Maciej Stuhr - po słonecznej stronie ulicy

"EXCENTRYCY..." ...czyli po słonecznej stronie ulicy - podtytuł filmu jest jednocześnie tytułem jednego z najsłynniejszych standardów jazzowych. To historia jazzmana Fabiana (Maciej Stuhr), który u schyłku lat 50. XX w. wraca z Wielkiej Brytanii do Polski i zakłada swingowy... (Fot. Radek Polak)

Dostałem instrument, który znałem tylko z widzenia: puzon. Poza tym miałem ogromną ambicję, żeby nie tylko zwykli widzowie, ale i puzoniści, którzy pójdą na ten film, nie załamali się po pierwszych taktach i nie powiedzieli "takiej chałtury to nam nie wciskajcie". Kosztowało mnie to dużo pracy - o swojej roli w "Excentrykach", muzyce i czerwonym bentleyu opowiada nam Maciej Stuhr.

Skończył zdjęcia do serialu, wcześniej pracował nad "Excentrykami", dosłownie chwilę przed rozmową wziął udział w sesji zdjęciowej do "Logo". A po wywiadzie leciał na wakacje. Mnie w takiej sytuacji nie chciałoby się rozmawiać. Maciej Stuhr dał radę. Z drugiej strony, o "Excentrykach" można rozmawiać godzinami... Ta muzyka, te stroje, samochody...

Piotr Zabłocki: - Pierwsza rzecz, która rzuca się w oczy, to obsada "Excentryków". Niesamowita!

Maciej Stuhr: - Rzeczywiście... Anna Dymna, Wojciech Pszoniak, Wiktor Zborowski. Aktorzy, którzy - mogę to śmiało powiedzieć, nie wypominając im wieku, tylko kłaniając się przed nimi nisko - byli bohaterami mojego dzieciństwa. "Barbara Radziwiłłówna", "Ziemia obiecana", "C.K. Dezerterzy" - to były wielki hity lat 70. i 80. Zaważyły na całym rozwoju filmowym pokolenia, do którego się zaliczam.

- Oraz reżyser, Janusz Majewski, w którego byłem silnie wpatrzony, konstruując postać Fabiana. Bo gdy przeczesywałem sobie przedziałek i zakładałem kostiumy, gdy stawałem przed big-bandem i dyrygowałem nim, gdy podrywałem piękną Modestę Nowak [w filmie gra ją Natalia Rybicka - red.], to widziałem w oku pana Janusza sentymentalną łezkę.

Sentymentalna podróż w lata 50.?

- Zdecydowanie! Opowiadamy o odległych czasach, naszemu pokoleniu znanych z opowieści rodziców czy nawet dziadków. Fabian, którego gram, w latach 50. miałby 40 lat, tyle co ja dzisiaj. O, wtedy mój dziadek miał tyle lat. Zresztą dokładnie tak go zapamiętałem: taki strój, jaki ja nosiłem na planie, podobna powściągliwość, poczucie humoru, dystynkcja, jeszcze z wychowania przedwojennego. Często o moim dziadku myślałem, grając w "Excentrykach".

- Ta opowieść, mimo że dzieje się w czasach siermiężnych i smutnych, ma swoją magię. Mój bohater przyjeżdżając z Anglii w dobrych garniturach, z dobrą muzyką w głowie i sercu, we wspaniałym czerwonym kabriolecie, tworzy jakiś bajkowy świat w tym PRL-u.

No właśnie, film dzieje się w PRL-u, jest sekretarz partii, jest UB, ale to wszystko jest tylko zarysowane...

- Tak, to tylko tło. Bo ten film nosi w podtytule tłumaczenie wspaniałego standardu jazzowego "Po słonecznej stronie ulicy". To jest motto nie tylko tego filmu, ale też sposobu życia i myślenia Janusza Majewskiego, który ma we mnie ogromnego sojusznika. Nie chcieliśmy robić filmu o tym, jak było źle w latach 50. w Polsce. Bo to było nakręcone już setki razy.

- W tych czasach też ktoś przeżywał swoje radości, swoje podboje miłosne, cieszył się światem i dobrą muzyką. Melodiami, które weszły na dziesięciolecia do naszego kanonu muzyki. Gdy poszliśmy z Januszem do kawiarni pogadać o tym scenariuszu, to w ciągu półtoragodzinnego spotkania z głośników usłyszeliśmy cztery piosenki, standardy jazzowe, mające znaleźć się na ścieżce dźwiękowej naszego filmu. Po sześćdziesięciu latach ludzie ciągle stykają się z nimi na co dzień!

- Wracając do tego historycznego tła. Mieliśmy ambicje stworzyć bajkę, może nie bardzo odrealnioną, bo jednak osadzoną w jakiejś rzeczywistości, ale chcieliśmy zrobić film, przy którym ludzie się uśmiechają i słuchają dobrej muzyki. Muzyki w jednym z najlepszych wykonań, bo ścieżkę dźwiękową do niego nagrywali wybitni polscy jazzmani.

Pańska postać, Fabian, jest muzykiem, a w filmie muzyki jest pełno. Musiał pan wcielić się w puzonistę i dyrygenta. Grał pan w ogóle kiedyś na czymś?

- Całe szczęście skończyłem osiem klas szkoły muzycznej. Nie wyobrażam sobie zagrania tej roli bez tej szkoły. Można zażartować, że przygotowywałem się do niej od dzieciństwa. W szkole grałem na fortepianie, ale potem moje życie skręciło w stronę aktorstwa.

- Ale wie pan... gdy ktoś nauczy się już grać na jakimś instrumencie, pozna podstawy - a przecież przez osiem lat to już się można czegoś nauczyć - to zostaje w człowieku tęsknota za muzyką, gdy się widzi, jak ktoś inny gra, to przychodzi do głowy: "Kurczę, mogłem i ja tak".

- Ten film był więc wspomnieniem za niespełnionym marzeniem. Tym bardziej że dyrygowanie big-bandem to była niesamowita frajda fizyczna, psychiczna, prawie że erotyczna.

Dyrygowania musiał się pan uczyć?

- Grania również, bo dostałem instrument, który znałem tylko z widzenia - puzon. W dodatku to nie jest najłatwiejszy instrument. Poza tym miałem ogromną ambicję, żeby nie tylko zwykli widzowie, ale i puzoniści, którzy pójdą na ten film, nie załamali się po pierwszych taktach i nie powiedzieli "takiej chałtury to nam nie wciskajcie". Bardzo się starałem, żeby większość ruchów się zgadzała. Może nie gram wszystkich utworów tak jak Fabian na ekranie, ale...

Jak wyglądały przygotowania?

- Zaczęliśmy zajęcia z muzykami kilka tygodni przed zdjęciami, potem w trakcie zdjęć też byli ciągle obecni. Po zdjęciach, gdy ekipa odpoczywała po dwunastogodzinnym dniu pracy, ja do pierwszej, drugiej w nocy dmuchałem w puzon.

- To samo z dyrygowaniem big-bandem. Mam poczucie rytmu i wiem mniej więcej, kto kiedy wchodzi, ale dyrygentem nie jestem. Dlatego Wiesław Pieregorólka, który jest autorem wielu aranżacji do tego filmu, nagrywał sam siebie, jak dyryguje chłopakami, a ja potem ruch po ruchu kopiowałem.

- Miałem ogromną satysfakcję, bo zauważyłem, że prawdziwi muzycy jazzowi, z których przecież w połowie składała się filmowa orkiestra, po prostu patrzyli na mnie, czy wchodzić, czy nie wchodzić. Rzeczywiście byłem dla nich dyrygentem!

- Zresztą na graniu i dyrygowaniu się ta praca nie kończyła. W tym filmie również tańczę oraz - o zgrozo - śpiewam. A ja jestem na tyle wykształcony muzycznie, że wiem, że nie powinienem za często śpiewać.

Chyba że przy goleniu, w pustej łazience.

- Albo w samochodzie. Ci, którzy nie znają się na muzyce, uważają, że powinienem śpiewać, ale ja jestem od nich trochę bardziej wykształcony muzycznie i wiem, że nie. Ale w filmie musiałem. Mentorem był Wojciech Karolak, i tu opowiem anegdotę.

- Pan Karolak przyszedł na nagranie playbacku piosenki Franka Sinatry. Mieliśmy w pewnym momencie wątpliwość, czy w jednym miejscu frazy ma być pół tonu czy cały ton. Na jednych nagraniach jest tak, na innych inaczej.

- Zastanawialiśmy się, jak jest w oryginale. Ja to zaśpiewałem raz tak, a raz tak, i słyszę w słuchawce, jak pan Wojciech mówi do inżyniera dźwięku: "To nie ma znaczenia, jaka to jest nuta, bo to jest bardzo ładna piosenka".

Poczekajmy więc na reakcje puzonistów i dyrygentów.

- (śmiech) Wie pan, to jest w ogóle przypadłość aktorów, nieważne, czy grają puzonistę, lekarza czy kierowcę rajdowego. Jesteśmy aktorami, a rzadko gramy aktorów. A tylko grając aktorów, wiedzielibyśmy, jak to naprawdę jest. W każdym filmie mamy jakiś zawód i musimy trochę poudawać, naciągać rzeczywistość, bo najczęściej prawda jest mało filmowa.

- Opowiem panu anegdotę. Kręciłem u zarania swojej kariery film "Fuks" i tam w pewnym momencie scenarzysta wymyślił, że aby poderwać piękną blond sekretarkę, mój bohater unieruchamia jej samochód, przecinając jakiś kabelek pod podwoziem. Tak zostało napisane i tak też zostało zagrane. Ja się schylam, dali mi kombinerki, kamera się ustawiła między kołami po drugiej stronie samochodu. Mówią mi, że mam coś tam niby przeciąć, a oni odpalą spłonki, pójdą iskry, że niby zwarcie. Ustawiam się do kadru i pytam, skąd mają te iskry iść. Słyszę, że to nieważne, że mam udawać, a pirotechnik odpali spłonki, będzie super. I dokładnie tak to w filmie wygląda.

- A po premierze filmu podchodzi do mnie facet i mówi, że mu się podobało, ale że jest mechanikiem samochodowym i cały film myślał o tym, co w tym cinquecento przeciąłem, że iskry poszły. Mówi: "Przecież tam nie ma przewodu!".

- No więc tak, nie znamy się na wszystkich zawodach świata. Musimy udawać, a często rzeczywistość jest podkręcona, żeby dobrze wyglądała na ekranie

Paru aktorów na świecie ma swoje zespoły...

- W Czechach to jest jakaś plaga. Albo mają swoje zespoły, albo są bardami, albo kabaretującymi trochę śpiewakami.

Pana nie kusiło?

- Na razie nie. Jestem zatopiony w moich rolach filmowych i teatralnych. Ale może to jest jakiś pomysł na przyszłość, jeszcze o tym nie myślałem.

Muzyka w "Excentrykach" jest nie tylko przyjemnością, jest również ucieczką od rzeczywistości.

- Jest taka filozofia życiowa, która mnie też jest bliska, oprócz chodzenia po słonecznej stronie ulicy, żeby przejmować się tylko rzeczami, na które ma się wpływ. Gdybym umiał wprowadzić to w życie, byłbym zdrowszym i szczęśliwszym człowiekiem.

- A Fabian, kiedy ląduje w Ciechocinku w latach 50. i widzi, czym jest otoczony, jakim rozczarowaniem może okazać się ta Polska, wydaje się, że nie bardzo się tym przejmuje. Nieważne jakby było źle, on mówi: "będzie dobrze, zakładamy big-band". Tam, gdzie wszyscy by się załamali, on się uśmiecha.

A czym dla pana jest muzyka?

- Jestem synem aktora, ale jestem też synem skrzypaczki. Muzyka w moim życiu była równie obecna, jak teatr i film. Świat muzyki, filozofia muzyki i zjawisko muzyki są tak niepojęte, tajemnicze, że czasami, gdy mam kryzys wiary w Boga, myślę: "A skąd muzyka? Czy to sprawka tylko fizyki?". To, że muzyka nas potrafi wzruszyć, że potrafi być dowcipna, to już jest szczyt abstrakcji. Że ona nam się wiąże często z miłością, a to wszystko kwestia barw, dźwięków, rytmów, fal dźwiękowych...

 

 

Ucieknijmy od muzyki. Jak się jeździło zabytkowym bentleyem?

- To był fantastyczny samochód. Fantastyczny! Zdarzył się cud, bo scenarzysta zapisał takie auto w scenariuszu, ale reżyser nie wierzył, że znajdzie czerwonego bentleya w Polsce, i do tego na chodzie. A okazało się, że znalazł, i to jakieś trzy kilometry od swojego domu.

- Zjawiskowy samochód, z olbrzymim przodem, który wydaje się nie kończyć. Przed przednią szybą są kilometry czerwonej, lśniącej blachy. Piękne reflektory, wspaniała skóra, wspaniała deska rozdzielcza. Gdy woziłem Natalię Rybicką, czasami z trudem odróżniałem fikcję od rzeczywistości.

Jak się go prowadziło?

- Wymagał chwili przyzwyczajenia, bo miał kierownicę po prawej stronie. Poza tym brak wspomagania przy takich gabarytach - trzeba się napracować. Ale po 15 minutach pozostaje sama radość prowadzenia.

Nie kusiło pana, by pożyczyć tego bentleya poza plan?

- Kusiło, ale to za duże ryzyko. Mój kolega rozbił dwa samochody filmowe, ta historia dała mi dużo do myślenia. Ale najeździłem się, najeździłem. Sceny samochodowe mają to do siebie, że długo się je kręci. Bo trzeba wrócić na miejsce, a tu jednokierunkowe uliczki... zawsze trochę trwa.

 

Przeskoczmy do telewizji. Zagra pan w serialu "Belfer"...

- Właśnie skończyłem do niego zdjęcia. Produkcja Canal Plus, scenariusz napisał Jakub Żulczyk wraz z Moniką Powalisz. Historia nauczyciela, który przyjeżdża do małego miasteczka i zaczyna uczyć polskiego. Ginie dziewczyna z jego klasy. Czy było to samobójstwo? Czy morderstwo? Bohater szybko znajduje się w epicentrum historii, śledztwo staje się jego prywatnym śledztwem.

Ciekawie się teraz gra w serialach telewizyjnych, prawda?

- Muszę przyznać, że 15 lat temu szczytem marzeń aktora był dobry film fabularny, a serial - złem koniecznym. Teraz to się zmieniło. Dzięki Anglosasom seriale się zmieniły, ich twórcy zobaczyli, że jeśli podejść do tematu poważnie, to ta forma daje ogromne możliwości. Można lepiej zbudować bohaterów, można zbudować gęstszą fabułę, można rzucić światło na więcej szczegółów. Jeśli więc spojrzeć na seriale na poważnie, z poważnym budżetem, ze świetnym scenariuszem, to one mogą dawać satysfakcję. Większość z nas, aktorów, jeszcze w latach 90. głośno szczekała, że nigdy w serialu nie zagra. Teraz zaczynamy to odszczekiwać. I nie ze względów finansowych, tylko rzeczywiście uwierzyliśmy, że serial może dorównywać, a czasami nawet przewyższać, filmowi fabularnemu.

ZOBACZ WIDEO

Zobacz także
  • Kiedyś byłem bardziej łapczywy, nie tylko na honoraria, ale też na nowe doświadczenia. Teraz wiem, co mi wychodzi, a co nie. Marcin Prokop: "Stabilizacja to pułapka. Szczęściu trzeba pomagać"
  • okulary: Ray Ban,
koszulka: H&M,
marynarka: Vistula,
poszetka: Vistula "Homar i cygaro dla każdego!" - rozmawiamy z Hubertem Urbańskim
  • Tomasz Kammel Tomasz Kammel: Dałem sobie prawo, żeby nie być idealnym
Komentarze (5)
Maciej Stuhr - po słonecznej stronie ulicy
Zaloguj się lub komentuj jako gość
  • avatar

    mimoza67

    Oceniono 55 razy 39

    Więcej ludzi takich jak Pan Panie Macieju, a Polska moze byłaby całkiem znośnym, ba! Moze nawet przyjemnym krajem!

  • avatar

    mirage72

    Oceniono 14 razy -10

    Fajne zdjecie, sam stuhr siedzi odosobniony, tak jakby cierpial, ze nikt juz nie chce z nim cokolwiek, jakis taki symbol pokazany przez GW. No piekne ujecie. Stuhr jest przereklamowany, nie macie kogos innego????

  • avatar

    pi_sz

    Oceniono 42 razy -14

    Dzień bez wywiadu ze Stuhrem na GW dniem straconym.

  • avatar

    dryl1

    Oceniono 66 razy -44

    Czy nie lepiej Pnie Macieju, zajmować się tym do czego ma się talent. Pójście drogą Olbrychskiego, i nie chodzi nawet o jego pijaństwo, ale o pie...nie głupot po pijaku , do niczego nie prowadzi.

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX

Polecamy