Mateusz Malina - góral mistrzem głębin

Mijają minuty. Ludzie zgromadzeni na pokładzie kutra w skupieniu wpatrują się w powierzchnię morza. Gdy nad wodą ukazuje się głowa nurka, oddychają z ulgą. Ten najpierw łapie haust powietrza, pokazuje palcami, że jest ok, a potem krzyczy: "zrobiłem to!".

To już czterdzieści długich sekund, odkąd przestałem oddychać. W głowie kołacze mi się, że mógłbym bezpiecznie obyć się bez oddechu jeszcze przez kilka minut, bo tlenu jest jeszcze we mnie, że ho, ho! Ale organizm ma na ten temat własne zdanie. On ma gdzieś moje plany i rozkazuje: Oddychaj! Na nic moja żelazna wola. Wreszcie, po wywalczonych z trudem czterdziestu pięciu sekundach, poddaję się i łapię haust powietrza. Wstaję z kanapy. Serce bije jak oszalałe. Prawdziwa palpitacja. Po co się tak męczę? Trenuję przed spotkaniem z Mateuszem Maliną, jednym z najlepszych freediverów na świecie.

Wizualizacja rekordu

Mateusz Malina: - Jako dziecko mieszkałem w Ustroniu. To niewielka mieścina w Beskidzie. Do najbliższego basenu z dziesięć kilometrów. Kiedyś wybrałem się tam z kumplami. Zanurkowałem. Z trudem przepłynąłem 15 metrów, ale spodobał mi się stan nieważkość, który poczułem, to że oderwałem się od rzeczywistości.

Spotykamy się w Krakowie. To tu Mateusz mieszka i trenuje na legendarnym Zakrzówku, a gdy jest zimno, po prostu na basenie. Jest koniec lutego, więc jesteśmy na basenie. Dziś te 15 metrów z dzieciństwa jest dla Mateusza śmiesznym dystansem. Wygląda jak atleta - 187 cm wzrostu i 81 kg wagi (przy jego wzroście to niedużo, ale to same mięśnie). Potrafi wstrzymać oddech na dziewięć minut. Zanurkował na głębokość 114 metrów, a żabką w 4 minuty i 27 sekund przepłynął pod wodą 226 metrów, ustanawiając rekord świata.

Do mistrzowskiej formy doszedł w ciągu pięciu lat. Zimą obowiązkowo pięć razy w tygodniu trening siłowy oraz pompki, przysiady, drążek. Basen? Zimą trzy razy w tygodniu. Za każdym razem przynajmniej 1200 m. Częściowo żabką pod wodą, częściowo kraulem i motylkiem.

Siedzimy na krawędzi basenu. Nogi w wodzie. Ma 28 stopni, więc jest całkiem przyjemnie. Wiem, że zanim wskoczę i zacznę nurkować, nie powinienem myśleć ani o wodzie, ani choćby o tym, że na basenie jest tłum i gwar. Najlepiej by było, gdybym w ogóle nie myślał. Był pusty jak pierzasty obłok na letnim niebie. Czy to możliwe? Ponoć mistrzowie buddyjscy osiągają taki stan po latach medytacji, ale nie jestem mnichem i nie mogę wyprzeć myśli, że zanurkuje razem z mistrzem. Może jednak warto by pomedytować? Mateusz jakby odgadł moje rozterki.

- Ja nie medytuję przed zejściem pod wodę. Nie bardzo w to wierzę. Po prostu wyciszam się i na swój sposób oczyszczam umysł - mówi. - Koncentruję się na tym, co jest pomiędzy myślami. Bo nie da się ich powstrzymać, chodzi więc o to, żeby ich nie drążyć.

Staje się więc obserwatorem. Patrzy, jak myśli przychodzą i odchodzą. Stosuje wizualizację. Ostatnio wyobraża sobie tegoroczne mistrzostwa świata. Ten dzień, w którym budzi się, zakłada piankę i płetwy, a potem startuje, płynie i cieszy się po udanej próbie.

Przez kilka minut próbuję jego sposobu i oto jestem... w Morzu Śródziemnym. Płynę w dół, łapię za skałę i lewituję kilkanaście centymetrów nad dnem. Powierzchnia morza jest jak sufit, a ja jestem na podłodze gigantycznej sali. Widok taki, że aż nie chce się wracać. Ale trzeba, bo w płucach mam tylko jeden oddech.

W dół do... Mety

Gdy nurek chce zejść bardzo głęboko gogle są zalane wodą, żeby nie trzeba było w nich wyrównywać ciśnienia. Według Mateusza Maliny to i tak nieważne, bo on płynie w dół z zamkniętymi oczami i myśli tylko o tym, żeby zrobić swój maks. Na pięć metrów przed celem komputer nurkowy, który ma na szyi, alarmuje pikaniem, że za moment zbliży się do celu. Mateusz wyciąga rękę i po chwili dotyka talerzyka, czyli mety. Do liny jest przymocowany specjalną smyczą zabezpieczającą o długości około jednego metra. Ona go zatrzymuje ostatecznie. Wtedy zabiera z talerzyka plakietkę, która potwierdza, że był na konkretnej głębokości.

- Strach? W czasie nurkowania nie boję się. Lekkie napady lęku mam co najwyżej na początku sezonu - mówi Mateusz. - To efekt narkozy azotowej, która objawia się tym, że człowiek jest jakby na lekkiej bani. Niektórzy nazywają to euforią głębin. Trzeba na to uważać. Ja się szybko przyzwyczajam. Nie ma też obaw o to, że tam na dole urwie mi się nagle film. Na stu metrach woda naciska na ciało z siłą 11 atmosfer. Powrót nie jest łatwy. Gdy w końcu wypływam, to na początku biorę dwa wdechy, zdejmuję okularki i pokazuję, że jest OK, a dopiero potem mogę krzyknąć: "Zrobiłem to!"

Nurkuję z narzędziem tortur

- W liceum chodziłem na basen raz w tygodniu. A zaraz po maturze wyjechałem do Anglii. Składałem przy taśmie mini coopery. To tam zacząłem pływać nawet pięć razy w tygodniu. Zapisałem się na kurs nurkowy. Ale pływanie z butlą nie było dla mnie. Ciężko, wolno i raczej... nudno. - wspomina Mateusz Malina.

Wstajemy. Mateusza założył swój freediverski rynsztunek - pianka, gogle, na nosie klips. Na szyi ma neckweight. To balast, który pomaga nurkowi płynącemu w basenie mieć odpowiednią sylwetkę i zniwelować siłę wyporu. Innymi słowy - dzięki balastowi nurkujący nie zanurza się ani nie wynurza, tylko zawisa nieważko pod wodą. Ciężar musi być dobrany do każdego indywidualnie. W przypadku Mateusza to 6,5 kilograma. Biorę go od niego, zakładam na szyję i próbuję popłynąć pod wodą. Z trudem robię kilka metrów żabką. Dla mnie to narzędzie tortur.

- Nie zniechęcaj się. Trochę bym się zdziwił, gdyby początkowo balast ci nie przeszkadzał - uspokaja mistrz.

Dobra rada na początek? Przede wszystkim nie można pływać samemu. Freediving to bezpieczny sport, pod warunkiem że uprawia się go z asekuracją. Dlatego najlepiej wstąpić do klubu. Tam można zdobyć niezbędną wiedzę i poznać podstawy bezpieczeństwa.

A co gdy zaczyna się dawać głębsze nurki?

- Podstawowa sprawa to uważnie słuchać tego, co mówi ci ciało - radzi mi Mateusz. - Jak kłuje cię w uszach, to znaczy, że nie masz dobrze wyrównanego ciśnienia. Gdy czujesz ból w klatce piersiowej, to znaczy, że nie jesteś przygotowany na głębokość, na którą zszedłeś.

Chodzi po prostu o to, że płuca nie są gotowe na zgniatające je ciśnienie. Od Mateusza wiem, że bardzo ważny jest także komfort termiczny. Nurkowi nie może być zimno, bo to utrudnia rozluźnienie. Dlatego na początek razem z płetwami lub monopłetwą warto zafundować sobie piankę.

Urwany film

W 2008 r. wróciłem do kraju. Zacząłem studia w krakowskiej polibudzie. Kupiłem sprzęt do freedivingu i poznałem chłopaków z klubu nurkowego. Poszliśmy na Zakrzówek. Był listopad. Miałem piankę, płetwy i wiedzę z internetu. Zszedłem na 27 metrów i wpadłem w czarną jak noc zawiesinę z siarkowodoru. Poczułem strach i zawróciłem. Musiałem się przełamać. Po kilku dniach dotknąłem dna, które było na 31 metrach.

Koniec żartów. Mateusz dopompowuje płuca. Wygląda, jakby połykał powietrze. Na zwykłym wdechu jego płuca są w stanie pomieścić dziesięć litrów, ale wytrenował je tak, że przed zejściem pod wodę mogą pomieścić kolejne cztery. Ja nawet nie próbuję tego robić, bo coś mi mówi, że gdybym zaczął się tak dopompowywać, to odleciałbym tak, że musieli by mnie wyciągać z wody.

Mateusz odbija się od ściany i długo ciągnie pod wodą strzałką. Potem zaczyna płynąć żabką. Trudno mi za nim nadążyć. On bez wysiłku zagarnia wodę i płynie blisko dna. Ja płynę za nim i znów przypominam sobie urlop nad Morzem Śródziemnym. W słoneczne dni czułem się w tam, jakbym nie pływał, a latał. Brałem głęboki wdech, nurkowałem na kilka metrów, a potem zaczynałem lot pomiędzy dnem a powierzchnią wody.

Tym razem kończę nurkowanie po 25 metrach - na tyle mnie stać bez treningu. Jeden basen to niezbędne minimum, żeby wyjść honorowo z tej sytuacji. Dalej płynę żabką, jeden oddech na kilka ruchów. Czasami daję tylko dłuższego nurka, po którym biorę kilka machów tlenu. Nie więcej. Tak jak radzi Mateusz, czyli nic na siłę. Płyniesz, ile aktualnie możesz, a głębokość i odległość zwiększasz z czasem. Dokładasz powoli po metr, dwa.

- Musisz poprawnie ocenić swoje aktualne możliwości - podkreśla mistrz. - To ważne. Mnie poniosło tylko raz. Po kilku tygodniach wyczynowego treningu przepływałem bez płetw 150 metrów, a ówczesny rekord Polski wynosił 139 m. Postanowiłem go pobić na oficjalnych zawodach.

Nie skończyło się to najlepiej. Mateusz tak się napiął, żeby pobić rekord, że zemdlał pod wodą, czyli zaliczył blackout.

- Głowa była silniejsza niż ciało. Nie chciałem przestać płynąć i w końcu mózg mnie wyłączył. Ale to nic strasznego - śmieje się.

Patrzę, czy nie żartuje ze mnie. Jak to nic strasznego?

- Mózg wyłącza świadomość, by zabezpieczyć zapas tlenu dla siebie i najważniejszych organów - tłumaczy. - Wtedy film się urywa, a ludzie miewają niesamowite wizje. Gdy wyciągają cię na powierzchnię, film znów się włącza. Wystarczy dmuchnąć w oczy, żeby receptory oddechowe szybciej wyczuły powietrze. Płuca są bezpieczne, bo jak się mdleje, to zaciskają się struny głosowe, które przez dwie, trzy minuty bronią je w ten sposób przed dostępem wody.

No to mnie pocieszył.

Dziewięć minut bezdechu

Dahab nad Morzem Czerwonym w Egipcie to mekka nurków. Gdy byłem studentem, spędzałem tam trzy miesiące wakacji. To tam spotkałem prawdziwych zawodowców, którzy zgodzili się wziąć mnie ze sobą. Po tych lekcjach zszedłem na 90 metrów.

Wychodzę z basenu mocno zmotywowany. Jak wrócę do domu, zabiorę się za trening. Nie będę musiał gonić na basen, mogę wrócić na kanapę! Mateusz dwa razy w tygodniu kładzie się na łóżku i ćwiczy statykę, czyli po prostu wstrzymuje oddech. Zimą dochodzi do około 8 minut. Gdy zbliża się sezon, wydłuża ten czas do 9 minut (jest przekonany, że to nie kres jego możliwości). Musi być gotowy na najważniejsze starty.

Gdy płynie w głąb, czeka go walka ze wzrastającym ciśnieniem, które szybko zaczyna naciskać na uszy. Jest na to prosty sposób: wystarczy je przedmuchać. Najprościej jest zacisnąć nos palcami i dmuchnąć. Tłumaczy mi, że zejście kończy się dopiero w chwili, gdy nie ma się już czym wyrównywać ciśnienia.

Skąd wziąć w głębinie powietrze do przedmuchania nosa? Mniej więcej na trzydziestym metrze można je zabrać jeszcze z płuc do ust. Potem już nie da rady, bo ciśnienie jest za duże. Tym powietrzem przedmuchuje się uszy.

- A gdy są dobrze przedmuchane, to człowiek na stu metrach czuje się tak samo jak na trzech - uśmiecha się szeroko góral z głębin.

Rekordy Mateusza Maliny

Mateusz MalinaFot. Albert Zawada

W 2011 r. Mateusz Malina po raz pierwszy wystartował w mistrzostwach świata i od razu został wicemistrzem. Zanurkował na 106 metrów w konkurencji, która nazywa się free immersion. Polega na tym, że nurek opuszcza się i wyciąga spod wody na linie. Teraz obok pływania pod wodą na odległość free immersion to ulubiona dyscyplina naszego mistrza.

Free diving jest drogim sportem. Mateusz co prawda udowodnił, że można go uprawiać na najwyższym poziomie, mając do dyspozycji przez większość czasu jedynie basen i zalew na Zakrzówku, ale drogie są choćby same wyjazdy. Nie dysponując dostatecznymi środkami, przez rok nie rywalizował w najważniejszych zawodach. Dzięki sponsorom (aktualnie strategicznym jest międzynarodowa firma medyczna Grena Ltd) wrócił do walki i w 2014 r. na Bahamach zanurkował na 113 m, ustanawiając kolejny rekord Polski. A w zeszłym roku pobił rekord świata w pływaniu dynamicznym bez płetw. W czeskim Brnie przepłynął 226 metrów.