Paweł Fajdek opowiada, jak to było z tym medalem [WYWIAD]

Nie będę się przejmował historiami, które opowiadają o mnie ludzie. Z drugiej strony to przyniosło rozgłos rzutowi młotem. W pewnym momencie byłem większą gwiazdą od Usaina Bolta. Młociarze z Kuby i Kostaryki mówili, że dzięki tej historii z medalem, sponsorzy zainteresowali się rzutem młotem. Supersprawa - mówi "Logo" Paweł Fajdek.

Zastanawiałem się, ile je taki facet, który potrafi rzucić prawie 8-kilogramowym ciężarem na ponad 80 metrów. Zastanawiałem się, gdyż zaprosiłem go na wywiad do restauracji. Niestety, tego nie zobaczyłem, gdyż rozmawiało nam się tak dobrze, że zapomnieliśmy o obiedzie. Pozostaje mi uwierzyć w słowa Pawła Fajdka: "sporo".

PIOTR ZABŁOCKI: Jak zaczyna się rzucać młotem? Dzieciaki chcą być piłkarzami, koszykarzami, ale młociarze rzadko są wysoko na liście idoli.

PAWEŁ FAJDEK: Chyba że właśnie zdobyli złoto na mistrzostwach świata (śmiech). W 2001 r. do naszej miejscowości przyjechały gwiazdy, m.in. Szymon Ziółkowski i Marek Plawgo. Zrodził się pomysł, by założyć klub sportowy, powstała też grupa rzutów. Gdy poszedłem do gimnazjum, zostałem do niej wciągnięty.

Czemu? Bo byłeś dużym chłopakiem?

- Większym trochę, więc miałem warunki. Tak że już w podstawówce byłem namawiany. Zbyt wcześnie nie należy zresztą zaczynać treningów do rzutów. Podstawą były zajęcia ogólnorozwojowe. Dużo biegania, skakania, gry zespołowe, do tego rzucaliśmy młotem i pchaliśmy kulą, próbowaliśmy też rzucać dyskiem czy oszczepem. Młotem rzucało nas sześciu, na treningu oddawaliśmy po 10 rzutów. Trening specjalistyczny zacząłem, gdy spotkaliśmy się z fachowcami, którzy prowadzą kadry narodowe. Zajęcia nabrały innego wymiaru. No i zderzyłem się z czymś, co nazywa się cięższy młot. Bo zazwyczaj rzucaliśmy takim młotem, jak na zawodach. A tu doszły i siódemki, przedseniorskie, i dziewiątki, którymi teraz rzucam bardzo dużo. Dzięki temu zacząłem robić gigantyczne postępy.

Twoi rodzice nie bali się tego rzutu młotem?

- Matka, jak to matka, mówiła, że szkoła, że trzeba się uczyć. Ojciec chciał, żebym jeździł rowerem, bo sam był kolarzem. Ale po pierwsze, gdy zacząłem trenować, okazało się, że przestałem chorować, że lepiej się czuję. Po drugie, zacząłem zdobywać medale, w młodzikach, potem w juniorach młodszych, i to potwierdzało, że to ma sens. Ja chciałem rzucać młotem i wiedziałem, że będę rzucał.

Nie bałeś się, że nie będziesz po prostu miał z czego żyć? Nie miałeś pewności, że zdobędziesz mistrzostwo świata...

- Ja miałem pewność, że będę najlepszy. Kiedy zacząłem trenować w 2002 r. usłyszałem, że potrzeba 10 lat, by zostać dobrym młociarze. Wtedy powiedziałem, że za 10 lat pojadę na igrzyska olimpijskie, że będę w czołówce światowej. Miałem to w głowie cały czas i do tego dążyłem.

- Ale po drodze nie było łatwo. Kiedy jeszcze ćwiczyłem w Żarowie, to stypendiów praktycznie nie było. W najlepszym wypadku 80 zł miesięcznie. Starczało na takie oszukane buty do treningów.

Oszukane?

- No tak... kupowało się kornery, takie korkotrampki. Obcinaliśmy te plastikowe korki, ale nie do końca, żeby podeszwa dłużej wytrzymała. To były tanie buty po 25-30 zł, a nadawały się w miarę do rzucania.

- Pierwsze profesjonalne buty kupiłem po mistrzostwach Polski młodzików, zdobyłem srebrny medal. Trochę zarobiłem, dostałem też pieniądze od rodziców. Zapłaciłem za nie chyba 270 zł. Takie średniej klasy, ale profesjonalne.

To w czym zdobyłeś ten srebrny medal?

- W takich korkotrampkach. To było normalne. Słuchaj, do takiego sportu ciężkiego nie trafiają dzieci, które mają pieniądze. Najczęściej są to dzieciaki z okolic wiejskich. Piotrek Małachowski, Tomek Majewski czy ktokolwiek inny to nie są ludzie, którzy z nudów się tam znaleźli. To są ludzie, którzy chcieli wyładować energię, ktoś ich znalazł, zaciągnął na trening, zaciekawił. Na początku, gdy jeździliśmy na zawody, to każdy rzucał w kornerach. Jak ktoś miał buty Nike'a albo Adidasa to musiał być albo bogaty klub, albo rodzice musieli mocno pomóc.

- W 2007 r. zmieniłem klub na Agros Zamość, wtedy dostałem stypendium. Było to 600 czy 800 zł. To zapewniało mi takie warunki, że gdy jechałem na obóz, nie potrzebowałem kasy od rodziców. Mogłem się utrzymać na zgrupowaniach, stać mnie było na buty.

- Te 800 zł w wieku 18 lat to było bardzo dużo, szczególnie patrząc na to, co było wcześniej. Pozwoliło mi się to dalej rozwijać. Później naprawdę większe pieniądze przyszły w 2011 r., gdy zostałem mistrzem młodzieżowym Europy. To już było stypendium 1500 zł z polskiego związku, z klubu otrzymywałem około 800 zł. Po medalu w Moskwie wsparcie zapewnił jeszcze PKN Orlen. Teraz mam tę lekkość umysłu, nie muszę się martwić o to, że jadę do domu, a nie mam co zjeść, nie mam za co zatankować, nie mówiąc o odkładaniu.

- Umówmy się, rzut młotem to nie są sprinty, to nie jest też piłka nożna. Nie zarabiamy dziesiątek milionów funtów za sezon. W trzeciej, czwartej lidze chłopaki zarabiają więcej niż my.

Wróćmy do startu na olimpiadzie. Zgodnie z marzeniami wystartowałeś w Londynie w 2012 r., ale spaliłeś trzy rzuty i to był koniec igrzysk. Długo bolało?

- Wytłumaczyłem to sobie. Źle sformułowałem marzenie. Powiedziałem, że chcę być w Londynie, a nie że chcę wygrać czy zdobyć medal. Może gdybym 10 lat wcześniej powiedział, że zdobędę medal, to bym go zdobył. A tak... osiągnąłem cel założony 10 lat wcześniej. Wyszło najgorzej, jak mogło wyjść, ale byłem na olimpiadzie.

- Sam fakt, że dokonałem tego, co zaplanowałem sobie jako dziecko, to było dużo. Gdy ochłonąłem z emocji, to dało mi to znowu kopa do roboty. Wtedy postanowiłem, że będę wygrywał wszystko, co się da, że do 2020 r. zdobędę medal na każdej imprezie. Nie wiem czy się uda. Jak na razie trzy imprezy, trzy medale... Jak widać się zgadza.

Czy wiesz już, co się stało w Londynie?

- Trochę nie wytrzymałem presji. Byłem w fantastycznej formie, widziano mnie w roli czarnego konia zawodów, ale pojawiły się problemy. Zamiast - tak jak zrobiłem w tym roku - pod koniec trochę odpuścić, trzymać formę i umilać sobie czas, posłuchałem trenera Cybulskiego, który postawił zbyt duże wymagania, był wiecznie niezadowolony.

- Tak żeśmy się w to wplątali, że popsuło się wszystko, technika, moje nastawienie się zmieniło. Zamiast na spokojnie przejść eliminacje, chciałem wszystkim pokazać, że jestem mocny i się spaliłem.

- Dwie próby bardzo naganne, nie miały nic wspólnego z rzutem młotem, trzecia próba bardzo poprawna, pokazałem, że jestem mocny, chociaż rzut nie był na 100 proc, rzuciłem 79 metrów, ale... palcem nadepnąłem na obręcz. To był już pech.

- Musieliśmy poukładać sobie wszystko z trenerem, nie potrzebowałem tej presji i powiedziałem mu, żeby się ode mnie odciął, widzimy się na treningu, poza treningiem nas nie ma, ja muszę mieć czas dla siebie. Nie potrzebuję porad psychologicznych, jak mam się zachowywać.

Ale udało się poukładać?

- Tak, cały czas współpracujemy. Po prostu to była porażka, którą obróciłem w sukces. Kto wie, czy jakbym wygrał igrzyska wtedy, czy byłbym teraz, gdzie jestem. Nie miałbym tej motywacji, mogłoby mi się w głowie przewrócić.

- Spokojnie więc idę do kolejnych igrzysk. Jak widać całość przedstawia się nie najgorzej. Patrząc na to, co wydarzyło się wtedy i teraz, to cieszę się w sumie, że tak się stało.

O trenerze Czesławie Cybulskim mówi się, że jest... powiedzmy tak: bardzo wymagający. Jak wyglądało wasze pierwsze spotkanie?

- Byłem juniorem młodszym. Trener powiedział wtedy, że nigdy nie będę dobrze rzucał młotem, bo się nie nadaję (śmiech). Oczywiście teraz stara się mnie przekonać, że nigdy czegoś takiego nie mówił, ale to prawda.

Nie przejąłeś się, że taki legendarny fachowiec postawił na tobie krzyżyk?

- Mnie takie rzeczy motywują. To był kolejny powód, żeby dużo trenować. I w końcu zaczęliśmy współpracować. Trener zawsze mówił, że nie obiecuje medali ani wyników, ale pracę. Pierwszy rok, dwa były trudne, bo ja byłem nieprzyzwyczajony do takich treningów, wysiłku, zupełnie coś innego robiliśmy z innymi trenerami.

- Pojawiły się drobne problemy zdrowotne. Musieliśmy się też dotrzeć. Trener twierdził, że ja oszukuję, bo jestem leniwy i nie chce mi się czegoś robić, a ja mówiłem, że mnie boli i tak zostałem nauczony. Kilka razy do roku takie sprzeczki bywały.

Z drugiej strony jak dwóch dorosłych facetów współpracuje prawie codziennie, to nie ma szans, żeby się nie zetrzeć.

- Tak, ludzie męczą się ze sobą. To normalne. Ja powiedziałem, że możemy się kłócić, ale mnie to nie rusza, bo ja wiem, po co tam jestem. A co trener sobie mówi, co chce. Ja wiem swoje. Wynikały czasem zgrzyty, ale wychodziłem na swoje i byłem zadowolony.

Jaki plan na Rio de Janeiro?

- Najważniejszym celem jest medal. Będę walczyć o złoty, ale ponieważ to igrzyska, to powiem tak - po prostu medal.

W Pekinie po raz drugi zdobyłeś mistrzostwo świata. Byłeś stuprocentowym faworytem. Czy to jest dodatkowa presja?

- Jest. To było tak kreowane: "Paweł, ty nie tylko możesz, ty musisz". Ludzie, którzy nie są w sporcie, nie wiedzą, że na dzień przed zawodami może się zdarzyć coś, co wszystko popsuje. Głupie zatrucie pokarmowe, zwichnięcie kostki, zawianie w przeciągu. To są rzeczy, które mają bardzo duży wpływ. Doskonale pamiętam sytuację, gdy pojechałem na młodzieżowe mistrzostwa Europy, gdzie miałem walczyć o medal. W hotelu zatruli nas jedzeniem, okazało się, że było popsute mięso. Cała kadra się pochorowała. Wróciłem bez medalu. Takie zrządzenie losu. Są takie sytuacje, nie ma zawodników niezniszczalnych, odpornych na wypadki losowe.

Jak wyglądają twoje treningi?

- Każda pora roku jest inna. Najgorsze są w okresie od grudnia do kwietnia.

Dlaczego?

- Bo są najdłuższe, czasem nawet sześć godzin. W zimie trzeba wyjśc na 2,5 godziny na mróz i oddać 40-60 rzutów. A jak jedziesz na obóz klimatyczny, to potem powrót bywa bolesny. W 2009 r. w Afryce było plus 30 stopni, a w Polsce minus 20. Trening nie był przyjemny.

A co oprócz rzutów?

- Trening wspomagający to siłownia i ćwiczenia na sprawność ogólną. Naprzemiennie. Zawsze czekamy na pierwszy start marcowy w zimowym Pucharze Europy. Śmiejemy się, że jak dotrwamy do marca, to potem jest z górki. Bo to najcięższy okres, a na tydzień, dwa przed startem odpuszczamy, żeby złapać świeżość.

- W okresie startowym tych treningów jest mniej, są lżejsze, bardziej na podtrzymanie formy. Do lipca jest pierwsza faza sezonu, potem są dwa, trzy tygodnie ciężkiej pracy przed główną imprezą. To się nazywa superkompensacja. Tuż przed startem znowu odpuszczamy. I tak zazwyczaj wygląda cały sezon. W połowie września mamy ostatnie zawody i potem jest około półtora miesiąca przerwy od rzucania. Ale sportowy tryb trzeba zachować. Wiadomo, po sezonie staramy się zrzucić parę kilo, żeby organizm odpoczął, bo to duże obciążenie dla stawów.

Zrzucić?

- Tak, bo każdy trening siłowy rozwija mięśnie, więc nabieramy masy.

U ciebie jakie są różnice?

- Po spodniach sprawdzam. W niektóre wcisnę się po sezonie, a w trakcie nie ma takiej szansy.

Zachowujesz specjalną dietę?

- Mamy ten luksus w sportach rzutowych, że masa jest potrzebna. A na szczęście mam tę swobodę, że łatwo mi nabrać masy mięśniowej i zrzucić też nietrudno. Ale nie musimy się szczególnie oszczędzać, jeśli chodzi o jedzenie. Możemy sobie pozwolić na wszelakie różności. Przed mistrzostwami w Pekinie, na obozie w Spale, czasami wyskakiwałem na pizzę albo na chińczyka.

A jak z ubraniami? Standardowych wymiarów to ty nie masz....

- Koszule mam w większości szyte na miarę. Ale mam jeden taki sklep, który robi koszule XXXL w wersji slim. Czyli nie jest to spadochron, przy którym muszę wciskać w spodnie dodatkowe pół metra materiału, tylko jest ona odpowiednio wykrojona na większych facetów.

- Marynarki trochę gorzej. Raz na pół roku coś się znajdzie, to od razu kupuję. Garnitur jest w pełni na miarę uszyty, bo inaczej bym nie skompletował. Spodnie, gdybym chciał dopasować w udach, to w pasie mają dwa metry. Totalnie trzeba przerabiać. Lepiej uszyć od nowa. Jest to problem, ale wszystko jest do zrobienia.

To teraz powiedz prawdę. Jak to naprawdę było z tym złotym medalem? Zapłaciłeś nim za taksówkę?

- To naprawdę proste. Jechałem z menedżerem taksówką. Zapłaciliśmy, wysiedliśmy, a przed hotelem czekało ze 20-30 osób. Zrobiło się zamieszanie, taksówkarz nie zorientował się, że medal został u niego i odjechał. Trochę trwało zanim go namierzyliśmy, bo nie wiedzieliśmy, co to za taksówka, bo nie czytamy po chińsku. Ale po dwóch godzinach medal wrócił, taksówkarz dostał napiwek i koniec historii.

- Obsługa hotelu wezwała jednak policję, podobno takie mają procedury, pojawiła się plotka, że taksówkarz próbował ukraść medal, więc zaczęli go bronić, że to ja byłem pijany. Ale to nieprawda.

Ale wiesz, że to świetna historia i za sto lat wszyscy będą przekonani, że był taki mistrz świata z Polski, chojrak, co zapłacił medalem za taryfę?

- Nie będę się przejmował. Z drugiej strony to przyniosło rozgłos rzutowi młotem. W pewnym momencie byłem większą gwiazdą od Bolta. Aż do czasu, gdy operator kamery w niego wjechał tym wózkiem.

- Dostałem mnóstwo wiadomości do ludzi, nawet z zagranicy, których nie znam. Najśmieszniejsi byli młociarze z Kuby i Kostaryki, którzy mówią, że dzwonili do nich z kraju, że coś się dzieje, że rzut młotem jednak jest fajny, że może pojawią się sponsorzy. Skoro więc ta historia coś im da, to supersprawa.

Paweł Fajdek

Młociarz, jeden z trzech w historii zawodników, którzy obronili mistrzostwo świata. Rówieśnik III RP, urodził się 4 czerwca 1989 r. W Świebodzicach, ale wychowywał się w pobliskim Żarowie. Karierę międzynarodową zaczął w 2008 r. na mistrzostwach świata juniorów, ale pierwszy medal (zresztą złoty) zdobył na tej imprezie trzy lata później.

W 2011, 2013 i 2015 r. zdobywał złote medale na uniwersjadzie. Mistrzostwo świata wygrał w 2013 i 2015 r., w 2014 r. był drugi na mistrzostwach Europy. Od dwóch lat jest najlepszym zawodnikiem rzutu młotem na świecie - w tym roku wygrał kolejnych 18 konkursów!

Więcej o: