Randka z M. w cudownej Barcelonie

Wszystkie kobiety mojego życia miały imię rozpoczynające się od litery M. Nic więc dziwnego, że i M jak Mazda zapowiadało tak znany z początków damsko-męskich przygód dreszcz podniecenia. Ale to nie przeznaczenie zdecydowało - bo pokochałem Mazdę 6 za to, jaka jest naprawdę.

"Zawsze M. - jako zasada, światło w ciemności" pisał niegdyś Franz Kafka zadurzony po uszy w Milenie Jesenskiej. Zresztą zbiór jego pełnych pasji listów do niej został opublikowany w formie książkowej. Też znałem kiedyś krócej lub dłużej, szybciej albo w kompletnym przelocie Magdy, Marty, Moniki, Mileny, Majki czy Martyny i Marzeny. Chyba tylko Marii nie było. Wystarczyło, że gdzieś, w pracy, na imprezie albo w towarzystwie, interesująca wizualnie panna przedstawiała się: "Cześć, jestem M...", a całe moje życiowe doświadczenie podpowiadało: oho!

Tak też zakrzyknęło, gdy dowiedziałem się, że mam lecieć do Barcelony na spotkanie z Mazdą 6. W stronę romansu popychało nas jeszcze zaproszenie, na którym wypisano "Date the Mazda 6".

Czekała na mnie na lotnisku. Wyróżniała się z tłumu: smukła i elegancka, w czerwieni, choć może był to karmin? (wybaczcie, ale nie rozróżniam). W tej klasie aut (Opel Insignia, Ford Focus czy Skoda Octavia), jeśli liczy się dla ciebie oryginalność i wygląd, to wybór masz tylko jeden: M., piękna i gotowa, nie tylko na przejażdżkę ale i przygodę... Wtem przeszkoda: ciemna strona mocy postanowiła sprzysiąc się przeciw nam. Cholerni taksiarze rozpoczęli strajk, który polegał na bezustannym trąbieniu. Co jeśli, niestereotypowo, to mnie powali ból głowy? Wsiadłem do niej i... przeszło, jak ręką odjął. Spokój, cisza, wygoda. Świetnie regulowany we wszystkich płaszczyznach fotel kierowcy sprawił, że zapomniałem też o bolącym kręgosłupie, który nie dawał wytchnienia w trakcie lotu.

Załączyłem silnik. Cisza... To naprawdę dwulitrowy diesel? Tu nie ma motoryzacyjnych push up'ów (turbiny) dla downsize'owanych jednostek. Odszczekuję więc wszystko, co złego do tej pory powiedziałem o kopcących i głośnych dzieciach Rudolfa Diesla. Światła same przygotowały się do jazdy, wycieraczki wiedziały, że delikatnie zaczęło kropić. Włączyłem nawigację i w drogę. Nagle pisk i niemal odruchowo wciskam hamulec. Pierwszy raz w życiu doceniłem naprawdę świetnie zgrany czujnik martwego pola. Uff. Możemy jechać dalej: skrzynia tak "krótka", że aby zmieniać biegi, wystarczy delikatny ruch nadgarstkiem. Gaz, sprzęgło i hamulec są tak idealnie zgrane ze stopą, że kładę na szali dziennikarską wiarygodność (jeśli jeszcze to coś dla kogokolwiek znaczy), że hasło Mazdy "jinba ittai" (jedność jeźdźcy i konia) nie jest tylko marketingowym zabiegiem. Podziwiam podbarcelońskie widoki, gnając serpentyną wąskich dróg. Dopiero po jakiś 30 kilometrach zdaję sobie sprawę, że wcale nie zmęczyłem się tym ciągłym lewym do prawego, prawym do lewego. W nowej "6" zastosowano technologie, które nie pozwolą przeciążyć się twoim mięśniom (karku, obręczy barkowej) nawet podczas największych wiraży.

W końcu jesteśmy u celu naszej podróży. Zatrzymujemy się na wzgórzu, z którego jest piękny widok na Barcelonę. W pobliskiej zabytkowej willi Valldaura znajduje się niesamowite laboratorium Green Fab Lab. Tam najwybitniejsi naukowcy z całego świata pracują nad maszyną, która ma być przełomem: dzięki niej będziesz mógł wyprodukować sobie sam... wszystko. Jak to ma działać? Na pewno przy wykorzystaniu drukarki 3D i wycinarki laserowej. Przynajmniej tyle zrozumiałem, bo potem przestałem słuchać. Ich badania to dla mnie trochę wyważanie otwartych drzwi. Ja uchyliłem te od mojej mazdy 6, wsiadłem, wcisnąłem gaz i odjechałem. Bo miałem już wszystko.

Więcej o: