Rafał Sonik - pierwszy Polak, który wygrał Dakar [WYWIAD]

17.06.2015 13:26
Rafał Sonik

Rafał Sonik (Fot. Jose Mario Dias)

Trzeba to wiedzieć, żeby wygrać. Trzeba wszystko obliczyć i zaplanować. Sikanie, jedzenie, spanie. - nie przegrywamy z przeciwnikami, tylko z własną niedoskonałością - mówi Rafał Sonik, zwycięzca Dakaru. Ale mówi też, że piwo i wódka smakują równie dobrze, jak zwycięstwo. Sztuka w tym, żeby umieć zarówno wygrywać, jak i się bawić.

Rafał Sonik: - Napije się pan czegoś?

Piotr Hykawy-Zabłocki: - Przyjechałem samochodem, mam wodę i kawę.

- Nie chcę kawy. Małą wódkę i duże piwo poproszę.

Nagrało się. Fajny początek wywiadu.

- Jestem Polakiem. Czasami lubię wypić piwo i wódkę. Małą. Nie bądźmy hipokrytami!

Na zdrowie więc. Jest pan zawzięty?

- Tak.

Bardzo?

- W jakiej skali?

Standardowo, od jeden do 10.

- Nie, nie, proszę podać jakiegoś człowieka jako punkt odniesienia.

Fridtjof Nansen.

- O... ciekawe. Myślałem, że wymieni pan tego Francuza, Alaina Roberta. Człowieka pająka. Ćwiczy w domu na suficie, a na podłodze zamontował na sztorc noże. Po to, żeby się zmusić do większej koncentracji. On jest lepszy.

Niż Nansen?

- Nie, niż ja.

Myślałem o Nansenie, bo był zawzięty w wielu dziedzinach.

- Proszę mnie zapytać za 30 lat, to może się porównam. Będzie "Logo" za 30 lat?

Postaramy się. To czemu człowiek pająk jest lepszy?

- Ja jestem większym hedonistą. Wisiałbym nad tymi nożami na jednej ręce, a w drugiej trzymałbym drinka. Jestem mniej jednowymiarowy, bo uważam, że piwo i wódka smakują równie dobrze, jak wygrana w wyścigu.

Mój margines błędu jest większy, nie zgadzam się na takie ćwiczenie, które oznacza, że jeden błąd kosztuje życie. Zbyt je cenię.

Ale o czwarte miejsce w Dakarze pan się procesował.

- To nie był proces o czwarte miejscex, ale proces o honor sportowca i uczciwość. Gdy proces się zaczął, nie miałem pojęcia, które miejsce zajmę. Procesowałem się o pryncypia.

Wielu by powiedziało: "Wrócę tu za rok i wam udowodnię".

- Ale przecież jedno nie wyklucza drugiego! Po pierwsze jestem uczciwy. A po drugie to, że wrócę i wygram. Na mecie ostatniego odcinka specjalnego Dakaru 2014 powiedziałem: "Zrobiłem wszystko, co w tych okolicznościach można było zrobić. Nie wygrałem tego rajdu, ale będę tu startował i walczył tak długo, aż zwyciężę ze wszystkimi, którym się wydaje, że są nie do pokonania".

Zawsze pan walczy?

- O pryncypia? Tak, bo na pryncypiach opiera się nasz świat. Albo jesteśmy wolni, albo nie. Albo jesteśmy podmiotami w społeczeństwie, albo jesteśmy szarą masą.

To o co by pan walczył do upadłego?

- O uczciwość w sporcie!

O co jeszcze?

- Moim zdaniem są dwie najważniejsze rzeczy w życiu. Po pierwsze uczciwość - wobec siebie i innych. Takie postępowanie, żeby nikogo nie krzywdzić, żeby zawsze być fair. Tego trzeba się uczyć, chyba całe życie. Po drugie... mamy jedno życie, więc wykorzystajmy je jak najlepiej.

A jak pan coś schrzani, to potem co pan robi?

- Analizuję błędy. Właśnie dlatego wygrałem Dakar, że przeanalizowałem swoje błędy. Nie przegrałem poprzednich Dakarów, bo konkurenci byli lepsi, ale dlatego, że popełniałem dużo błędów. Dakar 2014 przegrałem o 1,5 godziny. Ale swoich błędów wyliczyłem na prawie 3,5! To jest lekcja z Dakaru - który ja nazywam życiem w pigułce - że nie przegrywamy z przeciwnikami, tylko z własną niedoskonałością.
Doskonałość osiągamy wtedy, gdy suma zaplanowanego wysiłku jest równa naszym najlepszym możliwościom. Doskonałość oznacza "dałem z siebie wszystko". Ale czy naprawdę wszystko? To każdy musi sam rozważyć. Jeśli jest uczciwy wobec siebie, to odpowie zgodnie z prawdą i wyciągnie wnioski. Jeśli nie jest, to będzie się okłamywał, szukał usprawiedliwień i nigdy nie osiągnie celu.

Rok temu na Dakarze od mojego "dałem z siebie wszystko" dzieliło mnie 3,5 godziny. A w tym - półtorej. Dlatego wygrałem.

A co by było, gdyby w czasie tej analizy doszedłby pan do wniosku, że pana błędy to godzina, ale przegrał pan aż o półtorej?

- To by oznaczało, że mam szansę wygrać Dakar tylko przez przypadek.

Jeździłby pan dalej?

- Oczywiście. Liczyłbym na ten szczęśliwy przypadek. Ale nie musiałem. W grudniu dziennikarze mnie zapytali, czy wygram Dakar. Nie odpowiedziałem na to pytanie, bo uważam, że w sporcie nie wolno tak mówić, a poza tym jestem przesądny. Ale powiedziałem, że mam plan. Że wiem, co zrobić, żeby odnieść zwycięstwo.
I to nie była lipa. Odrobiłem pracę domową. Dokładnie przeanalizowałem poprzednie Dakary, szukałem przyczyn tego, że nie wygrałem. I doszedłem do punktu, który wydaje się trywialny, ale jest najistotniejszy - koncentracji. Moja piętą achillesową była regeneracja, bo spałem po cztery, pięć godzin. A na ostatnim Dakarze po sześć, siedem. I popełniałem zdecydowanie mniej błędów. Z 3,5 godzin błędów zszedłem do 1,5 godziny. To nie przypadek, to wynik sześciomiesięcznej analizy.

To jak wygląda idealnie zaplanowany dzień na Dakarze?

- Wstaję o piątej rano, czasami wcześniej, ale nie przed czwartą. Zakładam soczewki...

Nosi pan soczewki?

- Tak. W okularach nie dałbym rady, strasznie parują. A jeszcze mam taki dar od natury, że mam wilgotne oczy i przez cały dzień nie wysychają.

I co dalej?

- Wstaję 20 minut wcześniej, niż mógłbym, bo zawsze zaliczam rano toaletę. Lubię startować "na pusto". (śmiech)

Mam przygotowaną rolkę papieru i lampkę czołową. Ekipa sprawdza jeszcze wieczorem, ile czasu idzie się do toalety. I potem cztery minuty marszu, cztery minuty w środku i cztery minuty powrotu. Razem 12 minut.

To jest tak precyzyjnie wyliczone?

- Tak. Żeby rano nie biegać do kibla i nie otwierać drzwi w pośpiechu kolanem. Mamy to wyliczone. 12 minut to taka norma.

Czyli nie poczyta pan sobie na kibelku...

- To po mecie.

Potem śniadanie?

- Nie jadam normalnych śniadań. Bo po śniadaniu jestem ociężały, krew odpływa, mózg nie pracuje jak trzeba. Dlatego rano jem banana lub dwa, baton lub dwa, koncentrat białkowy, plus guarana i witaminy. Do tego izotoniki.

Po drodze czasami nie jem nic, a czasami 2-4 batony. A wieczorem makarony, bo to węglowodany. Potem białka: jakiś drób najczęściej, ewentualnie trochę wołowiny.
Przyjeżdżam między 16 a 18, jeśli jest długi etap, to później, czasami nawet o 22. Ale o 23 idę spać - i tak do piątej - to jest ten moduł regeneracyjny. Oczywiście zależy od tego, co się dzieje, ale sześć godzin snu musi być.

Przed snem piję czerwone wino, szklaneczkę, półtorej, bardzo powoli. Na rozluźnienie, żeby się dobrze wyspać.

Sześć godzin snu jest konieczne?

- Tak, żeby następnego dnia być zregenerowanym. Żeby nie popełnić np. błędu w nawigacji. Sam Sunderland, genialny zawodnik, po prostu zgubił się na ostatnim Dakarze na dwie czy trzy godziny. Był za szybki na swoje umiejętności nawigacyjne. Stracił nie tylko pozycję lidera, stracił w ogóle szansę na sukces. Dlatego regeneracja jest ważna. Żeby mieć chłodną głowę, żeby nie tracić głupio minut. Jeśli sikasz, to wychodzisz, rach, ciach i jedziesz dalej.

Czyli jak się sika?

- Jak prawdziwy mężczyzna.

Ale kiedy? Żeby nie tracić czasu?

- Na tankowaniach, bo tankujemy co około 230 km. Musisz to sobie ułożyć, nie tylko sikanie zresztą. Jeśli zachce ci się pomiędzy tankowaniami, to tracisz czas...

A jeśli się coś dzieje ze sprzętem?

- Jeśli po etapie, to mam ekipę. Jeśli na odcinku - to muszę sam pracować. Dlatego tak ważne jest doświadczenie. Wiem, czego nie mogę robić, żeby mój quad przeżył. Bo inaczej będę musiał go naprawiać i stracę godzinę albo dwie. Dużo więcej, niż zyskałbym, zapieprzając na maksa. Musisz bardzo dobrze poznać swojego konia, żeby wiedzieć, ile możesz z niego wycisnąć.

Jak to jest, wygrał pan Dakar, a podobno quady pojawiły się w pana życiu przez przypadek...

- Każdy przypadek wynika jednak ze splotu różnych okoliczności. U mnie sprawa jest prosta: odrywam się od pracy nie po to, żeby mitrężyć czas. Gdy uprawiałem windsurfing, miałem wrażenie, że głównie czekam na wiatr albo na to, żeby zelżał. I tak czekałem dzień, drugi, trzeci, przejechał quad i reszta historii jest znana.

Quad to jest takie urządzenie, że jak masz 30 minut, to już możesz potrenować. A poza tym w głębi ducha liczę, że uda mi się dokonać przewrotu w myśleniu i przekonać ludzi, że quad jest genialnym urządzeniem edukacyjnym dla dzieci.

Edukacyjnym?

- Tak. Bo możesz posadzić siedmiolatka i on ma zabawę, a przy okazji uczy się dobrych zachowań podczas jazdy. I kiedy się przesiądzie po kilkunastu latach do samochodu, to będzie wiedział, kiedy zwolnić, żeby nie wjechać w przystanek i kogoś nie zabić. To tak jak z nauką języków obcych, im wcześniej zaczniesz, tym lepiej opanujesz.

Pan jest absolutnie zakochany w quadach?

- Quad to współczesny koń. A przecież Polacy są ułanami, więc quad jest dla nas wręcz stworzony.

Kiedy pojawiła się myśl, żeby wygrać Dakar?

- Gdy zacząłem jeździć quadem, zacząłem się porównywać. Chciałem być szybszy, lepszy, sprawniejszy. To atawistyczne. Dakar był logiczną konsekwencją.

Jeździł pan również na nartach, a nie walczył pan o Kryształową Kulę.

- Byłem zawodnikiem!

Ale nie poświęcił pan życia nartom.

- Bo nie miałem poczucia, że mam szansę ze wszystkimi wygrać. A w quadach uważałem, że mam równe szanse i że mogę osiągnąć sukces. Ważne, żeby powiedzieć sobie uczciwie, gdzie jest granica twoich możliwości. Sam oceniasz, jak bardzo zbliżyłeś się do niej.

Wielu ludzi potrafi siebie uczciwie ocenić?

- Myślę, że niewielu. Nie wiem, jakieś 5 procent. Bo to ciężkie, stanąć przed lustrem i zadać sobie pytanie: "czy dałem z siebie maksa?". Dlaczego nie padam na szóstym etapie Dakaru? Wiem, że jutro też czeka mnie kolejny odcinek i na mecie muszę odebrać medal. Czy wyobrażam sobie, że umieram na mecie? Tak. Ale nie chciałbym umrzeć.

Żeby wygrać Dakar, zbudował pan centrum handlowe na telefon, ani razu nie był pan na budowie. To prawda?

- Tak, jestem z tego bardzo dumny. Ludzie, którzy to robili w moim imieniu, ale na nasz wspólny rachunek, zdali egzamin dojrzałości. Trzeba ustalić priorytety. Dakar czy praca? Czy moi pracownicy dadzą radę? A przecież wygrana w Dakarze ma wartość. Niewymierną, ale ma. Wiele osób jest dumnych, że Polak wygrał ten rajd.

Nie bał się pan, budując centrum handlowe na telefon?

- Dużo bardziej bałem się, budując centrum handlowe w Tarnowie, nadzorując prace bezpośrednio. Był taki moment, gdy stanąłem nad fundamentami i pomyślałem, że chyba przegiąłem. Że mam 280 milionów złotych kredytu, za który odpowiadam tylko ja.

Te bloki wokół budowy to skromnie żyjący ludzie, po co im tak wielkie centrum handlowe? Czy nie popełniłem grzechu pychy?

Stres...

- Sakramencki stres. Otwierałem tę galerię w 2010 r., w pełnym kryzysie. Miałem ze strachu pełne spodnie.

Jak pan sobie radzi ze stresem?

- Teraz lepiej niż wtedy. (śmiech)

No dobra, ale co: kieliszek wina? Bieganie?

- To nie ta skala. Raczej wiadro ketonalu. A poważnie: zaczynam się zastanawiać od początku. Powtarzam całą drogę myślenia. Staram się znaleźć błąd. Jeśli go nie było. to szansa, że się uda, jest większa, bo wiem, że nie zrobiłem jakiegoś idiotyzmu po drodze.

Wracając do quadów. Na pierwsze zawody przywoził pana podobno szofer?

- Dlatego nazywali mnie "prezes".

A w którym momencie zapracował pan na ich szacunek?

- Kiedy przez dwa, trzy lata z rzędu nie byli mnie w stanie pokonać. Przywoził mnie szofer, to prawda, ale dlatego, że pracowałem i byłem zmęczony. Potem się wyłączałem, koncentrowałem i walczyłem. A rano przechodziłem każdy odcinek specjalny na piechotę. Obliczałem kąty, prędkość, planowałem przejazd. Wygrywałem, bo im chciało się spać, a ja dzięki kierowcy wyspałem się po drodze.

I krok po kroku do Dakaru...

- Ale to było uczciwie zapracowane. Nie będę nikogo kokietował, nie będę udawał, że jestem zaskoczony: naprawdę miałem plan, jak wygrać Dakar. Więc to nie był przypadek.

Chociaż... jestem zaskoczony jednym. Że trzeba wygrać, żeby ktoś zauważył sukces. Świetne wyniki były przecież wcześniej, były inne rajdy, było drugie miejsce w Dakarze, ale dopiero zwycięstwo wszyscy zauważyli. Tym bardziej mam satysfakcję, że nie pękliśmy w połowie drogi. Tyle razy usłyszałem, że już wystarczy, że dużo zrobiłem, że po co się napinam. Nawet od życzliwych mi ludzi. A teraz mogę im pokazać, że można było osiągnąć więcej. I ja to osiągnąłem.

Moim zdaniem nie ma fajniejszej rzeczy, niż stanąć przed lustrem i odpowiedzieć na własne pytanie: "Tak, dałem z siebie maksa".

. . .

Rafał Sonik - pierwszy Polak, który wygrał legendarny Rajd Dakar. Rocznik '66, krakus z urodzenia, ale wbrew stereotypom - wcale nie centuś. Przedsiębiorca (m.in. buduje i zarządza centrami handlowymi), który hojnie wspomaga Stowarzyszenie Siemacha. Organizuje sprzątanie Tatr. Jest zakochany w dwóch (motocykle) i czterech (quady) kółkach. Trzykrotny zwycięzca quadowego Pucharu Świata, na Dakarze był i trzeci, i drugi, aż w końcu go wygrał. We współpracy z Polskim Związkiem Motorowym powołał Poland National Team, reprezentację w rajdach terenowych.

\

ZOBACZ WIDEO

Komentarze (2)
Rafał Sonik - pierwszy Polak, który wygrał Dakar [WYWIAD]
Zaloguj się lub komentuj jako gość
  • avatar

    ignatz

    Oceniono 2 razy 2

    Gratulacje i życzę jeszcze wielu sukcesów! Ale co do jednego się nie zgodzę - quad, zwłaszcza bez homologacji, to w rękach Polaka śmiertelnie niebezpieczna broń stosowana bezkarnie, sprowadzająca niebezpieczeństwo na kierującego, osoby postronne i przyrodę wokół.

  • 0

    wspieramy WOŚP razem z autoinfopl. Na naszym fanpage'u na facebooku do wygrania kalendarz z autografem Rafała Sonika!

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX

Polecamy