Maciej Musiał: szukam puenty

Whisky z colą, Światowe Dni Młodzieży, mrożona herbata, brunetki, blondynki, wino w karafce, szkoła teatralna. Czyli Maciej Musiał w pigułce.

Mieliśmy się spotkać na Światowych Dniach Młodzieży, ale Maciej napisał SMS-a: "Kurczę, tu jest ostry rozgardiasz i chyba nie dam rady. Możemy w niedzielę?". Nie pojechałem więc do Krakowa. W niedzielę okazało się, że sajgon, korki i koniec świata, bo półtora miliona pielgrzymów wyjeżdża z miasta, więc przesunęliśmy wywiad na poniedziałek. Na rano, bo w południe wyjeżdżałem na urlop. Spotkaliśmy się w niezawodnym Bazarze na Pradze o godz. 8.30.

Maciej Musiał: - Najbardziej zaspany wywiad, jaki miałem w życiu.

Piotr Zabłocki: - Też nigdy tak wcześnie nie zaczynałem. O której wczoraj wróciłeś z Krakowa?

- O pierwszej w nocy, a jeszcze zrobiłem pranie. Do tego kawy nie ma na stole. Kilka pierwszych pytań i odpowiedzi może być śniętych.

Bez porannej kawy ciężko mi się wymyśla pytania, więc na razie pogratuluję prania.

- Nie do końca sukces, bo teraz leży mokre w pralce. Specjalnie ustawiłem ten długi program, żeby całą noc się kręciło. Ale nie zdążyłem przed wywiadem rozwiesić ciuchów.

Ale właściwie po co to pranie w nocy?

- Bo dzisiaj wyjeżdżam z dziadkiem i mamą do Wilna... Na razie informujemy czytelników, że na stół wjechała lemioniada, choć pewnie to po prostu woda z liśćmi i cytryną. To ja poleję panu redaktorowi.

Dziękuję. Wilno to podróż do rodzinnych korzeni?

- Tak było w ubiegłym roku. Radość dziadka, który stamtąd pochodzi, była tak ogromna, że stwierdziliśmy, że trzeba to powtórzyć. Zobaczyliśmy to, co mieliśmy zobaczyć, więc tym razem będziemy po prostu odpoczywać.

Co czułeś w Wilnie w czasie tej podróży?

- Cieszyłem się, że dziadek jest szczęśliwy. Zrozumiałem, dlaczego tak kocha to miasto, zrozumiałem dlaczego kochali je Miłosz i Mickiewicz. Wiesz, to moja tożsamość i moje korzenie. Znaleźliśmy dom rodzinny dziadka, choć oczywiście kto inny tam mieszka. Stoi tam od 90 lat! Wdarliśmy się na teren działki, bo akurat nikogo tam nie było, i chodziliśmy po ogrodzie.

A jak Światowe Dni Młodzieży?

- Wspaniale. Wracając z Krakowa, zastanawialiśmy się z kolegami, jak odpowiedzieć na to pytanie, gdy ktoś je zada.

I jak?

- Wyobraź sobie największy festiwal muzyczny, na którym byłeś...

Byłem na Woodstocku.

- To pomnóż wrażenia przez trzy. Tam było wczoraj ponad półtora miliona osób!

Musiałbym pomnożyć przez sześć. Gdy byłem na Woodstocku, było najwyżej 250 tys. ludzi.

- Jakoś zakodowałem w głowie koncert Prodigy, na którym podobno było pół miliona osób. No właśnie, prawie dwa miliony ludzi ze 180 krajów. Ognisko miłości, które rozjedzie się po świecie, żeby zapalać innych. Jak byłeś na festiwalu muzycznym, to wiesz, że energii w ludziach z każdym dniem jest coraz mniej. Tam było na odwrót, z każdym dniem było coraz więcej radości i dobra.

Był oczywiście mądry i inspirujący papież Franciszek, ale poza tym... Wiesz w podróżowaniu najważniejsze jest spotkanie z inną kulturą. A na Światowych Dniach Młodzieży te dziesiątki innych kultur przyjechały do nas. Mogliśmy potańczyć z gośćmi z Zambii, pośpiewać z Meksykanami, zobaczyć narodowy taniec Koreanek, a potem pogadać z mieszkańcami wysp Wallace and Futuna. Przyjechali ludzie otwarci, uśmiechnięci, chcący rozmawiać.

Niesamowite rzeczy się działy. Ludzie z wszystkich kontynentów, wszyscy razem tańczyli i śpiewali. Piękne dziewczyny z całego świata. Słuchaj, nie wiedziałem, że dziewczyny z Trinidadu i Tobago są takie cudowne.

Proszę, proszę, a Pudelek właśnie pochylił się z troską nad twoim losem i napisał, że pojechałeś na ŚDM szukać dziewczyny, bo samotny jesteś...

- Naprawdę? Powiedziałem to dla żartu w jakimś wywiadzie. Ale jeśli chodzi o poznawanie innych kultur - to jak najbardziej prawda. (śmiech)

Przejmujesz się, gdy Pudelek czy Plotek obrabiają ci dupę?

- Najczęściej prawdy tam nie ma za wiele, więc raczej się tym nie przejmuję. Ale zdarzają się newsy prawdziwe, bo "kolega doniósł, że...". I to mnie trochę martwi. Staram się nie przejmować i...

Poinformujmy, że właśnie wjechała kawa i z każdym łykiem i z każdą odpowiedzią ten wywiad będzie stawał się lepszy.

Ale masz 21 lat...

- Co z tego, skoro...

Co?

- Nie, nic, mów dalej.

Proszę, dokończ.

- Ale nie mam czego. Myślałem, że mam jakąś błyskotliwą myśl, ale nie. Przefiltrowałem, co miałem w głowie, i stwierdziłem, że jeszcze nie jestem gotowy.

OK, to ja dokończę pytanie. Masz 21 lat. W twoim wieku robiłem wiele głupich rzeczy, ale nie polowali na mnie paparazzi. A na ciebie polują. Jak z tym żyć?

- Rzeczywiście są takie poranki, że po przebudzeniu sprawdzam, czy nic się nigdzie nie pojawiło. Choć bez przesady, bez wielkiej napinki. Nie dajmy się zwariować. Mam 21 lat. Żeby być spokojnym i mądrym człowiekiem, trzeba w takim wieku robić głupoty, żeby potem ich nie powtarzać.

Mądrość z książek jest mądrością teoretyczną i trzeba wszystkiego doświadczyć empirycznie. Także da się mnie czasem spotkać na mieście o piątej nad ranem. Albo i o siódmej.

Maciej MusiałFot. Albert Zawada/Agencja Gazeta

Rozpoznawalność pomaga?

- Ale w czym, bo się podejrzanie uśmiechasz? Mówisz o kobietach?

Nie tylko, również o barmanach, bramkarzach...

- Zdarzają się miłe gesty. Wczoraj na Światowych Dniach Młodzieży dostaliśmy ze znajomymi kawę bez kolejki.

Macieju, doceniam inteligencję, ale zadając pytanie o barmanów i dziewczyny, zdecydowanie szedłem w innym kierunku niż mrożona herbata na Światowych Dniach Młodzieży.

- (śmiech) No tak, to wracając do tematu: można się napić za darmo, wpuścić znajomych do klubu, do którego jest kolejka...

Przed sesją fotograficzną w Agorze pani z sekretariatu cię wpuściła i powiedziała zarumieniona: "Wiem, kim pan jest". A ja tam sześć lat pracuję, ale zapytała o nazwisko.

- Słuchaj, załatwię ci rolę w "Rodzince.pl".

A jeśli chodzi o rozpoznawalność: pierogi kiedyś dostałem na ulicy, szedłem z kolegami, wpadliśmy na dziewczynę, która niosła pierogi. Tak się ucieszyła, że koniecznie chciała nam je oddać. To było w liceum, byliśmy głodni po WF-ie, więc była radość. Ale tak poważnie, to największym plusem tego, co robię, jest to, że poznaję ogromną liczbę wspaniałych osób. Naprawdę, z każdego środowiska, ze świata muzyki, biznesu, polityki, kościoła. Ludzie chcą ze mną rozmawiać, bo w jakiś sposób jestem w ich domach i jestem członkiem ich rodziny, bo przy obiedzie pojawiam się w telewizorze. A ja też lubię poznawać ludzi.

I to jest chyba największy plus tej roboty. A nie dziew... no nie, dziewczyny też są dużym plusem.

Ale wiesz, że one mogły oglądać "Rodzinkę.pl" i widziały cię dużo młodszego?

- Jak mam 15 lat?

Na przykład. W niedzielę leciał odcinek, gdy twoja serialowa mama daje ci prezerwatywy.

- Dobra scena.

No tak, ale spotykasz dziewczynę...

- A ja tam jestem suchoklates, a teraz mnie widzi i jest Herkules.

Ale jeszcze sobie "cześć" nie powiedzieliście, a ona już widziała cię bez koszulki.

- Ona i tak nieraz nóżki pewnie na Instagram wrzuciła.

Mylą cię czasami z Tomkiem Boskim?

- Nieee, są czasem żarty jedynie. Jakiś późny wieczór i ktoś mówi: "Zadzwonię do Karolaka", ale tak na serio, to raczej nikt mnie nie myli.

Miałem ogromne szczęście, że mogłem robić wiele rzeczy dookoła. "Czas honoru", "Krew z krwi" - jeden z najlepszych polskich seriali, jestem z niego dumny, Teatry Telewizji, "The Voice of Poland"...

Szukam puenty, wezmę jeszcze łyk kawy, może zaraz się pojawi.

Dobra, ale jeszcze przez jakiś czas pierwszym skojarzeniem będzie "Rodzinka.pl". Janusz Gajos wychodził z roli Janka z "Czterech pancernych" chyba z kilkanaście lat. "Rodzinka" to dla ciebie trampolina, ale z drugiej strony: nie boisz się, że jeszcze długo będziesz z nią kojarzony?

- Nie boję się. Teraz idę do krakowskiej szkoły teatralnej. Zamykam się w szkole na kilka lat, zmienię się jako człowiek i aktor. Będę miał coś nowego, co będę mógł zaoferować. Bo jednak młodość mija... Patrzę na ludzi, którzy mają po 18 lat, jest w nich coś interesującego, bo są młodsi. Młodość mnie długo niosła, ale to mija i trzeba mieć coś innego...

Nie no, stary, ty masz 21 lat!

- O! Ładna dziewczyna przeszła za oknem.

Dobra, jestem młody. Ale nie zmienia to faktu, że trzeba mieć coś więcej. Dlatego idę do szkoły.

Podobno miałeś nie iść?

- Jak się mnie pytali od 16. roku życia, czy chcę iść czy nie, to było wiadomo, że powiem: Nie. Był taki moment w moim życiu, że co dwa tygodnie mówiłem co innego w wywiadach.

Teraz czuję, że szkoła da mi szansę sięgnąć dalej. Chciałbym, żeby ktoś mnie podniósł i przestawił, żebym mógł dosięgnąć tych emocji. Chciałbym być świetnym aktorem po prostu. I to jest plan.

A jak patrzysz na siebie sprzed pięciu lat, to co myślisz?

- Że było OK. Oprócz tego, że wszyscy - i ja, i moi koledzy - mieliśmy żenujące grzywki.

Gorzej mają jednak aktorzy z "Przyjaciół". Oni patrzą na serial i widzą...

- Że nie mieli przepitych twarzy?

(śmiech) Po bandzie, ale nie. Nosili wtedy T-shirty pod koszulami, szerokie marynarki i  szerokie krawaty. I wszystko w dziwnych pastelach. Przerażające.

- Lata 90. wracają.

Ale nie aż tak.

- Czyli na szeroki krawat i kwadratową marynarkę na okładce "Logo" jeszcze poczekamy?

Mam nadzieję, że jeszcze długo. Ale z innej beczki: masz 21 lat, jesteś znany, masz fajny samochód, zarabiasz... Odbiła ci palma?

- A jak sądzisz?

Specjalnie nie zauważyłem.

- Słuchaj, na sesji zdjęciowej wysłałem cię do sklepu po batonik i colę!

Sam zapytałem, czy coś chcesz.

- To OK. A poważnie: staram się na to uważać. Ale miałem taki moment w podstawówce. Bo zacząłem wcześnie grać. Mój pierwszy duży serial "Hotel pod żyrafą i nosorożcem". Miałem 100 dni zdjęciowych, prawie wcale nie chodziłem do szkoły, zarabiałem...

Kasa była twoja?

- Co ty! Rodzice pilnowali. Gdyby była moja, wykupiłbym połowę szkolnego sklepiku.

Ale kozaczyłem, byłem niefajny i pewnego dnia trójka moich najlepszych kolegów z osiedla powiedziała mi, że przestają się ze mną przyjaźnić. Przestali ze mną siedzieć w ławce i przez pół roku byłem totalnie sam w szkole. Ale dłużej nie dałem rady. Podszedłem do nich na zielonej szkole, pod koniec roku szkolnego, i ich przeprosiłem.

Jak dojrzale, no proszę!

- Nie zgrywam się, to się naprawdę mocno na mnie odbiło. Od tego czasu mam w głowie czerwoną lampkę ostrzegawczą i staram się pilnować. Dobrze mieć szczerych przyjaciół, którzy mówią: "Hola, hola, Maciek", gdy się przesadzi.

Nie chcę się mocno tłumaczyć, ale w moim życiu jest wiele nienaturalnych rzeczy. Wiele osób jest dla mnie bardzo miłych, wiele rzeczy skupia się na mnie... Robisz ze mną wywiad, staję przed kamerą, muszę się skupić na sobie, żeby być przygotowanym, żeby być dobrze ubranym, ileś osób mi pomaga... Jestem w centrum uwagi i później w życiu prywatnym to może sprawić, że przy bliskich za bardzo skupiam się na sobie. Czasem tak się dzieje i z tym walczę.

W genialnym serialu "Tudorowie" - polecam - jest scena, gdy stary Henryk VIII, przekonany o swojej wyjątkowości, wzywa obłożnie chorego przyjaciela i mówi, że ma moc uzdrawiania. No i lipa, przyjaciel umiera.

- To jeszcze mi brakuje do niego (śmiech).

Z drugiej strony nie zostajesz aktorem, żeby służyć światu. Aktorstwo jest próżne. Chcesz stanąć na scenie, przed ludźmi. Ale staram się to trzymać na normalnym poziomie.

Ej, ale czy ty mi nie zdradziłeś zakończenia sezonu?

Spokojnie, to nie jest kluczowa scena, to nie kryminał.

- Obejrzę, skoro polecasz.

Brunetki czy blondynki?

- Brunetki.

Ulubiony drink?

- Whisky z colą.

O Boże...

- Źle? To nie będzie gin z tonikiem.

Lepiej. Zajmuję się w "Logo" alkoholami; whisky można mieszać, ale lepiej z sokiem z cytryny i odrobiną cukru...

- Gdy miałeś 21 lat, to piłeś whisky dla smaku?

Piłem tanią wódkę.

- A widzisz. Ja jestem na mentalnym poziomie picia z colą. Wino ostatnio piję.

Białe czy czerwone?

- Białe, półwytrawne. Najczęściej w karafce. Bo myślisz sobie "przecież nie wypiję całej butelki", po czym opróżniasz karafkę i zamawiasz kolejną. Cały czas jest taka walka wewnętrzna...

Przerwa, muszę wyjść do łazienki.

Maciej MusiałFot. Albert Zawada/Agencja Gazeta

(po przerwie) Zamówiłem kawę, żeby było jeszcze dynamiczniej i zadam ci moje pierwsze dziennikarskie pytanie.

- Twoje popisowe?

Uważaj: hamburger czy hot dog?

(śmiech) Już myślałem, że hamburger czy cheeseburger. Kiedyś tak podrywałem dziewczyny.

Jak działało?

- Kiepsko. Mieliśmy po 15 lat, udawaliśmy, że się kłócimy, podchodziliśmy do dziewczyn i mówiliśmy, że nie możemy się dogadać. I żeby nam pomogły i powiedziały, czy lepszy jest hamburger czy cheeseburger. Ja wolę hamburgera. A ty?

Też.

- A taki hot dog z Ikei?

Zdecydowanie wolę z Orlenu.

- A z jakim sosem bierzesz?

Wstyd się przyznać. Z duńskim.

- Ja z tysiąca wysp. Ale właściwie skąd to pytanie o hamburgera i hot doga?

Z moich pierwszych praktyk. Myślałem, że będę tropił afery, a redaktor wysłał mnie na ulicę, żebym zrobił wakacyjną sondę i odpytał 100 osób z tych hamburgerów.

- Gdy się przygotowywałem do szkoły aktorskiej, musiałem ćwiczyć monologi: Mickiewicz, Słowacki, "Sen srebrny Salomei". Płaczesz, przeżywasz, piana leci ci z pyska przez siedmiominutowy monolog. Ale dostajesz się do szkoły, takie role chcesz grać. A na drugi dzień plan "Rodzinki.pl" i scena picia mleka w kuchni. Każdy ma swoje hamburgery.

Nurtuje mnie jeszcze jedna sprawa...

- Wal.

Dlaczego brunetki?

- Podobno podąża się za pierwszą miłością. Jak byłem mały, zakochałem się w kuzynce, która była brunetką z dużymi, czarnymi oczami. Ale moja pierwsza dziewczyna była blondynką. Zresztą, jak cię trafi strzała, to pal licho włosy. A w ogóle czy te moje dywagacje życiowe kogoś interesują?

Za miesiąc dam ci znać, co napisali czytelnicy.

Więcej o: