Kamil Stoch: Wciąż mało mi latania

- Mogę powiedzieć, że główną przyczyną moich sukcesów było ustatkowanie się i ustabilizowanie życia prywatnego. Żonę poznałem w Planicy, ale nie chcę o tym opowiadać, bo już chyba wszyscy zdążyli nas o to zapytać

- Mogę powiedzieć, że główną przyczyną moich sukcesów było ustatkowanie się i ustabilizowanie życia prywatnego. Żonę poznałem w Planicy, ale nie chcę o tym opowiadać, bo już chyba wszyscy zdążyli nas o to zapytać (Fot. Tamara Pieńko)

W zeszłym sezonie pojawiały się myśli o zakończeniu kariery. Ale to były raczej takie migawki po nieudanym występie. Człowiek w stresie rozważa różne głupoty - przyznaje Kamil Stoch, jeden z najbardziej utytułowanych polskich skoczków narciarskich.

Kiedy docieram na zakopiańską Wielką Krokiew, sesja zdjęciowa już trwa. Fotografka uwija się jak w ukropie, a stylistka przebiera w tonach ubrań. Tylko bohater całego zamieszania wydaje się być jakby nieobecny. Kamil Stoch zdecydowanie lepiej czuje się na skoczni wiele metrów wyżej, na rozbiegu.

Pod ścianą stoi niepozorna blondynka w okularach. Gra w Pokemony. Szybko zagaduję: - Co tu można złapać ciekawego? Słyszę tylko, że przy skoczni jest jedynie miejsce do walki z innymi trenerami, bo kobieta szybko podbiega do Kamila. To Ewa Bilan-Stoch, żona skoczka. Małżeństwo bardzo się wspiera i uzupełnia nie tylko w sprawach zawodowych, ale również wtedy, gdy już po sesji zamawiamy pizzę w jednej z lokalnych restauracji: biorą jedną na pół, choć połówka Ewy jest obowiązkowo bez rukoli.

Kuba Dobroszek: - Wciąż mało ci latania?

Kamil Stoch: - Pewnie, że mało!

Twoją pasją jest szybownictwo. Jak nie narty - to szybowce.

- Za każdym razem, kiedy kończą się zawody odczuwam niedosyt.

Związany z wynikami?

- Raczej z czasem spędzonym w powietrzu. Zauważam pewne podobieństwa między lataniem na nartach, a lataniem samolotem, ale ogólne wrażenia totalnie się różnią.

Czym?

- Kiedy latasz na nartach, sam jesteś panem i władcą. Na twoje ruchy oraz decyzje mogą ewentualnie wpłynąć warunki atmosferyczne, czasem bardzo odczuwalne. A podczas lotu samolotem wszystko kontrolujesz sterem, czyli mechanicznie.

Co daje ci większą frajdę? Kiedy jakiś czas temu przeleciałeś się F-16 stwierdziłeś, że to lepsze niż skoki narciarskie.

- Skoki z pewnością dają ogromną satysfakcję, ale bardzo krótką. Lot szybowcem czy jak w tamtym konkretnym przypadku - F-16, trwa jednak o wiele dłużej.

08.09.2014 Poznan , 31 Baza Lotnictwa Taktycznego Poznan Krzesiny . Kamil Stoch (skoczek narciarski , zloty medalista z Soczi)  polecial samolotem F-16 .  Fot. Lukasz Cynalewski / Agencja Gazeta   SLOWA KLUCZOWE: f16 f-16 stochŁUKASZ CYNALEWSKI

Ale adrenalina jest ta sama?

- Podobna. W skokach jest jej może trochę więcej, bo wszystko dzieje się bardzo szybko, poza tym odczuwasz na ciele każdy podmuch wiatru. Zapytasz profesjonalnego pilota, którym samolotem lata się najlepiej, to też pewnie ci nie odpowie.

Samoloty będą dłuższą przygodą w twoim życiu?

- Mam taką nadzieję. Marzę o zrobieniu kursu pilotażu szybowca, może w przyszłym roku. Nie chciałbym jednak niczego z góry planować, bo już wiele razy na coś mocno się nastawiałem, czegoś bardzo pragnąłem, a potem musiałem się rozczarować.

Kiedy się ostatnio rozczarowałeś?

- Jakiś czas temu - razem z żoną - zaczęliśmy budować dom. Już w zeszłym roku mieliśmy się do niego wprowadzać, ale budowa przeciąga się niemiłosiernie. Wiele razy przeżyliśmy ogromny zawód z tym związany, dlatego na przyszłość staram się patrzeć chłodno i trzeźwo. Oczywiście zakładam sobie pewne cele, ale raczej w dłuższej perspektywie.

A to nie jest trochę tak, że ty już właśnie myślisz o tym, co po skokach? Małysz swego czasu zamienił narty na samochody, ty zamienisz na szybowce.

- Niekoniecznie. Bo czy warto już sobie coś zakładać, aż tak planować teraz tę przyszłość? Uważam, że trzeba mieć jakieś hobby i właśnie w ten sposób podchodzę do szybownictwa. Ale nie wiadomo, co będę robił. Może się okazać, że nigdy nie będę szybownikiem, bo czegoś mi zabraknie - czasu, zdrowia, czegokolwiek.

Chcesz mi powiedzieć, że prawie trzydziestoletni ustatkowany facet nie ma żadnej alternatywy na życie?

- Oczywiście, że mam. Dwa lata temu założyliśmy z żoną bardzo dobrze prosperujący klub sportowy. Jest naszym oczkiem w głowie, cieszę się, że ten projekt - głównie dzięki żonie - doszedł do skutku.

Ilu macie podopiecznych?

- Piętnastkę dzieci, w tym dwie dziewczynki. Cała grupa jest bardzo ze sobą zżyta, wszyscy są zafascynowani skokami. Z ogromnym zainteresowaniem przyglądam się rozwijaniu tych talentów. Jestem wykształcony w kierunku sportowej pracy z najmłodszymi, dlatego mam nadzieję, że kiedyś będę w stanie im przekazać trochę swojej wiedzy i zaszczepić w nich chęć skakania na nartach.

Dostrzegasz w swoich podopiecznych ten błysk w oku, który miał młody Kamil Stoch?

- Na skoki narciarskie wciąż jest popyt. Dzieci chcą trenować, ale trzeba je odpowiednio zachęcać i pokazywać, że da się to robić.

Łatwo pewnie nie jest?

- Powiem szczerze, że w tym momencie bardzo trudno zachęcić młodzież, bo brakuje miejsc do trenowania. Mówię o Zakopanym i okolicach. Kiedyś mieliśmy wspaniałe obiekty sportowe, wszyscy się do nas zjeżdżali. W tym momencie to my musimy jeździć do Szczyrku czy do Wisły, żeby uprawiać tę dyscyplinę... Strasznie to wszystko zostało zaniedbane.

Kto zaniedbał?

- Trudno stwierdzić. Gospodarze powinni zatroszczyć się o modernizację obiektów. One muszą być nie tylko bezpieczne, ale również ich wygląd musi zachęcać dzieci do skakania.

Rzeczywiście, orlików budowaliśmy mnóstwo, a o was - sportowcach zimowych - zapomnieliśmy.

- Wiele osób, na czele z zakopiańskim Centralnym Ośrodkiem Sportu, zasłania się tym, że wskazują nam na nowoczesne obiekty w Szczyrku i Wiśle, radząc, żebyśmy tam trenowali. Sto kilometrów, dwie i pół godziny jazdy. Woź tak dziewięcioletnie dzieciaki trzy razy w tygodniu... Młodzież chce trenować skoki, ale niepotrzebnie rzuca się im kłody pod nogi.

Dlaczego młodzi wciąż chcą skakać? Chcą być tacy jak ty?

- Dostrzegam w nich potrzebę nie tylko wygrywania zawodów, ale także chęć rozwijania siebie, skakania jak najdalej. Sięgania po coraz więcej. Organizowaliśmy nabór w kilku szkołach, bodaj trzech, i wybraliśmy grupę dzieciaków, którzy - według nas - najlepiej nadawali się do uprawiania tej dyscypliny. Wybrańcy trenują już dwa lata pod okiem trenera Andrzeja Zaryckiego i wszystko zmierza w dobrym kierunku. Cieszymy się, że tak wiele osób angażuje się w pracę, wspiera nas na różne możliwe sposoby - pracą, materialnie, finansowo. Jesteśmy im za to wdzięczni. To taki wspólny sukces.

Nie boisz się momentu, w którym zostanie ci już tylko ten klub i samoloty?

- Wręcz przeciwnie, to bardzo miła perspektywa.

A jednak.

- Oczywiście będzie mi brakowało skakania na nartach. Nic jednak nie jest wieczne, dlatego warto od pewnego momentu mieć w zanadrzu jakiś plan b. Coś, co nie tyle będziemy musieli robić, ale po prostu będziemy chcieli.

Wielu na twoim miejscu zapewne odetchnęłoby z ulgą. Po dwóch złotych medalach olimpijskich odebrano ci prawo do bycia niedoskonałym.

- Nie zgodzę się z tym. Oczywiście presja wyników jest znacznie większa, musi być mnie, że tak powiem, więcej. Ale uważam, że potrafię się od tego wszystkiego odciąć. Wspólnie z całym sztabem trenerskim i menadżerskim wypracowaliśmy skuteczny system oddzielania życia prywatnego od zawodowego i wszystko jest raczej równomiernie rozłożone.

To znaczy?

- Ani nie angażuję się za bardzo w pewne rzeczy, które odciągnęłyby mnie od skoków, ani też skoki nie angażują mnie na tyle, że nie mam życia prywatnego.

09.02.2014 Soczi . Kamil Stoch cieszy sie na podium po zdobyciu zlotego medalu na skoczni normalnej podczas Zimowych Igrzysk Olimpijskich Soczi 2014 . Peter Prevc zdobyl srebro (L) , a Anders Bardal brazowy medal (P) .  Fot. Kuba Atys / Agencja Gazeta SLOWA KLUCZOWE: soczi 2014 olimpiada skoki narciarskie sochi 2014 zimowe igrzyska olimpijskie /FR/Fot. Kuba Atys / Agencja Gazeta

Jak znaleźć ten złoty środek?

- Warto go sobie samemu wypracować. Ja pracowałem nad nim bardzo długo, praktycznie przez całą karierę, czyli dobrych piętnaście lat. Ale nie mogę też powiedzieć, że całkowicie nad sobą panuję, bo zawsze mogę znaleźć się w całkowicie dla mnie nowej sytuacji, nad którą nie będę miał kontroli. Wtedy przyda się pomoc innych.

Kiedy ci się ostatnio przytrafiła taka sytuacja?

- W zeszłym sezonie. Te słabsze występy i wyniki nie były może dla mnie zupełną nowością, ale bardzo zaskoczyło mnie, że totalnie nie dawałem sobie rady na skoczni. Kiepsko szło mi przez całą zimę, ale na szczęście miałem wokół siebie osoby, które wspierały mnie w tym, co robię. Najbliżsi nie są ze mną tylko wtedy, kiedy jest dobrze.

Co wtedy czułeś? Bezsilność? Frustrację? Rozczarowanie?

- Wszystko po trochu. Ale chyba najbardziej odczuwałem chęć zrobienia czegoś lepiej, potrzebę osiągania dobrych rezultatów i poprawy swoich umiejętności. To mnie trzymało przy tym sporcie, przekonywało, żeby jednak nie uciekać.

Uciekać?

- Były myśli o zakończeniu kariery, ale to takie migawki w głowie po nieudanym występie. Człowiek w stresie rozważa różne głupoty.

Jak odreagowywałeś niepowodzenia na skoczni?

- Mam nadzieję, że zbytnio nie odbijały się na moich relacjach z najbliższymi, choć jakoś je na pewno odczuli. Mojej żonie czasem trudno robić dobrą minę do złej gry, cieszyć się, kiedy nie wszystko wychodzi tak, jakbym sobie tego życzył.

Mawiają, że sukces bywa najcięższy do udźwignięcia nie dla tego, kto go odniósł, ale dla jego najbliższych.

- Mogę powiedzieć, że główną przyczyną moich sukcesów było ustatkowanie się i ustabilizowanie życia prywatnego. Żonę poznałem w Planicy, ale nie chcę o tym opowiadać, bo już chyba wszyscy zdążyli nas o to zapytać (śmiech).

Największym sportowym sukcesem były pewnie Igrzyska w Soczi. Kiedy obudziłeś się ze snu o nazwie dwa złote medale olimpijskie?

- Chyba nigdy się nie obudziłem. Albo inaczej - nigdy w niego nie zapadłem. Często tak bywa, że coś chcemy osiągnąć, bardzo mocno pracujemy, ale kiedy już to osiągamy, jakoś tak wszystko szybko przemija, że czasami nawet nie odczuwamy sukcesu.

Trochę to brzmi jak rozczarowanie. Że nie było warto.

- Oczywiście, że było!

No bo wiesz, wszyscy politycy - na czele z premierem - zaczęli być z tobą na Ty. Otrzymałeś Wiktora. Narodził się Kamil Stoch, przestałeś być po prostu kolejnym dobrym skoczkiem po Adamie Małyszu.

- Nigdy nie zależało mi na tym, żeby być sławnym. Moja żona na razie milczy, ale jak ją zapytasz - na pewno to potwierdzi. Nie bawi mnie posiadanie u swoich stóp całego świata. Bardziej podchodzę do tego jak do pewnych celów, które chciałbym zrealizować.

Masz takie poranki, że budzisz się i myślisz: "wow, jestem podwójnym złotym medalistą olimpijskim! Od razu lepiej się wstaje!".

- Nigdy.

Poważnie? Ja bym miał.

- Taki jestem. Nigdy też nie myślałem, że jestem od kogoś lepszy, bo zdobyłem dwa najważniejsze krążki olimpijskie.

Tu nie chodzi o wywyższanie się, ale o samą świadomość bycia dobrym w tym, co się robi.

- No tak już mam, co mógłbym ci powiedzieć więcej? Tak mnie wychowano, a pewności nabrałem z czasem.

Nie lubisz na ten temat rozmawiać.

- Nie lubię.

O Adamie Małyszu lubisz?

- Dlaczego miałbym nie lubić?

Rozmawiać z tobą i nie zapytać o porównania do Małysza to tak jakby przeprowadzać wywiad z Sharon Stone i nie zapytać o rolę w "Nagim instynkcie".

- Te porównania w żadnym wypadku mi nie ubliżały. Obawiałem się, że przez nie narodzi się jakaś presja, której będę musiał sprostać. Wiedziałem, jakie wyniki osiągnął Adam, ale jednocześnie zdawałem sobie sprawę z tego, że ja nigdy takich nie osiągnę.

Ej, śmiałości!

- No... nigdy... nie osiągnę. Choćbym nie wiem, co robił. Nie da się tego tak założyć. Jestem jednostką. Skoki narciarskie to indywidualny sport, każdy ma w sobie coś autentycznego. Coś, co czyni nas wyjątkowymi. I tak właśnie trzeba podchodzić do sportowców, zwłaszcza tych, którzy w trakcie swojej kariery zdobędą to i owo.

Były momenty, w których miałeś już dość tych porównań do Małysza? Tak szczerze.

- Nie mogę powiedzieć, że były mi całkiem obojętne, że cały czas się z nich cieszyłem. Ale - powtarzam - nie denerwowały mnie. Do pewnego stopnia były bardzo miłe, w pełni akceptowalne.

A może skakanie z Małyszem to najlepsze, co ci się mogło przytrafić? Większość presji i tak skupiała się na nim, ty mogłeś w miarę spokoju trenować i robić swoje.

- Adam wiele zrobił dla skoków narciarskich. W dużej mierze przyczynił się do sukcesów, które my osiągamy teraz. Skupił na sobie ogromną uwagę mediów, a za tym przyszli sponsorzy chcący wesprzeć tę dyscyplinę. Nadeszły po prostu lepsze czasy dla skoków narciarskich, które nagle stały się popularne.

Jak wspominasz te pierwsze sukcesy? Jeszcze, nazwijmy je, pod okiem Adama?

- Zacząłem dojrzewać jako mężczyzna. Jednocześnie ożeniłem się, stałem się odpowiedzialny za drugą osobę, zmieniło się podejście do pracy i do życia. Dzięki temu poczułem stabilniejszy grunt pod nogami, co przekładało się na kolejne sukcesy. Wolałabym nie sprawdzać, gdzie byłbym, gdyby nie żona.

28.02.2013  Predazzo . Zwyciezca Kamil Stoch i Adam Malysz na skoczni w Predazzo po konkursie na duzej skoczni podczas Mistrzostw Swiata w narciarstwie klasycznym w Val di Fiemme .          Fot . Kuba Atys / Agencja Gazeta  SLOWA KLUCZOWE: skoki narciarskie /FR/KUBA ATYS

To jaki byłeś zanim dojrzałeś? W Internecie swego czasu furorę robił filmik, na którym młodziutki Kamil Stoch zarzekał się, że zdobędzie złoto olimpijskie.

- Nie wiem... Proszę pytać moją rodzinę.

Ciągle rozrabiałeś czy chowałeś się po kątach?

- Zależy w jakich sytuacjach. Jeśli czułem się pewnie, to zdecydowanie lubiłem podyskutować. Zdarzało się, że bywałem trochę łobuzem. Ale kiedy znajdywałem się w obcym dla siebie miejscu i sytuacji, to stawałem się dużo mniej śmiały.

Których sytuacji było więcej?

- Po równo.

O tym też nie lubisz rozmawiać.

- Też nie (śmiech).

A gadżeciarzem jesteś?

- Spotkałem się z opinią, że każdy facet jest gadżeciarzem, choć myślę że nie przybiera to u mnie chorobliwych form (śmiech). Poza obrączką nie nosze żadnej biżuterii za to uwielbiam zegarki. Jako ambasador marki Breitling miałem okazję przekonać się, że tworzenie takiego zegarka to wręcz forma sztuki. Identyfikuję się z tym. Są oczywiście rzeczy, którym trudno się oprzeć ale staram się do sprawy podchodzić praktycznie.

Tak jak do muzyki? Podobno wychowywałeś się na płytach Elvisa Presleya i Boney M.

- Dosyć ciekawe zestawienie. Mój tata jest fanem muzyki, odkąd pamiętam kolekcjonuje płyty winylowe. Miałem przez to okazję rozwijać gust muzyczny od najmłodszych lat.

Fakt, na twoim samochodzie widziałem naklejkę z logo Guns'n'Roses.

- To akurat zasługa żony, która jest ich ogromną fanką. Wszędzie wiszą plakaty Slasha i spółki! Ja natomiast, hmm, słucham wszystkiego. Lubię i mocniejsze rockowe brzmienia i jazz czy muzykę klasyczną. Playlisty, które odtwarzam sobie przed zawodami są naprawdę różne.

Od czego zależy to, którą wybierasz?

- Od samopoczucia, od położenia. Od tego, na ile czuję się mocny. Mam po prostu kilka playlist na różne okoliczności. I dobieram je sam.

Lubisz tańczyć?

- Nie lubię. Nie umiem. Choć żona twierdzi, że wyczucie rytmu mam... Lubię sobie na pewno poruszać głową.

Na koncerty jeździsz?

- Byłem tylko na jednym koncercie z prawdziwego zdarzenia. Na Rihannie.

I jak wrażenia?

- Po tamtym występie - byliśmy razem z żoną, w Birmingham - powiedziałem sobie, że już nigdy nie pójdę na popowy koncert. Byłem totalnie zniesmaczony zachowaniem wokalistki i całą oprawą. Wolę wybrać się w Zakopanym do Teatru Witkacego, przyjaźnimy się z wokalistą zespołu Zakopower... Czerpiemy trochę tej kultury.

Żona wiesza plakaty Gunsów, a ty?

- Nie wieszam.

Plakatów Gunsów czy w ogóle plakatów?

- W ogóle...

Kiedyś wieszałeś?

- Chyba nigdy...

Nie miałeś prawdziwych idoli?

- ...Miałem.

Gwiazdy muzyki czy sportu?

- Nie pamiętam... Raczej sportu.

Nie pamiętasz?

- Kazuyoshi Funaki był na pewno takim wielkim idolem. Matti Nykanen. Janne Ahonen też. Luis Figo... Jego plakat chyba nawet miałem.

Płakałeś, kiedy Figo przechodził z Barcelony do Realu?

- W ogóle tak do tego nie podchodziłem. Ile mogłem mieć lat? Dwanaście? Trzynaście? Pewnie nawet nie wiedziałem, że istnieje coś takiego jak transfer czy wojny między kibicami. Wtedy byłem bardziej za zawodnikiem niż za klubem. Było mi wszystko jedno w jakiej drużynie grał - ważne, że grał.

Teraz jesteś za klubem. Za Liverpoolem.

- Ta miłość przyszła na studiach. Oglądaliśmy kiedyś mecz Ligi Mistrzów. Któryś z kolegów spytał, komu kibicuję. W sumie nie bardzo wiedziałem, co odpowiedzieć - bo ja nigdy nie byłem jakimś wielkim fanem piłki nożnej - więc wskazałem na akurat grający Liverpool. Podobał mi się ich styl gry, jeszcze wtedy bronił Jerzy Dudek, więc tak już zostało.

Dudek wielokrotnie podkreślał swoje przywiązanie do wiary. Tak jak ty.

- Religijność wyniosłem z domu rodzinnego, tak mnie wychowano. Ale nie mogę powiedzieć, że jestem doskonałym świętym Kamilem. Nie chodzę ze złożonymi rączkami, ani nie modlę się dwadzieścia razy dziennie. Jestem normalnym człowiekiem, który nie wstydzi przyznać się, że wierzy w Boga. Mam świadomość, że to mnie wzmacnia, pomaga w wielu trudnych sytuacjach.

Nie tylko tych na skoczni?

- Nie tylko. Dlatego najbardziej boli mnie, kiedy ludzie - zwłaszcza duchowni - wykorzystują tę moją wiarę do swoich celów. Co jakiś czas się z tym spotykam.

Jakiś przykład?

- Kiedyś przysłano nam plakaty z wizerunkiem Pana Jezusa. Ksiądz prosił, żebym złożył na nich autograf. Oczywiście ich nie podpisałem... Nie straciłem na szczęście wiary w Boga.

Jak odbierasz tego typu zachowania?

- W każdej grupie spotkasz osoby, które będą chciały wykorzystać pewne sytuacje do realizacji własnych ambicji. Nie inaczej jest wśród księży. Oczywiście znamy z żoną również wielu duchownych, którzy są wspaniałymi ludźmi. To świetne znajomości, wręcz przyjaźnie. Trzeba pamiętać, że górale są bardzo przywiązani do tradycji. A wiara, zwłaszcza w pewnym okresie, była po prostu tradycją - u nas jeśli ktoś nie chodził do kościoła, to był wytykany palcami. Mała wieś, wszyscy się znają... Ale koniec tematu wiary.

Na ten temat też nie lubisz rozmawiać?

- To indywidualna sprawia.

To o czym chciałbyś porozmawiać? Jest takie jedno pytanie, które zawsze chciałeś, żeby ludzie ci zadali, a nigdy tego nie zrobili?

- Chyba nie... (śmiech) Zawsze są pytania, których nie chcę, żeby mi zadawano! "Co czujesz podczas lotu?". Kuba, co czujesz podczas jazdy na rowerze? Jedziesz te parędziesiąt kilometrów na godzinę i co, i co?

I...

- Widzisz, trudno to opisać.

Chyba najbardziej ożywiłeś się, kiedy mogłeś sobie ponarzekać na kiepskie zaplecze sportowe Zakopanego. Typowy Polak!

- Ty żartujesz, a to naprawdę poważny problem. Wielka Krokiew powinna być zmodernizowana już trzy lata temu. Pół roku męczono się w ogóle z głupim przetargiem na to, kto ma ją modernizować. Skocznia miała być gotowa na listopad. Cała, łącznie z zeskokiem. Tak się skończy, że w przyszłym roku znów nie będziemy mogli na niej trenować.

Nie próbowałeś kiedyś wykorzystać swojego wizerunku w celu załatwienia pewnych spraw?

- Przecież ja od dziesięciu lat publicznie zabieram głos w tej sprawie! Kiedyś powiedziałem jednemu z ministrów, że fajnie byłoby mieć naprawdę dobrą skocznię w Zakopanym. Taką gruntownie odnowioną.

Co odpowiedział?

- Stwierdził, że mamy rewelacyjny obiekt w Wiśle, a tak w ogóle to powinienem skupić się na skakaniu, bo budowanie skoczni, to nie jest moja sprawa. Dobrze się czasem ogrzać w moim blasku, ale o pomoc nie jest już tak łatwo.

Jesteś podwójnym medalistą olimpijskim, rozsławiasz Polskę poza granicami... Kto jak nie ty ma wpływać na decyzyjnych ludzi?!

- Pieniądz. Pewnie, gdybym poszedł do polityków z walizką pełną gotówki, to inaczej byśmy rozmawiali (śmiech). Pół żartem pół serio, ale problem warto zasygnalizować. Na mnie, szczęśliwie, sportowo aż tak się to nie odbija, bo czuję moc przed zbliżającymi się konkursami. Nie chcę niczego obiecywać, ale wierzę, że będzie bardzo dobrze!

Rzeczywiście - wciąż mało ci latania.

- A nie mówiłem? (śmiech)

Kamil Stoch - Jeden z najbardziej utytułowanych skoczków narciarskich. W wieku 12 lat zapowiedział przed kamerą, że zdobędzie złoty medal olimpijski. I tak też zrobił - w Soczi dwukrotnie stawał na najwyższym stopniu podium, nie dając szans rywalom. Laury wywalczył w kasku z biało-czerwoną szachownicą - symbolem polskiego lotnictwa - kontynuując najlepsze tradycje polskich pilotów.

Muzycznie wychował się na najróżniejszych winylach ojca, teraz szybciej spotkasz go na koncercie Alter Bridge niż Rihanny. Narty powoli przestają mu wystarczać - uzupełnia je o mechaniczne skrzydła, marząc o zrobieniu licencji na latanie szybowcami. Jest ambasadorem szwajcarskiej marki Breitling.

ZOBACZ WIDEO

Zobacz także
  • - Nikogo nigdy nie wyśmialiśmy. Szanujemy ludzi. Jeśli coś nam się nie podoba i pokazujemy to w formie śmiesznej, zabawowej, to nie oznacza, że my kogoś atakujemy Neo-Nówka: Rzeczywistość przegoniła nasze skecze
  • - Robimy takie rzeczy z samochodem, o których 98 procent ludzi boi się nawet myśleć, ale uwierz mi, że nawet najwięksi twardziele wiedzą, jak słone potrafią być łzy, i to nie tylko ze słyszenia. Kajetanowicz: Jako nastolatek podbierałem tacie samochód i śmigałem po górach
  • Krzysztof Miller: Śmierć nigdy nie powszednieje
Komentarze (4)
Kamil Stoch: Wciąż mało mi latania
Zaloguj się lub komentuj jako gość
  • avatar

    Gość: hidh enough

    Oceniono 1 raz 1

    Kamil każdym kolejnym wywiadem udowadnia jak mądrym, świadomym swojego talentu, ale zarazem skromnym jest człowiekiem. Uwielbiam go ! :)

  • avatar

    Gość: sdcvs

    0

    "Zakopanym i okolicach" a myślałem że w Zakopanem....
    Warszawka to jednak stan umysłu

  • avatar

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX

Polecamy