Kajetanowicz: Jako nastolatek podbierałem tacie samochód i śmigałem po górach

- Robimy takie rzeczy z samochodem, o których 98 procent ludzi boi się nawet myśleć, ale uwierz mi, że nawet najwięksi twardziele wiedzą, jak słone potrafią być łzy, i to nie tylko ze słyszenia.

- Robimy takie rzeczy z samochodem, o których 98 procent ludzi boi się nawet myśleć, ale uwierz mi, że nawet najwięksi twardziele wiedzą, jak słone potrafią być łzy, i to nie tylko ze słyszenia. (Fot. Tamara Pieńko)

W rajdach samochodowych na sukces pracuje cały team. Ja muszę pojechać tak, żeby na mecie spojrzeć chłopakom w oczy i wyczytać w nich: "Dobra robota, Kajto". Gdybym uwierzył, że jestem niepokonany, niezniszczalny, że każdy zakręt mogę pokonać z maksymalną prędkością, szybko zawiódłbym ich zaufanie - mówi Kajetan Kajetanowicz, czterokrotny rajdowy mistrz Polski i dwukrotny rajdowy mistrz Europy.

Góry otaczające Ustroń toną we mgle. Wytężam wzrok, żeby wypatrzyć Czantorię Wielką albo Równicę. Nic z tego. - Masz pecha, nie zobaczysz, jak tu pięknie. Miałem już kilka okazji, ale niełatwo byłoby mi zamienić to miejsce na inne - Kajetan Kajetanowicz wyrywa mnie z zamyślenia.

Pewnie, że nie zamieni. To tu, na krętych drogach Beskidu Śląskiego przyszły mistrz Europy stawiał swoje pierwsze rajdowe kroki. To tu zawsze wraca, żeby cieszyć się zwycięstwami i obmyślać strategię na kolejny rajd. Spotkaliśmy się w pierwszych dniach września. "Kajto" był już tylko o krok od drugiego mistrzostwa Europy. Czy usłyszałem od niego deklarację, że tak właśnie będzie? To nie w jego stylu. Rajdy nauczyły go pokory i ciężkiej pracy. Wie, że potrafią być nieprzewidywalne, a przez to porywające.

Paweł Wiejas: - W jednym z dowcipów matka mówi do pilota: "Lataj synku nisko i bardzo powoli", ciebie - i to nie w żartach - Anna, twoja mama, napominała: "Kajetan, tylko jedź sobie ostrożnie". Gdy wywalczyłeś tytuł rajdowego mistrza Europy, stała się spokojniejsza?

Kajetan Kajetanowicz: - Spokojniejsza, tak, ale spokojna nigdy nie będzie. Wie, że gdzieś tam grzeję przez lasy 200 km/h, więc najzwyczajniej się martwi. Nie zmieniło się również to, że nigdy nie odważyła się usiąść na fotelu pasażera w żadnej z moich rajdówek. Tym bardziej doceniam to, że i ona, i ojciec pozwolili mi w ogóle spróbować zrobić pierwszy krok. Zresztą gdyby nie tata, pewnie dzisiaj byłbym zupełnie w innym miejscu i robił coś innego. Zupełnie jak w filmach - "Przypadku" Krzysztofa Kieślowskiego czy "Efekcie motyla". W skrócie: najdrobniejsza zmiana w działaniu, które nas dotyczy, ma wpływ na to, co z nami będzie.

Gdyby ojciec nie zabrał mnie, 10-letniego chłopaka, na Rajd Wisły, to nie zobaczyłbym pędzących po górskich serpentynach samochodów, nie poczułbym zapachu palonej gumy i benzyny, a także tego, jak ziemia dosłownie drżała po przejeździe tych facetów, którym wtedy tak bardzo zazdrościłem roboty. I choć z tego pierwszego rajdu pamiętam coś tylko jak przez mgłę, to emocje, jakie wtedy poczułem, musiały mi utkwić w podświadomości. Rok później, gdy okazało się, że nie pojedziemy oglądać kolejnej edycji Rajdu Wisły, zrobiłem aferę w stylu dziecka. Cyrk, który urządziłem, pomógł, bo już następnego roku byliśmy z tatą przy trasie (śmiech).

Chłopaków takich jak ty było i jest tysiące, a przecież przejście od dziecięcej fascynacji do profesjonalnych rajdów udaje się nielicznym. Nie miałeś na to kasy, tradycji rodzinnych, byłeś na przegranej pozycji.

- Tak, a do tego jako nastolatek byłem lekkoduchem i to dość leniwym. W bloku na Manhatanie w Ustroniu, gdzie mieszkaliśmy, standardem byli kumple, dziewczyny i imprezy. Nauczyciele w liceum powtarzali: zdolny, ale nie wykorzystuje potencjału. Dziś wiem, że traciłem wtedy czas.

Przybywało za to rajdów, które oglądałem, i kierowców, których podziwiałem. Janusz Kulig, Krzysztof Hołowczyc, Leszek Kuzaj to byli zawodnicy, o których było głośno. Patrzyłem, jak jeżdżą, a później podbierałem tacie samochód i śmigałem po górach. Długo się nie połapał. Nawet usterki techniczne udawało mi się usuwać, bo tata jest mechanikiem samochodowym i do dziś prowadzi warsztat, więc zespawanie tłumika nie było jakimś specjalnym problemem. Szalone chwile.

Nigdy nie zapomnę radości, gdy ojciec zapowiedział, że dostanę pieniądze na kurs prawa jazdy, gdy tylko pomaluję poszkryfaną, czyli porysowaną kluczami i zabrudzoną petami, klatkę schodową. Dwa razy nie musiał powtarzać.

Byłoby pysznie, gdyby się okazało, że rajdowy mistrz oblał praktykę.

- Teraz na pewno trudniej odpowiadałoby mi się na te pytania, ale na szczęście zdałem od razu. Na kursie instruktor oddał mi nawet część kasy za lekcje. Był honorowy, bo po kilku godzinach powiedział, że nie wie, czego miałby mnie jeszcze dalej uczyć, a kasy za frajer nie bierze. Nie powiedziałem o tym nikomu, a pieniądze szybko się rozeszły (śmiech).

Może kiedyś opowiem, jak zarobiłem na swój pierwszy w życiu rajdowy samochód. Udało mi się kupić go dopiero w wieku 20 lat. Jak na kierowcę rajdowego to cholernie późno.

Bardzo wypasiona była to fura?

- Fiat 126p, ale nie byle jaki. Twarde amortyzatory, klatka bezpieczeństwa, fotele kubełkowe. Silnik miał całe 40 koni mechanicznych, a więc w porównaniu z seryjnym była to prawdziwa potęga. Kumpel z osiedla twardo się targował, ale dorzucił jeszcze parę gratów. Z fiacikiem, którego można było naprawić młotkiem i śrubokrętem, wreszcie mogłem wystartować w jakimś rajdzie.

Jak wypadł debiut? Pewnie od razu wskoczyłeś na pudło.

- Każdy by tak chciał, ale w rajdach nie ma drogi na skróty. Ten pierwszy, Rajd Cieszyńska Barbórka w 2000 r., pamiętam do dziś, tak wiele mnie nauczył. Wystartowałem razem z Olą, swoją ówczesną dziewczyną. Nakręcaliśmy się razem na jeżdżenie, ale wszystko musieliśmy odkrywać sami. Zapłaciliśmy za to już na pierwszym odcinku specjalnym. Nawet ktoś mi kiedyś pokazywał zdjęcie z tej akcji. Jechałem jakieś 100 km/h, gdy wypadliśmy z drogi i dachowaliśmy. Obróciło nas cztery razy. Fiacik znieruchomiał. Żyjemy! Szyby boczne potłuczone, drzwi zablokowane. Wydrapaliśmy się przez przednią szybę, która na szczęście nas nie pokaleczyła, bo była klejona. Oglądam malucha. Każde koło wygięte w inną stronę, dach pognieciony. Masakra.

Wtedy zrozumiałem kilka spraw i do dziś się tego trzymam: jesteś odpowiedzialny za siebie i za człowieka, który z tobą jedzie; to nie sztuka grzać szybciej, niż potrafisz, sztuką jest dojechać jak najszybciej i pewnie z punktu A do punktu B; gdy rozbijesz samochód, a nie masz pieniędzy na naprawę, to przerywasz starty i nic nie wygrasz. Musisz jednak znaleźć balans, bo w codziennym życiu, jeśli nie wyślesz kuponu, to zwyczajnie nie wygrasz. W rajdach jeśli nie zaryzykujesz - przegrasz.

Ktoś inny by się poddał po takim falstarcie, na szczęście ty tego nie zrobiłeś. Szybko wróciłeś?

- Remont samochodu zajął mi prawie rok, ale wystartowałem mocno zmotywowany. Wiedziałem, że muszę przejechać perfekcyjnie, bo jak znów zaliczę dzwon, to chyba nie będę miał wystarczająco dużo kasy, żeby znów odbudowywać samochód. Tym razem było już super. Wystartowałem w klasie A0 razem z ponad 20 fiatami seicento i cinquecento, które miały ponad 100 koni. Wygraliśmy. To było naprawdę coś i byłem mocno podekscytowany. Mogłem zacząć szukać sponsorów, a to firmy transportowej, a to salonu komputerowego. Był nawet moment, że na tym fiaciku 126p miałem reklamę Hyundaia. Nie rozwiązywało to oczywiście problemów finansowych, bo w tamtych czasach sponsorom mogłem zaoferować co najwyżej zdjęcie i puchar za zwycięstwo.

Nie był to więc jakiś przełom. Co takiego się stało, że zaczęto cię dostrzegać?

- Okazało się, że zarówno porażka, jak i wygrana działały na mnie motywująco. Poczułem się, jakbym chwycił Pana Boga za nogi, gdy pomogła mi firma Ustronianka i zacząłem jeździć fiatem seicento. To był prawdziwy potwór. W porywach miał 60 koni. Potem, żeby nie zbankrutować, przerobiłem go na gaz i nawet jeździliśmy nim na wakacje, a instalację demontowałem tylko na rajdy.

Potem przesiadłem się do peugeotów 106 i 206. Dziś uśmiecham się na wspomnienie tamtych pionierskich czasów, ale jestem niezmiennie wdzięczny wszystkim, którzy mi wtedy pomogli. Gdyby nie oni, to pewnie ktoś inny siedziałby teraz przed tobą.

Kajetan KajetanowiczFot. Tamara Pieńko

Kiedy dotarło do ciebie, że rzeczywiście możesz wiele osiągnąć w rajdach?

- Miałem to szczęście, że w każdym nowym samochodzie i w coraz wyższych kategoriach od razu zaczynałem wygrywać. Podchodzili różni ludzie, klepali mnie po ramieniu, mówili, że jestem OK. Ale dopóki nie powie ci tego ktoś z branży, ktoś kogo chcesz naśladować, to nie możesz sobie mydlić oczu, że jesteś świetny, bo albo spoczniesz na laurach, albo gdzieś wypakujesz. Dla mnie takim facetem był Leszek Kuzaj. Najpierw marzyłem, żeby wystartować w tym samym rajdzie, w którym on jedzie. Kiedy to się udało, to zacząłem marzyć, żeby wygrać z nim na jakimś odcinku specjalnym, a wreszcie, żeby pokonać go w całej imprezie.

Przed którymś z rajdów, w którym startowałem peugeotem, Leszek podszedł do mnie. Zacząłem się rozglądać, czy ludzie widzą, że wielki Kuzaj rozmawia z kimś takim jak ja. Gdy powiedział coś w stylu, "Młody, od dawna przyglądam się temu, jak jeździsz, i widzę, że coś z ciebie będzie", niebo się przede mną otworzyło, a gdy jeszcze zaprosił mnie na jazdy testowe subaru, byłem chyba najszczęśliwszym gościem pod słońcem. Z czasem zrealizowałem marzenia o pokonaniu ówczesnego mistrza, ale paradoksalnie wtedy miałem już inne cele.

Pamiętam, jak kiedyś siedziałem już skoncentrowany w kabinie, czekam na zielone światło, kilkadziesiąt sekund dzieli mnie od startu do odcinka specjalnego, a tu podbiega jakaś dziewczyna i wali w drzwi. Wypina pierś, wciska mi mazak i prosi o autograf. Patrzę, a tu już z jednej strony ma podpis mojego głównego rywala. Co miałem zrobić, podpisałem się, a potem wygraliśmy ten odcinek i cały rajd. Długo się zastanawiałem czy zrobiła to specjalnie, żeby mnie zdekoncentrować, czy była tak wielką fanką rajdów (śmiech).

Dotychczas jeździłeś z czterema pilotami, ale mistrzowską serię rozpocząłeś od startów z Jarkiem Baranem. Wygląda na to, że dobraliście się jak w korcu maku.

- Najpierw pilotem była Ola, potem przez dwa lata jeździłem z Maćkiem Wisławskim, z którym po raz pierwszy zwyciężyliśmy w rundzie mistrzostw Polski. Z Jackiem Rathe wystartowałem tylko raz podczas wygranego przez nas rajdu Elmot w 2009 r. Potem już zacząłem starty z Jarkiem Baranem.

Rzeczywiście dobraliśmy się wspaniale. Gdy jadę, czuję się, jakbym był w jakimś tunelu. Jestem ja, samochód i trasa przede mną. Z boku dochodzi do mnie głos pilota i żeby wszystko grało, musi pasować mi tembr jego głosu, rytm, moment podawania opisu trasy, rozłożenie akcentów. Na odcinku specjalnym nie mogę się zawahać ani przez moment, bo wszystko rozgrywa się w ułamku sekundy. Muszę być pewien tego, gdzie jadę. I on mi to zapewnia.

Macie dużo czasu na zapoznanie się z trasą?

- Organizatorzy dają nam możliwość przejechania dwukrotnie po trasie każdego z odcinków specjalnych. Mamy na to z reguły kilka godzin. Nie możemy jechać z prędkością rajdową, ale 50-70 km/h, tak jak w normalnym ruchu. W samochodzie jest GPS i organizatorzy pilnują, żeby nie przekroczyć czasu i prędkości, bo za to są kary. Muszę sobie wyobrazić, jak będzie wyglądała ta jazda, gdy za dzień czy dwa popędzę w tym samym miejscu 180-200 km/h. Nazywam to profesjonalną improwizacją. Dyktuję opis Jarkowi.

Na przykład zakręty opisujemy w skali od 1 do 7, gdzie 1 to nawrót, 3 to zakręt około 90 stopni, a przed 7 nigdy nie zwalniam, chyba że zaraz po nim ma być 1. Pilot może podać najwyżej pięć komend na zakręt, bo więcej trudno przyswoić, a poza tym nie ma więcej czasu (uśmiech).

Zdarza się, że gdy już kończymy jazdę i zdejmujemy kaski oraz kombinezony, patrzymy na siebie i nagle wybuchamy śmiechem. Bo obaj wiemy, że było bogato, że pojechaliśmy szybciej, niż powinniśmy, że mieliśmy trochę szczęścia. Są też inne chwile, gdy w oku zakręci się łza.

Podobno chłopaki nie płaczą, a  już na pewno nie zwycięzcy.

- Robimy takie rzeczy z samochodem, o których 98 procent ludzi boi się nawet myśleć, ale uwierz mi, że nawet najwięksi twardziele wiedzą, jak słone potrafią być łzy, i to nie tylko ze słyszenia.

 

Zawsze podkreślasz, jak ważny jest zespół ludzi, z którymi pracujesz. Trochę ci się rozrósł od czasów jazdy maluchem.

- Dawniej miałem budżet liczący kilkaset złotych na rajd. Od 2010 r., gdy jeżdżę w Lotos Rally Team, zwiększył się znacząco. Zmieniły się sumy, ale nadal każda złotówka musi być wydana z sensem. Ktoś mi powierzył pieniądze nie po to, żebym sobie pojeździł, ale po to, żebym zwyciężał, a tym samym zapewniał duże zwroty medialne. Dlatego rajdy są nie tylko dla odważnych. Wymagają też rozsądku oraz odpowiedzialności. Nadal najwięcej wymagam od siebie, ale przez to mogę wymagać też od innych.

W kilkunastoosobowym teamie nie ma przypadkowych ludzi. Sezon rajdowy to powolny proces wymagający skupienia i ciężkiej pracy od całego teamu. Liczą się pasja i zaufanie, które cenię wyżej niż doświadczenie. Kocham życie i ludzi, z którymi pracuję. Wiem, że wsiadam do dobrze przygotowanego samochodu i trasę muszę przejechać perfekcyjnie, żeby nie zmarnować ich pracy.

To można powiedzieć, że "cysorz to ma klawe życie", tylko wsiada i jeździ.

- Nieźle brzmi, ale to oczywiście nieprawda. Poza rajdami od dawna dużo trenowałem i trenuję na maksa. Czułem jednak, że powoli dochodzę do ściany, że stosując dotychczasowe metody, więcej już z siebie nie wycisnę. Rok 2012 był trudny pod względem rodzinnym. Byłem trochę rozbity i miałem kłopoty z koncentracją. Jakoś w tym czasie zgłosił się do mnie były triatlonista Marek Olszewski. Zapewnił, że wie, co zrobić, żebym dalej mógł się rozwijać. Żeby nie zagłębiać się w szczegóły, chodziło o połączenie treningu fizycznego z treningiem koncentracji psychomotorycznej.

Nie pomyślałeś, że nawiedził cię szarlatan?

- W pierwszej chwili coś takiego może i przeszło mi przez głowę, był nowicjuszem w tej branży, ale miał w sobie tyle pasji, że postanowiłem dać mu szansę. Spróbowałem i nie żałuję.

W rajdówce nie ma klimy, ABS-u, kontroli trakcji. Jest ogromny wysiłek, adrenalina, temperatura jak w saunie. Tętno podnosi się do 170-180 uderzeń na minutę. W takich warunkach zmęczony, często obolały, muszę w ułamku sekundy podejmować decyzje. Marek męczy mnie najpierw wiosłowaniem, bieganiem, jazdą na rowerze i Bóg wie czym jeszcze, bo ćwiczenia zawsze są inne, a potem, gdy jestem już zmęczony, ćwiczę dalej, ale muszę dodatkowo rozwiązywać jakieś zagadki, równania. Albo siedzę na wielkiej piłce i łapiąc równowagę, trzymam przed sobą kilkukilogramowy krążek imitujący kierownicę. Takie zabiegi wyostrzają czucie głębokie.

Teraz to chyba trochę odjeżdżasz.

- Tak? No to wyobraź sobie, że ciśniesz 180 km/h wąskimi duktami. Oko przy tej prędkości nie jest w stanie wychwycić, że samochód przemieścił się w bok o około 10 centymetrów. Niby tyle co nic, ale na przykład przy najeździe na hopkę od tego zależy, gdzie wylądujesz po skoku i czy nie zrolujesz auta. Ja nie potrzebuję mieć kaloryfera na brzuchu i napakowanego bicepsa, bo one zżerają tlen, którego potrzebuje mój mózg podczas jazdy. Tymczasem te drobne przemieszczenia wyczuwasz dzięki treningowi i natychmiast reagują mięśnie głębokie oraz ścięgna. Mówiąc obrazowo, po prostu każdy ruch auta powinienem czuć w tyłku (śmiech).

Wróćmy lepiej do zagadek. Już w sierpniu mogłeś zapewnić sobie powtórnie mistrzowski tytuł, tymczasem w Rajdzie Barum miałeś awarię i nadal brakowało ci kilku punktów. Trener wprowadził do ćwiczeń wariacje na temat liczby potrzebnych punktów?

- Nie spędza mi to snu z powiek ani nie koduję sobie tych punktów na treningach. W Czechach na Barum dopadł nas pech. Rajd składa się z przypadków, które trzeba umieć zaakceptować. Nie chcę zanudzać cię punktacją, ale w mistrzostwach Europy za dwudniowy rajd można zdobyć maksymalnie 39 punktów. Siedem za zwycięstwo pierwszego dnia, siedem drugiego i 25 za zwycięstwo w generalce, ale pod warunkiem że ukończysz oba dni. Tymczasem pierwszego dnia w samochodzie za milion złotych nawaliło koło pasowe, na które zakłada się pasek klinowy. To część za 300 zł. Nie do wychwycenia było, że rozwarstwi się w niej metal i guma. Chłopcy oczywiście szybko to naprawili i następnego dnia pojechaliśmy, ale o punktach za generalkę mogłem zapomnieć. Trochę szkoda, bo faktycznie mogliśmy świętować drugi tytuł już w Czechach.

Po Barum są jednak jeszcze dwa rajdy - Łotwy i Cypru. Im cięższa walka, tym wspanialsze zwycięstwo. Nigdy nie dzielę skóry na niedźwiedziu, mam dużo szacunku dla swoich rywali, ale wierzę, że w jednym z tych rajdów dorwę się na mecie do kotleta.

Co do tytułu mistrza Europy ma mięcho?

- W ciągu sezonu, a już na pewno tuż przed rajdem i w jego trakcie, muszę trzymać surową dietę. Wiesz, rybka, brokuły, bataty, makaron razowy. Pożeram też tony orzechów i pestek dyni, słonecznika, które dobrze wpływają między innymi na koncentrację. Mamy jednak taki rytuał, że po wygranej dostaję potężny kotlet w grubaśnej panierce. Nasz kucharz wręcza mi go nabity na widelec, a ja wcinając go, wjeżdżam na rampę. Popijany szampanem smakuje fenomenalnie.

ZOBACZ WIDEO

Zobacz także
  • Czy akcja "Polished Man" stanie się popularna? Mężczyźni malują jeden paznokieć. Szczytny cel!
  • Mateusz Borek Mateusz Borek: Komentowanie kadry to zawodowe Himalaje
  • Jaki jest współczesny mężczyzna? Mężczyźni, których nie cierpią kobiety
Skomentuj:
Kajetanowicz: Jako nastolatek podbierałem tacie samochód i śmigałem po górach
Zaloguj się lub komentuj jako gość

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX

Polecamy