Stramowski - nie taki pitbull straszny

Gdy przygotowywałem się do roli, spotykałem się z policjantami, uczestniczyłem w akcjach z wydziałem realizacyjnym. Powłóczyłem się po mieście w nocy, postałem na bramkach. Poznałem ludzi ze światka, z którym nie chciałem mieć wcześniej do czynienia i którego się bałem - mówi Piotr Stramowski, "Majami" z "Pitbulla".

Zanim zagrał "Majamiego", niektórzy uważali go za filmowego amanta. Broda, irokez i tatuaże zrobiły z niego drwala pełną gębą. Ale kawę wypiliśmy na hipsterskim Placu Zbawiciela.

Piotr Zabłocki: - "Pitbull" to był dla ciebie przełom?

Piotr Stramowski: - Mało powiedziane. Wywrócił moje życie do góry nogami. Dostałem szansę, na którą czeka każdy aktor.

Bałeś się, czy dasz radę?

- Trochę tak. Bo wiedziałem, że wszystkie kamery będą skupione na mnie i wiedziałem, że zobaczy to wiele osób...

W kinach półtora miliona...

- Kiedy dostałem propozycję, nie wiedziałem, że do kin pójdzie aż tylu ludzi. Może to i dobrze. (śmiech). Ale wracając do tematu. To nie jest tak jak w teatrze, że po jednym gorszym występie przyjdzie lepszy. Film trafia do sali kinowej. To był mój drugi projekt po "W spirali", a pierwszy tak duży komercyjny.

I wielki sukces.

- Ale na początku wiesz tylko, że masz się zmierzyć z hitem sprzed 10 lat. Świetnie obsadzonym, zagranym i który zebrał doskonałe recenzje. Widzowie oczekują filmu tak samo dobrego albo nawet lepszego. Dlatego jest obawa.

Okazało się, że film odniósł sukces i wszystko zaczęło się zmieniać. Na ulicy zaczepiają mnie ludzie, na imprezach mogłem się kiedyś pobawić, teraz wszyscy kojarzą, że to ja jestem "Majami".

To łechce ego, co? Jest miło.

- Wcale nie, to nie jest do końca dobre. To nie jest realne. Ludzie nie znają cię, a sprawiają wrażenie, że cię lubią. Nie wiesz, co się za tym kryje. Trzeba uważać.

Ale ostatnio źle wykręciłem numer telefonu i jakaś babka myślała, że chcę jej coś sprzedać. Krzyknęła, że nic nie chce, i rzuciła słuchawką. Pomyślałem, że to jest miłe, że mnie tak olała, bo nikt mnie ostatnio nie olał, wszyscy są tacy mili.

"Pitbull" był na pewno przełomem wizerunkowym. Zapuściłeś brodę, postawiłeś irokeza...

- Tak wyszło.

Nie spodobało ci się?

- Spodobało, ale teraz już mi przeszło. Kręcimy trylogię "Pitbulla", więc na razie muszę tak wyglądać.

Ale potem się ogolisz?

- Raczej tak. Ten wizerunek jest tak ciężki, tak się już opatrzył, że chciałbym coś zmienić.

Boisz się pułapki wizerunku?

- Wizerunek to jest jedno, a role to coś innego. W serialu "Na noże", w którym teraz gram, nie mogłem zmienić wyglądu, ale mój bohater to zupełnie inna postać.

Jasona Stathama nikt już nie obsadzi w innej roli niż twardziela.

- Nie chciałbym być polskim Jasonem Stathamem. On jest twardzielem na całe życie. Ja lubię się zmieniać i pracować nad postaciami.

Do roli "Majamiego" musiałem się zmienić fizycznie, teraz muszę to zgubić. Nie chcę utknąć w tym ciele. Ale nie boję się zaszufladkowania. Wierzę - może się mylę, ale wierzę w to - że jeśli będę chciał, jeśli się postaram, to będę grał zróżnicowane postacie.

Wydaje mi się, że kiedy aktorzy grają podobne role, zostają przy jednym wizerunku, to jest to ich decyzja. Myślę, że widzom też niedługo znudzi się Piotr Stramowski z brodą i irokezem. Jako aktor chciałbym zrzucić tę skórę.

A podobało ci się bycie policjantem?

- Podobno jedni mają smykałkę do tego, inni nie. Wiem, że mógłbym wykonywać ten zawód, gdyby moje życie potoczyło się inaczej. Mógłbym się tam znaleźć. Znajduję wspólny język z policjantami. Nie jest łatwo, ale jest to taki tajemniczy świat, inny od tego, co widzimy na co dzień. Tam funkcjonuje się na innych zasadach.

To wciąga?

- Bardzo. Szczególnie gdy myślę o ludziach z dochodzeniówki, kryminalnego i antyterrorystycznego. To jest wielki stres i odpowiedzialność. Mam wrażenie, że to namiastka tego, co człowiek może czuć na wojnie. Bo też w pewnym sensie jesteś na wojnie, walczysz z przestępczością i codziennie możesz się spotkać z sytuacjami, które będą zagrażały twojemu życiu. Mimo że żyjesz w państwie prawa i nie mamy wojny.

Inaczej spojrzałeś na Warszawę?

- Gdy przygotowywałem się do roli, spotykałem się z policjantami, uczestniczyłem w akcjach z wydziałem realizacyjnym [policyjna jednostka specjalna - przyp. red.], spotykałem się z ludźmi z wydziału kryminalnego, no i powłóczyłem się po mieście w nocy, postałem na bramkach. Poznałem ludzi ze światka, z którym nie chciałem mieć wcześniej do czynienia i którego się bałem. Ponad dwa miesiące siedziałem w takim świecie i to mnie zmieniło. Inaczej też zacząłem patrzeć na ulice, na miasto. To prawda.

Słyszałem wcześniej o haraczach, gangu mokotowskim, chodziły plotki po osiedlu, że jakiemuś bogatemu facetowi porwano dziecko dla okupu. I to była historia, która trafiła do "Pitbulla". Ale posklejałem to sobie dopiero, gdy grałem w filmie. Wcześniej nie miałem świadomości. Jestem rocznik '87.

No tak. Gang obcinaczy palców to początek XXI w., ale największe natężenie gangsterki to chyba lata 90.

- Wtedy wolałem jeździć na deskorolce. Ale pamiętam, że chłopaki z osiedla, starsi od nas o 10 lat, wiedzieli, co się dzieje.

To były czasy, kiedy w blokowiskach powstawały takie grupki. I albo się rozpadały, albo jakiś gang je wciągał. Potem kończyli w sądach, jako żołnierze mafii.

- Taaa... Ludzie z bloków. Baliśmy się ich.

Piotr StramowskiFot. Albert Zawada

Czemu poszedłeś na studia do Krakowa?

- W Warszawie się nie dostałem (śmiech). Za drugim razem zdawałem do kilku szkół aktorskich i dostałem się do Krakowa. Cieszę się, bo dali nam tam sporo luzu, a ja jestem osobą, która potrzebuje przestrzeni.

Tam spotkałem też ludzi z innych części Polski. Bo wcześniej znałem tylko warszawiaków, jeździliśmy razem na Hel czy do Chałup, poimprezować. I słyszeliśmy o sobie: "O, lanserka z warszawki, jacy głośni". A przecież my byliśmy po prostu nastolatkami na wyjeździe.

Ale w Krakowie, gdy mówiłem: "U nas w Warszawie", to słyszałem: "Uuu, warszawiak!". Że niby się obnoszę. Zobaczyłem, że jesteśmy w  tej Warszawie rozpieszczeni. Nabrałem pokory.

A jak ci się podobał Kraków?

- Bardzo. Lubiłem być trochę odklejony, a Kraków jest taki poza rzeczywistością. Wolny. Tajemniczy. Głęboki. Gdy robiliśmy "Biesy" Dostojewskiego, to późnojesienne nocne spacery po Krakowie sprzyjały takim klimatom. To inny świat. W Krakowie jest coś smutnego, coś, co wciąga i może cię wciągnąć do końca życia, aż ugrzęźniesz. Lubię odwiedzać to miasto, mówię: "Ale fajnie", ale po dwóch dniach chcę wracać do Warszawy. Nie chcę zwalniać, chcę przyspieszać.

Po szkole trafiłeś jednak do teatru w Bydgoszczy...

- Najpierw pracowałem w Teatrze na Woli nad sztuką, która zresztą nie została wystawiona, a potem w Bydgoszczy. Dostałem duży kredyt zaufania od Pawła Łysaka, który był dyrektorem. Grałem duże role, dostawaliśmy nagrody. Super czas. No i miasto fajne. Niesamowita jest Wyspa Młyńska z  warzelnią piwa przy rzece. Czułem się trochę jak w Amsterdamie.

Ale wróciłeś do Warszawy. Spotykamy się na Zbawiksie, bardziej warszawkowego miejsca chyba nie ma.

- Warszawa zmienia się z roku na rok. Ludzie wolą przyjechać tu niż do Berlina. Lubię plac Zbawiciela, bo niedaleko mieszkam. Na spacery park Ujazdowski. Chłodna się rozkręciła. W ogóle lubię Warszawę.

A co jeszcze lubisz?

- Pytasz o zegarki?

Zacznijmy od alkoholu.

- Whisky lubię. Kiedyś oczywiście mi nie smakowała. Ale mój wujek powiedział - załóżmy, że miałem już 18 lat - "Piotruś, z whisky to jest tak: żeby polubić pić ją bez dodatków, musisz po prostu ją pić". I faktycznie jest coś takiego. Próbowałem, próbowałem, a w końcu polubiłem. Takie intensywniejsze, dymne. Laphroaiga bardzo lubię.

Kolekcjonujesz alkohole?

- Nie, ale może warto otworzyć fajny barek...

Uważaj, wciąga!

- Ostatnio dostałem w prezencie armaniak, jakiś rocznik '51. Skorzystam z okazji: dziękuję, Maćku! Fajnie jest mieć taką buteleczkę z '51 roku. Tylko nie mogę spróbować, kolega powiedział, że mam trzymać, bo będzie zyskiwała na wartości.

Czyli nie możemy podegustować... Inne męskie pasje?

- Kiedyś miałem zajawkę na gry komputerowe. Chłopaki lubili cisnąć w "Fifę"... Byłem na roku z Dawidem Ogrodnikiem, był totalnym freakiem, graliśmy po nocach w "Fight Nighta" czwórkę. Dobra ekipa, Sebek Fabijański, Maciek Nawrocki czy Mateusz Kościukiewicz, organizowaliśmy nawet turnieje! Było fajnie.

W Krakowie, w którym wieczorami dyskutowaliście o Dostojewskim?

- Tak, to wtedy. Wracało się do domu i trzeba było jakoś odreagować. Ale nie chciałem nigdy kupować sobie PlayStation, bo wiedziałem, że się wciągnę. "Counter-Strike" zabrał mi cztery lata życia. Bo zamiast się uczyć, chodziłem i po nocach grałem. Nie kupiłem, nie wciągnąłem się ponownie.

Samochody?

- Bardzo! Ostatnio zostałem zaproszony przez salon Auto-Studio Mercedes-Benz w Łodzi na przejażdżkę różnymi modelami tej marki. Pojeździłem sobie różnymi AMG... Kolekcja imponujca, a frajda z jazdy jeszcze większa. Zresztą wolę zdecydowanie praktykować, niż podziwiać. Ze sportem też tak mam: lubię coś robić, nie lubię oglądać. Tak samo z samochodami - lubię nimi jeździć. Ten wyjazd do Łodzi zmienił moje zdanie na temat mercedesa. Nie spodobał mi się nowy dizajn, który zaproponowali kilka lat temu. Teraz uważam, że w połączeniu z technologią są to jedne z najlepiej prowadzących się i wygodnych aut w tej klasie. A jeździłem już różnymi markami.

Kupujesz?

- Nie stać mnie, wolałbym mieszkanie. Ale kupiłem sobie zabawkę.

Dwa czy cztery koła?

- Nie powiem, tajemnica.

Ej!

- No dobra: cztery. I nic więcej ci nie powiem.

Ulubione filmy?

- Filmy Nicolasa Windinga Refna: "Bronson", "Drive", "Neon Demon", rewelacyjne kino. "Ojciec chrzestny" - to był ideał aktorstwa. "Łowca androidów". Uwielbiam "Batmana" Christophera Nolana. Lubiłem Heatha Ledgera i jego Jokera.

Gdy robiłem dyplom w szkole, to graliśmy "Babel" Elfriede Jellinek. To znaczy zrobiliśmy taki "Babel 2". Grałem faceta, który chce być Jokerem. Który jest zafascynowany postacią Jokera, chce być taki jak on, jest tak ucharakteryzowany, ale nie ma jego siły. Psychotyczne, ciekawe doświadczenie.

Czyli na pytanie: "W jakim filmie chciałbyś zagrać", mam już odpowiedź.

- Tak, chciałbym zagrać w filmach DC Comics. Choć interesuje mnie kino psychologiczne. Czekam na połączenie. Joker i Batman są bardzo ludzcy, prawdziwi. Gdyby zrobić Batmana na poważnie? Ciekawe, co by z tego wyszło.

Ja mam świra na punkcie "Gwiezdnych wojen" i wyobrażałem sobie poważny film psychologiczny w tym uniwersum.

- Albo monodram w teatrze. Luke Skywalker na scenie. To byłoby ciekawe. Ale opłaty licencyjne za wysokie jak na niszowy teatr. (śmiech)

Piotr Stramowski: Rocznik '87, serca kobiet zdobył i sympatię facetów sobie zaskarbił rolą policjanta o ksywce "Majami" w filmie Patryka Vegi "Pitbull. Nowe porządki" (2016). Choć na wielkim ekranie w głównej roli zadebiutował wcześniej, w kameralnym "W spirali" (2015). Teraz gra w serialu "Na noże", od 11 listopada można go oglądać ponownie jako "Majamiego" w filmie "Pitbull. Niebezpieczne kobiety", a na początku 2017 r. w komedii "Po prostu przyjaźń".

Więcej o: