Krzysztof Miller: Śmierć nigdy nie powszednieje

Nie żyje Krzysztof Miller - zdaniem wielu najwybitniejszy polski fotoreporter. Publikujemy archiwalny wywiad z tragicznie zmarłym dziennikarzem.

W czasach studenckich współtworzyłem ze znajomymi internetowy magazyn. "Detalks" był miejscem, w którym publikowaliśmy tylko i wyłącznie wywiady z ciekawymi - naszym zdaniem - ludźmi ze świata kultury i polityki. Z osobami, które miały do opowiedzenia interesujące historie. Tak rodziły się nasze pierwsze dziennikarskie szlify, a anegdoty z tamtego okresu wciąż chętnie opowiadamy przy piwie.

W jednym z numerów opublikowaliśmy wywiad z Krzysztofem Millerem. Również dla naszego pokolenia był to głos niezwykle istotny. Niezastąpiony. Głos, który wciąż warto usłyszeć, dlatego materiał udostępniamy teraz na łamach Logo24.pl

Rozmowa odbyła się w 2013 roku przy okazji premiery książki: "13 wojen i jedna. Prawdziwa historia reportera wojennego". Autorkami wywiadu są: Anna Kot i Karolina Niżyńska.

Krzysztof Miller: - Ja sobie zapalę.

Detalks: - Dużo Pan pali?

- Dużo. Na pewno paczkę dziennie. Ale późno zacząłem. Jakoś w wieku trzydziestu lat, wcześniej jako sportowiec nie mogłem. A potem nerwowa praca i się zaczęło.

Kto Pana nauczył palić?

- Papież (śmiech). Na pielgrzymce papieskiej mieszkałem w fotelu z kolegami, a że wszyscy z nich palili, to i ja zacząłem.

Kiedy rozmawiałyśmy o Pana książce "13 wojen i jedna" miałyśmy problem z przypomnieniem sobie, co działo się na której wojnie. Myliło nam się, które wydarzenia miały miejsce w Czeczenii, które w Rumunii, a które w RPA.

- Mnie też się to myli, stąd tytuł książki. To bardzo symboliczne - wojna jest pechem, tak samo jak trzynastka jest pechowa. Gdyby policzyć, ile razy byłem na wojnie, to wyjdzie pewnie, że więcej. Kilka razy w Afganistanie, ale za każdym razem w innym stadium wojny: najpierw Muhadżedini przeciwko władzy postsowieckiej, później Muhadżedini między sobą, potem z Talibami, no i z sojuszem północnym. I to się tak gmatwało wszystko. Nie potrafiłem nawet określić, czy to jest ciągle jedna i ta sama wojna, która się zaczęła w 1973 roku i trwa trzydzieści lat. To samo miałem z Jugosławią, Chorwacją czy Bośnią - tam wracałem po kilka razy. Nawet boję się, że jakieś błędy porobiłem, choć mam nadzieję, że nie.

Z tego samego powodu ułożenie tych wojen w książce nie jest chronologiczne?

- Chronologię wyznaczały mi zdjęcia, nimi się wspomagałem. Cały czas musiałem przeglądać mnóstwo fotografii, coś sobie przypominać, zwłaszcza z tych najwcześniejszych wyjazdów. Każda kolejna wojna nakładała mi się na poprzednią i dlatego wszystko się rozmazywało.

Fotografie są fajnym pamiętnikiem. Można się na nim oprzeć i wszystko sobie dokładnie przypomnieć. Odtworzyć chronologię wydarzeń.

Dużo tych zdjęć?

- No w chu... To znaczy - w cholerę!

Sięgając po publikację "13 wojen i jedna" ma się wrażenie, że nie czyta się książki, ale ogląda zdjęcia. Klatka po klatce.

- Razem z Andrzejem Niziołkiem, redaktorem ze Znaku, z którym pracowałem przy publikacji, ustaliliśmy, że będę pisał krótkimi zdaniami. Będę działał jak migawka aparatu. Jak strzał z karabinu.

My jesteśmy pokoleniem, które wojnę zna głównie z książek i lekcji historii...

- Nie zgodzę się z tym. Moim zdaniem jesteście pokoleniem, które wojnę zna z telewizji i z wiadomości. Wojna non-stop funkcjonuje na ekranie. Jest coraz nowsza, świeższa, zawsze zajmuje pierwsze miejsce w informacjach. Rewolucje państw północno-afrykańskich, Egipt, Libia... Niedawno Syria wyparła te wszystkie historie i znalazła się na czołówkach gazet. Dlatego uważam, że bardziej niż z książek znacie wojny z wiadomości i z Internetu - tych krótkich filmików kręconych przez amatorów zwykłymi telefonami komórkowymi.

Mówi Pan o filmikach z wojny, które pojawiają się w Internecie. W książce wspomina Pan moment, kiedy zabito Kaddafiego. Pisze Pan, że dziennikarze i fotoreporterzy "spóźnili się na tą śmierć".

- Nie spóźnili się, tylko nie mogli być obecni. Osoby, które dopadły i zabiły Kaddafiego również to sfilmowały. Fotoreporter nie ma szansy ścigać się z lokalersami - ludźmi, którzy mieszkają i są w danym miejscu w odpowiednim czasie. Fotoreporter może później zrobić jakąś większą historię, chociaż samej śmierci dyktatora już nie będzie miał. Może opisać miejsce konfliktu bardziej zawodowo, innymi środkami i sprzętem niż miejscowi.

Trzeba też pamiętać, że amator nie ma nad sobą wiszącego miecza, którym jest redakcja czy opinia publiczna. Często zdarzają się przekłamane zdjęcia, wtedy fotoreportera spotyka ostracyzm, wyrzucenie z pracy.

Ale to nie dotyczy tylko fotoreporterów. Pamiętacie dziennikarza "New York Timesa", który wojnę w Iraku relacjonował ze swojej willi z Ameryki? Skompromitował się i wyrzucono go z redakcji. A amatorzy są bezkarni, wszystko im wolno. Wrzucają te filmiki i zdjęcia do Internetu z prędkością światła. Zawodowiec zawsze musi się ściśle trzymać reguł gry, których tak naprawdę nie ma.

Wam - fotoreporterom i dziennikarzom wojennym - nie spowszedniała śmierć? Jak przeczytałyśmy...

- Śmierć nigdy nie powszednieje.

...że ktoś się spóźnił na śmierć, to pomyślałyśmy, że nie żałujecie, że ktoś umarł, tylko że umarł w nieodpowiednim - dla was - czasie. Nie wtedy kiedy JA tam byłem i chciałem to zobaczyć.

- To taka przenośnia. "Spóźnił się na śmierć", czyli na jakieś wydarzenie związane z wojną. A wojna to nie tylko śmierć, leżenie w okopach, strzały z kałasznikowów i wiecie, napierdalanie z dział. Wojna ma całe spectrum. Zaczynając od uchodźców, po cierpienie cywilów, objętych przez dany konflikt. Są też dzieci, które łapią traumę wojenną i wiadomo, że już inaczej będą się wychowywały.

Dlatego powiem, że nie można spóźnić się na wojnę. Można się spóźnić na wydarzenie typu ostrzał stolicy Syrii, natomiast samą wojnę można opisać zupełnie innymi historiami. Nawet takimi humanistycznymi, czyli wszystkimi niszami związanymi z wojną. Choć na wiele zdjęć nakłada się też embargo do publikacji.

Po co robi się zdjęcia, jeśli się ich nie publikuje?

- To jest dokument potwierdzający, że coś takiego się wydarzyło. W tej chwili odgrzebuje się mnóstwo fotografii czy filmów z czasów II wojny światowej, które niekoniecznie pokazują tę wojnę, ale ją opisują. Codzienne życie w takich czasach też jest bardzo ważne.

Ale tylko po to, żeby to udokumentować...

- To nie TYLKO. To jest AŻ po to. Nie wiem, dlaczego to deprecjonujecie... Może dzisiaj fotografie nie będą wykorzystane, ale za 30, 40, 50 lat będą bardzo ważnymi dokumentami z gatunku: "jak to wtedy wyglądało". Naprawdę, może nie czujecie, ale te zdjęcia mają ogromną wagę.

Dlatego teraz fotografuję też świeże groby. Jest to dokumentacja - taka historia się wydarzyła. Te groby zmienią formę, poodpadają napisy, zdjęcia nagrobkowe się popsują od deszczu. A moje fotografie zostaną.

Dokumentacja ma gigantyczną wagę, bo wydaje nam się zwykła, brudna, szara, pospolita. Nie jest sensacyjna, nie stanowi nagłówku w gazecie czy w magazynie, nie otwiera wiadomości. Ale później takie zdjęcia opisujące wokół tę wojnę stanowią, moim zdaniem, pełniejszy obraz historii i tragedii, która się tam wydarzyła.

Z jednej strony wy jedziecie na wojnę i się narażacie, a z drugiej jeszcze wchodzicie tym umierającym ludziom w życie.

- Tym ludziom, jeśli nie żyją, to już nic nie przeszkadza. Może przeszkadzać ich rodzinom. Tak było ze śmiercią Milewicza (Waldemar Milewicz, dziennikarz TVP zastrzelony w Iraku - red.), która została pokazana w okrutny sposób. Przetoczyła się wtedy wielka burza na temat kondycji i etyki zawodu fotoreportera.

Ja natomiast uważam, że powinno się zawsze fotografować. Niekoniecznie publikować, ale zdjęcia robić trzeba. Niech to sobie zalega w archiwum, poczeka na inne czasy. Kiedy emocje wygasną, te fotografie będą znowu potrzebne do pisania na nowo o tych wojnach, w dużo szerszym zakresie. Pierwsze informacje, które dostajesz w wiadomościach są bardzo krótkie - minuta czy dwie. Tak samo jest w magazynie: fotoreportaż maksymalnie na dwie strony. A później mogą być z tego budowane opracowania historyczne, w których tego typu zdjęcia są bardzo potrzebne.

A propos dokumentacji i tego, że każde zdjęcie jest ważne. Pierwszym dramatycznym opisem w książce był opis momentu, kiedy w Czeczeni chował się Pan w okopach przed ostrzałem. Leżał Pan w okopie, czekał na koniec i powtarzał sobie...

- ...że nigdy więcej nie pojadę. Tak, to jest traumatyczna historia. Nagle znaleźliśmy się w miejscu, w którym nie mogliśmy nic ze swoim losem zrobić. Wszystko zależało od naszego szczęścia. Mogłaś tam nie iść, ale jak można nie iść na linię frontu, skoro fotografuje się wojnę? To są takie dylematy.

W takim momentach często ratował się Pan myślą, że jeśli cieknie mi krew z uszu, to jest dobrze, bo żyję?

- Dopóki masz koherentność swojego ciała, czyli ręce ci pracują, myślisz i czujesz, co się z tobą dzieje, to żyjesz i wszystko jest ok.

Jest coś, co na wojnie daje poczucie bezpieczeństwa?

- Takie złudne poczucie bezpieczeństwa daje wykonywany zawód, czyli że jesteś biernym obserwatorem rzeczywistości - nie bierzesz udziału w walkach, nie jesteś żadną ze stron. Teoretycznie ta wojna cię nie dotyczy, obserwujesz ją. Gdzieś to w nas siedzi, ale teraz jest coraz groźniej, bo dziennikarze stają się bezpośrednim celem. Jeszcze na początku lat 90-tych tak nie było. Powoli się to zaczynało, ale nie na taką skalę jak teraz.

Poczucie bezpieczeństwa daje też fakt, przyjechałaś tu, wykonujesz rzetelnie swój obowiązek. Robisz wszystko jak najlepiej, nie robisz nikomu na złość. Teoretycznie nie prawa ci się nic stać.

Ja mam taką przypadłość, że jestem praworęczny, ale fotografuję lewym okiem. W związku z tym, jak przyłożę aparat do oka, to tak jakbym się zasłaniał i odcinał od świata. Moim światem wtedy jest tylko to, co widzę przez obiektyw. To także daje poczucie bezpieczeństwa, absolutnie zgubne.

Tubylcy wspierają?

- Pewnie. Na początku trzeba sobie wszystko wypracować, ale jak jedziesz trzeci, czwarty, piąty raz, to masz zaufanych ludzi: kierowcę, tłumacza i przewodnika. Oni mówią jak się poruszać, gdzie można jechać, gdzie się nie zapuszczać. Wiedzą to lepiej, więc trzeba się opierać na ich intuicji.

No i ważne są wiadomości lokalne - zawsze są dużo lepsze niż te, które ma każdy dziennikarz. Nawet jeśli zrobi się najlepszy reaserch, najlepsze fiszki, wszystko w gazetach przeczyta na temat konfliktów, to jednak życie na miejscu wszystko weryfikuje.

Obecność innych polskich dziennikarzy pomaga? Pawła Smoleńskiego, Marii Wiernikowskiej, Wojciecha Jagielskiego?

- Bardzo! Po pierwsze, dwie osoby trudniej sponiewierać - to także daje, bardzo złudne, ale jednak daje, poczucie bezpieczeństwa. Po drugie, jest osoba, na której zawsze możesz się oprzeć w trudnych momentach. Poza tym, jak kończysz robotę, to masz się do kogo odezwać, jest większa możliwość nabrania dystansu do tego, co się zrobiło. Po pracy jest zawsze burza mózgów: co zrobiliśmy, co piszemy, co mamy, a czego nie mamy. I przede wszystkim - czego nam brakuje.

Nie jest tak, że jak się kończy robotę, to przychodzi ochota na rozmowy o czymś zupełnie innym?

- Oczywiście, rozmawiamy o piłce nożnej. Ani Wojtek, ani Smoleń (Wojciech Jagielski i Paweł Smoleński - red.) nie znają się na skokach do wody. Niestety...

Skoki do wody uprawiał Pan przez szesnaście lat!

- A w zeszłym roku byłem w Bieszczadach i poskakałem sobie ze skałek do Zalewu Solińskiego. Ekstremalnie, ale bardzo przyjemnie.

Całe życie na krawędzi...

- Nie... Ale lubię sobie jeszcze czasami przypomnieć jak trzeba się wyprężyć, złożyć ręce i poczuć moment przebijania wody, a później wypłynięcia. Ze skokami do wody jest jak z jazdą na rowerze - to zostaje do końca życia.

Będąc na wojnie miał Pan okazję gdzieś skakać?

- Poskakać nie, ale popływać mogłem. Jak byliśmy na wojnie w Chorwacji, to robiliśmy małe wypady nad Morze Śródziemne. Łapaliśmy tam odrobinę oddechu i dystansu. Wracaliśmy potem ze świeżymi umysłami i zaczynaliśmy inaczej pracować.

Oprócz cierpienia i śmierci spotyka Pan też radość na wojnie?

- Cały czas pytacie o wojny... Chciałbym opowiedzieć, że konflikty zbrojne, to nie jest jedyny rodzaj fotografii, jakim się zajmuję. Mam miliony zdjęć wykonanych pomiędzy wojnami. Fotografuję wszystkie możliwe tematy: od koncertów rockowych, przez twardą socjologię, po politykę, której nienawidzę fotografować, ale czasem jednak muszę pójść do Sejmu czy KPRM-u. W książce cytuję Kapuścińskiego, który zawsze powtarzał, że reporterem wojennym jest się na wojnie. Kiedy wracasz, to przestajesz nim być.

W ostatniej rozmowie z Pawłem Smoleńskim w "Dużym Formacie" powiedział Pan, że niestety jest znany tylko jako fotoreporter wojenny.

- To pewnie dlatego, że zdjęcia z wojny są najmocniejsze, najczęściej powtarzane i drukowane w prasie. Jak masz jakieś zwykłe zdjęcie, które opisuje dziurę w jezdni na ul. Rakowieckiej, którą przechodziłyście, no to nikt już sobie nie zadaje trudu, żeby przeczytać, kto takie zdjęcie zrobił. Poza tym taka informacja jest zwykle małą czcionką.

Natomiast jak puszczą w gazecie duży reportaż wojenny to twoje imię i nazwisko jest wywalone na pół strony. Wtedy dużo łatwiej kojarzy się człowieka z daną fotografią. Ubolewam nad tym, bo jestem po prostu fotoreporterem. Ale to jest ładnie i modnie powiedziane: "reporter wojenny".

Jednak jest to szufladkowanie dziennikarzy i fotoreporterów.

- To jest taki stereotyp. I potem ludzie też sobie od razu wyobrażają, że nosisz bojówki, buty wojskowe, jesteś obwieszony mnóstwem aparatów i czołgasz się po ulicy. Albo zamiast chodzenia, to biegasz opłotkami. No nie jest tak.

Powiedział Pan wcześniej, że na wojnie są momenty, w których mówi się: "Koniec, wystarczy, więcej nie jadę". A jednak Pan jeździ.

- Kiedy opadną emocję, wrócę do kraju, dziennikarz napisze swoje teksty, ja opublikuję swoje zdjęcia, to wtedy się okazuje, że nasze emocje na wojnie są kompletnie nieważne. Pojechaliśmy tam z własnej woli - nie tak jak ludność cywilna czy żołnierze, którzy walczą. Okazuje się, że ta dokumentacja, te zdjęcia, które stamtąd przywiozłem i układają się w jakąś całość, pokazują, że warto jechać i dokumentować. Jeśli nic złego ci się nie stało, to było warto.

Ale nie ma się pewności, że jeśli na tej wojnie nic się nie stało, to na kolejnej będzie tak samo.

- Nigdy nie ma takiej pewności. Ale wraz z liczbą wojen, na których się było, nabiera się jakiejś rutyny zawodowej. Chociaż przypadek Jao Silvy z Bractwa Bang Bang, który wszedł na minę w Afganistanie i urwało mu nogi pokazuje, że nigdy nie możesz być do końca pewny swojego losu.

A czy to nie jest już tak jakby uzależnienie?

- Nie. Właśnie najprościej wszystko zwalić na uzależnienie i adrenalinę. Ja myślę, że to jest bardziej chęć dokumentowania jakiegoś ważnego wydarzenia. Wojna to przyśpieszona historia - zmieniają się granice krajów, powstają nowe państwa. Wszystko dzieje się na twoich oczach, możesz obserwować i opisywać.

Jednak przed wyjazdem do Burundi zapytał Pan Wojciecha Jagielskiego "po co my tam jedziemy"?

- Ja zawsze tak pytam (śmiech).

Co odpowiadają?

- Że musimy, bo się dzieje! Mam to szczęście, że mogłem pracować z zajebistymi dziennikarzami, ponieważ oni zawsze...

...biorą dobrych fotoreporterów.

- Raczej takich, do których mają zaufanie. W każdym razie oni nie są dziennikarzami od wszystkiego jak Piotr Kraśko, że tu wojna, tu śmierć papieża, tylko specjalizują się w poszczególnych działkach. To nawet nie jest wojna na całym terytorium, bo Wojtek Jagielski nigdy nie pojechał do Iraku czy państw byłej Jugosławii. On interesuje się bardzo ściśle Zakaukaziem, czyli Gruzją, Czeczenią, Azerbejdżanem, Armenią. Ale ciekawi go też Afganistan, czyli Azja Środkowa oraz Afryka Centralna: Uganda, Kongo, Kenia.

Z kolei Paweł Smoleński to Bliski Wschód i Izrael, a z Bałkanów świetna była Maria Wiernikowska. To powoduje, że zawsze jak jeździłem, to nie musiałem kupować przewodników i czytać, bo jak czekaliśmy na lotniskach na samoloty albo jak już lecieliśmy, to rozmawialiśmy i dowiadywałem się od nich wszystkiego. To pytanie "po co my tam jedziemy?" to oczywiście taki skrót myślowy, żeby dowiedzieć się, jakie tematy nas interesują i co będziemy robić.

Ciężko jest zaufać ludziom, których poznaje się na wojnie?

- Wszystko zależy od twojej obserwacji, intuicji, emocji i podejścia. Nie ma jakiś tricków, które pozwolą stwierdzić, że dana osoba jest w pełni godna zaufania. Waldemar Milewicz zginął podczas jazdy samochodem prowadzonym przez kierowcę, który wcześniej woził mnie i Smoleńskiego. To jest przypadek po prostu, na pierwszy rzut oka nie sposób tego ocenić.

W Afganistanie na przykład trafiliśmy na kierowcę, który wpadł z nami autem do wody. I wtedy już po kilku chwilach wiedziałem, że coś nie hula, bo zrobił się agresywny. W pierwszych minutach znajomości warto jest bacznie obserwować, przyglądać się wszystkiemu, ustalić na czym będzie polegała nasza współpraca i czy możemy mieć wzajemne zaufanie. W sytuacji, kiedy wsiadasz na motor Enduro, którym kieruje kierowca, to jego prowadzenie oceniasz po pierwszych hamowaniach i skrętach.

Spotyka się Pan w Warszawie z dziennikarzami, z którymi jeździł Pan na wojnę?

- Rzadko. Nie zawracamy sobie głowy. Przecież nie będziemy siadali z flaszką wódki i wspominali jak to ciężko było. Nasze spotkania są ograniczone do minimum. Przed chwilą dzwonił do mnie Jagielski, że potrzebuje zdjęć z 1995 roku do nowej książki. Spotkamy się jak będę mu je przekazywał i tyle.

Mówi Pan, że fotoreporter wojenny, to jest tylko praca. Wypłata za sfotografowanie konfliktu różni się czymś od pieniędzy za zdjęcia z Sejmu?

- Nie.

Nie ma Pan poczucia winy?

- Za każdym razem dostaję tyle samo kasy. Nie ważne czy jest to przysłowiowa dziura w jezdni czy Czeczenia albo Irak. Uważam, że to jest sprawiedliwe, bo udaje mi się utrzymywać z tego zawodu. W zamian za to, staram się ten swój zawód wykonywać jak najlepiej.

W książce "13 wojen i jedna" opisuje Pan też momenty, które mogą zaskakiwać. Mamy na myśli opis "relaksu" z Wojciechem Jagielskim, kiedy obaj leżeliście ujarani na czołgach i patrzyli w gwiazdy.

- Trudno sobie to wyobrazić, ale tak było. Jak była okazja, żeby wyluzować i wyprostować sobie myśli, to palili wszyscy. Trzeba pamiętać, że w Afganistanie jak częstują to fają pokoju. Tam się alkoholu nie pije, bo to muzułmanie są, więc im nie wolno. Oczywiście pije się...

...po zmroku, bo wtedy Allach nie widzi.

- Łatwiej z nimi przepalić, niż wypić wódkę. Tam marihuana jest naturalna.

Nie wiemy, czy byśmy wzięły taką faje od obcego...

- Jesteście dziewczynami, to się boicie. My jesteśmy chłopakami i się nie boimy (śmiech).

No dobra, a Maria Wiernikowska brała i paliła?

- Wydaje mi się, że tak. Ale nie dam sobie ręki uciąć, czy bucha ściągnęła, czy tylko udawała. Ja się za to ujarałem po pachy. To oczywiście nie było notoryczne - takich opisów jest w książce kilka. Na wojnie używki funkcjonują. Jak cię częstują, to wypada ściągnąć, a nie udawać.

W jednym z wywiadów przeczytałyśmy wypowiedź pewnego reportażysty, który pomimo tragizmu przy opisywaniu jakiejś postaci, czasem ma ochotę coś podkoloryzować. Tak, żeby sytuacja była jeszcze gorsza i przez to - atrakcyjniejsza. Myśli Pan sobie czasami, że jakby coś dodać na niektórych zdjęciach, to byłyby one jeszcze lepsze?

- To, że reporter napisał książkę jest ewenementem, przynajmniej u nas w kraju. Trudno mi się ją pisało, nie musiałem koloryzować. Wystarczyło, że obejrzałem zdjęcia.

Właśnie nam chodziło o zdjęcia. Na przykład widzi Pan śmierć kilku osób i wie Pan, że to jest złe, obraz, który Pan widzi jest tragiczny. Ale jakby tak z przodu leżała jeszcze jedna oderwana od ciała ręka, to byłoby jeszcze lepiej.

- Tak, ręka i najlepiej stopa jeszcze.

Zdjęcie koncepcyjne byłoby wyraźniejsze.

- Od 24 lat pracuję w dzienniku. Nie mam czasu na kombinowanie, ulepszanie, zachęcanie czytelników jeszcze bardziej. I tak jest trzech murzynków srających na kartonach, jest wystarczająco dramatycznie, nie ma co jeszcze ręki dorzucać.

Nas ze wszystkich zdjęć z książki najbardziej urzekło - jeśli możemy tak powiedzieć - zdjęcie fotoreporterów, którzy stoją nad ciałem.

- Ta fotografia jest bardzo symboliczna, są na niej atrybuty wojny. Niektórzy mówią, że ci fotoreporterzy stoją jak sępy, ale dla mnie to zdjęcie jest syntezą pracy fotoreportera. Każdy z nich jest w innym momencie pracy. Jeden odchodzi, bo już skończył, jeden zmienia film, jeden naciska migawkę aparatu, inny mnie przegania, bo się nie komponuję w kadrze.

Sporo mówi Pan o intuicji. Faktycznie ma Pan dużo szczęścia?

- Tego nigdy nie wiesz... Idziesz w prawo, a mogłaś pójść w lewo i spotkać coś lepszego. Ale tak naprawdę jesteś zadowolona, że poszłaś w prawo i masz, co masz. Nie wchodzisz na minę tylko ją mijasz, nawet nie wiedząc, jakie masz szczęście. Na pewno było tak nie raz.

Warto pamiętać, że ta książka nie jest instrukcją obsługi fotoreportera wojennego. Nie daję tam rad tylko opisuję, jakie targały mną emocje. Nie jest tak, że jak ktoś przeczyta książkę, to może spokojnie jechać na wojnę i skręcać tylko w prawo, bo będzie chodził w kółko. Można się trochę nauczyć polegać na intuicji.

(Krzysztof Miller zapala kolejnego papierosa)

Trzeci papieros już. Na wojnie też Pan tyle pali?

- Tak, to jest takie złapanie oddechu.

Jest tak, że jedzie Pan i ma Pan zlecenie: musisz sfotografować ciała, bombardowanie i jeszcze to i to?

- Nie, absolutnie tak nie jest.

A co znaczy "co masz, a czego nie masz"?

- Czy to, co masz składa się w jakąś całość i rzetelnie opisuje wojnę. Czy czegoś ci jeszcze brakuje, np. zaplecza wojennego, linii frontu...

No właśnie, czyli są takie wytyczne.

- Tak, ale nie macie zlecenia z redakcji, że musicie mieć to i to. Zawsze mieliśmy wolną rękę.

Ale wewnętrzną agendę sobie Pan tworzy?

- Absolutnie. To jest samodyscyplina i samookreślenie - poczucie obowiązku.

Istnieje jakiś schemat?

- Bardzo analitycznie do tego podchodzicie. Popuśćcie wodze fantazji.

Ja właśnie za to m.in. ochrzaniłem swojego redaktora. Nie każdy rozdział musi mieć początek, rozwinięcie i zakończenie. Na początku kreślili mi te wszystkie bluzgi, ale później się poddali, bo książka przestałaby być wiarygodna. Mieli też wątpliwości, co do potoczności języka. Że na przykład giety marychy to gramy. Nie było powodu tłumaczyć każdego słowa. Do tych gietów dopisali: "czyli ze dwa gramy".

Nam się bardzo podobał opis gotowania zupy koperkowej.

- W książce są dwa punkty odniesienia: do jedzenia i do sportu. To one trzymają mnie w równowadze psychicznej na wojnie. Wiadome jest, że przyjdzie taki moment, że będzie trzeba coś zjeść, nie poddawać się presji, złym wiadomościom...

Jeśli jesteśmy przy gotowaniu, to mamy też jedno pytanie z gatunku kulinarnych: jak smakuje policzek świni?

- Nie chcę pamiętać. Przepiłem go dużą ilością alkoholu.

Chrupiąca skórka?

- Policzek nie. Smakuje bardziej jak golonka.

Jak tak Pana słuchamy, to mamy myśli, że interesująco byłoby pojechać na taką wojnę. Bo skoro Pan ciągle wraca, to musi być warto.

- Każdy jedzie na własną odpowiedzialność. Poradzę komuś, żeby jechał, później coś mu się stanie i wina spada na mnie.

Nie ma niczego dobrego, co można z wojny wyciągnąć po powrocie?

- Na pewno dystans do życia. Tylko potem może się to przerodzić w chorobę, którą się pięknie określa PTSD, czyli syndrom stresu bojowego. Bo się tego dystansu nabierze zbyt dużo.

Ma Pan żal do osoby, która zleciła Panu pierwszy wyjazd?

- Nie! Uwielbiam swojego pierwszego szefa za to, że zaproponował mi wyjazd do Rumunii. To przetarło mi szlaki.

Teraz wyjazd do Syrii zaproponowała Panu Janina Ochojska. Może następne pytanie będzie "niewrażliwe", ale nie ma Pan takich myśli: "dobra, skończy się Syria, to może jednak w Korei wybuchnie wojna i będę mógł pojechać".

- Nie, jakoś ten region kompletnie mi nie leży.

A jakakolwiek inna? Chodzi nam o to, że wyczekuje Pan wojny. Żeby móc się spakować i znowu pojechać.

- Być może tak, trudno jest mi gdybać. To zależy od wielu czynników: w którym regionie, czy redakcja będzie zainteresowana, czy dziennikarz będzie chciał jechać. Tysiąc rzeczy determinuje to, czy dojdzie do wyjazdu. Syria jest absolutnie w zasięgu ręki.

Krzysztof Miller - najwybitniejszy polski fotoreporter. Robił zdjęcia m.in. w Afganistanie, Czeczenii, państwach afrykańskich, Rumunii. W 2013 roku wydał książkę "13 wojen i jedna. Prawdziwa historia reportera wojennego". Odznaczony Krzyżem Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski.

Więcej o: