"Homar i cygaro dla każdego!" - rozmawiamy z Hubertem Urbańskim

21.08.2015 19:23
okulary: Ray Ban,
koszulka: H&M,
marynarka: Vistula,
poszetka: Vistula

okulary: Ray Ban, koszulka: H&M, marynarka: Vistula, poszetka: Vistula (Fot. Tamara Pieńko)

- Warto pojechać do Ameryki Południowej. Tam się nikt nie puszy, jaki to on wykwintny, bo pali cygaro. A to o przyjemność chodzi, nie o rytuał - mówi Hubert Urbański w rozmowie z "Logo".

Spotkaliśmy się na placu Zbawiciela. Wokół brodacze w dresach, za nami tęcza. Stolica warszawskiego lansu, ale kawa dobra, a i słoneczko przygrzewało. Przyjemnie było, a rozmowa miała być przecież o męskich przyjemnościach.

Piotr Zabłocki: Lubi pan placyk?

Hubert Urbański*: Gdybym nie lubił, to bym tu nie przychodził... ale czuję się tu trochę jak na planie filmowym.

Na planie filmowym?

- Bo to nie jest ani prawdziwa Polska, ani prawdziwa Warszawa. To nie jest w ogóle prawdziwy świat, to dość specyficzne miejsce.

Mekka wystylizowanych bród.

- Bród też. Mekka hipsterstwa, choć nikt chyba nie wie, co to właściwie oznacza. Ale nie dramatyzowałbym. Są miejsca bure i są miejsca kolorowe, bywają też miejsca przestylizowane. W sumie placyk nie jest najgorszym miejscem do spędzania letniego popołudnia.

A najlepsze miejsce?

- Zacznę od pory dnia. Moja ulubiona to tak ze dwie godziny przed zachodem słońca, gdy cień staje się coraz dłuższy, robi się chłodniej, wszystko się uspokaja, a ludzie szykują się do kolacji. Światło jest wtedy piękne, szczególnie latem.

Teraz miejsce... hmmm... Lizbona jest niezła... Bułgaria też, jeździłem tam jako dziecko. Wieczorem szykuje się mezence, czyli przekąski, sałatkę szopską, pomidorki, owczy ser, jakieś czuszki smażone na oliwie, pieczywo, wędliny... rakija lub wino domowej roboty.

- Wychodzi na to, że do letniego popołudnia pasują kraje południowej Europy. Choć polska wieś też byłaby fajna. Ludzie zresztą wszędzie spędzają ten czas podobnie. Różnią się nazwy alkoholi, serów i wędlin.

To jak już padło słowo "alkohol": na pańskiej stronie [Huberturbanski.pl] jest zdjęcie. W lewej dłoni trzyma pan cygaro, a w prawej kieliszek - strzelam, że z koniakiem

- Też tak strzelam. (śmiech)

Nie pamiętam już, co tam było, ale koniak i cygaro to też są dobre rzeczy. Może nie nieodzowne, ale bardzo dobre. Kompatybilne z tym, o czym mówiliśmy.

Koniaczek wydaje się być poziom wyżej.

- Eee, to nam się tak wydaje. Koniak, Napoleon, Francja, elegancja. A może być calvados, jakaś inna brandy, jakieś porto, szot śliwkówki, gruszkówki - jak najbardziej tak. Bo też pycha. To ma być przyjemność. Z cygarami też tak jest. Może to trochę większa egzotyka w Polsce, ale zauważam, że - całe szczęście - już nie ma podejścia, że cygaro to jest coś, co się pali popijając szampanem toczonym z krwi i potu robotników. Jest coraz więcej miejsc, gdzie można kupić przyzwoite cygara...

Jest też internet...

- Ja akurat nie wyobrażam sobie, że kupuję cygaro, wcześniej go nie dotykając i nie wąchając.

Zna się pan na cygarach?

- Znam się na tyle dobrze, że czuję się komfortowo i potrafię dla siebie wybrać dobre cygara. Ale nigdy się z tego nie habilitowałem.

To kiedy się pali cygara?

- Kiedy się ma ochotę.

Tak po prostu? A ten cały rytuał wokół cygar?

- To jest trochę tak, jak z jedzeniem homarów. Koniec końców polega to tylko na tym, że trzeba mieć narzędzie, żeby rozgnieść te szczypce i wydłubać mięcho. Wystarczyłyby kombinerki z Castoramy. O to chodzi, a nie o to, by zadziwić techniką siedzących obok przy stole. Z cygarami jest podobnie. Chodzi o to, żeby zapalić i mieć przyjemność z dymu, z tego czasu dla siebie, z braku pośpiechu. Bo to jest wspaniałe w cygarach, że nie da się ich zapalić na przystanku, na przykład czekając na "piętnastkę". Bo mimo że tramwaje nie jeżdżą za często, to nie jeżdżą jednak aż tak rzadko, żeby zapalić chociaż małe cygaro.

Ono potrzebuje czasu.

- Tak, to jest 15-20 minut przy najmniejszych cygarach. Zachęcam.

Rozumiem obawy przed rytuałem, sam je miałem. Zresztą to jest normalne, że każda grupa zawodowa, społeczna czy towarzyska buduje wokół siebie mur niedostępności, żeby zza tego muru popluwać sobie na innych, a czasem pozwolić komuś łaskawie przejść na swoją stronę. Miałem tak z pływaniem na jachtach - bałem się, czy strój odpowiedni, czy liny jakiejś mogę dotknąć... Komputerowcy też tak mają, widział pan kiedyś programistę, który mówi normalnym językiem?

Jednego, ale to mój brat, więc to się chyba nie liczy.

- Nie liczy się. Zazwyczaj robią wszystko, żeby udowodnić panu, że jest pan baranem i bez ich pomocy nie umie pan nawet nacisnąć enter. I ze sportami tak samo jest: "mamy swoje rytuały i jak chcesz do nas przystąpić, to musisz sobie kupić takie buty, taką czapeczkę, takie kije, no i musisz troszeczkę poobserwować mistrzów, żeby - na początek - przyjść na grilla".

- A z cygarami to jest tak, że warto pojechać do Ameryki Południowej albo na Kubę. Nikt się tam nie puszy, jaki to on wykwintny, bo pali cygaro. Kopcą swoje samoróbki skręcane, które mają w wyborze nieprawdopodobnym, i jest dobrze. Tam to jest tak normalne, jak u nas palenie szlugów przed biurem.

Podobnie jest z whisky. W Szkocji ludzie wpadają do baru i zamawiają z piwem...

- (śmiech) Właśnie! Schodzi z traktora i w gumiakach zamawia tę whisky, a tu pan musi przyklęknąć, jak bierze pan szklaneczkę do rąk. Dlatego ja jestem zwolennikiem odczarowywania tych rytuałów.

Ale ma pan tę gilotynkę do cygar?

- Mam w szufladzie takich nożyków kilka. Ale jak gdzieś wychodzę i zapomnę nożyka, to odgryzam końcówkę cygara albo robię dziurkę wykałaczką i też jest dobrze.

To ja teraz wrócę do prawej ręki ze zdjęcia. Wiem, że nie pamięta pan, co było w kieliszku. Ale gdyby pan sobie nalewał dziś, to co by tam było?

- Byłem teraz w Andaluzji i piłem brandy de Jerez. W ogóle lubię pić lokalne alkohole. Na przykład na Morawach zamawiam śliwowicę Jelinka, a w Barcelonie cavę. Przy okazji: mam wielki sentyment do "sowieckoje igristoje", bo to była baza każdego Sylwestra w liceum i na studiach. Zauważyłem ostatnio, że można je kupić w jakiś biedronkach. I kilka razy kupiłem, choć to jest straszny ulepek. Ale wyobraźnia i sentyment rekompensują wszystkie mankamenty tego napoju.

Koniec z alkoholem. Podobno kupił pan motocykl? I tak pomyślałem...

- Że to głupota?

Czemu?

- Mam masę kolegów, którzy jeżdżą pożyczonymi samochodami i motocyklami.

Słyszałem o celebrytkach, które pożyczają torebki, szpilki i sukienki...

- Właśnie. Ja motocykle kupuję. Czasami pluję sobie w brodę, ale kupuję.

Kiedy to się zaczęło?

- Gdy byłem dzieciakiem, jeździłem do stryja na wakacje za Wyszogród. To były wspaniałe czasy niepoprawności legalistycznej. Gdy kończył się chleb, to kazali mi wskoczyć na motocykl i pojechać do piekarni. Miałem 12 lat i dymałem na SHL-ce czy WFM-ce w normalnym ruchu ulicznym.

Nie do pomyślenia teraz.

- Nie do pomyślenia. Ale wtedy wszyscy tak robili. Nauczyłem się więc jeździć, zanim pomyślałem, czy warto się nauczyć. Potem miałem przerwę, ale od 20 lat, od czasu gdy trafiłem do telewizji i zaczęło mi się lepiej powodzić, zawsze mam motocykl, w pewnym momencie były nawet dwa. Nie wiem po co, ale były.

Teraz znów jest jeden?

- Tak, beemka R9T.

Jeździ pan codziennie?

- Jeśli nie pada, to każdy dzień jest dobry na jazdę. Poza tym wszyscy stoją w korkach, a na motocyklu jest pełna płynność. Czasami jeżdżę też dalej. Pojechałem na przykład do Macedonii.

Męczące?

- Miałem stalową dupę po tej podróży. Jechałem ducati streetfighter, to nie był motocykl na taką trasę.

- Trochę to było męczące. Męczące, ale i przyjemne. Jak chodzenie w górach. Zmęczyć się i wejść na górę - wspaniałe uczucie.

Często pan zmienia motocykle?

- Chyba za często, zwykle co dwa lata. Ten też już mam dwa lata, ale mam do niego taki sentyment, że chętnie bym się z nim zestarzał.

Samochody też pan lubi?

- Muszę przyznać, że moje uczucia ostygły. Miałem kiedyś więcej zapału. Gdy zobaczyłem saaba 9-3 convertible aero, to od razu go kupiłem. Cudowne auto, mógłbym ożenić się z tym samochodem. Żałuję, że go sprzedałem. Dzisiaj to byłby wspaniały oldtimer...

Byłem bardziej wrażliwy na samochody, dziś jestem bardziej przyziemny. Ale przy niektórych nadal serce mi skacze.

A czym pan jeździ?

- Volvo XC70. Jeremy Clarkson powiedział, że to jest samochód dla facetów, którym już nie zależy. Szkoda, że nie przeczytałem tego przed zakupem... Rzeczywiście jest to wozidło. Nie skręca jak trzeba, nie przyśpiesza, nie hamuje - po prostu taka porządna szwedzka furmanka.

Czyli serce przy niej nie skacze?

- O nie! (śmiech)

A przy czym skacze? Tylko bez banalnego lamborghini proszę...

- Nie, nie. Mój kolega jeździ lamborghini. Oczywiście w puli moich odczuć jest zazdrość, ale przede wszystkim jest... hmm... zakłopotanie. Podoba mi się nowa wersja golfa "siódemki", GTI Performance. Ma wszystko, co potrzeba. Zapierdziela jak trzeba, a z drugiej strony można zapiąć dzieci w fotelikach. Na tyle szybki i dziarski, że się dobrze jeździ, taki realny samochód w realnym świecie, w którym średnia prędkość w mieście to 27 km/h, a na trasach stoją fotoradary. Dobrze mi się jeździło BMW i3....

Elektrycznym?!

- Wierzę w tę elektrykę, naprawdę. Wielkie firmy nie zmarnują tego, za dużo zainwestowały. Córkom powiedziałem, żeby się przysłuchały, bo jak podrosną, to co drugie auto będzie bzykało jak odkurzacz. Wracasz do domu, wpinasz do gniazdka... dla mnie bomba.

Zrobiło się ekologicznie i przyszłościowo, a miało być o podskokach serca.

- Ale mnie zabiło szybciej, to jest przyszłość, jeździłem samochodem przyszłości.

Oj, chyba faktycznie uczucia do samochodów ostygły.

- Ostrzegałem!

Spróbuję więc podpytać o inne pasje. Może muzyka, a właściwie głośniki, wzmacniacze i takie tam

- To jest dziedzina sztuki, na którą jestem totalnie odporny. Chociaż dostałem na urodziny od moich producentów z programu "Handlarze" stary gramofon. Prezent inspirowany przez jednego z naszych operatorów, który z kolei sam robi głośniki. Okazuje się, że jest mnóstwo ludzi, którzy znajdują, odnawiają i sprzedają stare, ale dobre gramofony czy głośniki. Trochę tak, jak my w "Handlarzach" (śmiech). Muszę dodać wzmacniacz, bo mam dużo płyt, których chętnie posłucham.

Próbuję złapać, bo każdy facet coś tam lubi zbierać... może zegarki?

- Przeszło mi, przepraszam. Jak z samochodami. Uwielbiałem dobre zegarki, i zresztą nadal je cenię.

Jaki ma pan teraz?

- Vulcain.

Jaki?

- Ha, złapałem pana. Nie kupuję zegarków, które można zobaczyć na reklamach w gazetach. Mój zegarek to dzieło starej, malutkiej manufaktury założonej 150 lat temu we francuskojęzycznej części Szwajcarii. Cacko. Vulcain był jednym z pierwszych producentów zegarków dla nurków z automatycznym alarmem. Takim normalnym, jak stary budzik, który budził pana zapewne do szkoły. Mają na przykład taki model, który wysyłają zawsze nowemu prezydentowi USA. Taka tradycja.

Ale... to są legendy, a zegarki robią piękne. Robią je sami od początku do końca, a nie na gotowych podzespołach. To też kwestia ambicji inżynierskiej, że robią coś swojego i chwalą się swoim własnym mechanizmem. No, ale to jest kilkaset lat spokojnej historii kraju. Jak są bombardowania i tynk sypie się z sufitu albo demonstracje idą ulicą, to nie pomaga to w skupieniu. A jak pan otwiera zegarek, to potrzebne jest skupienie. Nie może być dźwięku bomb tylko szelest pieniędzy. (śmiech) Dlatego oni te zegarki tak dobrze robią.

Usłyszałem mnóstwo pasji. Ale mówi pan, że już też nie?

- Bo już się wyszumiałem. Mam też świadomość, że - koniec końców - można nosić tylko jeden zegarek. Chyba że jest pan ruskim żołnierzem zdobywającym Berlin w 1945 r.

A jeśli chodzi o samochody... mnie już brakuje frajdy z jazdy. Te samochody zrobiły się takie gładkie, wyrafinowane, że prawie za nas jeżdżą. Kiedyś się zapieprzało 110 polonezem i człowiek czuł, że mknie poza Układ Słoneczny tą prędkością. Dzisiaj zasuwa się jakimś zwykłym audi z automatem, to tak jakby w kapsule. Na liczniku ponad 200 na godzinę i nudy, nic się nie dzieje. Starsze samochody, nawet sprzed 10, 15 lat, dają więcej frajdy. Nie mówię o oldtimerach i zlotach zabytkowych aut, bo to dla mnie trochę emeryckie. Ale gdy zasuwam starszym samochodem, to bardziej czuję, że żyję.

Kiedyś prowadziłem toyotę GT86. Nie podobała mi się, ale jeździła pięknie. Ten tylny napęd, ten dyfer, to sprawia, że to samochód, który daje frajdę z jazdy. Jest niski, jakby przyklejony do asfaltu. Ma tyle, ile potrzebne jest w realu, po mieście i od miasta do miasta. A te wszystkie 911, ferrari, astony... Z takiego auta nie umiałbym wycisnąć nawet 50 proc. możliwości, chyba że w nocy na rondzie. A poza miastem jak gdzieś pocisnę, to dostaję zdjęcia.

Może to kwestia wieku, może doświadczenia, ale już trochę wiem, czego oczekuję. Nie można być ofiarą tego, co wypisują w reklamach!

Z ich powodu wszyscy to samo kupują.

- Te same ciuchy... nawet tatuaże są elementem mody, i co się człowiek obejrzy, to połowa ludzi ma ten sam wzór na plecach. A przecież to nie maretingowcy, tylko ja muszę wiedzieć, czego potrzebuję: jakiego cygara, jakiego alkoholu, jakiego samochodu.

Urodziła się puenta, że nie zamiast połasić się na 40-letnią whisky i lamborghini, trzeba nauczyć się łapać przyjemności.

- Tylko żeby była jasność: prowadziłem lamborghini. I to jest zjawiskowe wrażenie.

Nie lubię być ofiarą marketingu. To ja wiem, jakie lubię cygara, jakie lubię motocykle, jakie samochody i jakiego chciałbym napić się alkoholu. To są w końcu moje przyjemności!

. . .

*Hubert Urbański - rocznik 1966, prawie orientalista, prawie dyplomowany aktor, za to spełniony dziennikarz oraz prezenter radiowy i telewizyjny. Wszystkim oczywiście zawsze będzie się kojarzył z teleturniejem "Milionerzy" i z nieśmiertelnym "telefonem do przyjaciela", "pół na pół" i "pytaniem do publiczności". Ale na koncie ma też prowadzenie "Tańca z gwiazdami", "Dla ciebie wszystko", "Wyprawy Robinson" czy "Bitwy na głosy". Pracował też w radiach Zet, Kolor i TOK FM. Obecnie związany z RMF FM oraz telewizją TTV, w której prowadzi program "Handlarze".

W sesji "Logo" Hubert Urbański ma na sobie: płaszcz: Vistula, koszula i krawat: Wólczanka, spodnie, torba i pasek: Vistula, kamizelka: własność bohatera, zegarek: Yes/Saint Honoré

. . .

"Handlarze"

Hubert Urbański w telewizji TTV przemierza Polskę i wyszukuje perełki ukryte na strychach, w zagraconych piwnicach i opuszczonych domach. Zasada: tanio kupić, sprzedać z zyskiem. Jesienią na widzów czeka trzeci sezon programu "Handlarze".

ZOBACZ WIDEO

Komentarze (12)
"Homar i cygaro dla każdego!" - rozmawiamy z Hubertem Urbańskim
Zaloguj się lub komentuj jako gość
  • avatar

    pakoshead

    Oceniono 35 razy 21

    Wszyscy wala negatywami, a dla mnie to strasznie fajny facet. Pewnie dlatego, ze juz dawno pozbylem sie kompleksu polskosci... Poza tym zgadzam sie z nim pod wieloma wzgledami, jak chocby to o odczarowywaniu rzeczy jak dobra szkocka czy cygara. Napil bym sie z nim, a napewno nie z rzadnym zalosnym przedmowca (przedpisca?...) Sam jezdze Saab'em, tylko mlodszym, wiekszym i baaardzo daleko mu do bycia na tak z ekologia...

  • avatar

    login-xyz

    Oceniono 9 razy 7

    Dla Hubercika nie ma juz miejsca na tvnie i Polsacie.. Why? Facet dobry byl. Na tvnie i Polsacie za malo dobrych wlasnych programow jest. W kolko tylko te kretynskie polskie seriale. Ile mozna??? Na niemieckich RTL albo Prosiebensat.1 bez problemu dostalby taki showmaster jakis format.

  • avatar

    muminos1975

    Oceniono 11 razy 7

    prenumeruje niestety LOGO, wywiad chyba najlepszy od dwóch lat, szkoda ze taki krótki
    (najlepszy? wyobraźcie sobie co pierdzielili inni ;)
    pozdro.

  • avatar

    roll

    Oceniono 3 razy 3

    Rzuciłem cygara .Znajomy się dowiedział o raku krtani.Jak mój ojciec.Nie chcę tego samego..

  • avatar

    quba1024

    Oceniono 32 razy 0

    Taka wrzuta, pewnie kasa się skończyła i szuka nowej pracy... A jak ludzie gadają (nieważne jak byle nazwiska nie przekręcili) to łatwiej o pracę...
    Trochę źałosne

  • avatar

    plastikpiokio

    Oceniono 24 razy -6

    ta stara dziadyga już złapała oddech ---a poszoł won łachu .

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX

Polecamy