Łukaszewski: Nie ma drogi nie do przejechania

Nie chcę ujmować niczego rajdom terenowym, ale one są raczej emeryturą dla kierowców. Kiedyś, by startować w rajdach terenowych nawet nie trzeba było być specjalnie szybkim - przyznaje kierowca off-roadowy Marcin Łukaszewski, Mistrz Europy CEZ.

Kuba Dobroszek: - Pańska przygoda z rajdami zaczęła się od rajdu Kormoran - jako młody chłopak urywał się Pan z zajęć modelarstwa, żeby oglądać szybkie samochody.

Marcin Łukaszewski: - Miałem wtedy chyba dwanaście lat. To było niesamowite! Prolog tej imprezy odbywał się jeszcze na stadionie Stomilu Olsztyn - na start rajdu przychodziło więcej ludzi niż na mecz! Duże Fiaty, Polonezy, zapach spalin i spalonej gumy... Pierwszy raz wybraliśmy się z kolegami, bo mój tata preferował raczej futbol.

Młodzi chłopcy na ogół interesują się samochodami, ale ich pasja ogranicza się zwykle do kupowania miniaturowych modeli.

- Ja się wkręciłem zupełnie. Fascynował mnie Carlos Sainz , Colin McRae... Siedziałem przy telewizorze jak zaspawany, kiedy tylko zaczęto wyświetlać relacje z rajdów. Śp. Marian Bublewicz był dla mnie - dla fanów motorsportu - niczym heros, widzom niezwykle podobał się jego agresywny i widowiskowy styl jazdy. A kiedy udało mi się przecisnąć gdzieś między taśmy i zobaczyć serwisy, to z wrażenia parę nocy nie spałem.

Czyli techniczny aspekt rajdów też Pana fascynował?

- Zdecydowanie! Trzeba było zrozumieć, jak to wszystko odbywa się na zapleczu - wymiana kół, urywające się części, kolejne opony. Gdy na metę dojeżdżali najlepsi zawodnicy, to czasem rezygnowaliśmy z dalszego kibicowania na trasie, żeby tylko zobaczyć, jak uwijają się mechanicy na serwisie. Człowiek był bliżej niż pozostali.

Pamięta Pan jakąś nietypową przygodę z tamtego okresu?

- Pamiętam, ale to już z okresu wczesnej dorosłości. Z kierowcą Rafałem Kaczmarczykiem - niestety zmarł w tym roku - znaliśmy się od czwartej klasy. Jakoś go wciągnąłem w te rajdy. Kiedyś w Kormoranie wystartował w Fiacie Seicento - już jako zawodnik, ja byłem jego, powiedzmy, serwisantem. Serwisy rozstawiały się wtedy w każdym miejscu, nie było wyznaczonej strefy. Raz rozstawiliśmy się przy trasie Olsztyn-Olsztynek, w pobliżu dosyć szybkiej drogi . Po pewnym czasie podjechał do nas serwis Krzysztofa Hołowczyca i kazał się nam przenieść . Nie daliśmy się - wzięliśmy rurkę i pogoniliśmy ich (śmiech).

Kiedy przeniósł Pan się z zaplecza serwisowego za kierownicę?

- Pierwszego Dużego Fiata kupiłem zaraz po zrobieniu prawa jazdy. Wcześniej oczywiście tata dawał mi trochę pojeździć - jak jeździliśmy po nocy do wujka w góry, to prowadziłem w zasadzie na całej trasie. Fiatów było w sumie osiem.

To jak to się stało, że młody chłopak - tak zafascynowany tym rajdem Kormoran, ścigający się Dużymi Fiatami - przesiadł się na auta z napędem 4x4?

- Trochę zabrakło funduszy na klasyczne ściganie. Fiaty się skończyły, zawodnicy zaczęli jeździć Hondami i BMW. Nawet jeśli miałem przyzwoite umiejętności, to moje pojazdy niestety odstawały. Odpuściłem więc ten sport.

I?

- Przypadkiem poznałem Piotrka Kopra, marynarza. On miał UAZ-a. Zająłem się organizacją imprez integracyjnych. To były fajne historie - zabieraliśmy ludzi na trzy dni do lasu, a oni przemieszczali się z punktu do punktu. UAZ służył nam do przewożenia tych ludzi. Już wtedy byłem zszokowany możliwościami napędu 4x4. Bardzo spodobało mi się podjeżdżanie pod górki, pod które ciężko było podejść. Za pierwsze pieniądze zarobione na tych imprezach, odkupiłem od policji właśnie UAZ-a, był oczywiście cały przetarg. Wystartowałem w pierwszych zawodach - w słynnych Mazurskich Wertepach. Zająłem drugie miejsce i jakoś się zaczęło.

Marcin ŁukaszewskiFot. Łukasz Pączkowski

A więc off-roadem zajął się Pan z przypadku. Dzięki koledze przesiadł się Pan z bardziej tradycyjnych samochodów na terenowe maszyny.

- Nie chcę ujmować niczego rajdom terenowym, ale one są raczej emeryturą dla kierowców. Bo dla mnie królową motorsportu są oczywiście zawody WRC. Teraz się to pewnie trochę zmienia, ale kiedyś, by startować w rajdach terenowych, nawet nie trzeba było być specjalnie szybkim. Wcześniej nie zapoznaje się Pan z trasą, jedzie Pan to, co widzi - w oparciu oczywiście o roadbook.

Teren jest większym wyzwaniem niż własne, wewnętrzne bariery?

- To zależy od nastawienia. Moim zdaniem nie ma drogi nie do przejechania. Przygody bywały różne - urywały się koła, samochód się topił - ale zawsze parliśmy do przodu.

Mnie osobiście w pewien sposób przeraziło, że na samochodach, obok waszych nazwisk, jest podana grupa krwi.

- Motorsport jest bardzo nieprzewidywalny, wszystko się może zdarzyć. Ale strachu nie ma, nie boję się.

Kiedyś się Pan bał?

- Nie. Kiedy zaczyna się strach to znak, że należy zostać w domu. W ten sposób kończą się kariery - bo ktoś się boi. Ja też miałem kilka wywrotek. Jakiś czas temu zastanawiałem się, co będzie po takim dachowaniu, czy nabawiłem się jakiejś wewnętrznej blokady. Ale nie, mogę jeździć i będę jeździł dalej.

Off-roadowa krew musi więc płynąć w żyłach od narodzenia?

- Można być oczywiście przeciętnym kierowcą, zajmować się tym bez sukcesów. Jednak bez iskry bożej, o ściganie się na poważnie jest bardzo trudno. Zresztą tak jest chyba w każdym sporcie: mamy element talentu i element ciężkiej pracy. Ale to ten pierwszy jest ważniejszy.

Chce Pan powiedzieć, że Pańska przygoda z tradycyjnymi rajdami nie procentuje teraz na off-roadzie?

- Ciężko powiedzieć, bo w moim przypadku odbywało się to bardzo naturalnie. Od nikogo nie uczyłem się jeździć, wsiadałem w samochód i parłem. Boki, podcięcia, przeciwskręty - wszystko podpatrzyłem podczas oglądania rajdów i filmów z Carlosem Sainzem i Colinem McRae w akcji.

Więcej o: