokosowymi, a nie bezdrzewną tundrą. Tymczasem walczył z hitlerowcami w niedostępnej tundrze w Finnmark, najdalej na północ wysuniętym zakątku Norwegii, aż przy styku granic ze Szwecją i Finlandią, która wtedy miała dostęp do Morza Arktycznego. Heyerdahl, który kiedyś nie umiał nawet pływać, teraz był świetnie przeszkolonym w Kanadzie spadochroniarzem, zrzuconym tu w 1944 roku (podczas szkolenia w Kolumbii Brytyjskiej w Kanadzie natknął się na kolejne analogie między kulturą prekolumbijską a Oceanią).

Dopiero po zakończeniu wojny mógł wrócić do dawnych koncepcji. Dawnych, ale także nowych. Teraz bowiem Norweg nie miał zamiaru niczego w sprawie przodków Polinezyjczyków wyjaśniać. On już miał teorię na ten temat, był przekonany - ci ludzie z pewnością przybyli z Ameryki. Pozostawało to udowodnić. Na własnej skórze.

Nie miał wsparcia w świecie nauki, który nazywał go ignorantem. Początkowo nawet traktował go pobłażliwie, ale gdy Heyerdahl oznajmił, że piramidy budowane przez Azteków i Majów w Ameryce Środkowej mają ścisły, fizyczny związek z podobnymi budowlami w starożytnym Egipcie, stanowiącymi ich wyraźną inspirację, naukowcy popukali się w głowę. - Ten człowiek opowiada herezje - mówili. A Heyerdahl odwarkiwał: - Bo przecież prawdziwy naukowiec nie wsiada na tratwę. Prawdziwy naukowiec jedynie cytuje innych naukowców. Jeden z antropologów miał nawet rzucić ironicznie: "To niech pan popłynie z Peru na wyspy Pacyfiku, skoro upiera się pan, że to możliwe".

I Heyerdahl popłynął.

Prymitywna tratwa z balsy i pierwsze testy kremu przeciwsłonecznego

Ogorzałka wełnista wygląda zwyczajnie. To drzewo z rodziny ślazowatych, spokrewnione chociażby z bawełną albo kolą, z której nasion robi się coca-colę i pepsi-colę. Niezwykłe, bo jest zależne od chiropterogamii, tzn. zapylane wyłącznie przed nietoperze, dla których zwabienia produkuje nektar i owoce. Niezwykłe jest też to, że jego drewno jest bardzo lekkie, na wodzie utrzymuje się nawet łatwiej niż korek. To z tego drewna, zwanego też balsą, dawni Inkowie mieli zbudować wielkie tratwy, które opisywali jeszcze Hiszpanie podczas konkwisty. Spławić ścięte kłody stamtąd, gdzie ich najwięcej - z Ekwadoru, zbudować tratwę o długości 14 metrów bez gwoździ i metalu, jedynie za pomocą lin i ciosanych kołków, pokład związać z bambusowych łodyg, a nadbudówkę skonstruować z szerokich liści bananowca, po czym wyruszyć na zachód z brzegów Peru - Thor Heyerdahl zrobił dokładnie tak samo. Z wielką starannością pilnował, aby ani podczas budowy, ani rejsu nie użyć żadnego współczesnego narzędzia.

Na wsparcie nie mógł liczyć nie tylko wśród naukowców, ale nawet od własnej żony. Zagroziła, że się z nim rozwiedzie, jeśli ruszy tym "czymś" przez Pacyfik i zostawi ją w imię nie wiadomo czego, na nie wiadomo jak długo. Pomocną dłoń wyciągnęła za to - a jakże - amerykańska armia. Dla niej wyprawa Kon-Tiki była okazją do przetestowania nowych rozwiązań, w których sprawdzeniu przeszkodził nieoczekiwany koniec wojny. Krem przeciwsłoneczny to dzisiaj dla nas norma i mało kto wie, że wynaleziono go dopiero w 1944 r., gdy amerykańscy piloci skarżyli się na mordercze działania słońca podczas walk na Pacyfiku - strąceni piloci prawie spalali się w tratwach, doznawali ciężkich poparzeń. Jeden z nich, Benjamin Green (w cywilu farmaceuta) wymyślił krem. Już miał zostać sprawdzony, gdy... Japonia skapitulowała. Heyerdahl zgodził się - w zamian za wsparcie finansowe - zabrać próbki na Kon-Tiki i przetestować na sobie i załodze.

Dwóch jej członków, norweskich radiotelegrafistów, Heyerdahl znał jeszcze z czasów wojny. Knut Haugland i Torsten Raaby brali udział w atakach na fabryki "ciężkiej wody" (początek nazistowskiego programu nuklearnego) i pancernik "Tirpitz" w północnej Norwegii. Herman Watzinger był ponoć najlepszy w kraju w prognozowaniu pogody, nie na podstawie łupania w krzyżu, lecz analizy danych. Przy Eriku Hasselbergu trudno było o lepszego nawigatora. Jedynym członkiem załogi z innego kraju był Szwed Bengts Danielsson, przekonany, że może ocean ich nie zabije, za to nuda na pewno. Tę pewność i ponad 70 książek zabrał na pokład.

101 dni na morzu, od kwietnia do sierpnia 1947 r. tratwa z tymi ludźmi płynęła ku Polinezji z prędkością 1,5 węzła. Heyerdahl chciał wykorzystać system żeglowania Inków, którzy sterowali statkami za pomocą prymitywnego żagla i urządzeń zwanych guaras (podobnych do wielkich mieczy). Na swojej tratwie również zamontował te miecze, ale nie potrafił ich zbyt dobrze obsługiwać. W efekcie Kon-Tiki nie tyle płynęła, co dryfowała z prądem, aż pokonała Pacyfik.

Jak rozumował, nie wolno nam zakładać, że starożytne cywilizacje pozostawały w izolacji tylko dlatego, że oddzielał je ocean. To żadna przeszkoda dla kogoś, kto jest ciekaw, co znajduje się za horyzontem.

Wyprawa Kon-Tiki była najgłośniejsza, ale nie jedyna, jaką odbył. W głowie Norwega pojawił się pomysł, by udowodnić coś, za co kiedyś go tak zbesztano - że starożytne ludy Morza Śródziemnego (Egipcjanie, Fenicjanie) mogły spokojnie dotrzeć do Ameryki długo przed Kolumbem. Fakt, że już w 1000 roku nogę na kontynencie amerykańskim postawili wikingowie, przestał być kwestionowany po wykopaliskach na Labradorze i Nowej Szkocji, ale egipskie pomysły Heyerdahla uznawano za zupełnie niedorzeczne. Tymczasem on na podstawie wzorów z epoki faraonów, za pomocą papirusu znad jeziora Tana w Etiopii zbudował łódź "Ra" i z międzynarodową załogą (byli w niej ochotnicy z USA, ZSRR, Włoch, Meksyku, Egiptu i Czadu) ruszył z wybrzeży Maroka ku Ameryce. Niewiele zabrakło, łódź zatonęła już na Karaibach. Niezrażony Heyerdahl po kilku miesiącach, w maju 1970 r., zbudował "Ra II" - tym razem przy pomocy konstruktorów trzcinowych i papirusowych łodzi znad Titicaki. I ta łajba dopłynęła do Barbadosu.

A widzicie! - mógł znów powiedzieć norweski podróżnik. A żeby widzieli jeszcze lepiej, w listopadzie 1977 r. ruszył z wybrzeży Iraku, gdzie uchodziły słynne rzeki Mezopotamii - Tygrys i Eufrat, i zamierzał dotrzeć do Egiptu, a następnie Pakistanu i ujścia Indusu. Tak by trzcinową łodzią o nazwie "Tygrys" połączyć te starożytne cywilizacje. Pewnie i tym razem by mu się udało, ale przeszkodą okazały się wojny. Po kilku miesiącach w akcie protestu Heyerdahl widowiskowo spalił swoją łódź w Zatoce Adeńskiej i wysłał notę do sekretarza generalnego ONZ. Później w Tucume w Peru znalazł świątynię, gdzie pra-Inkowie oddawali cześć balsie, co - jego zdaniem - potwierdziło, że ma rację. A w 1991 r. po badaniach, jakie prowadził ze swoją trzecią już żoną Jacqueline Beer na Wyspach Kanaryjskich, oświadczył, że wyspy były bazą wypadową dla starożytnych mieszkańców basenu Morza Śródziemnego, którzy stamtąd wyruszali do Ameryki.

W końcu zdobył też uznanie części świata nauki. 11 doktoratów honoris causa mówi samo za siebie.

Przeczytaj wspomnienia tych, którzy również ruszyli w świat >>

Więcej o:
Komentarze (5)
Thor Heyerdahl: podróżnik, który nauczył nas pokonywać granice
Zaloguj się lub komentuj jako gość
  • qulqa

    Oceniono 10 razy 8

    Panowie, lecicie po mojej honorowej półce z książkami. Są tam książki z najważniejszymi bohaterami mojego dzieciństwa.
    Był już 'Fridtjof, co z ciebie wyrośnie' (Nansen), teraz jest 'Wyprawa Kon-tiki'. Czekam na Farley`a Mowata ("Zwariowana łódka', 'Nie taki wilk straszny'). Jako drwaloseksualny powinien być teraz na topie ;) Z polskich akcentów proszę o Tadeusza Perkitnego i Leona Mroczkiewicza ("Okrążmy świat raz jeszcze').
    Pozdrawiam.

  • robznarnii

    Oceniono 7 razy 7

    Na Netflixie jest ekranizacja tej historii pt. 'Kon-Tiki' nakrecona w 2012 roku.

  • jarsons70

    Oceniono 1 raz 1

    No tak, ale między fizyczną możliwością, a regularnymi kontaktami, kolonizacją, czy wpływami kulturalnymi jest ogromna przepaść. Nie jest wykluczone, ze jakieś tam zagubione tratwy/łodzie dotarły z jednego kontynentu na drugi, dając początek odpowiednim wierzeniom, ale czy to oznacza rzeczywisty wpływ jednej cywilizacji na inną, to trudno udowodnić.
    Ludzie byli na Księżycu, ale jak dotąd go nie skolonizowali - do tego jeszcze nie dorośliśmy. Podobnie mogło być i wtedy.

  • Janek Spanek

    0

    Panowie i Panie w 92' roku polska załoga przepłynęła Atlantyk na drewnianej świerkowej tratfie o nazwie Ju-FU.Wyprawa trwała 80 dni a jej trasa wynosiła 2400mm.Sama tratwa została zbudowana w Szczecinie skąd na pokładzie statku przetransportowana w okolice wysp Kanaryjskich, gdzie zwodowano ją na powierzchnię oceanu.Po blisko trzech miesiącach żeglugi szczęśliwie dotarła do wyspę Puerto Rico.Niestety mało kto o tym wie, bo uczestnicy nie szukali rozgłosu.
    Byłem jednym z członków załogi..
    Pzdr.

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX