Willis O'Brien: człowiek, który dał nam efekty specjalne

King Kong

King Kong (zdjbcjump/photoshop BB&W)

Ludzie wychodzący z nowojorskiego teatru 2 lutego 1925 r. Po premierze "Zaginionego Świata" nie mogli się uspokoić. To, co zobaczyli, przeszło ich oczekiwania. Prasa zakomunikowała czytelnikom: "a jednak dinozaury wciąż żyją"! Willis O'brien kraśniał z zadowolenia. Udało się! Efekty specjalne zrobiły swoje.

Efekty specjalne są niewiele młodsze od samego kina. Już w 1900 r., niespełna pięć lat po premierze pierwszego filmu w dziejach, karykaturzysta James Stuart Blackton pokazał dwuminutową sekwencję nazwaną "The Enchanted Drawing" (Zaczarowany rysunek). Bohater tego filmiku rysuje na papierze popiersie mężczyzny ze znudzoną miną, obok niego kieliszek i wino, które następnie zdejmuje z obrazka jak prawdziwe. Winem częstuje narysowaną głowę, a ta się uśmiecha.

Dwa lata później Francuz Georges Mélies, iluzjonista i twórca pierwszych kinowych trików, zachwycił świat kilkuminutową "Podróżą na Księżyc" na podstawie prozy Julesa Verne'a. W tym przeuroczym filmiku pierwsi ziemscy astronauci zostają wystrzeleni z armaty, trafiają w powierzchnię Księżyca, a dokładnie w jego... oko!, po czym muszą stoczyć bitwę na parasole z mieszkańcami tego ziemskiego satelity.

Ręce, które biją, ręce, które rzeźbią

Te pierwsze próby z prapoczątków kina zwiastowały, że na ekranie nie muszą pokazywać się jedynie sceny rzeczywiste. Można także wykreować coś za pomocą trików, niczym na pokazie prestidigitatoraGodzilla.

Kiedy powstawały te filmiki, Willis O'Brien ujeżdżał byki i konie na rodeo. Był w tym całkiem niezły, ale jego niespokojny duch nie pozwalał mu usiedzieć w jednym miejscu (nawet jeśli był to grzbiet byka) zbyt długo. Po raz pierwszy zwiał z domu jako jedenastolatek. Po raz drugi dwa lata później - tym razem już skutecznie. Do rodzinnego domu w Oakland w Kalifornii nigdy nie wrócił. Wałęsał się, gdzie popadło, unikając policji, zarzutów o włóczęgostwo i głodu, najmując się do doraźnych zajęć. Przepędzał bydło jako kowboj, polował na bobry, wilki i niedźwiedzie dla futer, wreszcie ujeżdżał byki na arenie. Gdy jako barman nalewał whiskey w jednym z barów, trafili mu się kiedyś nieprzyjemni i awanturujący się klienci. Doszło do mordobicia, z którego O'Brien wyszedł zwycięsko. Ktoś to zauważył i tak się zaczęła jego obiecująca kariera bokserska. Podobno nieźle się zapowiadał jako pięściarz, co może tłumaczyć, dlaczego w jego późniejszych filmach było tak wiele walk. Jak twierdził, każdy Irlandczyk umie boksować, wysysa to z mlekiem matki. Dzięki niezłemu prostemu wygrał pierwszych dziewięć walk na pieniądze, ale gdy już wydawało mu się, że zarobi na życie ciosami pięści, został ciężko znokautowany w dziesiątej.

Na szczęście młody O'Brien miał już wtedy alternatywne zajęcie. Dostał fuchę w "San Francisco Daily News" jako rysownik w dziale sportowym. Dzisiaj to dziwnie brzmi, ale wówczas gazety nie zamieszczały fotografii, niektóre jednak sięgały po karykatury albo rysunki. Okazało się, że ręce O'Briena nadają się nie tylko do prawych prostych, ale i do rysowania. A z czasem - także do rzeźbienia.

Tak powstaje Stop Motion

Rzeźbiarstwo zainteresowało go, gdy dostał kolejną pracę - na kolei, konkretnie przy skałach podczas budowy torów. Usuwał je, wysadzał, wywoził, a że niektóre kamienie albo kawałki drewna coś mu przypominały, zaczął rzeźbić. Powstawały figurki ludzi i zwierząt, po czym O'Brien wpadł na pomysł, by zrobić z nich ruchome marionetki.

W 1913 r. O'Brien pracował jako przewodnik w Parku Narodowym Jeziora Kraterowego (najgłębszego w USA) i nabrał ochoty na zgłębianie historii Ziemi. Od książki do książki trafił na powieść "Zaginiony świat" Arthura Conan Doyle'a, opowiadającą historię niezwykłej wyprawy naukowej na zagubiony w amazońskiej dżungli płaskowyż, na którym badacze odnajdują jaskiniowców i wiele gatunków zwierząt uważanych za wymarłe, np. dinozaury czy pterozaury.

Był pod wrażeniem. Zaczął rzeźbić opisane w "Zaginionym świecie" zwierzęta. Figurki były niezłe, pokazano je nawet na Wystawie Światowej w San Francisco. O'Brien lubił się nimi bawić. Staczał pozorowane bitwy, wreszcie zaświtał mu w głowie pomysł - a gdyby to sfilmować? Krok po kroku przesuwać nogę dinozaura o mały kawałeczek, robić zdjęcie, następnie o kolejny kawałeczek, znów zdjęcie i następnie puścić owe ujęcia w przyspieszonym tempie? Mówiąc krótko: zastosować animację poklatkową (stop motion).

Jaskiniowiec zaprasza na herbatkę

Taką poklatkową animację opatentował już w 1900 r. francuski twórca Leon Gaumont, założyciel najstarszej istniejącej do dzisiaj we Francji wytwórni filmowej (wyszły z niej m.in. "Leon zawodowiec" czy "Piąty element"). Patent obowiązywał jednak tylko na terenie Francji. W Ameryce robił podobne rzeczy Edwin S. Porter czy wspomniany już Stuart Blackton.

Ci twórcy z epoki początków kina umieli zastosować ów trik, ale żaden nie miał odwagi ani możliwości, aby efektami specjalnymi wypełnić cały, długi film. O'Brien miał na to ochotę, odkąd dostał zlecenie od nowej wytwórni Paramount Pictures. Paramount chciał rozwinąć skrzydła i zaproponował 5 tys. dolarów na zrealizowanie krótkiego filmu z animowanymi figurkami zwierząt.

Nasz bohater podjął się zadania. W 1915 r. zaprezentował animację zatytułowaną "The Dinosaur and the Missing Link: A Prehistoric Tragedy", w której stworzył całą animowaną rodzinę jaskiniowców, a także i inne postaci, np. podobnego do strusia ptaka. W filmie nie brakowało zabawnych scen. Jeden z jaskiniowców mówi (na planszy z napisami, rzecz jasna, gdyż był to film niemy), że zaprosiłby resztę na herbatę, ale nie może tego uczynić, gdyż herbaty wciąż nie wynaleziono.

Film, o którym nikt nic nie wie

O'Brien zrobił na widzach tak wielkie wrażenie, że wkrótce wynajął go Thomas Edison (wynalazca żarówki, dyktafonu, płyty gramofonowej, krzesła elektrycznego, projektora do filmów dźwiękowych, ale też bezwzględny biznesmen filmowy) i zapłacił za realizację kolejnych niemych filmów o prehistorycznym życiu. Powstały w ciągu dwóch lat, pełne nowych rozwiązań technicznych, ale i humoru. W jednym z nich rodzina praludzi używa zauropoda jako zwierzęcia pociągowego do transportu cegieł na remont jaskini.

W kolejnych dwóch krótkich metrażach amerykański twórca połączył efekty specjalne z żywymi aktorami, dzięki technice nakładania na siebie dwóch różnych obrazów w jednym kadrze, nazwanej potem dynamation.

Już wtedy O'Brien myślał o dłuższym filmie, w którym pokazałby widzom możliwości animacji i efektów specjalnych. Dostał pieniądze od Herberta M. Dawleya, reżysera, producenta i twórcy wielu ekranizacji baśni. 3 tys. dol. miało wystarczyć na jeden z najbardziej tajemniczych filmów w dziejach kina. Tajemniczych, bo niewiele o nim wiadomo, nie zachował się w całości. Nosił tytuł "Ghost of Slumber Mountain", powstał w 1918 r. i prawdopodobnie miał 45 minut, co Dawley nakazał skrócić do 11. Nie był zadowolony ze współpracy z O'Brienem, uważał, że takich bredni nikt nie będzie chciał oglądać. Zmienił zdanie, gdy film za 3 tys. dolców zarobił 100 tys.

Fabułą był prawdopodobnie sen, w którym bohater spotyka dinozaury w lesie. Scena walki triceratopsa z tyranozaurem, z której zasłynął potem "Zaginiony świat", po raz pierwszy pojawiła się właśnie tu.

Jak przerazić widza

"Zaginiony świat" był marzeniem O'Briena, adaptacją wspomnianego już bestselleru Conan Doyle'a, który zresztą dał się namówić do wystąpienia w tym filmie! To był hit i kamień milowy w rozwoju kina, a zwłaszcza efektów specjalnych. Dzień premiery tego filmu uważany jest za symboliczny początek techniki filmowej, dzięki której dziś możemy na ekranie stworzyć, cokolwiek nam się zamarzy.

Willis O'Brien pracował nad nim siedem lat. Było to największe wyzwanie filmowe tamtych czasów. Produkcja pochłonęła 700 tys. dol. (na dzisiejsze to około 10 mln), a zadania podjęła się nowa na rynku wytwórnia Metro Goldwyn Mayer. Ponieważ O'Brien nie miał doświadczenia w robieniu pełnometrażowych filmów, reżyserem został Harry Hoyt. Do pracy dołączono sztab ludzi (w tym wybitnego animatora Marcel Delgado), ponieważ wstępny pomysł O'Briena, by stworzyć gliniane figurki zwierząt, został odrzucony. Zastąpiono je dinozaurami z metalowych szkieletów obciągniętych gumą, co dawało większe możliwości ich ruchu. Wewnątrz umieszczone zostały też małe komory powietrzne, które można było napełniać i opróżniać, co powodowało na ekranie złudzenie, jakby zwierzę oddychało.

Sceny z udziałem wymarłych zwierząt wypadły tak realistycznie, że publiczność zupełnie oniemiała. O'Brien pokazał aż 49 zwierząt. Latające pterozaury, walki dinozaurów, atak allozaura na obóz bohaterów przeraziły widzów. Absolutnym przebojem okazała się jednak scena finałowa, w krtórej przetransportowany do Anglii apatozaur ucieka ze statku i pustoszy Londyn. Prasa popędziła do dalekopisów, by przekazać z nowojorskiego kinoteatru depesze: "Dinozaury żyją!".

Willis O'Brien był zadowolony i... sławny. Jego praca wpadła w oko m.in. Merianowi Cooperowi.

Metalowe szkielety obciągnięto gumą. Wewnątrz umieszczono komory powietrzne, które pomagały wywołać złudzenie, że zwierzę oddycha

zdjbcjump/photoshop BB&W

Nasz pilot robi King Konga

My znamy go jako pilota, który na ochotnika poszedł na wojną polsko-bolszewicką, za co dostał Virtuti Militari. Cooper służył też w amerykańskim wojsku i tam spotkał ludzi, którzy opowiedzieli mu o dalekich krajach pełnych ogromnych zwierząt. Zapragnął nakręcić film o takim stworze demolującym Nowy Jork. Pomyślał o małpie, żywym gorylu. Miał w głowie scenę, w której zwierz wdrapuje się na szczyt Empire State Building i walczy z samolotami. Po spotkaniu z O'Brienem, zafascynowany tym, co widzi, zamiast żywej małpy zdecydował się na triki i efekty specjalne, które mógł przygotować ten wizjoner.

Tak powstał "King Kong" z 1933 r., jedno z największych technicznych osiągnięć przedwojennego kina, który przy cenie 15 centów za bilet zarobił 1,76 mln dol.! O'Brien osobiście pracował nad budową mierzącej 56 cm figurki wielkiego goryla (z bawełny, gumy, lateksu i króliczego futra), którą potem sprzedano na aukcji za 203 tys. dol.

Hołd Spielberga i Jacksona

Sam atak goryla na Nowy Jork wyznaczył trend w filmach katastroficznych. Niszczenie miast przez ogromne bestie robiło za każdym razem takie wrażenie, że tą drogą poszli też twórcy powojennych filmów, najpierw Amerykanie, później Japończycy z ich Godzillą.

Reżyserowie najbardziej niesamowitych pod względem efektów dzieł nie zapomnieli, komu zawdzięczają filmową rewolucję, i nieraz składali mu hołd. Kiedy w 1997 r. Steven Spielberg realizował drugą część "Parku Jurajskiego", nazwał ją "Zaginiony świat", na cześć dzieła sprzed lat. Zaś Peter Jackson nakręcił w 2005 r. najnowszą wersję "King Konga", w całości opartą na dziele Coopera i O'Briena.

ZOBACZ WIDEO

Skomentuj:
Willis O'Brien: człowiek, który dał nam efekty specjalne
Zaloguj się lub komentuj jako gość

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX

Polecamy