Orson Welles - człowiek, który dał nam Virale

Radosław Nawrot
27.07.2015 09:22
A A A
"Był albo nałogowym oszustem, albo geniuszem. Albo kimś pomiędzy" - pisał o nim jego biograf. Chyba raczej geniuszem, skoro nakręcił najwybitniejszy film w dziejach kina.

Orson Welles oskarżał Hollywood o przemawianie językiem blichtru i kiczu, o spłycanie filmu, który nazywał "największą formą artystyczną naszego stulecia". Pod koniec życia powiedział jednak, że najbardziej żałuje tego, że nie nakręcił żadnego komercyjnego filmu. Ironia czy frustracja?

Lepszy niż "Ojciec Chrzestny”

Nakręcił jednak "Obywatela Kane'a" - kiedy z okazji stulecia kina Amerykański Instytut Filmowy zaprezentował ranking najlepszych filmów w dziejach, obraz zajął pierwsze miejsce przed "Ojcem chrzestnym". To niezwykłe, bo to był właściwie debiut Wellesa, który na przełomie lat 30. i 40. dopiero zaczynał kręcić filmy, za to był już mistrzem performance'u - przedstawień nie tylko udających rzeczywistość, ale wręcz kreujących ją. Nikt przed nim nigdy niczego takiego nie robił. Nikt też nie umiał tak wykorzystać siły radia - najbardziej działającego na wyobraźnię medium w dziejach.

Jako maluch bawił się w teatr kukiełkowy. Grywał w szkolnych przedstawieniach, zagrał nawet Maryję Dziewicę! Zadebiutował na scenie opery jako trzyletnie dziecko. Było to w Chicago, dokąd przeniósł się właśnie w wieku trzech lat z Wisconsin. Tam, w Kenosha nad jeziorem Michigan, urodził się 6 maja 1915 r. "Nigdy nie przeklinałem faktu, że pochodzę z Kenoshy. Natomiast mieszkańcy Kenoshy chyba przeklinali fakt, że stamtąd pochodzę" - mawiał Welles, który swojego pierwszego imienia (George) nie używał, uznając je za zbyt pospolite. Wolał imię drugie, Orson, nadane mu z uwagi na nazwisko Orsinich, jego włoskich przodków.

Do czego służy słoik w sedesie?

Już jako dorosły człowiek rozpoczął realizację projektów, które dziś nazwalibyśmy teatrem radiowym. Wśród nich był cykl The Mercury Theatre on the Air, w ramach którego realizował słuchowiska radiowe na żywo na antenie CBS. Na święto Halloween 1938 r. przygotował adaptację powieści "Wojna światów" Herberta George'a Wellsa.

Przeszła do historii jako znakomity przykład działania mediów na ludzką świadomość, sugestii medialnej i klasyczna ilustracja zjawiska nazywanego faktoidem. Polega ono na tym, że ludzie uznają za prawdziwą informację tylko dlatego, że została ona podana przez media.

Ekipa Wellesa dołożyła wszelkich starań, aby jak najbardziej urealnić radiowy teatr. "Wojna światów" opowiada o lądowaniu Marsjan na Ziemi, jej podboju i eksterminacji ludzi. Książka jest napisana stylem niemal dziennikarskim. Welles wykorzystał to. Przygotował perfekcyjne słuchowisko prowadzone jako sugestywna relacja medialna z miejsca zdarzeń. Ekipa zadbała nawet o efekty specjalne - od odgłosów otwierania włazu marsjańskiego statku (za pomocą słoja otwieranego w... muszli sedesowej), przez paniczną ucieczkę ludzi, aż po atak kosmitów i odgłosy walki. Aktorzy nagrali wrzaski, niektóre wręcz przerażające. Do tego doszedł sposób przedstawienia słuchowiska na antenie. Podzielono je na fragmenty, których emisja rozpoczęła się o godz. 20. Przerwano wówczas normalny program radiowy, aby przekazać słuchaczom dramatyczne wiadomości. Informowano najpierw o tajemniczych wybuchach na powierzchni Marsa, które interpretowali naukowcy. W kolejnym wejściu relacjonowano lądowanie dziwnych statków na Ziemi. Panika wybuchła już, gdy w eter poszła relacja z miejsca lądowania, zakończona nagłym atakiem Marsjan na gapiów. Urwała się ona gwałtownie, a stacja informowała nawet, że wśród zwęglonych zwłok ludzi znaleziono też szczątki jej reportera. Kolejne relacje z ataku marsjańskich maszyn kroczących były już nadawane z dachu CBS! Przerywano program, by w dramatycznym tonie łączyć się z reporterami.

Wpływ tego programu na mieszkańców Ameryki przerósł wszelkie oczekiwania. Obliczono, że audycji słuchało 6 mln Amerykanów. Z tego mniej więcej milion uwierzył w prawdziwość relacji. Panika rozszerzała się jak dżuma. Ludzie barykadowali się w domach albo ewakuowali się samochodami. Wielu założyło nawet folię na głowę, aby przybysze z Kosmosu nie zdołali wniknąć w ich umysły.

Pearl Harbor? To Fejk!

Welles umiejętnie wykorzystał możliwości, jakie dawało radio. Pokazał, jak może ono działać na wyobraźnię. Jak szybko może się rozprzestrzeniać psychoza tłumu. Jak działa poczta pantoflowa. Był prekursorem tego, co dziś marketingowcy nazywają viralami. Świat widzi w nim pierwszego performera, pierwszego mistrza prowokacji medialnej. Świetnie wyczuł także moment, w którym wyemitował swoje słuchowisko. W 1938 r. świat żył w ciągłym niepokoju i poczuciu zagrożenia, spowodowanym choćby niestabilną sytuacją w ogarniętej nazizmem Europie. Do tego doszło święto Halloween, które samo w sobie wywoływało specyficzny nastrój.

Dzień po emisji autor na konferencji prasowej przepraszał i tłumaczył, że nie chciał wywołać paniki. Robił przy tym niewinną minę i przewracał oczami, kończąc jednak: "Nie mogę obiecać, że już nigdy tego nie zrobię i nie posłużę się ponownie tą techniką. Stała się ona przecież nową, usankcjonowaną formą dramatyczną".

Wielu już wtedy uważało, że efekt słuchowiska nie zaskoczył Wellesa. Przeciwnie, właśnie taki był zamiar jego happeningu. Na dodatek dzień po jednym przedstawieniu dziennikarze na konferencji prasowej pozwolili mu na odegranie drugiego, równie dobrego. Teorie spiskowe mówiły nawet o powiązaniach Wellesa z gazetami, na których zlecenie miał on obniżyć wiarygodność radia, zbierającego większość reklam z medialnego rynku. Faktem jest też, że Welles wykorzystując złote lata radia, przyczynił się do ich zakończenia.

Kiedy trzy lata później, w grudniu 1941 r. amerykańskie stacje radiowe informowały o japońskim ataku na Pearl Harbor, wielu Amerykanów uznało, że to kolejny happening i kolejna próba nabrania ich.

Orson WellesFot. AP

Panika też sztuczna

Badacze amerykańskich mediów twierdzą, że w rzeczywistości panika wywołana audycją była mniejsza, niż się uważa. Stacja CBS świadomie podsycała plotki na temat zasięgu oddziaływania słuchowiska, co pewien czas emitowała też poświęcone mu programy wspominkowe. W świadomości ludzi utrwalało się poczucie, że tamta noc faktycznie wstrząsnęła Ameryką. Skutki socjologicznego eksperymentu Wellesa sięgnęły dalej, niż można było zakładać.

Sam Welles już od jakiegoś czasu myślał o filmie. Uważał go za najwyższą formę artystycznego wyrazu. Po "Wojnie światów" był tak sławny, że mógł tworzyć, co chciał. Kontrakt podpisano z nim w ciemno, a RKO Pictures, jedna z największych wytwórni Hollywood, dała mu rzadką swobodę działania (nie musiał w ogóle pokazywać próbnego materiału), a także armię aktorów i fachowców. Tej szansy Welles omal nie stracił. Zbyt długo się zastanawiał, co właściwie nakręcić.

Wytwórnia namawiała go do zrealizowania filmu na podstawie słynnego słuchowiska - albo równie dobrej jak słuchowisko filmowej adaptacji "Wojny światów", albo opowieści o samej audycji. Welles stanowczo odmówił. - Nie będę się powtarzać - stwierdził. Dopiero w 1975 r. Joseph Sargent nakręcił film fabularny na temat tamtych wydarzeń. Nosił on tytuł "Noc, która wstrząsnęła Ameryką" (The Night That Panicked America).

Pojedynek gigantów

W końcu, gdy w oczy zajrzało Wellesowi widmo utraty tak wspaniałego kontraktu, wpadły w jego ręce zapiski z prywatnego życia Williama Randolpha Hearsta - magnata prasowego i polityka, milionera, właściciela okazałego zamku u brzegów Kalifornii, a także dwóch wytwórni filmowych. Okazały się idealnym materiałem na scenariusz: wielka saga o wzlotach i upadkach ofiary amerykańskiego snu. Zrealizowana na dodatek tak, jak lubił to Welles - z kilku punktów widzenia i z polem do interpretacji.

Welles zdawał sobie sprawę z tego, że Hearst nie zareaguje entuzjastycznie na ten film, więc prace utrzymywane były w tajemnicy. Wkrótce jednak wyciekły. Oficjalnie doniosła o nich w styczniu 1941 r. redaktor Louella Parsons z jednej z należących do Hearsta gazet. Przypadek? A może ten niezwykle arogancki i szelmowski, a przy tym inteligentny prowokator, jakim był Welles, miał coś wspólnego z przeciekiem? Mistrz marketingowej manipulacji mógł przecież założyć, że protesty Hearsta tylko przysłużą się reklamie filmu.

Magnat starał się za wszelką cenę zniszczyć film, zanim ten jeszcze powstał. Nawet fizycznie, bo próbował wykupić negatyw. Posuwał się do kroków, których Welles nie przewidział - np. nasłał na reżysera agentów FBI i rozpętał obrzydliwą antysemicką nagonkę na kierownictwo wytwórni RKO. Wytwórnia stanęła murem za Wellesem, wręcz podwoiła wysiłki promocyjne wokół filmy, aczkolwiek prawnicy wytwórni - w obawie przed procesami - wymogli na reżyserze usunięcie kilku najostrzejszych scen.

Milioner użył wszelkich wpływów, aby zepchnąć obraz na margines. Swoim gazetom zabronił nie tylko go recenzować, ale w ogóle o nim pisać. Wiele kin nie chciało go pokazywać. Dopiero w maju 1941 r. udało się doprowadzić do jego nowojorskiej premiery. Krytyka przyjęła dzieło bardzo chłodno. Film zrobił finansową klapę. Z budżetu sięgającego 1 mln dolarów udało się odzyskać zaledwie 800 tys. Podczas rozdania Oscarów w 1942 r. ten największy, jak się dziś uważa, film w historii kina otrzymał w sumie osiem nominacji, ale dziwnym trafem zdobył zaledwie jedną statuetkę - za najlepszy scenariusz oryginalny.

Wojna z Hearstem wyczerpała Wellesa i zrujunowała jego świetnie zapowiadającą się karierę filmową. "Obywatel Kane" został doceniony dopiero po latach. Trzeba było perspektywy czasu, by przekonać się, że przerósł swą epokę zarówno pod względem merytorycznym, jak i technicznym. Nikt nie zrobił dotąd filmu tak nowatorskiego, z uwzględnieniem wszystkiego - montażu, charakteryzacji, dekoracji, a zwłaszcza świetnego wykorzystania możliwości czarno-białych zdjęć. Film odrzucony przez swoją teraźniejszość, okazał się uniwersalny dla przyszłości. Tak jak sam Orson Welles.

Zemsta na ex-żonie

Klapa "Obywatela Kane'a" spowodowała, że jego twórca rozpaczliwie szukał pieniędzy na swe projekty. Gdy musiał pilnie zapłacić za kostiumy do spektaklu "W 80 dni dookoła świata", zadzwonił ze sklepu do producenta Harry'ego Cohna. - Mam wspaniałą historię, wyreżyseruję film sam i zagram w nim, jeśli tylko w ciągu dwóch godzin wyślesz mi 55 tys. dolarów! - namawiał. - Co to za historia? Masz jakiś tytuł? - dopytywał dociekliwy Cohn. Welles żadnej historii oczywiście nie miał, więc spojrzał na okładkę książki, którą czytała dziewczyna w kasie. Tak powstała "Dama z Szanghaju". Welles zagrał w tym filmie ze swoją ówczesną żoną Ritą Hayworth. Przez chwilę stanowili niezłą parę, trochę jak Marilyn Monroe i Arthur Miller. Jego fascynowała jej uroda i seksapil, ją urzekł jego niebywały intelekt. Kiedy jednak występowali w "Damie z Szanghaju", akurat trwała ich sprawa rozwodowa. W filmie Hayworth z rudowłosej piękności zmieniła się w perfidną platynową blondynkę. Mówiono, że Welles zemścił się w ten sposób za rozwód.

Pieniędzy na swoje filmy szukał w bardzo dziwnych miejscach. Jego wieloletnia współpraca z Jugosłowianami zaowocowała m.in. występem w roli czetnika w filmie "Bitwa nad Neretwą" (Bitka na Neretvi), należącym do nurtu jugosłowiańskiego kina partyzanckiego. W latach 70. zdobywał pieniądze nawet u szacha Iranu. - Byłem głupi. Gdybym porzucił kino i zajął się czymś innym, na pewno osiągnąłbym więcej - mówił pod koniec życia sfrustrowany Welles, który łapał się w końcu nawet za spoty reklamowe. Gdy w 1970 r. przyznano mu w końcu w Hollywood honorowego Oscara, skłamał, że jest w tym czasie w Hiszpanii. Po odbiór statuetki wysłał swego przyjaciela Johna Hustona.

Zmarł w 1985 r. Francuski reżyser François Truffaut powiedział później, że wszystko, co ma znaczenie w kinie powojennym, nosi piętno Orsona Wellesa. Martin Scorsese był zdania, że nikt inny w dziejach kina nie inspirował tylu kolegów po fachu.

 

Mało kto wie, że w 1944 r. Welles bardzo poważnie rozważał możliwość nakręcenia "Batmana". W tym celu zebrał ekipę, z którą pracował przy "Obywatelu Kane'ie". Roztoczył przed nią wizję widowiska - jak mawiał - godnego Goi, w zupełnie nowym stylu, niepodobnego do czegokolwiek, co powstało w amerykańskim kinie do tej pory. Film miała otwierać scena śmierci rodziców przyszłego Batmana, a kończyć - scena walki o życie w więzieniu odartego już z maski superbohatera. Grać mieli m.in. Humphrey Bogart i Marlena Dietrich. Projekt ten był efektem fascynacji Wellesa kolejnym źródłem artystycznego wyrazu, jakim stawał się wówczas komiks.

Zobacz więcej na temat:

Zobacz także
  • Ray Kroc Ray Kroc - człowiek, który dał nam fast foody
  • Igor Sikorski wsiadający do jednej ze swoich maszyn, 1955 r., fot. AP Sikorski: człowiek, który dał nam helikoptery
  • Elvis Presley - pierwszy z lewej; Sam Phillips - pierwszy z prawej Sam Phillips: człowiek, który odkrył rock'n'roll

ZOBACZ WIDEO

Skomentuj:
Zaloguj się lub komentuj jako gość

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX

Polecamy