Śnieg w kwietniu - wspominamy Prince'a

Doskonale pamiętam dzień, w którym Mikołaj Ziółkowski ogłosił, że gwiazdą jubileuszowej edycji Open'era będzie Prince. Ze szczęścia poszliśmy ze znajomymi upić się nad Wisłę, śpiewając do rana jego przeboje. Oczywiście na czele z "Purple Rain".

O Prince nie da się pisać, nie popadając w banał. To tyle tytułem nakreślenia sylwetki, jak to we wspomnieniach o wybitnych artystach bywa.

Choć o wizycie Księcia w Polsce mówiło się wielokrotnie (swego czasu głośna była plotka, jakoby Prince miał zagrać w Krakowie), to występ na Open'erze pozostanie jedynym koncertem, jaki amerykański muzyk zagrał dla polskiej publiczności. Jubileuszowa edycja gdyńskiej imprezy pełna była długo wyczekiwanych występów (ach ten Pulp w strugach deszczu...), ale to podczas występu Prince'a Babie Doły zamieniły się w funkowy dance floor. Co było do przewidzenia w zasadzie od momentu, gdy miesiąc wcześniej Mikołaj Ziółkowski wypuścił w radiowej Trójce utwór "My name is Prince".

Razem ze znajomymi dziennikarzami - nie tylko tymi muzycznymi - przygotowałem dla was krótkie wspomnienia z dnia, w którym "Nothing Compares 2U" rozbrzmiało na lotnisku Kossakowo. Bo to był zaszczyt, słyszeć Księcia na żywo. Tak po prostu.

Prince'a posłuchałem na żywo właściwie przez przypadek, gdy jedyny raz wybrałem się na festiwal Open'er do Gdyni w 2011 roku. Tak naprawdę wtedy przejechałem całą Polskę dla zespołu Coldplay, a Prince'a obejrzałem trochę siłą rozpędu, bo kupiłem karnet na wszystkie dni festiwalu. Dziś myślę, że to ten występ - obejrzany przypadkiem - staje się jednym z najważniejszych koncertowych wydarzeń w moim życiu. Dopisuję Prnce'a do listy Wielkich Artystów, których występ zobaczyłem, mimo że nie byłem Jego wielkim fanem. I nie szkodzi że dziś pamiętam z niego jedynie "Purple Rain", które w pełnej wersji, zagrane na żywo, było niesamowite. Niektórzy wykorzystali ten utwór by skorzystać z toalety lub pójść kupić kolejne piwo, ja stałem jak wyryty dając się oczarować. A pojechałem by zobaczyć Coldplay...
Łukasz Pieter, Radio Zet Gold
Pierwszy wyjazd na Opener'a, pierwsze świętowanie pierwszej dekady festiwalu, pierwszy rząd, pierwszy koncert w życiu prawdziwej gwiazdy - występ Prince'a w Gdyni z 2011 roku był nie tylko prezentem dla fanów na okrągłą rocznicę festiwalu, ale jednym z najlepszych wspomnień w życiu w ogóle. Ponad dwie godziny grania, śpiewu, purpurowe pianino, gitary, pokaz fajerwerków po koncercie. Z wielkich artystów śpiewać kilka godzin na jednym wdechu umiało dwóch gości - Paul McCartney i Prince. Ale tylko jeden z nich potrafił wlać w muzykę tyle serca i energii, żeby wydać 39 płyt. I każdą porywać. 
Michał Wróblewski, 300polityka.pl
Pamiętam jak dziś, że na koncert Księcia czekałem z wypiekami na twarzy przez długi czas, a wyszedłem... rozczarowany. Chociaż Prince zrobił show, które porażało swoim rozmachem, i nawet największy malkontent nie mógł się do niczego (pod względem zaangażowania) przyczepić, to nagłośnienie nie pozwoliło mi w pełni delektować się występem. Żałowałem, ale tliła się nadzieja, że kiedyś sobie to "odbiję". Teraz, gdy wiem, że to był mój pierwszy i ostatni jego występ, jest mi zwyczajnie - po ludzku i dziennikarsko - smutno.
Krzysztof Nowak, dziennikarz muzyczny współpracujący z Interią i portalami grupy VICE

Tyle Open'er. Jeden ze znajomych opowiedział mi o swoim szwedzkim wspomnieniu z występem Prince'a:

W sierpniu 1993 roku pojechałem na wakacje do Szwecji. Dlaczego, skoro było tam drogo? Proste: dwa lata wcześniej w Szwecji pracowałem (malując domy), więc poznałem kilka osób. No i spodobał mi się kraj. Włócząc się po ulicach Sztokholmu zobaczyłem plakat koncertu w Glob Arenie. Miał zagrać Prince, a na bilet, o dziwo, było mnie stać, choć nie pamiętam dziś ile on kosztował. W Polsce można było sobie pomarzyć o takich koncertach, więc poszedłem. Zdziwiłem się, że tyle osób ma koszulki z napisami "I love Prince", "Prince is God", itp. Znałem tego człowieka, ale bez przesady
W czasie koncertu jednak zakochałem się w tym artyście. Bezpośredniość, artyzm, głos, widowisko, chórki, tancerze - to było coś, czego w Polsce wtedy nie było. Świetna hala, z nagłośnieniem na światowym poziomie. Radośni, skaczący i tańczący ludzie. Wow! Mój angielski nie był wtedy najlepszy, niewiele rozumiałem, z tego, co Prince śpiewał, ale chóralne wykonanie "Purple Rain" wywołało ciarki na całym ciele. Dlatego cały wieczór dziś tę pieśń nucę
Jarosław Popek, obecnie "Dziennik Bałtycki", wówczas - "Gazeta Wyborcza".

A Wy, widzieliście Prince'a na żywo? Na Open'erze lub podczas innego koncertu? Przesyłajcie swoje wspomnienia na adres: jakub.dobroszek@agora.pl. Będziemy je publikować na bieżąco.

#DziekiPrince !

Więcej o: