Antoni Pawlicki o drogach i bezdrożach [WYWIAD]

Piotr Hykawy-Zabłocki
23.06.2015 17:00
A A A
Koszulka Pierre Cardin/Arkadia,
Szelki Vistula,
Zegarek YES/Nixon,
Okulary Vistula

Koszulka Pierre Cardin/Arkadia, Szelki Vistula, Zegarek YES/Nixon, Okulary Vistula (Fot. Tamara Pieńko)

- W Aśramie było pełno dziewczyn. Zagubione Europejki, Amerykanki i Australijki poszukujące duchowości. Jakieś 70 proc. A 30 proc. To Hindu man, którzy chcą być nauczycielami jogi. One szukają odnowy, a oni je rwą. Ludzi trzeba poznawać, więc pogadałem z tymi dziewczynami z Aśramu...

Spotkaliśmy się na warszawskiej Saskiej Kępie, w restauracji Funkcjonalna. Dobrze nam się rozmawiało - zjedliśmy obiad, wypiliśmy kawę, w końcu - bo atmosfera była luźna - zamówiłem piwo. Antoni Pawlicki spojrzał z zazdrością.

Piotr Hykawy-Zabłocki: - Chcesz też?

Antoni Pawlicki: - Nie mogę. Gram wieczorem w "Czarodziejskiej Górze" Manna. Tam jest taka scena: chyba z kwadrans leżę z zamkniętymi oczami, na leżaku, pod kocykiem. Po piwie bym chyba zasnął. A jak aktor zaśnie na scenie, to raczej porażka, prawda?

Raczej tak.

- Zostaw łyczek.

Dobra. Wiesz, że jak przyniosłem ci "Logo" do przejrzenia, to usłyszałem w Funkcjonalnej: "Ale Antek wyjechał w długą podróż"...

- Jadam tu prawie codziennie obiad, więc zauważyli moją nieobecność. Ale już wróciłem.

To gdzie byłeś, kiedy nie jadałeś w Funkcjonalnej?

- Na południu Indii i w Nepalu. Wróciłem pięć dni przed tym trzęsieniem ziemi, o którym cały czas teraz czytamy. A miałem zostać dłużej, tylko kolega nie mógł za mnie zagrać... Mam zdjęcia świątyń z Katmandu, które się zawaliły.

Ale dlaczego właściwie tam pojechałeś?

- Odwiedzić kumpla, który siedzi tam od dziesięciu lat, Pawła Ławrynowicza. Też jest aktorem, choć nie zrobił oszałamiającej kariery, bo zawsze był niespokojnym duchem. Najpierw wyjechał do Francji, gdzie nauczył się robić zdjęcia modelkom, i z tego żył. Potem wyruszył do Indii. Od 10 lat robi tam zdjęcia, raz w roku jedzie do Francji i tam sprzedaje wielkie odbitki pod Notre Dame. Przez miesiąc sprzedaje tych zdjęć tyle, że starcza mu kasy na resztę roku w Indiach.

Wkręcasz mnie.

- Wiesz, jakie są ceny w Indiach?

Niskie, jak się domyślam.

- To jest inna rzeczywistość! Przez dwa miesiące w Indiach i Nepalu wydałem mniej, niż jakbym został w Warszawie i tutaj żył. Za wynajęcie na trzy tygodnie motocykla Royal Enfield zapłaciłem w przeliczeniu 600 zł. Nocleg w pokoju kosztuje 200 rupii, jakieś 11 zł. To są takie ceny. Jeśli nie pijesz tam alkoholu, bo alkohol jest drogi, browar jest kiepski i drogi, kosztuje tyle co obiad... Więc jeśli wyluzujesz z piciem browara i nie palisz za dużo tamtejszych narkotyków, co nie jest łatwe, bo to jest najlepszy towar pod słońcem, ale on też podnosi koszta utrzymania, to jesteś tam w stanie przeżyć za grosze.

Poleciałeś sam?

- Sam. Paweł w Indiach podróżuje na motocyklu, więc dla mnie też wynajęliśmy. Royal Enfield to bardzo fajny motorek, konstrukcja z lat 50. Nie ma dynamicznego silnika, ale dobrze się jeździ. Nic tylko rzucić się w trasę.

Drogi w Indiach to jest zresztą zagadnienie megahardcorowe. Wiesz, przepisy generalnie nie za bardzo funkcjonują. To nie jest taki świat jak tutaj. Weźmy skrzyżowania. Ruch na nich to nie reguły typu "ten z prawej ma pierwszeństwo". To raczej - może z wyjątkiem dużych miast, gdzie widać policję - płynna masa pojazdów, ruch fali. Po prostu jedziesz, jeśli nikt ci nie tarasuje drogi. Jedziesz i trąbisz. Bo trąbienie jest tam informacją, że jedziesz.

W Rzymie też trochę się trąbi.

- Bo to w sumie nie jest zły sposób komunikacji.

Trzeba się przyzwyczaić. Ale działa.

- W Indiach nie używa się za to lusterek. Oni składają te lusterka i jeżdżą. Jeśli nikt nie patrzy w lusterka, tylko w przód, to jest jakaś reguła. To, co jedzie z tyłu, musi na ciebie uważać.

A ty ogarniasz przód i jest OK.

- Albo i nie. Jeżdżę na motorze od lat, to jest moja wielka pasja, ale dzwonu, jaki miałem w Indiach, nie miałem nigdy w Europie. Dobrze, że wziąłem ciuchy motocyklowe. Bo tam ludzie jeżdżą w klapkach, krótkich spodenkach i dlatego jest rzeźnia na tych drogach.

Ale miałem ciuchy i to mnie uratowało. Jechaliśmy sobie w górach Karnataki. Pojechaliśmy odwiedzić park narodowy, gdzie starają się odnowić populację tygrysów i słoni, z jakimś marnym skutkiem chyba, ja nie widziałem żadnego. Ad rem: jest górska droga, słoneczko świeci, jest pięknie. Jest też zakręt, na zakręcie autobus, który wyprzedza suzuki swift, i dupa blada - dla mnie miejsca już nie ma. Jechałem ciut za szybko, nie zdążyłbym się zatrzymać przed nimi. Zeskoczyłem więc z motoru na pobocze, a motor przywalił w swifta. Gdybym ja na nim siedział... a tak, to buch na glebę, jakieś krzaki, przeturlałem się i zatrzymałem się przed murkiem na poboczu. Gdybym w niego przywalił, to bym się połamał, ale nie przywaliłem. Miałem też ciuchy motocyklowe, więc w sumie nic się nie stało.

A motor?

- Motor wyglądał gorzej. Ale jakoś finansowo daliśmy radę, bo wsiedliśmy na tych Hindusów, że hej. Chociaż na pytanie "Jak, kurwa, można wyprzedzać na zakręcie?", odpowiadali, że można.

To już Karnataka, a gdzie zacząłeś podróż?

- Na Goa, które jest miejscem bardzo turystycznym. Biali i imprezy. Jeśli chcesz wrzucić extasy i odlecieć, Goa jest dobrym miejscem.

Ale taniej jest pojechać do Berlina.

- A poza tym na Goa warto znać rosyjski, bo jest mnóstwo Rosjan. W każdym razie stamtąd ewakuowaliśmy się szybko, bo ja nie szukałem szybkiego bitu, tylko Indii.

Choć Paweł zafundował mi tam niezłą pierwszą noc. Prosto z lotniska zabrał mnie w takie miejsce, gdzie rośnie święty figowiec. Banyan tree. Tam mieszka jeden baba. Babowie to tacy święci mężowie, nie bramini, czyli kapłani, tylko asceci...

Coś jak święci starcy w Rosji?

- Tak. To jest dobre porównanie. Właśnie na Goa jest takie miejsce, przy plaży dżungla, w której mieszka kilku babów. Ja z lotniska, od razu motor i z tym plecakiem do dżungli. 15 minut od plaży siedzą ludzie na ziemi, jest ognisko, siedzą i palą, jest chillout. Nie ma namiotów, a jak się chcesz wykąpać, to obok jest rzeczka. Taka była moja pierwsza noc w Indiach.

Myślę, że Paweł zabrał mnie tam specjalnie. Dostałem klucz do zrozumienia tego świata. W naszym to ty jesteś w centrum. Ale to nie jest jedyna wersja wydarzeń, że kończysz szkołę, studia, zakładasz rodzinę, dostajesz pracę, płacisz składki. Tam w ogóle tak nie ma.

Kapitalizm zmusił nas do tego, że zapierdalamy w celu osiągnięcia sukcesu. Żeby zarobić kupę pieniędzy, żeby wydać na to wszystko, co inni też kupują. Jesteś niewolnikiem tego kupowania i swoich wielkich planów.

A tam jest społeczeństwo kastowe, te ambicje są mniejsze i ludzie są bardziej wyluzowani. Jest tu i teraz. Dlatego są otwarci. Spojrzysz na kogoś na ulicy, to zaraz z nim gadasz, on ci coś powie, gdzieś cię zaprosi, i jest przygoda. Skręcasz ze swojej zaplanowanej drogi i dochodzisz do wniosku, że lepiej nie planować, wyjść, usiąść na trawie i zaraz coś się wydarzy. Pod tym względem podróżowanie po Indiach i Nepalu jest fantastyczne.

Doznałeś oświecenia, jak hippisi w latach 60.?

- Nie uważam się za osobę zagubioną i nie pojechałem do Indii szukać oświecenia. Ale z drugiej strony dla mnie podróże są po to, by otworzyć mi głowę, poszerzyć horyzonty. W tym sensie każda podróż jest oświeceniem. Po to wyjeżdżam, żeby nabrać nowej perspektywy.

Nie jesteś jak turysta, którego spotkał mój ojciec? Facet powiedział, że był w Meksyku, ale nie pojechał oglądać meksykańskich piramid, bo te w Egipcie są fajniejsze.

- (śmiech) Ja jednak starałbym się dowiedzieć, czemu te piramidy są inne. Albo w ogóle bym je ominął, ale pojechał w takie miejsce i poznał takich ludzi, że miałbym kolejne przygody.

Ale co z tym oświeceniem?

- No, właśnie. W celu zrozumienia wykonałem nawet wycieczkę do aśramu. Mój kumpel Paweł, jak mu sprzedałem ten pomysł, powiedział: "Stary, jak chcesz, to sobie, kurwa, jedź sam. Nie chce mi się nawet o tym gadać".

Pojechałem z takimi Francuzkami... Bo my byliśmy w Karnatace, w miejscowości Gokarna, gdzie Paweł spędza najwięcej czasu. Święte miejsce Śiwy, a poza tym fenomenalne zachody słońca, Morze Arabskie, wielka plaża i pola uprawne. Paweł wynajmuje dom, chociaż ja bym tego domem nie nazwał, to raczej lepianka pośród pól uprawnych. Wygląda naturalnie, nie ma turystów i tłumów, ale jest też miasteczko, gdzie jest bazar i gdzie są restauracyjki. Bardzo fajne miejsce, sporo Europejczyków przyjeżdża tam na stałe. Fajnie się z nimi gada, bo oni mają inne spojrzenie na świat. Oni uważają, że kapitalizm doprowadził do tego, że rządzi tylko pieniądz i zachodni świat jest folwarkiem dla wielkiego biznesu.

To nie jest tak, że ja się tym zachwyciłem i to jest teraz moja nowa droga na życie. Ale powtórzę, dla mnie podróżowanie to otwieranie horyzontów. Ja jestem do tego stopnia radykalny, że w tej chwili nie wyobrażam sobie mieszkania gdziekolwiek indziej poza moim miastem, bo jestem z Warszawy i to są moje śmieci. Ale bardzo ciekawe były rozmowy ludźmi z zachodniego świata, którzy ten świat z wyboru opuścili. Bo nie akceptują reguł, jakimi się ten świat rządzi.

Aśram...

- No tak, już. Poznałem tam takie Francuzki. A one do aśramu. To ja z nimi. Trzeba pojechać przynajmniej na trzy dni, bo krócej to podobno nie ma sensu. W tym aśramie było pełno dziewczyn. Zagubione Europejki, Amerykanki i Australijki poszukujące duchowości. Jakieś 70 proc. A 30 proc. to hindu men, którzy chcą być nauczycielami jogi. One odnowa, a oni je rwą. Może trochę upraszczam, ale zrozumiałem, co Paweł miał na myśli.

Fajne były lekcje jogi i jedzenie. Ale oprócz tego lekkie wykłady o hinduizmie i wspólne śpiewanie piosenek, to sobie odpuściłem. Ja mam akurat swoją ścieżkę duchową, jestem katolikiem i kiedy potrzebuję wyciszenia, odwiedzam klasztor benedyktynów. Ale ludzi trzeba poznawać, więc gadałem z tymi dziewczynami z aśramu...

Pojechałeś też do Waranasi?

- Pojechałem. To jest turystyczne miejsce, ale biali giną w tłumie Hindusów. Tam jest święta rzeka Ganges, każdy Hindus powinien się w niej wykąpać i jest tam dziki Sajgon. Tłum, śmieci, brudno, gorąc się leje, krowy, małpy i wszystko płonie. Bo tam się pali zwłoki. Hindusi w ogóle palą wszystko, a że cywilizacja zachodnia przyniosła im plastik, więc palą plastik. I wszędzie, gdzie jesteś, wdychasz odór palonego plastiku. Tam na każdym rogu dzieci robią sobie ognisko, palą plastikowe buteleczki i wdychają. W mieście zatrucie jest skondensowane, bo spaliny. A w Waranasi działa ogromne działające dwadzieścia cztery godziny na dobę krematorium na otwartym powietrzu. Kto tam spłonie, ten idzie prosto do Śiwy, więc stosów ze zmarłymi jest na okrągło kilka, a gryzący dym z tych stosów unosi się nad miastem. Fascynujące, ale uciekłem stamtąd po czterech dniach.

Sławek Muturi, podróżnik, który był w każdym zakątku Ziemi, mówił mi, że Indie są najtrudniejsze. Bo intensywność zapachów i kolorów jest szokująca dla Europejczyka.

- Tak, tak jest. Wiesz, czasem miałem poczucie, że się duszę. Dla mnie najgorsze było zatrucie powietrza, bo jest wszechogarniające. Plus brak kanalizacji, więc jest tak, że jak jest toaleta, to jest po prostu dziura w ziemi, a obok jest studnia, z której biorą wodę. Woda jest skażona, rzeki są brudne i zaśmiecone, ocean był brunatny, ja się w nim kąpałem, ale to nie ma nic wspólnego z tym, co widzisz w Los Angeles czy Australii. Rzeka wypluwa syf do oceanu.

Piłeś tylko wodę z butelek?

- Tak. Albo wrzucałem tabletki odkażające. Jak się napijesz tamtejszej wody, to masz z bani podróżowanie. Nie mówię o zatruciu, w wodzie jest po prostu inna flora bakteryjna, dla Europejczyka trudno przyswajalna.

A jedzenie?

- Nie miałem wyboru. Jedliśmy wszędzie.

Nie miałeś rewolucji żołądkowej?

- Miałem raz na własne życzenie, bo wypiłem bhang-lassi. W Waranasi, mimo że jest to megazatłoczone miasto, jest pełno krów. Krowy dają mleko i Hindusi robią z tego słynne na cały świat jogurty - lassi. Ale w niektórych oficjalnych, rządowych sklepach możesz kupić bhang-lassi, jogurt wymieszany z marihuaną. Zapodajesz bhang-lassi, najpierw nic się nie dzieje przez półtorej godziny, a potem dostajesz takiego kopa... jest fantastycznie, nic ci nie przeszkadza. Jest fajny lot. I w tym intensywnym mieście i w tych obrazach, nad tym Gangesem... Ale to najczęściej kończy się... nie będę wnikał w szczegóły. To był jedyny moment.

Ale pilnowałem się, żeby myć ręce. Tam trzeba myć. To nie jest takie łatwe, dobrze jest mieć własne chusteczki i własne mydło. Nie ma papieru toaletowego, do podcierania używasz lewej ręki. Wszystko jest git do momentu, w którym podcierasz się i myjesz ręce. Ale oni nie mają mydła, i z toalety wychodzi gość, który za chwile przyrządza ci jedzenie i ci je podaje. Trzeba się trochę otworzyć. (śmiech)

Długo tam byłeś?

- Dwa miesiące. To nie było długo. Ale wracam tam już w sierpniu.

A teraz która część Indii?

- Paweł od 10 lat jeździ po Indiach, ale nie zrobił najbardziej fascynującej drogi, która jest do zrobienia w Indiach. Droga przez przełęcz Khardung La - najwyższej położona na świecie. Wjeżdżasz motorem na 5600 m n.p.m. Z Delhi jedziesz do Dharamsali, potem do Leh, potem wspinasz się na przełęcz i wracasz przez Kaszmir. W sumie kilka tysięcy kilometrów w Himalajach. Minimum półtora miesiąca. Paweł tego nie zrobił, nie możesz tego zrobić sam, bo zginiesz. A on zawsze jeździł sam albo z dziewczyną. A teraz pojedziemy tam razem. 1 sierpnia ląduję w Dehli i grzejemy, kupujemy motocykle...

Kupicie i potem sprzedacie?

- Tak, bo wtedy mniej kasy tracisz. W miarę nowy royal enfield możesz kupić za 70 tys. rupii, czyli jakieś 1 tys. euro. Potem go sprzedajesz w tym samym komisie i jeśli nie jest jakoś totalnie rozwalony, to dostaniesz 65 tys. rupii. Musisz wyłożyć więcej kasy, ale stracisz w sumie mniej, niż jakbyś wynajął. Zobaczymy.

A jak w ogóle wybierasz kierunki podróży?

- Nie ma jakiegoś specjalnego klucza. Chciałbym jechać do Ameryki Południowej, ale nie mam konkretnego pomysłu na taką podróż. To tak jak z Wietnamem. Gdy byłem w Tajlandii, to chciałem odwiedzić Wietnam. Ale nie miałem pomysłu. Teraz okazało się, że popularne jest kupienie motocykla i przejechanie z południa na północ Wietnamu.

Z Indiami jest tak, że pierwszy raz wracam do jakiegoś miejsca. Zwykle nie wracam. Ale tu wrócę, bo Indie są tak wielkie i tak fantastyczne, że muszę tam wrócić. Przez dwa miesiące zobaczyłem tylko ułamek tego.

To teraz zobaczysz dwa ułamki.

(śmiech)

Nie obijasz się w czasie podróży?

- Czasem zwiedzam, jak jadę do jakiegoś miejsca, które jest znane, to zwiedzam. Ale ważniejsze jest dla mnie poznawanie ludzi, żeby rozszerzyć horyzont, spojrzeć, jak można żyć inaczej, poznać inny punkt widzenia. To mnie kręci bardziej niż stare mury, chociaż w starych murach jest historia, która determinuje to, co jest teraz. Gdy pojechałem do Nepalu, to można powiedzieć, że byłem tym, który zwiedza, bo poszedłem w góry. Mogłem kupić marihuanę, siedzieć dwa tygodnie w Pokharze i się świetnie bawić, ale ja chciałem zwiedzić najwyższe góry świata.

Wolisz motocykle czy samochody?

- Nie wiem, ale powiem ci, że najlepszą jazdę świata zaliczyłem na rowerze. W Nepalu zrobiłem trekking wokół Annapurny. Krajobrazy są oszałamiająco piękne. Opinia, że jest to jedna z najpiękniejszych tras trekkingowych na świecie, nie jest przesadzona. I tam, kiedy przekroczysz przełęcz Thorong La na 5500 m n.p.m., schodzisz do świętego miasta Muktinath. Prowadzi do niego z dołu droga, kamienista, bardzo wyboista, dżipy wjeżdżają nią dwa dni. Zszedłem tam z gór z pewnym Anglikiem, zawodnikiem rugby, i on mi sprzedał pomysł, że można wynająć rowery. Kolesie zwożą ci plecak dżipem, a ty zapieprzasz w dół do Pokhary. Z 4800 na 800 metrów.

Stary, myśmy to zrobili, to był totalny odlot. Myśmy przejechali to, co oni jadą w dwa dni,w jeden dzień. Ja nie jestem fanem jazdy na rowerze, lubię to, ale nie jestem wielkim fanem. Ale to była szybkość. Totalny odlot.

Bez kasku.

- Raczej bez.

*Antoni Pawlicki - rodowity warszawiak, rocznik 1983. Absolwent warszawskiej Akademii Teatralnej. Aktor filmowy, telewizyjny i teatralny. Popularność zdobył dzięki serialowi "Czas honoru". Zagrał m.in. w "Z odzysku", "Katyniu", "Big love" i "Papuszy". Gra w teatrach Syrena i Scena Prezentacje.

Za pomoc w realizacji zdjęć dziękujemy: Auto-serwis Szymon Jankowski, ul. Podmieska 16 w Płońsku oraz Autokomis Robmar Robert Mucha, ul. Warszawska 72 w Płońsku

Zobacz więcej na temat:

Zobacz także

ZOBACZ WIDEO

Komentarze (25)
Zaloguj się lub komentuj jako gość
  • avatar

    leon978

    Oceniono 67 razy 59

    "Kolesie zwożą ci plecak dżipem, a ty zapieprzasz w dół do Pokhary."
    Szelki Vistula

  • avatar

    wybierz_albo_wpisz_nowy

    Oceniono 216 razy 56

    "Stary, totalny odlot" - słownictwo jak z gimbazy.
    Brawo, gratuluję panu podróżnikowi chwalenia się, że zażywał narkotyki. Normalnie, stary, jesteś zaje**sty na maksa. No masakra. :/

  • avatar

    korollaq

    Oceniono 64 razy 40

    Rozpaczliwie próbuje udowodnić, że jest lepszy od wszystkich innych, miejscowych, turystów i "pogubionych dziewczyn z aśramu". Cejrowskim wali, ten sam styl, ta sama butna ignorancja.

  • avatar

    iffa4

    Oceniono 69 razy 37

    Cyt:
    Kapitalizm zmusił nas do tego, że zapie...my w celu osiągnięcia sukcesu. Żeby zarobić kupę pieniędzy, żeby wydać na to wszystko, co inni też kupują. Jesteś niewolnikiem tego kupowania i swoich wielkich planów.

    Sorry, ale nie ma ustawowego obowiązku. Konstytucyjnego też nie. Możesz żyć tak, jak ci się podoba, również siedząc na trawniku przed blokiem.
    A że wybrałeś drogę typową - szkoła, studia, praca - to tylko twoja sprawa. Nie zwalaj tego na cywilizacją i kapitalizm.

  • avatar

    culebre

    Oceniono 47 razy 35

    To jest na poważnie, czy nieudolna próbka skopiowania drwiącego stylu Masłowskiej. "Koleś" jest tak żenującą kliszą, że nie wiadomo czy śmiać się, czy płakać. Szelki z Vistuli, osobowość z kosza wyprzedażowego Tesco.

  • Smotrec Tomnatyk

    Oceniono 67 razy 33

    "Myśmy przejechali to, co oni jadą w dwa dni,w jeden dzień" <--- kwintesencja polskich kompleksów. kiedyś takie teksty słyszało się w schroniskach PTTK od "bohaterów gór", teraz ta zaraza rozlała się na cały świat i przy pomocy innych kultur, ludzi, krajów udowadnia swoją NAJLEPSZOŚĆ. No dobra mistrzu, a co zrobisz ze sobą i swoim życiem, jak już to udowodnisz wszystkim dookoła na milion sposobów?

  • avatar

    leon978

    Oceniono 34 razy 30

    Jasne, że "bez kasku", co za pytanie, tacy cool kolo jak się roztrzaskują to już tak, żeby mózg można było z asfaltu już tylko zmyć.

  • avatar

    mr.powers

    Oceniono 26 razy 22

    O matko! Browar taki drogi??? To co, Antos...ciezko bylo, co?

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX

Polecamy